Gdy wczoraj Książę Małżonek oznajmił, że dziś wybiera się na maraton Orlenu, prawie wykonałam natryskowe malowanie ściany herbatą, którą akurat niefortunnie raczyłam siorbnąć z kubka.

Na szczęście, zanim zdążyłam zdziwić się, że osobisty lord kanapowy będzie z własnej nieprzymuszonej woli biegł w deszczu w jedyny wolny od dawna dzień, sam wyznał, że nawet się nie zmęczy. Gdyż ponieważ albowiem będzie zapewniał zaplecze techniczne grającej tam kapeli.

A już chciałam pojechać i uzbrojona w dzieci oraz pompony dopingować go do biegu. Ewentualnie eliminować innych uczestników maratonu – co chyba nawet z trójką dzieci i koniecznością zapewnienia zaplecza technicznego dla nich, byłoby prostsze.

Spryciarz. Chyba postaram się w przyszły weekend o pracę dorywczą w charakterze obserwatora procesu wzrostu tulipanów w Powsinie. Jemu zostawię relaks z uroczą gromadką w domu podczas deszczu.

Niech sobie biedaczek odpocznie.

Mecz, wiadomo | 2015/04/25 |

- Mamo, jutro gram mecz na uroczyste otwarcie nowego boiska. Czy moja biała koszulka jest czysta? – zapytał przy kolacji Igor.

- Nie wiem, Synu. Musisz sprawdzić – odpowiedziałam znad gazety.

- No ale jeśli gram mecz, to wiadomo przecież, że będzie mi potrzebna – wyburczał z rosnącym fochem Pierworodny.

- Skoro wiadomo, to może koszulka również wie i akurat się przygotowała – dodałam.

Sprawdził. Biała koszulka okazała się być brudna jak cała populacja Przystanku Woodstock w dniu wyjazdu. Dramat i zgrzytanie zębem.

- Chętnie nauczę Cię obsługi pralki – powiedziałam – Następnym razem nie będziesz musiał wybierać innej koszulki.
Dziś po meczu Igo wrócił i od progu z prędkością karabinu maszynowego oznajmił:

- Przegraliśmy 5 do 6, ale strzeliłem fajną bramkę i zjadłem pięć kawałków tortu.

Oto mój Syn, niejadek i jego wypełniony słodyczami żołądek. Oto moja rozpacz w bordowe ciapki.

- Pięć kawałków tortu???!!! – matka we mnie doznała rozległego zawału mięśnia sercowego i chwyciła tasak – Przed obiadem??!!

- Mamo, przecież skoro jest uroczyste otwarcie boiska, to wiadomo, że jest tort, a skoro jest tort i to dobry, to wiadomo, że ja zjem go dużo – wyjaśnił mi Syn a jego żelazna logika przygniotła mnie swym ciężarem.

Mieszając sos do jego ulubionego spaghetti, pod nosem mruczałam same niecenzuralne wyrazy oraz tworzyłam całe wymyślne związki frazeologiczne.

- Jak chcesz to wezmę przepis na ten tort, bo naprawdę był pyszny – moje Dziecko postanowiło mnie dobić.

- Weź koniecznie, zrobisz z Tatusiem – wycedziłam wraz z makaronem znad durszlaka.

- Pani S. robiła. Nie wiem czemu się nie lubicie. Ciągle pytała czy zjem jeszcze kawałek i czy Tata dalej tyle pracuje.

I dobiło.

Obmyślając wymyślne tortury dla Pani S. wykonywane metodycznie jej własnym perłowym laczkiem z kokardką, koncertowo przypaliłam mięso.

Moje wrogie nastawienie rozsiadło się wygodnie i bębni paznokciem o blat. W rytmie wojskowych szlagierów z Kołobrzegu.

Pierwsze urodziny Leny | 2015/04/24 |

Panna Lena. Dokładnie rok temu była najdzielniejsza na świecie. Nauczyła się oddychać, ignorować nadprogramowy wywietrznik w sercu, jakiś czas później siedzieć, raczkować i właśnie sobie wstaje. Nauczyła nas, że chcieć, to móc. Bo Ona postanowiła, że będzie. I już.

Najwspanialszy prezent-niespodzianka w moim życiu.

Wszystkiego, co mądre, dobre i piękne, Córeczko moja :-*

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Konsternacja | 2015/04/23 |

Moment, w którym Syn 3,5-letni pyta:

- Mamoo, a dlaczego kobiety mają TAM wąsy?

Aaaaaaaaaaaa!
Plakaty to zło!

Oraz ciesz się Synu, że czasy brody i nóżek jak sarenka minęły.

Pragnę czasowstrzymywacza. Na ogarnięcie mieszanki paniki z rechotem.

Niereformowalność | 2015/04/22 |

Dzisiaj poczułam się lepiej. Zamiast jednak pójść na spokojny spacer do lasu,  rzuciłam się na szpadel i do ogrodu. Wszak przekopywanie ziemi, instalowanie kołnierza i rozsypanie trzech worków kory pod świeżo posadzone iglaki to właściwie rekonwalescencja. Trochę tylko ominęłam fragment o tym, by nie schylać się w trosce o ciśnienie i unikać wysiłku fizycznego.

Resztkami zdrowego rozsądku powstrzymałam się od umycia okien,  wytrzepania dywanów i przytargania kilku kilogramów ziemniaków z warzywniaka. Pranie zrobiłam, gdyż ponieważ albowiem jestem uzależniona, dzieci brudzą się jak wściekłe oraz jak nie posłucham raz dziennie seansu wirowania na 1200 obrotów, to chodzę sfrustrowana. O sztachnięciu się płynem do płukania nie wspomnę.

Zakwas chlebowy w lodówce wywędrował ze słoika i malowniczo spowił półkę. Lubi podróże. Niestety zmienił lokum na większe. Teraz będzie musiał naprawdę się postarać. Szorowanie lodówki nie leży bowiem w zakresie moich ulubionych prac domowych.

A do tego Igo wrócił z treningu z rozszarpaną nogawką całkiem nowych dresów. Nagłe spotkanie z korkami kolegi przy piłce. Całe szczęście noga ocalała.

Siedzę teraz spuchnięta z okładem na twarzy i zastanawiam się po kiego grzyba mi to było. Było odpoczywać po księżniczkowemu sącząc soczek przez słomkę. Bardziej nieposprzątane przecież nie będzie. Baby to jednak niereformowalne są.

Dziś niestety oficjalnie potwierdzono, że Jan ma w spadku ode mnie, oprócz pięknych niebieskich oczu i długich smukłych palców, przykry zestaw genów odpowiedzialnych za amelo- i dentinogenesis.

Igor ma DI w stopniu niewielkim i jest szansa, że w jego życiu niewiele to zmieni. Na Lenę jeszcze poczekamy, bo jest jeszcze za młoda.

Bardzo bym chciała, żeby medycyna zrobiła wielkie hop i znalazła na to lekarstwo. Bo póki co Janka czeka zaawansowana protetyka nawet na zębach mlecznych. Aczkolwiek dobrze, że lekarze już takie cuda robią i nie każą czekać do 18-tki. No i krok milowy w porównaniu z czasami moimi, że dzieciom też robi się znieczulenie. Mniej cierpienia to zawsze wielki plus.

Chciałabym również żeby NFZ nie miało rzadkich wad genetycznych tam, gdzie je ma obecnie. Może za kilka lat coś się zmieni i moim dzieciom będzie łatwiej, niż mnie. Taki koncert życzeń.

Tymczasem na deser zdjęcie.

Dzielny Jan, którego podstępnie i przy użyciu narzędzi pozbawiono dwóch zębów, szczęśliwie dał się udobruchać koparką.

image

Z chomikiem o kolorach | 2015/04/20 |

Byłam na kontroli. Wszystko jest tak jak być miało.

Podsumowując:

1. Wyglądam jak klasyczna ofiara przemocy a Książę Małżonek boi się, że pójdę gdzieś i zrobię obdukcję, by go potem szantażować i kazać mu oglądać ze sobą „Chirurgów”. Dziś kazał mi zabrać ze sobą wypis ze szpitala, bo nikt mu nie uwierzy, że to nie jego sprawka. Z tą obdukcją kuszące. Mam kilka pomysłów.

2. Sińce na szyi nie świadczą o duszeniu podczas operacji i przyciskaniu krtani butem przez wściekłego anestezjologa, a o normalnej reakcji organizmu na zastosowane nacięcia, techniki i inne szarpania.

3. Nie chcę wiedzieć jakie reakcje wykraczają poza normalne. Przemiana w wilkołaka? Wyobraziłam sobie depilację woskiem i od razu mi lepiej.

4. Gardło może mnie tak wściekle boleć jeszcze przez dwa tygodnie – podobno to od intubacji. Trzeba się uzbroić w cierpliwość i mało mówić. Mogę zostać mniszką. Albo mniszkiem. Lekarskim. On nie musi przełykać.

5. Oszczędzać się, odpoczywać, nie dźwigać, nie męczyć się, nie schylać. Lewitować. Przy trójce dzieci. Nic prostszego. Wystarczy paralizator.

6. Osiągnąć absolut i wmówić sobie, że wcale nie marzę o normalnym posiłku. Oraz wcale nie czuję, że jeszcze jeden jogurcik oraz cienka herbatka przez słomkę a palnę sobie w łeb. Żelowym okładem z zamrażalnika.

7. Pod koniec przyszłego tygodnia zdjęcie szwów. 4 maja kolejna kontrola z tomografią. Tymczasem pielęgnuję przyjaźń z Ketonalem. Kolor niebieski to aktualnie mój ulubiony.

Czy dziecko musi w nocy przyjść do łóżka i uwalić swoje 17 kg akurat NA TOBIE?

Oczywiście możesz się ruszyć. I je obudzić. Hahaha. Masz wtedy godzinę daremnego usypiania przedszkolaka gratis. Następnie i tak lądujesz na podłodze, cedząc przez zęby bajeczkę albo układając puzzle z Bobem Budowniczym po raz 2748532. Bo przecież lepiej żeby pozostała dwójka dzieci jednak nie dołączyła do upiornego zestawu. Spokojnie czekasz na godzinę otwarcia przedszkola. Walczysz z przemożną chęcią pozostawienia potomka natentychmiast pod zamkniętą furtką. Sama ta wizja trochę poprawia Ci nastrój.

Czy dziecko musi zsikać się o piątej zero trzy dokładnie po TWOJEJ stronie łóżka, choć to dziecko przecież NIGDY nie miało z tym kłopotu?

Normalnie mogłabyś wstać dwie godziny później i w suchej koszulce. Oraz WYSPANA. (To takie dziwne słowo. Niby wiesz, że istnieje, pamiętasz jeszcze ten stan jak przez mgłę.)

Ale przecież prysznic w akompaniamencie buczenia uroczej dwójki spod drzwi i dwa cykle prania o brzasku to taki ożywczy akcent.

No i właściwie już trzeba budzić delikwenta numer trzy do szkoły.

Żeszwdupęrabatkimotykąkopanemać!

Kolejny dzień | 2015/04/17 |

Nie powiem, że jest różowo, bo nie jest i to bardzo, ale mam nadzieję na poprawę i tej poprawy kontynuację. Tej nadziei się trzymam i zamierzam być twarda jak bułki, które zastałam na blacie w kuchni po powrocie ze szpitala. Bułki były naprawdę pancerne i jedną postanowiłam zachować sobie na później do torebki w celach obronnych. Książę Małżonek potrafi wyhodować broń biologiczną z pozostawionych torebek herbaty a co dopiero z bułki. Gdybym mu zostawiła krakowską podsuszaną, wydziergałby bazukę. Zdolny taki.

Na razie funkcjonuję sobie w domu w systemie przystankowym, czyli od tabletki do tabletki i zastanawiam się czy wszystko da się zmiksować i wciągnąć przez słomkę.

Gdyż albowiem najchętniej zjadłabym wszystko co twarde, chrupkie i pyszne a mam przed sobą dwa miesiące diety płynnej lub ewentualnie półpłynnej.

Z rzeczy dziwnych i trudnych do uświadomienia – nie mam czucia w brodzie i dolnej wardze. Podobno trzeba poczekać kilka tygodni i powinno wrócić. Jestem bardzo przywiązana do tego powinno. Jedzenie zupy w tych okolicznościach to doprawdy wielka przygoda. Trafi – nie trafi. Emocje jak na rybach.

Dzieci trochę zdezorientowane ale szybko się odnalazły. Igo tylko raz mnie zapytał, czy ktoś mnie pobił i ma oddać. Potem już tylko rzucał współczujące spojrzenia, gdy wszyscy jedli paluszki rybne a ja mdłe purre z ziemniaka z rozgotowaną marchwią. Janek nie bardzo chce zrezygnować ze spontanicznego rzucania mi się na szyję, ale pracujemy nad tym i chwilowo rzuca się po rodzinie. Lena bardziej jest zainteresowana zimnymi okładami niż tym co pod spodem, czyli matką. Cóż, życie. Matkę już zna.

Książę Małżonek przejęty i dzielnie donosi picie, kocyk, leki oraz stara się ograniczać ingerencję potomstwa w resztki mojego samopoczucia.

Żeby było bardziej interesująco i czarownie, unikając infekcji, gdzieś podłapałam anginę. Nie napiszę co mi się ciśnie pod palce, bo to same brzydkie wyrazy. Czuję się jak słabo rozgarnięta kupka nieszczęścia a wyglądam jak popiersie Bolesława Chrobrego w moim liceum. Wyglądał jakby miał bardzo rozwinięte wole młodzieńcze plus był nieco siny, jak to kamienne popiersia patronów szkół.

Z nowin z gatunku „to już” Lena dziś przywitała braci stojąc przy kanapie. Sama, na własnych nogach i z bardzo zdumioną matką obok. To to miało być to opóźnione dziecko? Pfff. Raczkuje jak mały odrzutowiec, dźwięk uchylanych drzwiczek od szafki z mąką i kaszami daje jej trzy sekundy do setki, a na drobne klocki Lego, pozostawione przez chłopców na moment, którymi z radością i wdziękiem chce się zadławić, rzuca się jak rekin na ławicę tłustych rybek.

Za chwilę będzie chodzić i wtedy dopiero zobaczymy co potrafi. Ziemio drżyj.

Już po | 2015/04/15 |

Już po operacji.

Bardzo dziękuję za wszystkie kciuki. Teraz jestem bardzo cierpiącym chomikiem. Takim świeżo po walce bokserskiej.

Czas sponsoruje mi literka d jak dolargan i po nim jest prawie cool. Prawie.

Będę postulować by do domu wypuścili mnie z przemiłą Panią Marzenką i jej cudowną szafką na kluczyk.


  • RSS