Ważka | 2015/03/27 |

Mam wszechogarniający bałagan, ale chwilowo mam to również w nosie. Nie spodziewam się zgłoszenia samej siebie do Perfekcyjnej Pani Domu celem odgruzowania chałupy. A od testu białej rękawiczki i kąśliwych uwag mam teściową. Ciężko pracuję by miała zawsze świeży temat i pomysły.

Mam kucyk – tak, już, hip hip hurra dla opcji „znów długie włosy”. To oznacza koniec ekstremalnie trudnej w każdym aspekcie opcji „długość przejściowa”. To jest ta długość, w której wygląda się trochę jak pomiędzy zapuszczonym Beatlesem a wczesnym Chopinem po koncercie. Dla kobiety dramat w trzech aktach. Zwłaszcza z grzywką.

Mam zmęczone oczy, nie umalowałam się, bo wolałam w tym czasie poprzytulać się do poduszki o dwie minuty dłużej. Jestem typową matką, która mało śpi, dużo robi a jeszcze więcej powinna, bo tego oczekuje od niej świat i ona sama. Jestem w okularach, bo to była kolejna zbyt krótka na soczewki noc.

Mam przepiękną ważkę, która poprawia mi dzień, humor i percepcję. Takie cuda robi Aga Orłowska z Lublina. Potrafi zrobić na zamówienie wszystko i to do tego jest piękne. Pod jej palcami i urokiem osobistym, z drobną pomocą palnika, niepozorne kawałki srebra zmieniają się w dzieła sztuki. Pani ma talent, Pani Orłowska. A ja mam szczęście Panią znać.

Poniżej ja w towarzystwie bałaganu, kucyka i ważki. Oraz zmęczenia, którego nie chciało mi się tuszować makijażem.

image

Oraz komentarz Igo do tego zdjęcia:
- Mamo, jesteś ładniejsza nawet od tego karnego, którego strzeliłem wczoraj na treningu.

Ach <3

O pudełku i wyzwaniach | 2015/03/26 |

Dziś działam trochę na autopilocie. Albowiem o szóstej obudziła mnie Myszka Miki radośnie wykrzykująca coś o tajemniczym mysim sprzęcie. Zanim jednak wyobraziłam sobie ten sprzęt – jakie to szczęście – pies Goofy zawołał ochoczo: „Chodź, uśpimy maleństwo pudełkiem!”.

Jan obsługuje telewizyjnego pilota jakby robił z tego habilitację. Co czasem pomaga mi wygrać jeszcze kilkanaście minut drzemki.

Tak, moje dzieci czasem oglądają telewizję. Oraz jedzą parówki. Nie mają zbilansowanej diety pięciu przemian i nie lubią jarmużu. Chyba. Jestem złą matką. Ktoś musi.

Uśpienie pudełkiem jawi mi się jako nader kusząca opcja. Podejrzewam, że prędkość uśpienia może zależeć od ciężaru i twardości pudełka. Ale aktualnie wystarczyłoby mnie na przykład jakimś pudełkiem nakryć. Uśpiłabym się zwinięta w kłębek w 0,7 sekundy. Bez pudełka w sumie też.

Muszę się doczołgać do kawy.
I pokonać Mount Everest wciśnięcia przycisku ekspresu.

Tyle wyzwań na mnie jedną.

Żeby nie było nudno | 2015/03/26 |

Życie z DI i OI* nie rozpieszcza. 14 kwietnia operacja. Przeszczep kości z czaszki do żuchwy gdzie są zaniki kości. Brzmi strasznie ale podobno to tylko doba.

Oczywiście jakie było moje pierwsze pytanie?

Czy ogolą mi głowę?
Otóż nie.
Uff.

Dopiero potem zaczęłam się bać.
Baba to zawsze baba.

Oraz niewątpliwie plusem całej sytuacji jest fakt, że w końcu się wyśpię.

* dentinogenesis i osteogenesis imperfecta – w moim przypadku nic śmiertelnego, ale potrafi dramatycznie uprzykrzyć życie

Z okazji pięknej pogody wychynęliśmy dziś z Księciem Małżonkiem na dwór do prac ogrodowych. Mamy do uporządkowania niezły kawałek całkowitego fengszuja, gdyż przez 30 lat ten kawałek ziemi był wyłącznie i systematycznie zagracany. A my próbujemy z tego wyczarować coś optymistycznego, zielonego i naszego.

Po jesiennym wykarczowaniu różnych chaszczy i zmurszałych pniaków mamy trochę nadprogramowego drewna, więc korzystając z okazji rozpaliliśmy sobie ognisko. Wiatru prawie nie ma, godzina jedenasta, czyli bezpieczna, miejsce na ognisko od lat to samo, okolone cegłami, są ławeczki, elegancko. Najbliższe budynki odpowiednio daleko. Dodam również, że nie był to dziki płomień wysokości 3 metrów. Ognisko takie bardziej rekreacyjne. Kameralne. XS.

WTEM odwiedzili nas panowie ze Straży Miejskiej. Nie wpadli jednak na kiełbaski, a z interwencją. Sąsiedzi się skarżyli. Nie do końca wiadomo na co, ale panowie zgłoszenie przyjęli, więc przyjechali. Byli mili i dość zmieszani, że w sumie ognisko nieszkodliwe i w porze, gdy wszyscy raczej w pracy, ale niestety sąsiadów mamy wrażliwych i basta.

Zostaliśmy wylegitymowani, pouczeni i ognisko nakazano nam zgasić. Razem z tym ogniskiem zgasła we mnie jakaś taka elementarna wiara, że ludzie są w porządku. I nie są mendami, kiedy naprawdę nie muszą.

Wszelkie donosy są dla mnie czymś obrzydliwym i strasznie płytkim. Brzydzę się i już. Wystarczyłoby w sumie do nas przyjść i powiedzieć jak człowiek człowiekowi „ej słuchajcie, zgaście, bo mi przeszkadza”. Zgasilibyśmy. Może można byłoby umówić się na inny, mniej uciążliwy termin. Cokolwiek. Dialog. Podstawa.

Najwyraźniej ktoś nas bardzo nie lubi. Sąsiadów mamy sporo, ciężko wytypować, bo wszyscy w sklepie uśmiechają się miło i zachwycają naszą „uroczą gromadką”. Ale jak widać ktoś ma misję. Nie zamierzam przeprowadzać śledztwa. Ale zapamiętam i będę mniej ufna w te wszystkie uprzejme uśmiechy.

Jak znam życie, to gdybyśmy rozgłośnie pili wódkę i okładali się pięściami, albo ganiali się z siekierami, nikt by nie zareagował.

Na fali wkurwu zagrabiłam całe podwórze. Rzucając tu i ówdzie bardzo brzydkimi wyrazy.

Nadprogramowe drewno wsadzimy sobie wiadomo gdzie.

Lena skończyła 11 miesięcy.

Kocha mamę, tatę, braci, kaszkę malinową i długie chrupki z otrębami. W przyszłości pewnie do zestawu dołączy gitarzysta jakiejś kapeli, drinki z palemką i malowanie paznokci. Po drodze raczej nie uda się uniknąć brokatu i cekinów. Póki co cieszy mnie każdy dzień z Panną L. Jest nam super. O tak.

image

image

image

. | 2015/03/23 |

Koszmarny dzień.

Kościół, cmentarz, białe róże, mała, zdecydowanie za mała biała trumna. Dzieci z klasy milczące prawdopodobnie pierwszy raz w życiu dwie godziny, na stojąco, bez cienia marudzenia. Szelest opakowań chusteczek higienicznych. Smutek, który dało się kroić nożem.

Na popołudniowej wywiadówce cisza. Przejmująca. W naszej integracyjnej klasie jest mało dzieci. Coraz mniej jak się okazuje.

Wieczorem biegłam a łzy same płynęły po policzkach. 5,64 km. Wygodny czas na wypłakanie. Niewygodny powód. Uwiera wciąż jak kamień w bucie.

Po powrocie długo patrzyłam na moje śpiące dzieci. Całe. Żywe. Z niesfornym kosmykiem na czole, z cieniem uśmiechu w kąciku ust.

Czy kiedykolwiek zasłużę na to szczęście, które w nich mam? Chciałabym tego nie zepsuć.

Wczoraj postanowiłam pobiegać.

Nie, że do autobusu, który już widzę na zakręcie, a następny za pół godziny, oraz nie przed psem w charakterze uciekającej pysznej przekąski. Pobiegać postanowiłam w celach doprowadzenia się do stanu, w którym mogę oglądać się w lustrze bez wrażenia, że zbiegło się w praniu łącznie z ramą. Dwa razy w tygodniu chodzę na trening fitness ale to nadal mało. Lustro wyprało się w 90 stopniach i najpewniej z namaczaniem.

Z zamiarem pobiegania nosiłam się już od dawna, jako, że treningi w domu przed komputerem wychodzą mi słabo. Jeśli wychodzą. Za dużo dzieci, za blisko lodówka, za często nie chce mi się tego kompa odpalić i zwlec z kanapy jednak. A tu jak już wyjdę z domu, to pójdzie. Alty zmotywowała mnie wirtualnie i mam nadzieję, że nadal motywować będzie. Bo skoro Ona, nie lubiąc biegania podobnie do mnie, przebiegła i dała radę, to ja też mogę. Plan jest na co drugi dzień.

Dotychczas wymówek miałam sporo. Po pierwsze dzieci – przecież nie zostawię ich samych. Kuszące, wiem, ale jednak aż tak radosnego rodzicielstwa, zorientowanego na usamodzielnienie dzieci zanim niektóre nauczą się chodzić, nie głoszę. Po drugie strój – nie mam butów, nie mam spodni, nie mam bluzy z kieszenią na suwak, nie mam sportowego stanika, stylowego zegarka mierzącego tętno, kalorie i poziom stanu wody na Bugu we Włodawie. Po trzecie – przecież dostanę zawału. Nawet po pokonaniu schodów do mieszkania dostaję zadyszki i mam mroczki przed oczami a co dopiero wyjść i umyślnie narazić się na tortury. Po czwarte – nie lubię biegać. Wiem, że zdrowo, skutecznie i chyba najszybciej w ten sposób zdołam zmieścić się w ciuchy sprzed ciąży, ale niespecjalnie przepadam za miarowym dyszeniem po chodnikach i rozwścieczaniem okolicznych przydomowych psów.

No ale słowo się rzekło. Spróbuję – pomyślałam. I spróbowałam.

Przez pierwszy kilometr był to marszobieg z przewagą marszu. Sapałam jak miech kowalski i chyba wzbudziłam litość w mijającym mnie Starszym Panu z pieskiem. W piesku nie bardzo bo mnie obszczymur chciał ogłuszyć ujadaniem. Na drugim kilometrze miałam kryzys i zapewne migotanie przedsionków. Potem już chyba wpadłam w rytm. Zatokowy. I to był już bieg, choć kilka razy przeszłam się na chwilę szybkim marszem.

Przebiegłam 5,74 km. Zajęło mi to 41 minut. Zawału nie dostałam. Czyli pełen sukces.

Aczkolwiek 50 twarzy Greya to pikuś z gwizdkiem w porównaniu z moimi 50 odcieniami czerwieni na obliczu. Do domu dotarłam z purpurą godną zarejestrowania, na szczęście jednak Książę Małżonek był łaskaw okazać litość i nie robić zdjęć do rodzinnego archiwum. W przeciwnym razie byłabym zmuszona zabić go we śnie. A chrapie, więc mógłby się obudzić.

Tak w ogóle to jestem z siebie dumna. Serio. A wymówki olałam. Pobiegłam w trampkach, wyciągniętych workowatych spodniach i mocno przyciasnej bluzie, ale zamierzam w niej biegać dotąd, aż zrobi się zdecydowanie luźniejsza i wygodniejsza. Nie, nie bez prania. Gadżetów nie mam, wzięłam telefon i na słuchawkach słuchałam muzyki. Wreszcie miałam na to czas. Oraz na NIEMYŚLENIE. I to jest w tym najcenniejsze.

Teraz było powoli, mozolnie, z językiem do pasa i na oddechowej rezerwie, ale kto wie, może w przyszłości zatrzyma mnie nawet jakiś funkcjonariusz za przekroczenie dozwolonej prędkości i będę miała sensacyjny materiał na nową notkę. To byłby prawdziwy news biorąc pod uwagę brak pojazdu.

A na Bugu we Włodawie ubyło 5.

Podwórkowcy | 2015/03/21 |

Dziś w Rembridge.
Matka synom musi haratać w gałę – czy chce, czy nie. To obligatoryjne.
Foto skompilowała, uwieczniając w tle sypiacą się ruderę sąsiada, Haluta.

image

Bardzo smutny dzień | 2015/03/20 |

Umarła dziewczynka z klasy Igora. Wczoraj.

W pierwszej klasie w dniu rozpoczęcia roku szkolnego trafiła z gorączką do szpitala. Akurat wrócili z rodzinnych wakacji, szczęśliwi, opaleni. Diagnoza przygniotła wszystkich. Od tamtej pory toczyła nierówną walkę z białaczką. W zeszłym roku wróciła do szkoły. Na chwilę, bo po dwóch tygodniach znalazła się z powrotem w szpitalu. Dzieci pisały do niej listy, przekazywały rysunki, zbieraliśmy pieniądze na leczenie. Do końca wszyscy żyliśmy nadzieją.

Niestety Ewie nie udało się wygrać ze śmiercią.

W kuchni wciąż wisi laurka od Niej dla Igora. Nie jestem w stanie pozbierać rozsypanych myśli. Bardzo smutne i niesprawiedliwe to wszystko.

W poniedziałek na cmentarzu spotkamy się wszyscy by pożegnać Ewę, przed którą powinno być całe życie. Nie wiem jak zdołam spojrzeć w oczy Jej rodzicom.

Śmierć dziecka to coś niewyobrażalnego, potwornego, czego wydaje się nie można przetrwać. Nie myślimy o tym dopóki nie zdarzy się gdzieś blisko. Bo to przecież tak irracjonalne. Prawda? Dzieci są po to, by je kochać i by żyły długo i szczęśliwie.

Dziś mam w gardle wielką gulę i myślę, że mam potrójnie wielkie szczęście, bo moje dzieci mogą oddychać wiosną, bawić się na dworze, być niegrzeczne i zetrzeć sobie kolano na rowerze. Mają szansę na mniej lub bardziej szczęśliwe miłości, rozterki, marzenia, wybory. Mają szansę na to, co wydaje się takie oczywiste, że nawet się nad tym nie zastanawiamy.

Nie wszystkim dzieciom jest to dane.

Jakoś nawet nie przeszkadza mi, że moje dzieci są pyskate, mają zawsze coś do powiedzenia, nie bardzo i nie zawsze chcą się nas słuchać i trudno byłoby nazwać je grzecznymi. W końcu to nic nowego. Zawsze takie były. Codziennie przytulam je kiedy tylko są w pobliżu. I mówię jak bardzo kocham. Bo są. I jutro też będą. I pojutrze.

A Ewy już nie ma.

Dziś na treningu poprosiłyśmy instruktorkę o włączenie klimatyzacji. Już wiosna, chętnych na ćwiczenia zrobiło się więcej a powietrza na sali niestety nie.

Włączyła, owszem… gorący nawiew. Bo jej się guziczki pomyliły. A potem przez całe zajęcia nie można było tego zmienić.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

Po godzinnej saunie (!) ze stepem i sztangami w przysiadach, padach, wykrokach i przeskokach wracałam do domu mokra i purpurowa, z rozwianym włosem i wywieszonym na wiatr językiem. Stanik powiewał mi radośnie ciągnąc się za torbą, butów nie zawiązałam, bo uznałam to za oczywistą stratę czasu oraz trochę nie mogłam się schylić i ogólnie byłam jak z żurnala. Żywcem i bez obróbki graficznej. Nawet efekt czerwonych oczu pozostał. Haute couture szalonego projektanta z tachykardią. I wieloma nałogami.

Z pewnością kilku mijanym osobom przemknęła przez myśl wątpliwość, czy aby jestem szczepiona, czy też czeka ich seria bolesnych zastrzyków w brzuch. Oraz czy rzucę się im do gardła czy będę chciała porozmawiać o Bogu.

Na szczęście nikt nie wezwał ekopatrolu, straży miejskiej, ani Greenpeace. Może dlatego, że najbliższy akwen wodny to Wisła a tam niewielkie szanse na wieloryba. Gdyby jakiś uciekł i to tak hojnie obdarzony wścieklizną, z pewnością trąbiłyby o tym wszystkie media.

Musiałam zatem być po prostu kobietą wracającą z treningu.


  • RSS