Stresujący dzień? | 2009-11-16 | 18:53:33
Drogi Czytelniku,
jeśli miałeś dzisiaj stresujący dzień, z jakiegoś powodu masz ochotę nawrzeszczeć na swój ulubiony kubek a opcja: wyjście z siebie połączone z trzaśnięciem drzwiami jest w tym momencie nieosiągalna... mam dla Ciebie technikę relaksacyjną Siedmiu Punktów, zalecaną we wszystkich najnowszych testach psychologicznych.
Najlepsze jest to, że ona naprawdę działa.
Zresztą...
usiądź wygodnie i spróbuj sam.
__________________________________________________________
1. Wyobraź sobie, że stoisz obok cichego strumienia,
który łagodnie szemrze pośród skalistych zboczy.
...
2. Dobiega się miły i spokojny śpiew okolicznych ptaków,
które leniwie unoszą się w górskim powietrzu.
...
3. Nikt nie wie o Twojej tajnej kryjówce i nikt Cię tu nie szuka.
... ...
4. Jesteś całkowicie chroniony przed nieustannie pędzącym światem.
... ... ...
5. Kojące dźwięki pobliskiego wodospadu przepełniają Cię błogostanem.
... ... ... ...
6. Woda jest krystalicznie przejrzysta.
... ... ... ... ...
7. Wyraźnie widzisz twarz osoby, którą przytrzymujesz pod wodą.
Widzisz?
Już się uśmiechasz.
:)))
A na deser mój osobisty faworyt do programu Mam talent...
KLIK
Tagi: techniki relaksacyjne dla każdego
Bajka
powiedz Ni i skomentuj (24) | góra | dól |
Nie rozpędzam się w supermarketach | 2009-11-09 | 23:49:14
Jestem, żyję i mam się. Nie porwali mnie kosmici, nie wchłonęła czarna dziura ani nawet nie zapadłam na świńską grypę, choć kolega w przedszkolu kiedyś nazwał mnie prosięciem. Oczywiście nie jestem przekonana czy udało mu się w końcu skutecznie rozmnożyć, gdyż spotkała go straszliwa kara i moje wściekle rozpędzone kolano, ale ufam, że współczesna medycyna świetnie sobie radzi z przypadkami znacznie gorszymi niż sześcioletnia furiatka, zatem jest nadzieja.
Nie lubię jesiennej szarugi, poniedziałków pod górkę, chamstwa, różowości wszelakich, dymu papierosowego wdmuchiwanego wprost w moje nozdrza, wredoty i złośliwości mojego kota oraz muzyki biesiadnej. Pech chciał, że ostatnio ilekroć miałam już w pełni zsynchronizowaną wolę, chęć i możliwość napisania tu czegoś nowego, nadarzała się któraś z wyżej wymienionych okoliczności, albo też wszystkie nadarzały się na raz i z miejsca traciłam zapał.
Jesieni nie zapraszałam. Sama się napatoczyła i wcale nie jest mi z nią dobrze. Nie mam czasu ani pieniędzy na depresję, możemy więc uznać, że to chandra. Wygodniej i nie trzeba się tłumaczyć. Co prawda nieco już przewlekła się robi od zeszłego chyba roku ale gdzieś czytałam, że warto mieć w życiu coś stałego. Więc mam. Stały mam jeszcze cukier w cukrowym słoju, gdyż albowiem się cham skawalił. Ostrzegam zatem ewentualnych śmiałków, którzy chcieliby wprosić się na herbatę (tak, tak Tomaszku, to do Ciebie - nie róbmy ceregieli z zapraszaniem, przecież zawsze można do mnie wpaść jak za dawnych czasów i poobgadywać rzeczywistość za jej plecami), że albo będą słodzić konfiturą, albo skamieliną, albo wcale.
Poniedziałki toleruję tylko z górki, bo te pod górkę nieustająco mnie wnerwiają. Jak większość upierdliwości zresztą. W poniedziałek trzeba wejść z powrotem w ramki i w dodatku mamy tę przykrą świadomość, że to dopiero początek i cały długi tydzień przed nami. Najbardziej lubię sobotnie poranki, gdy budzę się, odruchowo spoglądam nerwowo na zegarek, po czym ogarnia mnie błogość i zanurzam się głębiej pod koc. Nawet Lokator wszedł wreszcie w ten wspaniały wiek, w którym już bardzo dużo rozumie. Na przykład zasadę pierwszą: Mamut drzemiący to Mamut dobry, a Mamut przedwcześnie z łóżka przy sobocie czy niedzieli zerwany, to jedna z egipskich plag, o której zapewne z wielkiej trwogi nie wspomniano w żadnym ze zwojów, ale warto to zakodować w tych aktualnych, mózgowych. Młodzież wybornie więc zabawia się przez blisko godzinę tworząc skomplikowane konstrukcje architektoniczne z klocków, samochodów, książek i kota a ja z pełną premedytacją chrapię.
Co do chamstwa, różowości wszelakich i dymu papierosowego wdmuchiwanego wprost w moje nozdrza, celują w nich naturalnie środki komunikacji miejskiej i masowej. Po pierwsze - Starszy Pan z wybitnie roszczeniową postawą, który jak taran brnie przez zbity tłum do wyjścia a przez gardło nie przejdzie mu magiczne słowo "przepraszam", za to świetnie mu idzie syczenie, cmokanie tudzież wymowne spojrzenia. Po drugie - różowa Barbie z grzechoczącą landrynką w miejscu mózgu ćwierkająca głupawo przez bite pół godziny o uśmiechu nowego aktora w nowym serialu z zapewne również całkiem nową koleżanką Cindy odzianą w podobny odcień - obie niestety w wieku daleko wskazującym na ukończenie obowiązkowych klas edukacji podstawowego stopnia. Po trzecie - Dziunia w Tipsach, która wsiadając do tramwaju zaciąga się jeszcze papierosem i już w środku wydmuchuje zawartość płuc wprost na mnie, co sprawia, że mam wyjątkową ochotę by przegryźć jej tętnicę albo przeciągnąć wypudrowanym policzkiem po żwirze. To tylko przykłady, ale wybitnie wzmagają we mnie chęć nagłego mordu. Choć oczywiście na co dzień niespotykanie spokojny człowiek jestem.
Wredota i złośliwość mojego kota są już słynne. Raz nawet PanKot zniknął był w niewyjaśnionych okolicznościach, czyli prawdopodobnie wymknął się ku przygodzie wprost na klatkę schodową gdy zamykałam mieszkanie. Chodziłam, szukałam, cisza. Jestem pewna, że był w którymś z mieszkań w moim bloku, bo wywieszona kartka z ogłoszeniem została zerwana tak błyskawicznie, że prawie wezwałam ekipę z rekordów Guinessa. Ale, że dobrze kocura znam, byłam przekonana, że tylko ja potrafię tolerować to niewdzięczne bydlę, które prędzej czy później wywinie komuś jeden ze swych popisowych numerów, zostanie wystawione za drzwi i tak skończy sie jego światowa kariera obieżyświata. Zgadnijcie kto następnego dnia miauczał pod drzwiami? Hmm... to nie ptak, to nie samolot, to PanKot uciekinier! Od tamtej pory wredny charakter nie zmienił mu się ani na jotę, ale unika już podobnych eskapad nad podróże w nieznane przedkładając pełną miskę i swój własny wygodny koszyk.
Muzyką biesiadną rozbrzmiewa mi głowa co weekend w okolicach bicia kotletów u sąsiadów po powrocie z niedzielnej mszy. Oczywiście z miejsca podrywam się do tańca i krzesząc hołubce kołuję po izbie... w poszukiwaniu siekiery. Potem przestaję kląć pod nosem i robimy sobie z Synem kontrfestiwal, czyli Metalmanię. Głośniki mamy nośne, toteż reakcja jest błyskawiczna, karna i z reguły starcza na kolejny tydzień spokoju. A spokój to coś co tygrysy zdecydowanie cenią sobie najbardziej.
Oraz weszłam w barszczyk, więc jest nieco buraczanie, ale za to czosnkowo, pieprznie i z majerankiem.
I tak o.
Nuda, Panie.
Tagi: a co u was?
Bajka
powiedz Ni i skomentuj (16) | góra | dól |
Po_urodzinowo | 2009-10-26 | 21:06:52
W kalendarzu siedemnasty i dziewiętnasty dzień października mam zawsze zakreślony kolorowym kółkiem. Ściśle rzecz ujmując dwoma. A to co pomiędzy aż się prosi o dorysowanie kilku kresek, do rowerka. Różnie bywa ze ścieżkami, czasem trafią się kałuże, albo rozkopany chodnik, no i jedno z nas nadal nie umie zawracać, ale nasz rowerek pruje dalej. Dobry jest. Najlepszy.
...
Pamiętacie?
wszyscy robią klik
No, to ja też pamiętam :)
Oglądam i mam oczy w mokrym miejscu i w ogóle...
Była środa i strasznie było mi smutno. I strasznie i smutno w jednym. Polecono mi przyjechać we wtorek o siedemnastej.zero i pamiętam jak okropnie nie na miejscu się tam czułam mając ze sobą jedynie podręczną torbę i blady dość - nie ukrywajmy - uśmiech. Przyjechałam - oczywiście, że tak. Stałam tam z tą torbą i najchętniej rozbeczałabym się koncertowo i spłynęła na posadzkę ale przecież świetnie wychodziło mi robienie dzielnej miny i bohaterskiej pozy. Bo to, że w środku miałam parszywie rozedrganą galaretę, wiedziałam tylko ja.
Izby Przyjęć w szpitalach położniczych to bardzo rodzinne miejsce. Panie o równikowej talii patrzą głęboko w oczy swoim Rozbieganym Mężczyznom - aczkolwiek raz miłośnie a raz nienawistnie, w zależności od siły skurczu i okoliczności łagodzących - Rozbiegani Mężczyźni zaś z obłędem w oku i drżeniem w kolanach łypią to tu, to tam, wyraźnie poszukując ratunku, bądź też przyjaźnie wyglądającego schowka na szczotki i papier toaletowy. Ja byłam zakłopotana. To chyba najlepsze określenie. Przerażona i zakłopotana. Nigdzie indziej bowiem - jak to się później okazało i okazuje do dziś - nie czuć tak mocno, że jest się tak bardzo samemu. Nie no jasne, że miałam Lokatora, który przecież za chwilę się uzewnętrznił i szczelnie wypełnił mój świat absolutnie wszystkimi możliwymi do przeżycia uczuciami, to nie podlega dyskusji. Ale tamto wrażenie było dojmujące. Pamiętam je doskonale. W ogóle pamiętam do teraz to wszystko z taką ostrością, jakbym jeszcze przed chwilą wgapiała się w mozaikę kafli na podłodze marząc o tym by już ktoś mnie stąd zabrał, żebym nie musiała słuchać, ogladać, dotykać ramieniem nikogo z tej poczekalni.
Potem w dyżurce pielęgniarek przebierałam się w nocną koszulę i szlafrok. Koszula była żółta, szlafrok granatowy a wszystko dostane w spadku, gdyż jak przyszło do kompletowania okołoszpitalnych potrzebności, okazało się, że ani koszula nocna, ani szlafrok nie znajdują się w moim posiadaniu. Oczywiście zaraz po powrocie do domu pozbyłam się zarówno koszuli jak i szlafroka. Nic nie poradzę na to, że nie lubię spać w koszulach, czy innych pidżamach a jak już muszę bo jestem w podróży, gościnie, czy też goszczę kogoś u siebie, posiłkuję się tiszertami. I tyle. W szpitalu musiała być jednak koszula - i to taka, w której wszyscy mają nieograniczony dostęp do wszystkiego a współpasażerowie tej jazdy bez trzymanki mają przy okazji nieograniczony widok na wszystko co my akurat przypadkiem musimy zaprezentować. Wszystkim oczywiście. Koszmar. Nie żebym była jakaś szczególnie pruderyjna, ale nie zwykłam biegać z biustem na wierzchu po okolicy i nieco krępowały mnie pewne sytuacje czy gościnne występy. No ale i tak było klawo jak cholera, bo salę finalną - gdy Lokator był już uzewnętrzniony i prezentował się jako kwękający kokon - dzieliłam tylko z jedną Panią i jej ewentualnymi gościnnymi występami a nie z całym stadem Pań. Gdyby było stado, musiałabym wystąpić w charakterze złego wilka i je zagryźć. A tak, dało się znieść.
Zanim jednak była sala finalna i Lokator uzewnętrzniony, leżałam długo podpięta pod KTG i hipnotyzowałam się rytmem, w którym wyraźnie wyczuwałam, że Lokator boi się jeszcze bardziej niż ja. Tym bardziej starałam się więc być spokojna i nie dać się zjeść potworom. Na szczęście Panie w Kitelkach były przytłaczająco miłe i bardzo się starały żeby było mi dobrze... o ile w ogóle w takich okolicznościach przyrody można mówić o dobrym samopoczuciu. W każdym razie wprawdzie nie byłam na tyle wyluzowana by rozwiązywać szarady w Rozrywce, ale żart mi się nie stępił a wrodzonym sarkazmem wyraźnie zjednałam sobie całkiem sympatycznego anestezjologa, roboczo zwanego Panem Okularem. Nawet zażartował coś na temat tej przepięknej koszuli, którą musiałam przywdziać na okoliczność planowanego się_rozmnożenia - biały fartuch z dekoltem do pępka i kilkoma sznurkami w zastępstwie pleców, który przy każdym ruchu demaskował brak bielizny śni mi się zresztą jeszcze czasem w koszmarach. Pan Okular swój pseudonim artystyczny zawdzięcza akcji uzwnętrzniania Lokatora metodą cięcia cesarskiego, do którego zaklasyfikowano mnie z okazji odwarstwienia siatkówki, a którego przebieg mogłam - niestety - do woli podziwiać w odbiciach jego korekcyjnych szkieł. Cesarka jest zdecydowanie przereklamowana i gdybym miała wybór wolałabym nie mieć problemów z oczami, przeżyć ten naturalny poród i mieć wszystko z głowy, a tak to najpierw trzeba leżeć nieruchomo na boku, podczas gdy anestezjolog wkłuwa się między kręgi ze znieczuleniem, potem traci się poczucie bólu od mostka w dół ale doskonale czuć co robi chirurg i cała reszta, zasłaniają widok parawanikiem, no ale przecież zawsze zostają te okulary. Nic dziwnego, że momentami robiło mi się słabo. Ponadto ten, kto myśli, że w takim zabiegu Dziecko się po prostu wyjmuje, jest w błędzie. Przynajmniej mnie nikt Lokatora znikąd nie wyjął. Po zrobieniu cięcia Młody został wypchnięty siłą nacisku na moje osobiste żebra z obu stron, co zdecydowanie nie było przyjemne. Ani dla Niego, ani dla mnie. Potem już było fajnie, bo jeszcze działało znieczulenie a już miałam Syna. Pamiętam, że zaczął płakać a potem położyli mi Go na chwilę na ramieniu i przestał. Patrzyliśmy na siebie zdziwieni i wyglądaliśmy jak jakaś dziwna figura z talii kart - jedno dla drugiego było do góry nogami - ale byliśmy już spokojni. Potem położna zabrała go do obowiązkowych ablucji a ja leżałam na tym stole zastanawiając się jak bardzo zmieni się teraz moje życie.
No i się kurka siwa zmieniło. Wykonało potrójnego toeloopa z poczwórnym rittbergerem, wylądowało na lewej łyżwie i zebrało wysokie noty za wrażenia artystyczne. Taaak. Wrażeń artystycznych mamy pod dostatkiem.
Igor skończył cztery lata i od pewnego czasu nieprzerwanie deklaruje, że jak dorośnie, to się ze mną ożeni. Nie wiem co na to prokuratura, ale póki co zupełnie się tym nie przejmuję. W końcu ja też jako dziewczę młode a naiwne chciałam koniecznie wyjść za mąż za Zdzicha i zupełnie mi nie przeszkadzało, że ma już żonę - Mamuta zresztą mojego osobistego - oraz dzieci, w tym mnie. Podejrzewam, że Młodemu przejdzie szybciej niż mnie, bo ja zakochałam się dopiero pod koniec podstawówki a teraz młodzież dorasta szybciej.
Igor skończył cztery lata. Ja skończyłam trzydzieści jeden. Szczerze mnie grzeje co na to numerologia, wróżka, tarot i inne pierdoły. Wiem za to, że dobrze nam razem i to jest w tym momencie najbardziej interesująca mnie sprawa. Być może nie jestem Super_Mamą, nie pielęgnuję w ogrodzie jabłoni, by własnoręcznie ucierać memu dziecięciu kisielku ze zdrowych jabłek, pozwalam jeść deser przed obiadem, obiad na kolację, albo łazić w parku po kałużach, czy wyzbierać okoliczne kamienie i wybrudzić się po pachy - ale w końcu przycisk "start" w pralce też musi mieć swoje pięć minut. Być może nie pracuję nad genialnym dzieckiem, które czyta, deklamuje i gra na skrzypcach lewym uchem, być może bowiem o wiele większą frajdę sprawia mi spędzenie z nim połowy niedzieli na oglądaniu bajek z mojego dzieciństwa, które mu objaśniam po swojemu, albo robieniu toru przeszkód na naszych prywatnych wyścigach resoraków. I być może mam gdzieś te wszystkie niezbędne umiejętności, które część znajomych równieśników wykonuje już z wielką wprawą. Ale za to z pewnością świetnie się przez ten czas bawimy. Na resztę świata przecież i tak przyjdzie pora.
Młody jest wrażliwym, myślącym i rezolutnym przedszkolakiem, który właściwie stale się uśmiecha i robi psikusy, który bywa marudny i zły, ale potrafi te emocje nazwać i kiedy trzeba opanować, który codziennie mówi mi, gdy wracam, że za mną tęsknił, a na dobranoc, że mnie kocha. Ja zaś staram się być najlepszą Mamą i najlepszym Tatą jakimi tylko być potrafię i choć czasami bardzo trudno jest pogodzić te dwie role w jednym scenariuszu - zwłaszcza, gdy trzeba być twardym i konsekwentnym a cierpliwym, oraz jeszcze jest się do tego piekielnie zmęczonym po x godzinach w pracy - wierzę, że robię to dobrze. Nie muszę być Super_Mamą a Igor nie musi być Super_Dzieckiem - ważne, że dla siebie nawzajem jesteśmy najlepsi.
Znajdźcie mi gdzieś drugą tak doskonale dobraną parę :)
Tagi: nawet urodziny mamy blisko siebie
Bajka
powiedz Ni i skomentuj (45) | góra | dól |
Rozkład jazdy, czyli śpiewamy Requiem Mozarta | 2009-10-15 | 23:39:19
Bajka
powiedz Ni i skomentuj (21) | góra | dól |
Macedonia w obrazkach | 2009-09-22 | 22:22:32
Zanim dotarliśmy do słonecznej Macedonii,
pokonując wiele przeszkód takich jak piekielna nuda Małoletnich,
celnicy rodem z oddziału geriatrycznego dla szachistów,
czy choroby lokomocyjne współpasażerów ...

... by przewertować na warsztatach kilometry nut,
przestraszyć śmiertelnie na emisjach okoliczną faunę
w postaci ogłupiałych, niczego nie rozumiejących kotów
- kryjących się przed nami w figowcach i najwyraźniej codziennie
mających nadzieję, że to już -
a finalnie wyśpiewać sobie drogę do sławy...
... a w wolnych chwilach leżeć, byczyć się i wałkonić,
oraz zwiedzać, pływać, opalać się, tańczyć do rana w Cuba Libre,
gdzie nad samym jeziorem serwują drinki z niejedną palemką
- mój ulubiony Red Devil palemki nie miał ale i tak był boski -
chodzić na targ po przepyszne owoce i podziwiać piękne widoki...

... spędziliśmy kilka godzin w serbskim mieście Novi Sad
położonym malowniczo nad średnio pięknym i wcale nie modrym,
a raczej w odcieniu sino_brąz_koperek, Dunajem ...

... zbierając siły na dalszą podróż, konsumując lody,
popijając obficie oranginę - tak dobrą jak napój mojego dzieciństwa:
Ptyś - nawiązując bliższe i dalsze kontakty z okolicznym ptactwem oraz
- ku uciesze osobistego Potomka - brodząc na bosaka w fontannie.
W Ohrydzie zaś śpiewaliśmy wieczorami na ulicach ...
... a za dnia Lokator rwał panny jak młode wiśnie
sprawdzoną metodą na Instruktora Pontoniarstwa ...
... tu w korytarzowym treningu "na sucho" objaśnia coś
niezwykle istotnego Ciotce Strzydze.
Młody dał się też poznać jako opiekuńczy starszy kolega,
oprowadzając małego Mikołajka po parku, gdyż jak dowiedli
Bardzo Mądrzy Badacze w trawie cholernie łatwo się zgubić.
Ponadto nad Jeziorem Ochrydzkim można spotkać wiele ciekawych
i sympatycznych osób - tu Pan roboczo i na okoliczność ubogacenia
narracji nazwany Heniutkiem łowi ryby nęcąc je makaronem świderki...

... i zjawisk - tu niezwykle interesująca, trwająca kilka sekund burza,
która zakończyła się niestety zanim zdołałam wydobyć z kieszeni
aparat telefoniczny celem zrobienia "pstry" i uwiecznienia jej
dla ewentualnych potomnych a z pewnością dla czytelników termosu.

Postanowiliśmy też pojechać siedem godzin autokarową serpentyną
pod górę - hip hip niech żyje przygoda i jednorazowe woreczki oraz
Lokomotiv - by w charakterze skwarek podpiec się nieco na helleńskim
ruszcie i zwiedzić greckie niebosiężne klasztory zwane Meteorami.

Może to i tylko dziwaczne klasztory na szczytach niedostępnych gór,
ale było warto. Wprawdzie wraz z koleżanką Gosią musiałyśmy
wyglądać przekomicznie, gdy z naszą trójką dzieci, w tym z Kaliną,
która w wózku jeszcze, pokonywałyśmy pierdyliard
schodów, schodków i stopni ...

... ale za to Igor z Mikołajem byli tak mocno zaaferowani
każdym nowym odkryciem - choćby to był nowy kamyk
do kolekcji, którą potem dzierży się w czapce i nie pozwala
mamie dotknąć pod groźbą Marszałka Focha Długotrwałego
że nawet skwar czy uciążliwa podróż były łatwiejsze do
zniesienia. Zwłaszcza jeśli obowiązkową pamiątką z Ellas
okazał się kieszonkowy czerwony samochód terenowy
... made in China oczywiście ;)

Tu droga, tu droga i tam droga (poniżej w celach
porównawczych i dla miłej kompozycji zdjęcie z Macedonii).
W ogóle mam wrażenie, że ciągle gdzieś nas gnało
i ciągle gdzieś chodziliśmy. A najczęściej oczywiście
jak na złość pod górę...

... chociaż oczywiście o wiele bardziej, bo w pełnym wymiarze,
przesrane mieli (i mają) ci mnisi - nie dość, że w drelichowych
kieckach to jeszcze w chodakach. I w upale. Bosko.

Dni mijały szybko i niepostrzeżenie. Stanowczo za szybko.
Żeby to wszstko obejrzeć, wyodpoczywać i nacieszyć się,
trzeba by jeszcze co najmniej tygodnia w bonusie.
Zwłaszcza, że wakacje z wesołą gromadką to nie tylko beztroska
sielanka, ale też krew, pot, łzy i nieustające marudzenie.

Na szczęście Małoletni nie stawiali oporu i usypiali prędko a porządnie,
wobec czego my, Matki Wyrodne, mogłyśmy z czystym sumieniem
pozostawić Troje Śpiących pod opieką Ciotki czy Wujka Chórzysty
i wybrać się na zakupy, spacer czy po prostu skorzystać z błogiej chwili
wytchnienia od małych, lepkich rączek.

Od czasu do czasu trzeba się było trochę polansować na bulwarze.
Chłopaki nie pękali na robocie - Mikołaj postawił na nonszalancję
w stylu grunge a Iggy heavy-metalowiec w koszulce Kiss i czerwonych
okularach wzbudzał prawdziwą furrorę wśród napotkanych turystów.
Najbardziej podobało nam się jednak to, że zostali
prawdziwymi kuplami oraz po przyjacielsku i uroczo
trzymali się za ręce.
Biorąc pod uwagę, że pierwszych kilka spotkań
każdorazowo kończyło się guzami i siniakami,
postęp jest gigantyczny.
I cóż. Tyle. Trzeba było potem się pożegnać z kamienistą plażą,
słońcem na deptaku, soczystymi arbuzami czy melonami,
zapisać w pamięci te wszystkie miejsca i wspomnienia...
i wyruszyć w dłuuugą drogę powrotną, do domu.

Taka to właśnie była Macedonia :)
Tagi: pstrykanie zbiorowe
Bajka
powiedz Ni i skomentuj (25) | góra | dól |
Ha! | 2009-09-03 | 13:27:00
Mamy pierwsze miejsce na festiwalu w naszej kategorii i wynik 9,2 punkta w Competitions Concert :)
Jeśli wziąć pod uwagę, że Grand Prix dostały absolutnie fenomenalne i profesjonalne kobity ze Słowenii z 9,8 punkta, to naprawdę jest to nasz duży sukces. Super.

A teraz wszyscy klikają na:
http://www.chor.toplista.pl/?we=chorpw1
i głosują na ChAPW... a co ;)
Tagi: ohrid choir festival 2009
Bajka
powiedz Ni i skomentuj (36) | góra | dól |
Pocztówka z Macedonii | 2009-08-29 | 23:22:59
Dwie doby w podróży autokarem z przystankiem na Serbię z dość ruchliwym
prawie_czterolatkiem to prawdziwy kosmos ale się udało. Stop. Jesteśmy
w Ochrydzie. Stop. Pogoda bajeczna, żarcie parszywe - w odróżnieniu.
Stop. Igor biega szczęśliwy jak dzika świnia w obierkach i prezentuje
charakter żywcem skopiowany z mamusi, czasem zgrzytam, ale ogólnie daję
radę. Stop. Osiagnęłam zen i jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora.
Stop. Byliśmy też w Grecji i ogólnie mamy wszyscy wytrzeszcz z
zachwytu. Stop. Warsztaty zakończone, nasz festiwalowy koncert bdb.
Stop. Aktualnie mam na stanie w pokoju jednego malucha z gorączką a
pozostałą dwójkę - w tym Lokatora - pod obserwacją. Stop. Jutro
wyjeżdżamy i raczej nie wyobrażam sobie podróży w takich
okolicznościach przyrody. Stop. Jak zacznę sobie wyobrażać to zwariuję.
Stop. Trzymajcie kciuki. Stop. Z plusów - Młody nauczył się pływać w
kółku i rękawkach a ja zyskałam tryliard nowych piegów. Stop. Wszędzie.
Stop. Więcej po powrocie. Stop. W bonusie fotka wielkiej i ciepłej
wody, do której mamy dokladnie 50 kroków. Stop. Liczyłam. Stop.

Tagi: jezioro ochrydzkie
Bajka