Elwira | 2014/12/06 |

W naszym życiu pojawiła się Elwira.
Ma 11 lat ale zaskakująco dobrze daje sobie radę.
No i jest cała moja.

Na razie się oswajamy ale z każdym dniem uczę się jej coraz bardziej i może w końcu razem będziemy świetne „na mieście” ;)

Ps. Srebrna jest.

Pytania | 2014/10/19 |

Są pytania z gatunku durnych. Zwykle padają w towarzystwie przy okazji imienin u cioci, czy przyjęcia u babci. Są też takie, które słyszał w dzieciństwie chyba każdy z nas. Janek też usłyszał.

- Jasiu, a powiedz kogo ty bardziej kochasz – mamusię czy tatusia?
- Igorka. – Padła zdecydowana odpowiedź.

Dyplomata :-)

A Igor skończył właśnie 9 lat.
Poważny wiek proszę Państwa. Spełnienia marzeń synku. Bądź szczęśliwy i zawsze taki radosny jak teraz. I strzelaj takie bramy jakie się jeszcze nikomu nie śniły.

Twój najwierniejszy kibic.
Mama

Urodziny | 2014/10/17 |

Trzydzieści sześć lat temu Karol Wojtyła został papieżem a następnego dnia urodziłam się ja. Ha! Od zawsze lubiłam mieć dobre wejście.

Trzydzieści sześć lat to bardzo piękny wiek. Oczywiście wolałabym mieć jeszcze dwadzieścia sześć, bo byłam ładniejsza,  szczuplejsza,  bardziej aktywna towarzysko i mogłam bez zbędnych ceregieli pić z Halką tequilę oraz tańczyć na stole… Ale w sumie to teraz też jest całkiem dobrze. Na stole tańczyć już chyba nie chcę,  bo teraz meble robią mniej solidne, na tequilę jestem już umówiona jak tylko skończę karmić Lenkę, Igor czarująco wmawia mi, że nadal jestem najpiękniejsza a Janek odśpiewał mi sto lat tyle razy, że chyba przebiję wszystkich najstarszych Chińczyków świata.

Poza tym to taki wiek, że najspokojniej mogę mieć wszystko, co akurat chcę, dokładnie tam gdzie chcę i nie przejmować się tym, kto, komu i co na ten temat powie czy pomyśli. A to, nie ukrywajmy, bardzo wygodna opcja, zwłaszcza jeśli jest się takim leniwcem jak ja. Z czystym sumieniem może mi się nie chcieć. I już.

A teraz życzenia.

Zdrowia, bo resztę da się mniejszym lub większym nakładem sił zdobyć.

Życzę sobie żeby mi się spełniło moje wielkie marzenie o podróżowaniu po świecie bez poczucia czasu i konieczności liczenia drobnych, które mi zostały.

Żeby moje dzieci były zdrowe i żeby wyrosły na fajnych, odpowiedzialnych, wrażliwych ludzi z życiem poukładanym jak chcą.

Żebym mogła z czystym sumieniem, spokojną głową i akceptacją najbliższych wrócić do śpiewania, które tak kocham, a od którego musiałam wziąć urlop i bardzo mi z tym źle.

Żebym miała obok siebie ludzi, których kocham i lubię, których teraz mi brak, za którymi tęsknię, bo moje możliwości towarzyskie są mocno ograniczone za sprawą gromadki małoletnich.

Żebym nadal umiała cieszyć się życiem, sikorką za oknem, uśmiechem, dobrą książką, bratkiem w trawie, że zdążyłam na autobus, ulubioną piosenką, wzruszajaco koślawą laurką, trzymaniem się za ręce i że chleb wyszedł mi dziś dobry.

I jeszcze życzę sobie 15 kg mniej. W zamian chętnie przyjmę 6 zer na koncie. Na osobiste wydatki.

Środa | 2014/10/01 |

Czy jesteś szczęśliwa/y?

a. tak
b. nie
c. to bez znaczenia

?

Uziemienie | 2014/09/23 |

Kwestia uziemienia jest niezwykle istotna – wiadomo. Z tego co pamiętam z fizyki – a pamiętam niewiele, gdyż Pan Fizyk był niezwykle przystojnym psorem, do którego oczy spaniela robiło pół szkoły – chodzi o połączenie naelektryzowanego ciała z ziemią w taki sposób by to ciało stało się obojętne. Mniej więcej chyba tak to szło.

No to niniejszym ja się uziemiłam. Tak na wszelki wypadek, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie taka burza, że wypadnę z kapci.

Otóż jak wiadomo bez okularów lub szkieł kontaktowych jestem prawie jak kret. Tylko nie ryję w ziemi i nie podgryzam sąsiadom marchwi. Oczywiście wstając bladym świtem nie zawsze pamięta się o tym, że ma się te minus cztery plus niewyspanie. Oczywiście dotychczas bladym świtem poruszałam się po mieszkaniu na pamięć. I oczywiście napadła mnie kanapa. Wredna sucz w prążek sztruksowy czesana. Dałabym głowę, że wcześniej jej tam nie było. A tu proszę, była.

Z bólu najpierw się z lekka zwinęłam, potem poszukałam okularów i zobaczyłam, że palec lewej stopy zwiększył swoją objętość i sinieje znacząco. Naturalnie nakrzyczałam na kanapę i puściłam okolicznościową wiązankę, ku uciesze dzieci, które właśnie wstały i z lekkim rozbawieniem przyglądały się matce ciskającej się po pokoju.

Palec złamany.

Na ostrym dyżurze po czterech godzinach spędzonych w trzech kolejkach (gabinet numer trzy, RTG i ponownie trójeczka) przemiły Pan Doktor poinstruował mnie:

1. Jak kopię męża, to nie w laczku czy klapku japonce, a bardziej kalosz, czy traper.

2. Kanapa raczej nie ustąpi mi pierwszeństwa, nawet jakbym trąbiła.

3. Palec należy unieruchomić przyklejając go do palca obok plastrem tekstylnym 2,5 cm na rolce – tu nastąpił instruktaż. Słowny, bo Pani Hani nie chciało się iść do zabiegowego po plaster.

4. Mam sześć tygodni laby, z czego pierwsze dwa powinnam leżeć z nóżką lekko wyżej i odpoczywać, kończynę oszczędzać i chodzić tylko jak bardzo muszę. Po tych dwóch też odpoczywać i oszczędzać, z tym, że już mogę pospacerować w chodakach, ale niedużo. A potem coraz bardziej aż przyjdę na kontrolę na koniec października.

Tu oczywiście wybuchłam śmiechem zupełnie nieadekwatnym do sytuacji i bolącego jak diabli palca, co to był łaskaw się złamać.

Wyobrażacie sobie leżenie z nóżką lekko wyżej przez dwa tygodnie przy trójce dzieci z których dwoje jest całkiem małych a trzecie niby duże a niekiedy zachowuje się jak przedszkolak z syndromem niespokojnych nóg? No właśnie ja też nie.

Moje oszczędzanie kończyny polega na tym, że zaczęłam prasować na siedząco.

Z braku chodaków chodzę pokuśtykując w jaskrawo seledynowych crocsach (dla panów: jaskrawy seledyn to taki ni to zielony, ni to niebieski, jasny i wali po oczach nawet w ciemności) i w sklepie wzbudzam powszechne ożywienie. Zwłaszcza – nie wiedzieć czemu – w dziale z jogurtami.

A gdy jest mi smutno to przypominam sobie kolejkę pod gabinetem RTG w szpitalu.

Ponieważ sprawa z kanapą i palcem wydarzyła się bardzo rano, Książę Małżonek zawiózł mnie z Młodą do szpitala i pognał z powrotem ogarniać resztę dzieciarni, po czym miał wrócić. Młoda musiała być ze mną z racji karmienia piersią i niewiadomej jeszcze wtedy liczby godzin, którą spędzę na Szaserów. Pierwsza kolejka na ostrym dyżurze ortopedycznym jest z reguły nienerwowa, ludzie jeszcze nad sobą panują i nikt nikomu nie proponuje zwiększenia stanu obrażeń. Spędza się w niej góra godzinę. Jakoś to idzie. Potem trzeba się przemieścić na piąte piętro, do windy też jest kawałek, winda jedzie jak pekaes po grzybobraniu i zająć miejsce w ogonku pod pracownią RTG. Tu już nie jest tak różowo. Pan tu nie stał, Pani była za mną, a Pani to co tu w ogóle robi etc. Można tu spędzić nawet cztery do sześciu przemiłych godzin, ludziom puszczają nerwy, epitety ścielą się gęsto i ogólnie jest malowniczo jak w Rybniku o czwartej nad ranem. Siedziałam sobie grzecznie w kolejce kołysząc Lenkę aż po dwóch godzinach zobaczyła mnie dyżurująca Pani Doktor. Poleciła mi, bym przeszła z dzieckiem na początek kolejki i weszła do gabinetu. Pani Doktor oddaliła się, ja natomiast nie bez ulgi zwinęłam się z ogonka i poczłapałam na początek. Tu zaczęła się jatka. Bo jakim prawem?  Co z tego, że dziecko? Bo tu ciągle ktoś się wpycha bez kolejki z wypadku albo z oddziału i to jest skandal! A tak w ogóle to gdzie mąż?! Ostatnie mnie trochę nawet ubawiło, więc odparowałam, że pojechał do żony i dzieci, po czym wróciłam na poprzednie miejsce. Kolejka osiągnęła punkt wrzenia. Nie minął kwadrans a z pracowni RTG wytoczył się dość pokaźny zakolczykowany w wielu miejscach jegomość, który równie dobrze mógłby zagrać rzeźnika w horrorze albo być członkiem grupy Rammstein. Od razu poczułam do niego sympatię, choć jeszcze nie wiedziałam dlaczego. Jegomość potoczył ciężkim wzrokiem po zgromadzonych, chrząknął znacząco i orzekł głosem jak z głębi studni oraz tonem nie znoszącym sprzeciwu, że Pani Doktor chyba wyraźnie mówiła, że teraz wejdę ja i koniec kropka, a jak się komuś nie podoba, to nie ma rejonizacji. Zapadła cisza, pod kolejką najwyraźniej ktoś wyłączył palnik. Pokuśtykałam do gabinetu niemal czując zimne bazyliszkowe spojrzenia. Rzeźnik z Rammstein zrobił mi dwa zdjęcia stopy, nagrał na płytę i odesłał z powrotem na parter. Powiedział, że odkąd sam ma dzieci zupełnie inaczej patrzy na kwestię czekania z nimi gdziekolwiek. Podziękowałam bardzo. Młoda grzecznie spała w bezpiecznej strefie, zupełnie nieświadoma, że oto ktoś podarował nam w prezencie cztery do sześciu godzin. Gdy wyszłyśmy kolejka nadal wymownie milczała, obrażona jak hrabina, której zabrakło ulubionych ciastek. Na parterze była już tylko godzinka. A na koniec wrócił Książę Małżonek i oczywiście obśmiał się jak norka, gdy mu opowiedziałam swoje przygody.

Generalnie jest więc wesoło.

Następnym razem może w końcu napiszę o przedszkolu, wakacjach i pieczeniu chleba, bo się zabieram od sierpnia i jakoś mnie wrzesień zastał. Teraz muszę dobudzić najstarsze dziecię, wcisnąć w nie kanapkę  i wyekspediować je do szkoły.

Trzy miesiące | 2014/07/24 |

Zleciało, nie?
Nawet nie wiem kiedy.

Za chwilę zrobi nam awanturę o brak zasięgu w dziurze, do której ją wbrew jej woli zabraliśmy na wakacje.

image

Ta zaciśnięta pięść zapowiada niezły charakterek.

A tymczasem, w niezwykle rzadkich a cennych chwilach świętego spokoju, ja spędzam czas tak jak lubię najbardziej.

image

Za siebie | 2014/07/01 |

Za siebie można się oglądać, można rzucić coś za siebie, albo splunąć, gdy lewe ramię mamy akurat zajęte.

Ja postanowiłam za siebie się wziąć,  gdyż ponieważ nigdy w życiu nie czułam się tak źle w swojej własnej skórze.

Może dlatego, że objętość mam olbrzymią… Dziś kupiłam sukienkę w rozmiarze 44. Halo! Jak to się mogło stać? Coś mnie ominęło? Zahibernowano mnie i wszczepiono mi do wnętrza jakiegoś pełnowymiarowego walenia?  Niestety obawiam się, że sama na wszystko ciężko zapracowałam a powrót może nie być różowy.

Przed urodzeniem Igora miałam garderobę w rozmiarze 36, przed Jankiem było 38 a potem wydarzyła się chyba jakaś katastrofa i producenci odzieży chamsko preparują rozmiarówkę by mnie pogrążyć. Ale to nie takie proste, bo taki kawał ciała nie tak łatwo pogrążyć. W czymkolwiek.

Gdy byłam w ciąży zawsze mówiłam, że dbam o linię,  żeby była gruba i wyraźna. Teraz zdecydowanie zmieniam front.

Aerobiczna szóstka Weidera sprawia, że z nudów chcę zagryźć własny dywan. Jestem jednak bardzo dzielna i aktualnie skończyłam piąty dzień drugiego tygodnia. W ostatnim tygodniu prognozuję masowe mordy ludności, albowiem przy dwudziestym czwartym machnięciu nóżką wyrośnie mi na plecach podręczne działko artyleryjskie.

Oprócz tego zapisałam się na aerobik. Teraz mówi się na to fitness ale ja na szczęście robię, mówię oraz piszę to, co chcę. Dwa razy w tygodniu taką przyjemność sobie zapewniłam. Dzisiaj byłam na pierwszych zajęciach pod tytułem: Brzuch, uda,  pośladki. Tak się składa, że wszystkie te części posiadam, więc to ćwiczenia akurat dla mnie.

Oczywiście umarłam wielokrotnie a koszulka po ćwiczeniach nadawała się wyłącznie do wyżęcia. Wracałam do domu dużo wolniej i dostojniej niż idąc na ćwiczenia. Oraz na twarzy malowała mi się purpura wręcz legendarna. Całe szczęście, że okolica opustoszała z uwagi na mundial, takoż ulice. Im mniej świadków, tym lepiej. Amunicja dziś kosztowna.

Teraz umieram na raty, począwszy od małego palca stopy, na który upadł mi ciężarek, skończywszy na końcach włosów. A jutro będzie jak wiadomo jeszcze ciekawiej. Rozbolą mnie nawet paznokcie.

W czwartek czeka mnie Totalna Kondycha. Poproszę defibrylator, respirator i lektykę. I lobotomię. Nie chcę być świadoma ile dokładnie mięśni będzie mnie bolało.

Janek zaliczył drugi dzień adaptacyjny w swoim nowym przedszkolu, do którego będzie dreptał od września. Zapakowaliśmy Lenę do wózka, Jasia uzbroiliśmy w okrycie wierzchnie plus uroczy czerwony kapelutek i pomaszerowaliśmy dziarsko pod adres, który stanie się dla nas w najbliższym czasie bardzo ważny.

Takie dni adaptacyjne to bardzo mądra i potrzebna sprawa. Dzieci mają szansę poznać od środka nowe miejsce, całkiem miłe ciocie, kolegów, koleżanki, nowe, ciekawsze zabawki, obwąchać wszystkie kąty a rodzice mają okazję przekonać się, że przedszkole to odpowiednie miejsce dla ich skarbów i nikt nie przerobi tam ich dzieci na parówki.

Ja swój pierwszy dzień w przedszkolu pamiętam do dziś i to bynajmniej nie z uwagi na miłe ciocie i interesujące zabawki, czy nawet fajne koleżanki i kolegów. Mój pierwszy dzień w przedszkolu to była trauma, zarówno dla mnie, jak i dla Taty, który mnie do owej placówki wlókł, niósł i turlał. Gdyż albowiem po drodze uruchomiłam tak dalekosiężną syrenę, że spokojnie słyszano mnie w promieniu 50 kilometrów. Wszystko przez to, że kiedyś dzieci brano do przedszkola z zaskoczenia. Nie było dni adaptacyjnych, spotkań integrujących, delikwenta pakowano w fartuszek i na głęboką wodę do kożuchów z mleka i szpinaku. Rodzice coś tam próbowali przebąkiwać, przygotować psychicznie, zachęcić, ale zawsze co zobaczyłem, obwąchane, poznane, to fajniejsze. W efekcie do przedszkola wtedy nie dotarłam a mój pierwszy w nim dzień doszedł do skutku nieco później.

Janek jako dziecko żłobkowe z założenia powinien przejście do przedszkola potraktować bezstresowo, bezproblemowo, bezboleśnie… Reguły jednak nie ma. Każdy jest inny i w inny sposób oswaja sobie rzeczywistość.

Oczywiście o przedszkolu sporo mu opowiadaliśmy i to w samych superlatywach, a mimo to przy wejściu nóżki zrobiły mu się troszkę w drugą stronę. Musiał się biedaczek namyślić. Bo on raczej z tych trudno znoszących wszelkie nowości. Ale wszedł. Rozejrzał się, zogniskował rój małoletnich, popatrzył na nas i złapał Tatę za nogę. Potem jednak spostrzegł również zabawki i ciekawość odkrywcy wzięła górę. Upatrzył sobie zieloną śmieciarę – byliśmy uratowani.

W przedszkolu od razu było widać, dla których rodziców to pierwsza przygoda z tego typu przybytkiem. Oprócz tego, że zdecydowanie bardziej przejęci niż potomstwo, to jeszcze dzieci tych państwa miały przepiękne ubranka z całą masą guziczków, pętelek, haftek, kokardek. Spodenki odprasowane w kancik i na szeleczkach, sukieneczki zaś falbaniaste z butami a rozpinane wyłącznie z tyłu. Wszystko pięknie, ale biorąc pod uwagę kwestię szybkiego dostępu w sprawach toaletowych, co w przypadku statystycznego przedszkolaka jest sprawą priorytetową, to chciałabym zobaczyć czas takiej Pańci Mamusi synka w kancik i na szelkach w chwili, gdy on w ferworze zabawy nagle z paniką w oczach bąknie: siku! Bezcenne podejrzewam.

Ciocie przedszkolanki przemiłe. Widać, że odchowały już z sukcesem trochę roczników dzieci. Od razu jedną sobie Janek przygruchał i właściwie już jesteśmy o niego spokojni. W grupie dwadzieścioro czworo dzieci, na pierwszy rzut oka wszystkie fajne, brak wyraźnie wybijającego się ancymona. Nasz ma szansę być pierwszym. Aczkolwiek chwilowo bliżej mu do pociesznej ciapy niż walecznego tygrysa.

Młody zdzierżył gdy Ciocie kazały sprzątać zabawki i zaprosiły wszystkich do kółeczka, wytrzymał dzielnie „Starego niedźwiedzia” i „Baloniku nasz malutki”, nawet pociąg, który jedzie z daleka. Zbuntował się dopiero przy zwiedzaniu przedszkola. Zwłaszcza mycie rąk okazało się sytuacją krytyczną.

No ale jak powszechnie wiadomo, po pierwsze, prawdziwy mężczyzna w wieku przedszkolnym myć niczego nie lubi, bo nie po to mozolnie tą warstwę ochronną przez cały dzień gromadził, a po drugie, brud po centymetrze sam odpada. Sami więc rozumiecie.

Janek nakłaniany do poczynienia stosownej toalety, naburmuszył się, napęczniał, ucapił nogę Taty ponownie i przywarł do niej na dobre. Cóż, pomyślałam roztropnie, dobrze, że mamy blisko. A jeszcze lepiej, że to nie moja noga. Młody bowiem ma uścisk łapek niczym rotweiler w zakresie paszczy. Niesłychany.

Na szczęście z opresji wyratowała nas jakaś dziewczynka, która akurat zaczęła rozgłośnie płakać i zdeklasowała Janka z przytupem. W tej sytuacji najwyraźniej nie było sensu dalej grać o miejsce na podium, zatem nasz przedszkolak powrócił do śmieciary. No a później były balony i to już w ogóle bardzo mu się podobało.

W poniedziałek kolejny dzień przedszkolnej przygody. Jaś pytany, czy pójdzie pobawić się z nowymi dziećmi w przedszkolu, uśmiecha się zagadkowo i mówi „tak”, po czym biegnie po buty. Chyba więc nie było tak źle. Sztamę z Ciocią Gosią już ma. Na do widzenia oczywiście były całuski.

image

Młodość w obiektywie | 2014/06/24 |

Lena skończyła dziś dwa miesiące. W tej jakże śmiałej stylizacji postawiła na róż, który szczęśliwie w tym wieku nie razi tak, jak mógłby.

image

Janek w dniu imienin jest uroczy jak zawsze i nade wszystko kocha jeździć koleją. Tu osobista podręczna lokomotywa i uśmiech numer pięć.

image

Igor w wersji Młodopolski Poeta Z Różą urzeka niczym Cary Grant. Przezornie zaraz po zdjęciu czmychnął pograć w piłę na podwórku. Są jakieś priorytety.

image

A codziennie od 18-tej mamy gremialny mundial kanapowy. Bycie mamą co najmniej jednego przyszłego mistrza murawy zobowiązuje :-)

Wielodzietność to sport ekstremalny.

Ma oczywiście całą masę uroków – jeszcze nie do końca poznałam wszystkie, właściwie to poznałam na razie kilka, ale wierzę, że najlepsze dopiero przede mną – ale poza cudownymi widokami, solidną dawką endorfin i uczuciem jakby 12 godzin pędziło się wyścigówką w bliżej nieokreślonym kierunku, przeważa jednakowoż wyrzut adrenaliny przeplatany z palpitacjami serca. Czasem mam uczucie jakbym się bardzo mocno rozhuśtała na huśtawce i nagle usłyszała taki charakterystyczny trzask… Rozumiecie.

1. Bo oto odkładam do leżaczka-bujaczka uśpioną po pieczołowitym uspokajaniu Córkę.

2. A uspokoić ją było ciężko, oj ciężko, gdyż albowiem spotkała się nagle z czółkiem Syna nr 2, Jana, który to w przypływie braterskich uczuć zalewających go od stóp do głów, postanowił przytulić się do niej i dać solidnego całusa, ale jak na 2,5-latka słabo wymierzył odległość, masę i prędkość własnych 15 kilogramów.

3. Pieczołowicie uśpiona Córka wreszcie smacznie śpi, Mamusia oddycha spokojnie i nie bez ulgi, świat znowu jest piękny i można pomyśleć o chwili dla siebie.

4. Wtem do pokoju z wrzaskiem wpada Syn nr 1, Igor i oznajmia tonem kategorycznym jak na prawie 9-letnie chłopię, że on się z Jankiem bawił nie będzie, ponieważ Janek właśnie zniszczył mu:

a. samolot mozolnie i samodzielnie składany z klocków Lego,

b. album z naklejkami piłkarskimi, które jak wiadomo są aktualnie cenniejsze od złota, królestwa i połowy księżniczki,

c. porządek, nad którym właśnie pracował i dopiero co go zaprowadził,

d. reputację.

5. Z chwilowej zadumy, jak to możliwe by w tak krótkim czasie zniszczyć aż tak wiele, wyrywa mnie wrzask Syna nr 2, Jana, który najwyraźniej również postanowił poskarżyć się mnie i reszcie świata na niedolę, niesprawiedliwość społeczną i kryzys w stosunkach międzynarodowych.

6. Lena kwili z leżaczka-bujaczka i jak wiadomo ma krótki lont, po Mamuni, zatem mam jakieś 30 sekund zanim rozedrze się zupełnie nieprzyzwoicie jak prosię w chlewiku.

7. Ogłaszam tonem nie znoszącym sprzeciwu, że liczę do trzech i ma być spokój i że:

a. nie ma takiego samolotu z klocków Lego, którego nie da się zbudować na nowo, a na szczęście jako Matka Przewidująca przechowuję instrukcje,

b. istnieje taki wynalazek jak taśma klejąca i nawet ją posiadamy,

c. porządek jak wiadomo jest stanem ulotnym ale odnawialnym i chętnie pomogę w zagnaniu do jego odnawiania winowajcę,

d. nie da się zniszczyć czegoś, czego nie ma i że Igor stanowczo ma ograniczyć oglądanie u Dziadków seriali dla istot dorosłych, gdyż potem gada głupoty, których nawet nie rozumie.

8. Porywam wrzeszczące już i purpurowe niemowlę w ramiona i utulam ponownie, utulam, kołyszę, utulam, kołyszę…

9. Jednocześnie wydaję dyspozycje nocnikowe Jankowi i odpytuję Igora z angielskiego – test już lada dzień.

10. Odkładam uśpioną znów Córkę na leżaczek-bujaczek i spocona jak po maratonie postanawiam:

a. zmienić Synowi nr 2 spodenki, gdyż miał wypadek i jeszcze musi potrenować celność,

b. napić się wody,

c. sprawdzić igorowe lekcje,

d. wziąć prysznic,

e. nie oszaleć.

Czy udało mi się to wszystko? Czy świat przetrwał i wszyscy przeżyli? Czy lekcje były odrobione? Czy Janek dziarskim tupotem tłuściutkich kopytek i radosnym śpiewem forte fortissimo, że „jedzie pociąg z daleka” nie obudził siostry po raz enty? Czy Mamunia nie powinna aby teraz zażywać relaksu z Martini w SPA&Wellness w jakimś Miłomłynie? Czy w moim życiu jest miejsce na medytację i ćwiczenia oddechowe wg hrabiego doktora Marka?

Dowiecie się w następnym odcinku.

Aktualnie Janek ma anginę, Igor sprawdziany drugoklasisty, z Leną wczoraj spędziliśmy pół dnia w szpitalu na Niekłańskiej, gdyż jej Pani Doktor nie podobały się wyniki krwi młodej, Książę Małżonek ma w weekend operację przegrody, którą mu kiedyś już przełożyli i teraz podejście numer dwa. A ja jak wiadomo mam wyćwiczoną maksymę pod hasłem kwiat lotosu na tafli jeziora. Zatem keep calm and grow a mustache.

Dzieci to prawdziwe wyzwanie. Ahoj przygodo!

Idę wypić duszkiem litr mineralnej z myślą, że to chłodny, orzeźwiający, wybitnie alkoholowy drink. Może być bez palemki.


  • RSS