Tatonotka | 2016/06/23 |

Milion lat przed naszą erą byłam jakoś dramatycznie zakochana w Strasznym Dupku. Straszny Dupek rzucił mnie zaraz po wspólnych wakacjach nad morzem, przez telefon, bo jednak chyba poczuł się słabo na myśl, że mógłby dostać w ryj na żywo. Jako powód podał coś w stylu „potrzebuję czasu” czy inną podobnie wiarygodną bździnę. Czasu potrzebował niedużo, bo już następnego dnia zjawił się pod uczelnią z kwiatami… dla mojej koleżanki. Mnie zostawił na portierni kliszę że zdjęciami z wakacji, z której starannie powycinał niektóre klatki. Z pewnością ucieszył się z niej pobliski śmietnik.

Upokorzenie i narastającą w gardle gulę wiozłam do domu przez półtorej godziny, bo był korek jak cholera. Po wejściu do domu zalałam się łzami, padłam na łóżko i klasycznie rozwyłam lacrimosę w poduszkę. Dramat i rozpacz w kratkę.

Pamiętam, że przyszedł do mnie Tato (a proszę mi wierzyć, że Tato do beczących podlotków nie biegał ochoczo i raczej usiłował stawiać do pionu niż pocieszać). Przyszedł. Siadł na łóżku z rolką ręczników papierowych i spokojnie czekał aż mu wszystko opowiem. Chyba pierwszy raz w życiu. Zasmarkałam mu rękaw tiszerta, zapuchłam elegancko i zużywszy ręczniki, poszłam spać.

Obudził mnie bardzo stanowczy głos Taty, który z przedpokoju przez telefon mówił Strasznemu Dupkowi co mu zrobi jak ten jeszcze raz pokaże się na naszej uczelni. W tym głosie była stal i wysokie prawdopodobieństwo spełnienia obietnic.

Ojciec nie znosił nigdzie dzwonić. Do tej pory nie przepada za tą formą kontaktu a jeśli ma wykonać telefon, zbiera się do tego przez kwadrans. Wtedy jednak wynurał z mojego notesu numer i załatwił sprawę.

Straszny Dupek już nigdy nie pokazał się na Szczęśliwickiej.

Dziś Dzień Ojca.
Dziękuję Tato.

Wszystkim ojcom, tatom, tatkom i tatusiom – grubym, chudym, przystojnym mniej lub bardziej – wszystkiego dobrego. Bądźcie dla swoich dzieci superbohaterami przez całe życie.

Recenzje umieszczane na stronach mają to do siebie, że giną. Kiedyś napisałam jedną i szlag ją trafił, postanowiłam więc przypomnieć sobie i napisać ją jeszcze raz, tutaj. Oczywiście słowo w słowo to nie jest, zwłaszcza, że tamta była sprzed kilku lat, ale żółty pontonik jest aktualny jak tragiczny stan umiejętności liczenia przez władzę i uprzywilejowane media osób na manifestacjach.

To tyle jeśli chodzi o wstęp.

„Mamo, dasz radę!” dostałam w prezencie od autorki gdy byłam w ciąży z drugim dzieckiem. Egzemplarz z autografem i osobistymi życzeniami, fiu, fiu. Ale nie to było w tym wszystkim najważniejsze. Miałam już wtedy syna, wesołego pięciolatka z ambicjami podbicia kosmosu i wieść o całkiem nowym człowieku rosnącym w moim brzuchu napawała mnie wyłącznie pozytywnymi emocjami. Do czasu. Bo jak wiadomo dzieci dają nam tyle dobra i miłości, że łatwiej skupić się na tych wyłącznie dobrych rzeczach, które się nimi wiążą… ale zawsze jest jakieś ale. Oczywiście po przyjściu na świat drugiego potomka przypomniało mi się wczesne macierzyństwo z całym dobrodziejstwem inwentarza. Kolki, nieprzespane noce, trudności związane z karmieniem, nieustająca troska i wątpliwości, czy na pewno robię wszystko co trzeba, oraz czy robię to dobrze. Z pewnością są kobiety, które mają specjalny włącznik MAMA IDEALNA i po naciśnięciu go ich wiedza, cierpliwość i intuicja wiodą je prostą drogą do pełnego sukcesu – zdrowego, zadowolonego z życia, szczęśliwego bobasa wraz z uroczą rodzinką w tle. Ja niestety należę do tych mam, które nie mają takich funkcji w pakiecie startowym. Pewnie, że było mi łatwiej, bo miałam już przecież całkiem udany egzemplarz syna. Ale z tego samego powodu było mi też trudniej, bo czasem lepiej nie wiedzieć.

Po urodzeniu drugiego syna książka Dorki uratowała mi życie, zdrowie psychiczne oraz sporą część paznokci, których dzięki jej przeczytaniu nie obgryzłam ze stresu. Lekko, spokojnie i z dużą dozą humoru autorka przeprowadziła mnie przez arcyskomplikowane meandry potrzeb, reakcji i mechanizmów, które rządzą takim całkiem nowym człowiekiem. W przystępny dla statystycznego rodzica sposób wyjaśniono w książce czym jest bunt dwulatka, kiedy się kończy, pozwala nam zaczerpnąć oddechu i miłości, by następnie elegancko przejść w bunt trzylatka itd. Tak, oczywiście, to wszystko się kiedyś kończy i my, rodzice wiemy to najlepiej. Jednak w obliczu wydzierającego się w niebogłosy malucha w kompilacji z zagubionymi kluczami, spóźnieniem do pracy, czy plamą na jedynej wyprasowanej koszuli wiele z naszych mądrych zasad i cennych nauk zmyka niczym kot z kanapy u cioci na imieninach.

„Mamo, dasz radę!” pozwoliło mi uwierzyć, że nie muszę być supermamą, bo jeśli będę wystarczająco dobrą mamą dla moich dzieci, dla nich będę super do sześcianu. Że można być rodzicem oraz pozostać sobą. Że można urodzić, wychować i zaprzyjaźnić się z własnym dzieckiem, albo dziećmi i w tym wszystkim nie zwariować. Książka Dorki to świetna lektura zarówno dla tych planujących, jak i tych już wdrażających plany w życie. W moim świecie matki funkcjonującej na pełnych obrotach była kojącym żółtym pontonikiem na wzburzonym oceanie macierzyństwa.

Teraz mam już troje dzieci, dwa lata temu dołączyła do nas córeczka, ale pamiętam ten książkowy prezent do dziś. I to wcale nie z uwagi na autograf :-)

Turkiewki majowe | 2016/05/07 |

Panna Lena biega po kuchni z modelem ferrari i dziarsko wykrzykuje:

- Turkiewki to som! Turkiewki mi daść!

Jan zjada makaron świderki z jogurtem. Kategorycznie żąda usunięcia truskawek z obszaru talerza. Wypatrzy nawet mikroskopijny kawałek. Teren skażony obecnością owoców musi zostać poddany drobiazgowym oględzinom, którym towarzyszy pomrukiwanie i marsowa mina.

Lena z zapałem pochłania truskawki, łaskawie ignorując makaron świderki. Sos z jogurtu integruje się z sukienką w kwiatki. Niebieską, dotychczas. Ferrari musi poczekać. Świat musi poczekać. Panna Lena je i niech nikt nie waży się jej pomagać bo będzie zmuszona go ściąć.

Igo zjada wszystko i bierze dokładkę. Piłka nożna wzmaga apetyt. Jak również zużycie środków piorących, wody i energii. Pierworodnego po meczyku rozpoznajemy po czuprynie, ogólnej chudości i pająkowatych odnóżach.

Dzielni rodzice usiłują niezobowiązująco konwersować. Zjedli już swoje porcje oraz to, co raczyły pozostawić urocze dziateczki. Dzień jak co dzień. Tylko truskawki pierwsze.

- Turkiewki! – poprawiłaby natychmiast Lenuśka.

collage-1462633489441

2 maja | 2016/05/02 |

Niektórzy dziś rano wstali by pojechać do pracy.

Tymczasem inni ofiarnie postanowili pilnować łóżka.

Oczywiście jeśli rodzice mają wolne i chętnie pospaliby dłużej, młodzież wstaje o brzasku. Klasyka gatunku :-)

13119085_631647907000690_8350431607321403621_n

Kwiaty na jabłoni | 2016/05/01 |

Niedziella. Cześć Maj! Fajnie, że jesteś.

Po śniadaniu odśpiewaliśmy Hal przez telefon urodzinowe „sto lat”. Było głośno i miejscami fałszywie ale za to zawartość uczuć w każdym dźwięku olbrzymia. Hal była akurat w pociągu. Prócz najlepszych życzeń wyraziliśmy również nadzieję, że nie byliśmy na głośnomówiącym.

Następnie wykonałam podstępny nalot na kanapę, przykryłam się kocem i włączyłam opcję drzemki z totalnym olaniem reszty wszechświata. Oczywiście nadszedł ten moment, w którym obsiadły mnie maluchy kategorycznie żądając aktywności w wyścigu resoraków, ale co przespałam, to moje.

Wylegliśmy na podwórko.

Kibicujemy mocno wszystkim nowym pączkom na świeżo posadzonych drzewkach, rytualnie zbieramy kamyki i mamy kolejkę do huśtawek. Na spacer wyciągnięte zostały rowery, hulajnogi i plastikowe taczki, którymi świetnie wozi się piach i kamienie. Jan oswaja pierwszy rower Igora, Lena przemierza kilometry na biegowym rowerku Janka. Jan wspina się na drzewo i ma w nosie wołanie do kąpieli. Igo objaśnia siostrze, że z kwiatów na jabłoni będą latem pyszne papierówki.

Pamiętam z mojego dzieciństwa jak w lipcu rozkładałam pod nią na trawie koc, brałam mały jasiek, książkę i jadłam jabłka zrywane wprost ze zwisającej nade mną gałęzi. Koc był w kratkę, jabłka żółte i słodko-kwaśne, w konewkach odstawała się napompowana rano woda do wieczornego podlewania pomidorów, owady brzęczały niezobowiązująco, a książka zawsze była pobrana z biblioteczki rodziców. Czytałam z wypiekami Annę Kareninę i Ostatniego Mohikanina a w planach było jeszcze całe zagłębie literatury. I to jest jedno z moich ulubionych wspomnień.

Jabłka będą, jak co roku, pyszne. Wiem to.

Lenuśka | 2016/04/24 |

Panna Lena skończyła dwa lata. Od początku pokazała nam, że jest waleczna, uparta i bardzo lubi postawić na swoim. Moja mała córeczka – najwspanialszy prezent od wiosny. Codziennie pokazuje nam, że uśmiechać można się bez przerwy, nawet przez sen. Bądź szczęśliwa kochanie! <3

collage-1461517308238

Matka Dzieciom odsiadywała swoją karę pod gabinetem nr 9 na pierwszym piętrze przychodni.

Wyrokiem sądu losowego i w wyniku wypadkowej trzech gargantuicznych rozmiarów ciąż, prócz jakże uroczych dziateczek – sztuk trzy – pozyskała kręgosłup, nie tyle bolący, co okresowo – pardą maj frencz – napierdalający dziko niczym dziarski kangur wagi półśredniej w przygodnie napotkanego turystę. Teraz nie dość, że z bólu rozważała cały wachlarz mniej lub bardziej irracjonalnych zachowań, od pojękiwania w kątku, przez stepowanie na siedząco, po lekkie nietrzymanie moczu, to jeszcze była zmuszona uczestniczyć w opowiadanym z najdrobniejszymi szczegółami przez starszą panią z boku drugiej starszej pani zabiegu chirurgicznym. Wiem doskonale o wszystkich wrażeniach starszej pani i obawach drugiej starszej pani, która się na ów zabieg wybrać powinna. Litościwie nie przytoczę albowiem tak się składa, że jestem z tych wrażliwych. Tak, tak, nie wyglądam.

Szczęście niepojęte i łaska spłynęły na Matkę Dzieciom gdy tylko drzwi gabinetu otworzyły się i usłyszała swoje standardowo przekręcone nazwisko. Cała w ukłonach – bo bolący kręgosłup – dopłynęła do krzesła i osiadła na nim z ulgą.

- Co się dzieje? – spytał Doktor Na Zastępstwo

Matka Dzieciom nie bardzo wiedziała od czego zacząć ale postanowiła pominąć wszelkie dobre zmiany na jeszcze lepszej scenie politycznej kraju, który podźwignął się z ruiny, wstał z kolan i z hukiem spada w otchłań czarnej dudy…

Skupiła się więc na kwestiach medycznych.

- Mam problem z kręgosłupem – wyznała krzywiąc się niemiłosiernie, gdyż akurat kazano jej wstać i bardzo dokładnie poczuła, że właściwie to jeszcze trochę by posiedziała.

- Jaki ma Pani problem z kręgosłupem? – spytał Doktor Na Zastępstwo.

- Pyskuje, włóczy się po nocach z kumplami, pije alkohol i nie chce wynosić śmieci – pomyślała Matka Dzieciom.

Zamiast tego oznajmiła, że boli. Tak, wiem, przyziemnie. Ale Doktor Na Zastępstwo nie wyglądał na chętnego do żartów. Matka Dzieciom wyszła z gabinetu ze skierowaniem i receptą. Obie starsze panie były pochłonięte rozmową o możliwych powikłaniach w operacjach jelita i tym, co spotkało sąsiadkę drugiej starszej pani. Mam nadzieję, że bardziej listonosz z emeryturą niż cokolwiek innego. W każdym razie czmychnęłam stamtąd na powietrze.

W nocy Matkę Dzieciom dręczyły koszmarne wizje powikłanego listonosza i chirurga lekkoducha z ciężką ręką. W związku z powyższym rano nieprzytomna pojechała do pracy. Całe szczęście, że na Dworcu Zachodnim z pociągu wysiada wielu pasażerów i panuje ogólny tumult i wrzawa. W przeciwnym razie Matka Dzieciom zwiedziłaby sobie Łowicz, hej!

Literatura | 2016/02/21 |

Panna Lena zasłuchana w Andersenie.
Cała w różach i tiulach. Bo przecież nawet z zapaleniem płuc trzeba wyglądać odpowiednio.

lena

Lazaret domowy | 2016/02/18 |

Nie zna życia, kto nie był jedynym zdrowym osobnikiem pośród trojga chorych dzieci i Księcia Małżonka ze stanem podgorączkowym. Wszyscy chorzy, kaszlący i potrzebujący natychmiastowej pomocy, herbaty, koca, zabawki, książki, pilota, czegoś bliżej nieokreślonego, wody z bagna.

Podawanie każdemu z osobna jego zaleconych leków przy użyciu wszelkich środków perswazji, bez młotka, gwoździ i taśmy izolacyjnej – nowa sprawność zdobyta. Plus trzy inhalacje. Razem godzina. W pokoju siwy dym jak na Metalmanii.

Ómrem wkrutce.
Torturę niewyspania znajduję wymyślnie okrutną. I mam ochotę mordować wszystkich śpiących smacznie do dziesiątej.

Drogi Święty Mikołaju! Byłam naprawdę bardzo grzeczna. Mogę znaleźć i odpowiednio zastraszyć dowolną liczbę świadków. W końcu jestem matką. Czy przez wzgląd na naszą długoletnią współpracę oraz w drodze absolutnego wyjątku mogłabym dostać swój świąteczny prezent już dziś?? Mały, ciemny, wytłumiony i przytulny schowek na szczotki, koniecznie zamykany od środka. Wyposażenie zbędne, kocyk wystarczy. Bardzo, bardzo, bardzo… bardzo proszę.

Chorość | 2016/02/11 |

Wygląda na to, że aktualnie na metrażu jestem jedyną osobą bez gorączki, grypy, zapalenia płuc, anginy i bolącego barku.

Podaję leki, obieram jabłka, noszę na rękach, robię kisielek, zmieniam okłady, otulam kocem, trzymam miskę i dziarsko klnę pod nosem.

„Raz dobosz, zuch, szedł sobie ulicami
I bił za dwóch w swój bęben pałeczkami.
Ram, pam, pa, ra, ra… mać!”

Pragnę umrzeć.


  • RSS