Uziemienie | 2014/09/23 |

Kwestia uziemienia jest niezwykle istotna – wiadomo. Z tego co pamiętam z fizyki – a pamiętam niewiele, gdyż Pan Fizyk był niezwykle przystojnym psorem, do którego oczy spaniela robiło pół szkoły – chodzi o połączenie naelektryzowanego ciała z ziemią w taki sposób by to ciało stało się obojętne. Mniej więcej chyba tak to szło.

No to niniejszym ja się uziemiłam. Tak na wszelki wypadek, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie taka burza, że wypadnę z kapci.

Otóż jak wiadomo bez okularów lub szkieł kontaktowych jestem prawie jak kret. Tylko nie ryję w ziemi i nie podgryzam sąsiadom marchwi. Oczywiście wstając bladym świtem nie zawsze pamięta się o tym, że ma się te minus cztery plus niewyspanie. Oczywiście dotychczas bladym świtem poruszałam się po mieszkaniu na pamięć. I oczywiście napadła mnie kanapa. Wredna sucz w prążek sztruksowy czesana. Dałabym głowę, że wcześniej jej tam nie było. A tu proszę, była.

Z bólu najpierw się z lekka zwinęłam, potem poszukałam okularów i zobaczyłam, że palec lewej stopy zwiększył swoją objętość i sinieje znacząco. Naturalnie nakrzyczałam na kanapę i puściłam okolicznościową wiązankę, ku uciesze dzieci, które właśnie wstały i z lekkim rozbawieniem przyglądały się matce ciskającej się po pokoju.

Palec złamany.

Na ostrym dyżurze po czterech godzinach spędzonych w trzech kolejkach (gabinet numer trzy, RTG i ponownie trójeczka) przemiły Pan Doktor poinstruował mnie:

1. Jak kopię męża, to nie w laczku czy klapku japonce, a bardziej kalosz, czy traper.

2. Kanapa raczej nie ustąpi mi pierwszeństwa, nawet jakbym trąbiła.

3. Palec należy unieruchomić przyklejając go do palca obok plastrem tekstylnym 2,5 cm na rolce – tu nastąpił instruktaż. Słowny, bo Pani Hani nie chciało się iść do zabiegowego po plaster.

4. Mam sześć tygodni laby, z czego pierwsze dwa powinnam leżeć z nóżką lekko wyżej i odpoczywać, kończynę oszczędzać i chodzić tylko jak bardzo muszę. Po tych dwóch też odpoczywać i oszczędzać, z tym, że już mogę pospacerować w chodakach, ale niedużo. A potem coraz bardziej aż przyjdę na kontrolę na koniec października.

Tu oczywiście wybuchłam śmiechem zupełnie nieadekwatnym do sytuacji i bolącego jak diabli palca, co to był łaskaw się złamać.

Wyobrażacie sobie leżenie z nóżką lekko wyżej przez dwa tygodnie przy trójce dzieci z których dwoje jest całkiem małych a trzecie niby duże a niekiedy zachowuje się jak przedszkolak z syndromem niespokojnych nóg? No właśnie ja też nie.

Moje oszczędzanie kończyny polega na tym, że zaczęłam prasować na siedząco.

Z braku chodaków chodzę pokuśtykując w jaskrawo seledynowych crocsach (dla panów: jaskrawy seledyn to taki ni to zielony, ni to niebieski, jasny i wali po oczach nawet w ciemności) i w sklepie wzbudzam powszechne ożywienie. Zwłaszcza – nie wiedzieć czemu – w dziale z jogurtami.

A gdy jest mi smutno to przypominam sobie kolejkę pod gabinetem RTG w szpitalu.

Ponieważ sprawa z kanapą i palcem wydarzyła się bardzo rano, Książę Małżonek zawiózł mnie z Młodą do szpitala i pognał z powrotem ogarniać resztę dzieciarni, po czym miał wrócić. Młoda musiała być ze mną z racji karmienia piersią i niewiadomej jeszcze wtedy liczby godzin, którą spędzę na Szaserów. Pierwsza kolejka na ostrym dyżurze ortopedycznym jest z reguły nienerwowa, ludzie jeszcze nad sobą panują i nikt nikomu nie proponuje zwiększenia stanu obrażeń. Spędza się w niej góra godzinę. Jakoś to idzie. Potem trzeba się przemieścić na piąte piętro, do windy też jest kawałek, winda jedzie jak pekaes po grzybobraniu i zająć miejsce w ogonku pod pracownią RTG. Tu już nie jest tak różowo. Pan tu nie stał, Pani była za mną, a Pani to co tu w ogóle robi etc. Można tu spędzić nawet cztery do sześciu przemiłych godzin, ludziom puszczają nerwy, epitety ścielą się gęsto i ogólnie jest malowniczo jak w Rybniku o czwartej nad ranem. Siedziałam sobie grzecznie w kolejce kołysząc Lenkę aż po dwóch godzinach zobaczyła mnie dyżurująca Pani Doktor. Poleciła mi, bym przeszła z dzieckiem na początek kolejki i weszła do gabinetu. Pani Doktor oddaliła się, ja natomiast nie bez ulgi zwinęłam się z ogonka i poczłapałam na początek. Tu zaczęła się jatka. Bo jakim prawem?  Co z tego, że dziecko? Bo tu ciągle ktoś się wpycha bez kolejki z wypadku albo z oddziału i to jest skandal! A tak w ogóle to gdzie mąż?! Ostatnie mnie trochę nawet ubawiło, więc odparowałam, że pojechał do żony i dzieci, po czym wróciłam na poprzednie miejsce. Kolejka osiągnęła punkt wrzenia. Nie minął kwadrans a z pracowni RTG wytoczył się dość pokaźny zakolczykowany w wielu miejscach jegomość, który równie dobrze mógłby zagrać rzeźnika w horrorze albo być członkiem grupy Rammstein. Od razu poczułam do niego sympatię, choć jeszcze nie wiedziałam dlaczego. Jegomość potoczył ciężkim wzrokiem po zgromadzonych, chrząknął znacząco i orzekł głosem jak z głębi studni oraz tonem nie znoszącym sprzeciwu, że Pani Doktor chyba wyraźnie mówiła, że teraz wejdę ja i koniec kropka, a jak się komuś nie podoba, to nie ma rejonizacji. Zapadła cisza, pod kolejką najwyraźniej ktoś wyłączył palnik. Pokuśtykałam do gabinetu niemal czując zimne bazyliszkowe spojrzenia. Rzeźnik z Rammstein zrobił mi dwa zdjęcia stopy, nagrał na płytę i odesłał z powrotem na parter. Powiedział, że odkąd sam ma dzieci zupełnie inaczej patrzy na kwestię czekania z nimi gdziekolwiek. Podziękowałam bardzo. Młoda grzecznie spała w bezpiecznej strefie, zupełnie nieświadoma, że oto ktoś podarował nam w prezencie cztery do sześciu godzin. Gdy wyszłyśmy kolejka nadal wymownie milczała, obrażona jak hrabina, której zabrakło ulubionych ciastek. Na parterze była już tylko godzinka. A na koniec wrócił Książę Małżonek i oczywiście obśmiał się jak norka, gdy mu opowiedziałam swoje przygody.

Generalnie jest więc wesoło.

Następnym razem może w końcu napiszę o przedszkolu, wakacjach i pieczeniu chleba, bo się zabieram od sierpnia i jakoś mnie wrzesień zastał. Teraz muszę dobudzić najstarsze dziecię, wcisnąć w nie kanapkę  i wyekspediować je do szkoły.

Trzy miesiące | 2014/07/24 |

Zleciało, nie?
Nawet nie wiem kiedy.

Za chwilę zrobi nam awanturę o brak zasięgu w dziurze, do której ją wbrew jej woli zabraliśmy na wakacje.

image

Ta zaciśnięta pięść zapowiada niezły charakterek.

A tymczasem, w niezwykle rzadkich a cennych chwilach świętego spokoju, ja spędzam czas tak jak lubię najbardziej.

image

Za siebie | 2014/07/01 |

Za siebie można się oglądać, można rzucić coś za siebie, albo splunąć, gdy lewe ramię mamy akurat zajęte.

Ja postanowiłam za siebie się wziąć,  gdyż ponieważ nigdy w życiu nie czułam się tak źle w swojej własnej skórze.

Może dlatego, że objętość mam olbrzymią… Dziś kupiłam sukienkę w rozmiarze 44. Halo! Jak to się mogło stać? Coś mnie ominęło? Zahibernowano mnie i wszczepiono mi do wnętrza jakiegoś pełnowymiarowego walenia?  Niestety obawiam się, że sama na wszystko ciężko zapracowałam a powrót może nie być różowy.

Przed urodzeniem Igora miałam garderobę w rozmiarze 36, przed Jankiem było 38 a potem wydarzyła się chyba jakaś katastrofa i producenci odzieży chamsko preparują rozmiarówkę by mnie pogrążyć. Ale to nie takie proste, bo taki kawał ciała nie tak łatwo pogrążyć. W czymkolwiek.

Gdy byłam w ciąży zawsze mówiłam, że dbam o linię,  żeby była gruba i wyraźna. Teraz zdecydowanie zmieniam front.

Aerobiczna szóstka Weidera sprawia, że z nudów chcę zagryźć własny dywan. Jestem jednak bardzo dzielna i aktualnie skończyłam piąty dzień drugiego tygodnia. W ostatnim tygodniu prognozuję masowe mordy ludności, albowiem przy dwudziestym czwartym machnięciu nóżką wyrośnie mi na plecach podręczne działko artyleryjskie.

Oprócz tego zapisałam się na aerobik. Teraz mówi się na to fitness ale ja na szczęście robię, mówię oraz piszę to, co chcę. Dwa razy w tygodniu taką przyjemność sobie zapewniłam. Dzisiaj byłam na pierwszych zajęciach pod tytułem: Brzuch, uda,  pośladki. Tak się składa, że wszystkie te części posiadam, więc to ćwiczenia akurat dla mnie.

Oczywiście umarłam wielokrotnie a koszulka po ćwiczeniach nadawała się wyłącznie do wyżęcia. Wracałam do domu dużo wolniej i dostojniej niż idąc na ćwiczenia. Oraz na twarzy malowała mi się purpura wręcz legendarna. Całe szczęście, że okolica opustoszała z uwagi na mundial, takoż ulice. Im mniej świadków, tym lepiej. Amunicja dziś kosztowna.

Teraz umieram na raty, począwszy od małego palca stopy, na który upadł mi ciężarek, skończywszy na końcach włosów. A jutro będzie jak wiadomo jeszcze ciekawiej. Rozbolą mnie nawet paznokcie.

W czwartek czeka mnie Totalna Kondycha. Poproszę defibrylator, respirator i lektykę. I lobotomię. Nie chcę być świadoma ile dokładnie mięśni będzie mnie bolało.

Janek zaliczył drugi dzień adaptacyjny w swoim nowym przedszkolu, do którego będzie dreptał od września. Zapakowaliśmy Lenę do wózka, Jasia uzbroiliśmy w okrycie wierzchnie plus uroczy czerwony kapelutek i pomaszerowaliśmy dziarsko pod adres, który stanie się dla nas w najbliższym czasie bardzo ważny.

Takie dni adaptacyjne to bardzo mądra i potrzebna sprawa. Dzieci mają szansę poznać od środka nowe miejsce, całkiem miłe ciocie, kolegów, koleżanki, nowe, ciekawsze zabawki, obwąchać wszystkie kąty a rodzice mają okazję przekonać się, że przedszkole to odpowiednie miejsce dla ich skarbów i nikt nie przerobi tam ich dzieci na parówki.

Ja swój pierwszy dzień w przedszkolu pamiętam do dziś i to bynajmniej nie z uwagi na miłe ciocie i interesujące zabawki, czy nawet fajne koleżanki i kolegów. Mój pierwszy dzień w przedszkolu to była trauma, zarówno dla mnie, jak i dla Taty, który mnie do owej placówki wlókł, niósł i turlał. Gdyż albowiem po drodze uruchomiłam tak dalekosiężną syrenę, że spokojnie słyszano mnie w promieniu 50 kilometrów. Wszystko przez to, że kiedyś dzieci brano do przedszkola z zaskoczenia. Nie było dni adaptacyjnych, spotkań integrujących, delikwenta pakowano w fartuszek i na głęboką wodę do kożuchów z mleka i szpinaku. Rodzice coś tam próbowali przebąkiwać, przygotować psychicznie, zachęcić, ale zawsze co zobaczyłem, obwąchane, poznane, to fajniejsze. W efekcie do przedszkola wtedy nie dotarłam a mój pierwszy w nim dzień doszedł do skutku nieco później.

Janek jako dziecko żłobkowe z założenia powinien przejście do przedszkola potraktować bezstresowo, bezproblemowo, bezboleśnie… Reguły jednak nie ma. Każdy jest inny i w inny sposób oswaja sobie rzeczywistość.

Oczywiście o przedszkolu sporo mu opowiadaliśmy i to w samych superlatywach, a mimo to przy wejściu nóżki zrobiły mu się troszkę w drugą stronę. Musiał się biedaczek namyślić. Bo on raczej z tych trudno znoszących wszelkie nowości. Ale wszedł. Rozejrzał się, zogniskował rój małoletnich, popatrzył na nas i złapał Tatę za nogę. Potem jednak spostrzegł również zabawki i ciekawość odkrywcy wzięła górę. Upatrzył sobie zieloną śmieciarę – byliśmy uratowani.

W przedszkolu od razu było widać, dla których rodziców to pierwsza przygoda z tego typu przybytkiem. Oprócz tego, że zdecydowanie bardziej przejęci niż potomstwo, to jeszcze dzieci tych państwa miały przepiękne ubranka z całą masą guziczków, pętelek, haftek, kokardek. Spodenki odprasowane w kancik i na szeleczkach, sukieneczki zaś falbaniaste z butami a rozpinane wyłącznie z tyłu. Wszystko pięknie, ale biorąc pod uwagę kwestię szybkiego dostępu w sprawach toaletowych, co w przypadku statystycznego przedszkolaka jest sprawą priorytetową, to chciałabym zobaczyć czas takiej Pańci Mamusi synka w kancik i na szelkach w chwili, gdy on w ferworze zabawy nagle z paniką w oczach bąknie: siku! Bezcenne podejrzewam.

Ciocie przedszkolanki przemiłe. Widać, że odchowały już z sukcesem trochę roczników dzieci. Od razu jedną sobie Janek przygruchał i właściwie już jesteśmy o niego spokojni. W grupie dwadzieścioro czworo dzieci, na pierwszy rzut oka wszystkie fajne, brak wyraźnie wybijającego się ancymona. Nasz ma szansę być pierwszym. Aczkolwiek chwilowo bliżej mu do pociesznej ciapy niż walecznego tygrysa.

Młody zdzierżył gdy Ciocie kazały sprzątać zabawki i zaprosiły wszystkich do kółeczka, wytrzymał dzielnie „Starego niedźwiedzia” i „Baloniku nasz malutki”, nawet pociąg, który jedzie z daleka. Zbuntował się dopiero przy zwiedzaniu przedszkola. Zwłaszcza mycie rąk okazało się sytuacją krytyczną.

No ale jak powszechnie wiadomo, po pierwsze, prawdziwy mężczyzna w wieku przedszkolnym myć niczego nie lubi, bo nie po to mozolnie tą warstwę ochronną przez cały dzień gromadził, a po drugie, brud po centymetrze sam odpada. Sami więc rozumiecie.

Janek nakłaniany do poczynienia stosownej toalety, naburmuszył się, napęczniał, ucapił nogę Taty ponownie i przywarł do niej na dobre. Cóż, pomyślałam roztropnie, dobrze, że mamy blisko. A jeszcze lepiej, że to nie moja noga. Młody bowiem ma uścisk łapek niczym rotweiler w zakresie paszczy. Niesłychany.

Na szczęście z opresji wyratowała nas jakaś dziewczynka, która akurat zaczęła rozgłośnie płakać i zdeklasowała Janka z przytupem. W tej sytuacji najwyraźniej nie było sensu dalej grać o miejsce na podium, zatem nasz przedszkolak powrócił do śmieciary. No a później były balony i to już w ogóle bardzo mu się podobało.

W poniedziałek kolejny dzień przedszkolnej przygody. Jaś pytany, czy pójdzie pobawić się z nowymi dziećmi w przedszkolu, uśmiecha się zagadkowo i mówi „tak”, po czym biegnie po buty. Chyba więc nie było tak źle. Sztamę z Ciocią Gosią już ma. Na do widzenia oczywiście były całuski.

image

Młodość w obiektywie | 2014/06/24 |

Lena skończyła dziś dwa miesiące. W tej jakże śmiałej stylizacji postawiła na róż, który szczęśliwie w tym wieku nie razi tak, jak mógłby.

image

Janek w dniu imienin jest uroczy jak zawsze i nade wszystko kocha jeździć koleją. Tu osobista podręczna lokomotywa i uśmiech numer pięć.

image

Igor w wersji Młodopolski Poeta Z Różą urzeka niczym Cary Grant. Przezornie zaraz po zdjęciu czmychnął pograć w piłę na podwórku. Są jakieś priorytety.

image

A codziennie od 18-tej mamy gremialny mundial kanapowy. Bycie mamą co najmniej jednego przyszłego mistrza murawy zobowiązuje :-)

Wielodzietność to sport ekstremalny.

Ma oczywiście całą masę uroków – jeszcze nie do końca poznałam wszystkie, właściwie to poznałam na razie kilka, ale wierzę, że najlepsze dopiero przede mną – ale poza cudownymi widokami, solidną dawką endorfin i uczuciem jakby 12 godzin pędziło się wyścigówką w bliżej nieokreślonym kierunku, przeważa jednakowoż wyrzut adrenaliny przeplatany z palpitacjami serca. Czasem mam uczucie jakbym się bardzo mocno rozhuśtała na huśtawce i nagle usłyszała taki charakterystyczny trzask… Rozumiecie.

1. Bo oto odkładam do leżaczka-bujaczka uśpioną po pieczołowitym uspokajaniu Córkę.

2. A uspokoić ją było ciężko, oj ciężko, gdyż albowiem spotkała się nagle z czółkiem Syna nr 2, Jana, który to w przypływie braterskich uczuć zalewających go od stóp do głów, postanowił przytulić się do niej i dać solidnego całusa, ale jak na 2,5-latka słabo wymierzył odległość, masę i prędkość własnych 15 kilogramów.

3. Pieczołowicie uśpiona Córka wreszcie smacznie śpi, Mamusia oddycha spokojnie i nie bez ulgi, świat znowu jest piękny i można pomyśleć o chwili dla siebie.

4. Wtem do pokoju z wrzaskiem wpada Syn nr 1, Igor i oznajmia tonem kategorycznym jak na prawie 9-letnie chłopię, że on się z Jankiem bawił nie będzie, ponieważ Janek właśnie zniszczył mu:

a. samolot mozolnie i samodzielnie składany z klocków Lego,

b. album z naklejkami piłkarskimi, które jak wiadomo są aktualnie cenniejsze od złota, królestwa i połowy księżniczki,

c. porządek, nad którym właśnie pracował i dopiero co go zaprowadził,

d. reputację.

5. Z chwilowej zadumy, jak to możliwe by w tak krótkim czasie zniszczyć aż tak wiele, wyrywa mnie wrzask Syna nr 2, Jana, który najwyraźniej również postanowił poskarżyć się mnie i reszcie świata na niedolę, niesprawiedliwość społeczną i kryzys w stosunkach międzynarodowych.

6. Lena kwili z leżaczka-bujaczka i jak wiadomo ma krótki lont, po Mamuni, zatem mam jakieś 30 sekund zanim rozedrze się zupełnie nieprzyzwoicie jak prosię w chlewiku.

7. Ogłaszam tonem nie znoszącym sprzeciwu, że liczę do trzech i ma być spokój i że:

a. nie ma takiego samolotu z klocków Lego, którego nie da się zbudować na nowo, a na szczęście jako Matka Przewidująca przechowuję instrukcje,

b. istnieje taki wynalazek jak taśma klejąca i nawet ją posiadamy,

c. porządek jak wiadomo jest stanem ulotnym ale odnawialnym i chętnie pomogę w zagnaniu do jego odnawiania winowajcę,

d. nie da się zniszczyć czegoś, czego nie ma i że Igor stanowczo ma ograniczyć oglądanie u Dziadków seriali dla istot dorosłych, gdyż potem gada głupoty, których nawet nie rozumie.

8. Porywam wrzeszczące już i purpurowe niemowlę w ramiona i utulam ponownie, utulam, kołyszę, utulam, kołyszę…

9. Jednocześnie wydaję dyspozycje nocnikowe Jankowi i odpytuję Igora z angielskiego – test już lada dzień.

10. Odkładam uśpioną znów Córkę na leżaczek-bujaczek i spocona jak po maratonie postanawiam:

a. zmienić Synowi nr 2 spodenki, gdyż miał wypadek i jeszcze musi potrenować celność,

b. napić się wody,

c. sprawdzić igorowe lekcje,

d. wziąć prysznic,

e. nie oszaleć.

Czy udało mi się to wszystko? Czy świat przetrwał i wszyscy przeżyli? Czy lekcje były odrobione? Czy Janek dziarskim tupotem tłuściutkich kopytek i radosnym śpiewem forte fortissimo, że „jedzie pociąg z daleka” nie obudził siostry po raz enty? Czy Mamunia nie powinna aby teraz zażywać relaksu z Martini w SPA&Wellness w jakimś Miłomłynie? Czy w moim życiu jest miejsce na medytację i ćwiczenia oddechowe wg hrabiego doktora Marka?

Dowiecie się w następnym odcinku.

Aktualnie Janek ma anginę, Igor sprawdziany drugoklasisty, z Leną wczoraj spędziliśmy pół dnia w szpitalu na Niekłańskiej, gdyż jej Pani Doktor nie podobały się wyniki krwi młodej, Książę Małżonek ma w weekend operację przegrody, którą mu kiedyś już przełożyli i teraz podejście numer dwa. A ja jak wiadomo mam wyćwiczoną maksymę pod hasłem kwiat lotosu na tafli jeziora. Zatem keep calm and grow a mustache.

Dzieci to prawdziwe wyzwanie. Ahoj przygodo!

Idę wypić duszkiem litr mineralnej z myślą, że to chłodny, orzeźwiający, wybitnie alkoholowy drink. Może być bez palemki.

Kocham wieczory | 2014/05/28 |

Wieczorem, gdy wszystkie dzieci już smacznie śpią i są tak urocze,  że nawet je lubię, siedzę sobie na kanapie, czytam o Beksińskich, macham nóżką i jestem szczęśliwa. Absolutnie.

Mało mi teraz do szczęścia potrzeba. W sumie koc i poduszka wystarczą. Na pytanie o wymarzone wakacje odpowiedziałabym bez wahania: dwa tygodnie snu, wszystko jedno gdzie.

Taaak, no ale takie momenty z książką na kanapie jak wszystko co dobre kiedyś się kończą. Ogólnie jednak tak bardzo się cieszę, że w ogóle są, że to mi uzupełnia poziom endorfin. Plus kilka truskawek. Tuż po karmieniu. Młoda nie dostanie wysypki a ja pierdolca. Oto przywilej bycia rodzicem po raz trzeci i posiadania większej wiedzy oraz mniejszej nadwrażliwości.

Lena skończyła miesiąc. Masę narobiła z nawiązką, teraz ćwiczy rzeźbę. Wodzi błędnym wzrokiem po otoczeniu,  robi zabawne miny i ogólnie jest mało wymagająca w porównaniu z rodzeństwem. Ma być sucho, ciepło i z pełnym brzuchem. Póki co mam wolne od Barbie i kucyków Little Pony z brokatem. Mogę się w pełni skupić na kartach piłkarskich i klockami Lego.

Janek dostał się do przedszkola.

Rozważamy pielgrzymkę dziękczynną ale chwilowo nadal nie możemy uwierzyć w ten ogrom szczęścia, gdyż albowiem jest to przedszkole, do którego łagodnym spacerkiem mamy 15 minut. Tuż za igorową szkołą. Do żłobka samochodem teraz jedziemy godzinę, komunikacją dwie, zatem sami rozumiecie, że różnica olbrzymia.

Nie wiem co zrobię z tym nadmiarem wolnego czasu w tej sytuacji. Może joga. Albo w końcu doczytam ostatni tom filozofii Tatarkiewicza. Na studiach nie dałam rady. Po dwóch stronach usypiałam jak suseł.

Ech, słowo sen nabiera zupełnie nowego znaczenia we wczesnym macierzyństwie. Do północy mam jeszcze chwilę,  więc może się zdrzemnę. Chrrrr….

A tu na pocieszenie nasz mały domowy cyrk.

image

image

image

image

Przelatując się po kanałach telewizyjnych z okazji chwilowego uwiązania na kanapie – akurat był to jeden z tych momentów, kiedy to Młoda obiera azymut na paśnik, czyli mnie a właściwie mój aktualnie hollywoodzki biust – natrafiłam na jakże fascynujący program o wstydliwych uzależnieniach. Czy ktokolwiek mógł przypuszczać, że można się uzależnić od picia lakieru do paznokci? Albo z uporem maniaka pokątnie jeść proszek do prania? Matko kolorowa, ja nie przypuszczałam doprawdy.

Znaczy wiem, że ludzie są w stanie wypić wszystko. Od czasu moich praktyk studenckich w Areszcie Śledczym na Rakowieckiej i pamiętnej znajomości z Panem Czesiem, który lubował się w popijaniu politury do drewna i dlatego bardzo zabiegał o możliwość pracy przy stolarce, wiem bardzo dużo o tym, co człowiek jest w stanie wypić i z czego upędzić alkohol. Nalewka na korytarzowym aloesie i fusach z kawy to przy tym małe miki. No ale żeby od razu się raczyć lakierem, czy mikrogranulkami z rozkosznym zapachem wiosny i wybielaczem w pakiecie, to już serio nie ogarniam. Ale są tacy, co lubią pomarańcze i tacy, co wolą wąsy i brodę do wieczorowej sukni z cekinami. Ci drudzy mogą nawet wygrać trochę kaszanki i rozgłosu na Eurowizji. Swoją drogą bliżej mi chyba do tej metody niż do wywalania cycków i kręcenia tyłkiem przed kamerą. Przynajmniej ciekawiej, coś się dzieje.

No ale wracając do wstydliwych uzależnień – macie jakieś?

Bo ja całe hordy ale niestety żadne wstydliwe. No… na upartego jedno może być ciut dziwne, ale tylko ciut. Reszta to nuda, szarość, marazm i deska barlinecka na podłodze.

Kiedyś w latach zamierzchłych i nastoletnich byłam fanką ogłoszeń matrymonialno-towarzyskich w prasie. „Puszysta Jola pozna niezobowiązująco zamożnego z własnym M”. Ten niezobowiązująco zamożny bardzo mnie urzekł. Albo „Atrakcyjny pozna kameralnie”. A kogo to już bez różnicy. Z koleżankami z liceum robiłyśmy na podstawie takich ogłoszeń scenki rodzajowe na przerwach i zaśmiewałyśmy się do spuchnięcia ku zgrozie geograficy i reszty ciała pedagogicznego. Geografica była przekonana, że wąchamy klej, albo coś pokątnie wciągamy, bo to przecież niedopuszczalne, by młodzież tak się ciągle śmiała. A reszta ciała pedagogicznego była najbardziej przerażona geograficą. Trudno się dziwić, gdyż Pani Wiesia była naprawdę wyjątkowo paskudną osobowością. A i wyglądała dość nieszczególnie.

No ale miało być o wstydliwych uzależnieniach, z których mam tylko dziwne…

Otóż przy sobocie namiętnie do śniadania czytuję Wyborczą a w niej nekrologi. Zaczynam oczywiście od pobieżnego przewertowania Wysokich Obcasów, które zostawiam sobie na popołudniowy deser, potem lecę z Gazetą, no i po Stołecznej włażę w nekrologi. Czytam, nie wiem właściwie dlaczego, ale od zawsze chyba, odkąd w niej są. A najgorsze, że do tego wszystkiego komentuję. Książę Małżonek twierdzi, że to trochę zabawne a trochę przerażające, ale On się lubi bać. Szalenie. Ja kiedyś lubiłam się bać ale odkąd w filmach albo ckliwe dramaty, albo mdłe komedie romantyczne, albo przewidywalne kino sensacyjne, albo horrory klasy Ś, trochę przestałam.

Ostatnio jednak przestraszył mnie pewien Pan.

Pan raczył być profesorem ze szpitala na Karowej i zadzwonił do mnie w ubiegły piątek. Nie codziennie dzwonią do mnie lekarze, szefowie kliniki położnictwa to już w ogóle raczej z rzadka, jeśli nie wcale, a tu proszę. No więc (uwielbiam zaczynać zdanie od no więc) Pan profesor przedstawił się, wyłuszczył, że oto ma przed sobą wyniki badań rozmaitych i On mnie jak najszybciej zaprasza do szpitala. Trochę oniemiałam, przyznaję, gdyż tutaj w domu jedno dziecko w szkole, drugie obecne wraz ze szkarlatyną i humorkiem raczej wisielczo-marudnym, trzecie albo żre, albo trzaska kupę, albo ucina komara, albo drze paszczę, a Książę Małżonek za kilka godzin wyrusza do Gdańska. I w takich oto malowniczych okolicznościach przyrody Pan profesor mnie zaprasza do szpitala. Niezwłocznie do tego. Zapytałam oczywiście co takiego w tych wynikach wyszło, że mnie zaprasza i to jak najszybciej. Otóż gronkowiec złocisty i bakterie e. coli.

Atrakcji moc, prawda? Gdyby mi jakimś cudem brakowało atrakcji przy trójce dzieci, to lokal na Karowej zapewnia dodatkowe. Gratis.

Janka upchnęliśmy Babci, Lenkę zapakowaliśmy do auta i pojechaliśmy do szpitala. Opcje były różne, ale na szczęście kogoś tam z USG już nie było oraz dodatkowo mieli lekki kocioł, więc nie musiałam zostać na oddziale. Pan profesor obejrzał mój brzuch, ocenił, że z zewnątrz wszystko wygląda dobrze i może cholerstwo wytruł już ten antybiotyk, z którym zostałam wypisana, ale musimy sprawdzić jak to wygląda pod spodem. Umówiliśmy się na poniedziałek na 10.00 – mam się stawić, zrobią mi badania, w tym CRP i USG i zdecydują co dalej.

W poniedziałek zapakowałam Młodą do wózka i pognałam na SKM-kę.

Na Powiślu same schody. Jak ktoś niepełnosprawny chce tam wysiąść, niech się czternaście razy uprzednio zastanowi. Są wprawdzie jakieś podnośniki, ale tylko z jednej strony peronu, akurat zupełnie nie z tej, która akurat była mi potrzebna, a ponadto jeden ma awarię a do drugiego trzeba się 48 godzin wcześniej umówić na telefon. Polska. Ja na szczęście z wózkiem dziecięcym sobie radzę, aczkolwiek żebym stosowała się do zaleceń, że mam prowadzić oszczędny tryb życia i broń boże nic nie dźwigać, to bym nie powiedziała. Z Powiśla na autobus, z autobusu do szpitala i już czekam pod gabinetem Pana profesora. Piętro drugie. Byłam nawet przed 10.00. Umówiona byłam tak, że mam grzecznie czekać a profesor sam do mnie wyjdzie, ale po kwadransie upomniałam się w sekretariacie, że jestem. Tak, świetnie, ale jeszcze trwa obchód i proszę czekać dalej. Ławki, krzesła, czegokolwiek – brak. Jeszcze by się ktoś rozsiedział doprawdy i do jesieni nie można by go było wypędzić.

Młoda w wózku zaczęła się kręcić dopiero po godzinie. Ja mniej więcej w tym samym czasie stwierdziłam, że dość tego i wtarabaniłam się z nią w tym wózku na oddział. Pana profesora wywołałam z dyżurki, gdzie już przygotowywał się do zejścia na inny oddział, czyli w samą porę. Zdziwił się, że już 11.00 i w tym jego lekkim zdumieniu i w moim nielekkim już wkurwie, oraz przy akompaniamencie pojękującej z wózka Leny pomknęliśmy na parter. Tam usadzono nas przed gabinetem nr 7 i kazano czekać. Bo musi mnie przyjąć inna Pani doktor i wypisać skierowania na te badania, żeby było po bożemu, bo teraz ona ma tu dyżur. Pan profesor włada drugim piętrem, parterem już nie. Profesor wszedł pierwszy, pogadał z Panią doktor i potem weszłam już tylko chyba w celach formalnych. Po kilkunastu minutach z plikiem papierów w garści kwitłam już pod ambulatorium. Panie pobrały mi krew na wszystko co tylko możliwe i kazały czekać na wyniki.

W międzyczasie zdążyłam nakarmić dziecko, ogryźć paznokcie, przewinąć dziecko ze trzy razy, pogapić się w sufit, przeczytać durną gazetę z cyklu „prasa kobieca”, czyli kolorowo i do czytania tyle co na opakowaniu batonika, pogapić się w okno, udzielić kilku porad z zakresu topografii terenu, czyli gdzie jest toaleta/gabinet 5/bufet/gabinet 13 etc. Po godzinie, albo dwóch, już z wynikami, mogłam się udać na USG do Pana profesora. Poziom minus jeden.Tam też oczywiście swoje trzeba było odczekać.

Podczas badania USG dałabym głowę, że Pan profesor usiłował głowicą aparatu i siłą swojego nacisku wywiercić mi pokaźnych rozmiarów dziurę w brzuchu, ale na szczęście skończyły mu się pomysły. Brzuch w środku też wyglądał w porządku. Jak dla kogo oczywiście, bo osobiście wolałam go sprzed trójki dzieci, gdy nie wyglądał jak pies rasy shar pei zwisający ze mnie. No ale jak wiadomo nie każdy ma szczęście być koleżanką Kapustą, która po trójce dzieci wygląda nadal jakby była daleko przed pierwszym. A pierwsze to już ma jakoś mocno nastoletnio wyrośnięte nawet. Podłość ludzka nie zna granic i niestety ja wyglądam jak wojskowy namiot 16-osobowy z tropikiem.

Pan profesor wypuścił mnie z gabinetu ale musiałam jeszcze stawić się u jednej Pani doktor, więc znów na drugie piętro i czekać. Och, akurat w czekaniu to jestem świetna proszę Państwa. Mogłabym się doktoryzować. Odkrywam całkiem nowe aspekty czekania. Jest czekanie nerwowe (na przykład przed wejściem na egzamin z psychologii klinicznej, który okazuje się egzaminem z prawa karnego, do którego akurat jak raz przygotowani ni w ząb nie jesteśmy, bo uczyliśmy się do klinicznej, szfak), czekanie z nadzieją (jesteśmy na końcu kolejki i widzimy upragnioną kanapkę z jajkiem… i teraz ruletka), czekanie z lekką nutą dekadencji (nonszalanckie, z książką i że nic mnie nie obchodzi, czy przyjdziesz, bo i tak jest mi wszystko jedno oraz wszyscy umrzemy), czekanie nawykowe (jestem przekonana, że znakomita część starszych Pań w poczekalniach jest tam zawsze, codziennie, z wyjątkiem sobót i świąt), czekanie z czkawką (oraz bez szklanki wody i cienia szansy na się przestraszenie), czekanie na wolną toaletę (to chyba z tych bardziej nerwowych jakby), czekanie na odpowiedni moment (czasem trwa trzydzieści lat z okładem) i jeszcze cała masa innych. Doczekałam się i ja. Po pół godzinie byłam już wolna i prawdopodobnie jednak zdrowa. Uff.

Wybiła piętnasta. Mogłam spokojnie wrócić do domu. Autobus, schody, SKM-ka, autobus, kanapa. Akurat nadawali Teleexpress, to sobie obejrzałam.

A jak Wam minął poniedziałek?

U mnie nuda, marazm i deska barlinecka na podłodze. Nadal.

Ala ma kota | 2014/05/08 |

Lena ma dwa tygodnie. Janek ma szkarlatynę. Igor ma kurzajki do wymrożenia. Książę Małżonek ma za miesiąc operację. Ja… jestem oceanem spokoju i ogólnie mam wszystko w tym schowku na szczotki, w którym chciałam się schować przed porodem. Zen i kwiat lotosu na tafli jeziora.

Chwile błogiego spokoju są jak balsam dla mojej duszy. Niestety trwają krótko. Zaraz okazuje się, że co Młoda do karmienia, to Janek właśnie w tym momencie nie zdążył na nocnik, Igor ma jakąś nie cierpiącą zwłoki w wyjaśnieniu wątpliwość natury merytorycznej a mnie przypomina się, że wstawiłam zmywarkę bez czyszczącej kostki. O!

Młoda nie wygląda jeszcze jakoś super rewelacyjnie. Ale nauczona doświadczeniem wiem, że początkowy wizerunek lubi ewoluować w bardziej przyzwoite formy. I tego trzymamy się z Księciem Małżonkiem kurczowo. Zresztą On sam, gdy ją zobaczył po raz pierwszy orzekł: „no Ty, to się będziesz musiała malować moja droga”. Takie całkiem świeże dzieci rzadko kiedy wyglądają jak całuśne bobasy z reklam. Bardziej jak nastolatek z atakiem trądziku po chipsach i musztardzie. Trochę pokrzywione, czerwone, pomarszczone i z krostami. No ale najważniejsze, że jest i ma się dobrze.

W poniedziałek wzięłam ostatni antybiotyk, który to zaaplikowano mi z uwagi na dość słaby stan pooperacyjny i zdjęto mi szwy po cesarskim cięciu… a we wtorek miałam chrzest bojowy, bo musiałam z Lenką pojechać z Rembridge na Młociny po Janka do żłobka. Wózek jeden, spacerówka, dzieci w stronę powrotną jednak dwoje – oczywiście nadzieja, że Jan raczy dreptać a nie jechać, olbrzymia. Stargana wysiadłam z SKM-ki na Dworcu Śródmieście – winda oczywiście obecna, ale nie działa. Uprzejmy Pan pomógł mi sforsować schody w liczbie bardzo mnogiej, za co bardzo mu podziękowałam. Ale cóż to za piękne okoliczności przyrody i rządek umundurowanych policjantów? A to gaz jak się okazało. Awaria w metrze była mi na rękę jak atak sraczki na końcu sopockiego molo w upalny letni dzień. Do komunikacji zastępczej oczywiście prowadzi pierdyliard schodów, ale co to dla nas. Na Placu Wilsona przesiadka z autobusu do metra, bo stamtąd już kursuje. Do żłobka dotarłam umęczona jak po maratonie. Szybkie karmienie za półeczką, przewinięcie na czas, Janek w tym czasie zmienia buty i już pędzimy do domu. Młody oczywiście po przejściu 60 metrów nadął się, zapłakał i kategorycznie odmówił kontynuowania pielgrzymki pieszo. Cóż było robić. Przesunęłam Lenę maksymalnie do końca wózka, jego posadziłam na brzegu, dopięłam pałąk wózka i zabroniwszy kłaść się na siostrze, ruszyłam dziarsko do metra. Na szczęście w międzyczasie dzielne służby porządkowe uruchomiły całą jego linię, więc przynajmniej ominęło nas trochę schodów. Przez całą podróż oczywiście drżałam, czy czasem Janek nie zlegnie całym swoim 16-kilogramowym ciężarem na Młodą, czy któreś nie wypadnie, albo czy oboje, i którędy, czy któreś nie zacznie wyć, chcieć jeść, pić, siku, albo dwójeczkę, albo wszystko na raz, czy nie dopadnie mnie jakieś stowarzyszenie, które napiętnuje mnie społecznie za przewożenie dwójki dzieci w jednej spacerówce bez zapiętych pasów, bez fotelika, bez spadochronu, bez lilak, oraz czy nie trafi mnie nagły szlag i nie zamkną mnie gdzieś w pokoju bez klamek… co swoją drogą nie byłoby takie znowu do końca złe. Wyrodna matka, czyli ja, dotarłam jednak do domu z pełną zawartością wózka i jeszcze po drodze zrobiłam zakupy na kolację.

Bardzo chcę żebyśmy już kupili jakiś niedrogi acz bezawaryjnie jeżdżący samochód i żebym mogła w takich sytuacjach po prostu do niego wsiąść, pojechać gdzie trzeba i wrócić bez tego typu przygód. Oj bardzo.

Byliśmy z Leną na kontroli żółtaczki i masy ciała. Bo słabo nam przybiera na wadze. Może to mieć związek z wadą serca, którą SzanPani raczy posiadać, a może z czymś innym. Jeszcze nie wiadomo. Do kardiologa udało nam się zapisać na 8 lipca, co uważam za szczęście niebywałe, bo terminy są oszałamiające i oscylują pomiędzy listopadem tego roku a sierpniem roku następnego.

Spędziliśmy na Karowej cztery upojne godziny. Przewijak jest jeden, dzieci masa – na szczęście mam swoje sposoby na przewijanie młodych na własnych kolanach. Miejsce do karmienia? Owszem, jest żółty fotel, bardzo wygodny. Na tyle, że na ogół siedzi w nim rozpostarty jakiś Pan, zaciekle rozprawiający o czymś przez swój super wypasiony telefon. Zresztą ten fotel stoi całkiem na widoku, pośrodku poczekalni pełnej ludzi. To ja jednak wolę nakarmić pod swetrem, gdzieś z boku. Ja jednak nie z tych epatujących biustem w kawiarni między ciastkiem a gazetą, przepraszam.

Żółtaczka na szczęście w odwrocie.  Masa ciała – źle, za mało.

- Karmi ją Pani? – Blondyna obrzuca mnie podejrzliwym spojrzeniem z cyklu: już ja znam takich jak wy, czytuję Fakt i Superekspress…

- Tak. [Nie, przywiązuję za nogę do słupa i z daleka nęcę kotletem... lubię takie zabawy].

- Może za rzadko? – Uniesiona brew daje mi do zrozumienia, że brunch w ciągu dnia i batonik na kolację nie wystarczą. O, nie… serio??? A kawa i papieros?

- Co trzy godziny, czasem częściej, jeśli akurat ma ochotę, ale na ogół co trzy. [Córka jest na diecie, gdyż mam plany by została supermodelką i zrobiła międzynarodową karierę, więc daję jej wyłącznie wodę i liść sałaty. Liść sałaty co drugi dzień oczywiście.]

- W nocy też? – Blondyna nie daje za wygraną

- Tak, przez całą dobę. I wybudzam gdy akurat śpi a zbliża się pora. [Budzik nastawiam na północ, potem trzecia, szósta etc]

- Hmmm. To proszę może częściej.

- Tylko, że częściej to na ogół zupełnie nie jest zainteresowana, bo akurat jest najedzona. [Może powinnam kupić rurę do tuczu gęsi? W sumie dla najstarszego też by się przydała...]

- No ale za mało przybiera! Może powinna Pani dokarmiać sztucznie?

- Nie wydaje mi się. Ale dziękuję.

[Kupię... Albo wpadnę w rozpacz. Albo dam jej jeszcze szansę. Moje dzieci w niczym nie przypominały tych z książkowych wyliczeń - może Lenka po prostu potrzebuje więcej czasu].

W książeczce zdrowia dziecka Blondyna z zapałem kreśli WAGA DO KONTROLI. Postanawiam nie dać się zwariować i wpędzić w jakieś ustalone rubryczki i centyle. Robię swoje. Chyba za karę wyniki bilirubiny dostajemy na końcu, wcześniej wychodzą nawet Ci rodzice, którzy przyszli tu grubo po nas. Życie, Panie. Nadal jestem zen.

W domu młodzież reaguje na siebie nader pozytywnie. Igor jest siostrą absolutnie zachwycony i domaga się uczestniczenia w kąpielach, przewijaniach, przy karmieniu głaszcze Lenkę po lekko tylko porośniętej wątłym włosiem głowie i rozkochanym wzrokiem patrzy na nią, gdy ta wydaje pomruki zadowolenia. Nie chcę wyprowadzać go z błędu, że te pomruki to zawsze oznaki zadowolenia. Niech żyje w błogiej nieświadomości. Janek na swój sposób również okazuje siostrze miłość, choć nie zawsze są to techniki bezpieczne, gdyż jeszcze nie do końca jest świadom swego ciężaru gatunkowego, czy siły uścisku. Ale całuski są, z tym, że aktualnie przy szkarlatynie musimy go mocno z wyrazami uczuć ograniczać i na ogół kończy się na żarliwym 2,5-letnim „kocham ciem, Lenka”. Janek kocha również Michalinę ze żłobka, o czym oznajmia nam często i z werwą. Oraz rodziców, Igorka, Babcię Kisię, Dziadka Zdzisia, Babę Jadzię i jeszcze kilka osób. Serce ma więc pojemne niczym żołądek przeciętnego studenta. I zawsze najbardziej nas śmieszy ta Baba Jadzia.

A tu macie Lenkę

D0430 (105)

Lena jest na świecie od 24 kwietnia. Zobaczyłam ją wprawdzie dopiero następnego dnia i to przez szybę inkubatora, ale od razu stwierdziłam, że to twarda sztuka. Nie oddychała, więc musiała być zaintubowana, raz było lepiej, raz znów gorzej, ale gdy najgorsze minęło, zaczęliśmy w końcu czuć coś więcej, niż tylko strach i nadzieję. Przeżyliśmy oczywiście wiele trudnych chwil grozy i kilka nieudanych prób odłączenia od maszyn, by zaczęła oddychać samodzielnie i w końcu udało się. Zaskoczyła. Potem było już z górki. No może poza noszeniem jej mleka co równiutko co trzy godziny przez całą dobę, ale czego się nie robi dla dzieci. Prawdaż? W poniedziałek wreszcie mogłam mieć ją ze sobą i przytulić. Niezapomniana chwila. Oczywiście ryczałam jak bóbr. W środę po południu byliśmy już w komplecie w domu. Stres pewnie będzie ze mnie schodził przez najbliższe 18 lat… ale było warto. Jak tylko ogarniemy domowy Armageddon, który aktualnie mamy na stanie, zaczniemy pewnie bardziej przytomnie patrzeć na świat, ale taki to chyba urok dzieci w liczbie mnogiej i różnej rozpiętości wiekowej Dziękuję wszystkim za kciuki, modlitwy, ciepłe słowa, myśli i całe wsparcie. Myślę sobie, że jak tyle osób koncentruje dobrą energię w jednej sprawie, to ona zwyczajnie musi się udać. Dostaliśmy od Was masę dobra. Dzięki!


  • RSS