Wpisy z okresu: 8.2003

Przyczyny rozwodów: | 2003/08/29 |

1. Po 7 latach rozpadło się małżeństwo X,ponieważ żona jadąc z mężem samochodem musiała się chować, gdy któraś z jego przyjaciółek przejeżdżała obok (wg mnie po 7 sekundach małżeństwa powinna go schować w bagażniku w plastikowym worku*)

2. W pewnej miejscowości mąż wystawiał żonie codziennie oceny: jak dobre było jedzenie, jak czyste mieszkanie, jak podniecający seks, jak przygotowane ubranie. Pod koniec tygodnia robił bilans – przy przeważających złych notach dostawała mniej pieniędzy na utrzymanie domu. Rozwód po 2 latach (pamiętajcie drogie panie – nie wiążcie się z nauczycielami i sędziami różnych sportowych dyscyplin, chyba, że rola Stachanowca jest wam szczególnie bliska – 250 % normy to jest to)

3. Pani Y wniosła sprawę o rozwód po trzech latach małżeństwa, ponieważ jej mąż miał zwyczaj wpadać znienacka do łazienki i to ze swoimi kolegami, zawsze wtedy, kiedy ona właśnie siedziała w wannie (widocznie koledzy nie byli zbyt przystojni)

4. Był sobie facet, który dostawał często na obiad: stek z cebulką. Jego
wyobrażenie o dzieleniu się z żoną: on zjadał całe mięso, a jej kazał jeść cebulę. Rozwód po 4 latach (cztery lata przeżyć na cebuli? Szczęście, że nie kazał jej jeść kocich chrupek)

5. 45-letnia kobieta żaliła się przed sądem, że jej mąż nalegał, aby wspólne noce spędzali na hamaku. Powód rozwodu – w ciągu 23 lat małżeństwa wypadła 16 razy (to Jej wina bo sie kiepsko trzymała)

6. Człowiek z miejscowości XYZ zaznaczał codziennie podeszwy żony
kredą, aby wiedzieć, czy wychodziła z domu. Rozwód po 2 latach (no tak bo po 2 latach nie wytrzymała i wyszła z psem na spacer)

7. Podczas nocy poślubnej pewien pan młody nie robił nic, tylko przez 5 godzin oglądał brutalny film na video. Panna młoda nie czekała długo, wzięła nogi za pas i jeszcze tej samej nocy spotykała nowego mężczyznę swojego życia (a był to seryjny morderca zza winkla i żyli krótko acz szczęśliwie)

8. Pan S nie pozostawiał nic przypadkowi: Seks – tak stało w intercyzie – miał odbywać się trzy razy w tygodniu. W określonych dniach żona miała „przejmować inicjatywę” i to w
określonym przez męża kolorze bielizny. Rozwód po 2 latach (bardzo mądrze – pan należycie zadbał o potrzeby seksualne swojej żony – ja tam nie rozumiem co Jej nie pasowało ;)

9. Pewna kobieta była zakochana w swoim wielokrotnie nagradzanym charcie. Zemsta zaniedbanego małżonka: karmił psa po kryjomu, pies utył i już nic nigdy nie wygrał. Rozwód po 3 latach – z
powodu „duchowego okrucieństwa” (taaak – karmienie zwierząt to wyjątkowe beztialstwo – na krzesło z Nim!)

10. Ulubionym hobby pewnego męża było
strącanie procą blaszanych pudełek z głowy żony. Rozwód po 5 latach (niemądra – zamiast się z Nim rozwodzić powinna znaleźć sobie własne hobby, np gra w golfa Jego „piłeczkami”)

11. Pewna żona musiała zwracać się do męża per „panie majorze” i stawać przed nim na baczność przy każdy spotkaniu w domu. Po 10 latach wręczyła mu pozew o rozwód (przez 10 lat uczyła się formuły „Wynoszę się stąd Ty sukinkocie!”?)

12. Pan R siedział w każdej wolnej minucie przed komputerem i inwestował majątek w drogie jego wyposażenie. Kiedy po 6 latach zabrał żonie wszystkie pieniądze na życie z powodu nowych programów komputerowych małżeństwo zostało zakończone (i w tym miejscy zgłaszam apel do Billa Gatesa, żeby obniżył ceny swoich produktów bo się przez nie małżeństwa rozpadają)

13. Pewnien pan miał w każdej większej
miejscowości kochankę. Kiedy odszedł na emeryturę, zebrał wszystkie listy miłosne w 2 walizki i schował w piwnicy. Jego żona potknęła się i przestała wierzyć w 25 lat jego wierności (ot durna bździągwa)

14. Pewnien mąż był tak skąpy, że nie pozwolił żonie kupić sztucznej szczęki, bo może przecież korzystać z jego sztucznych zębów. Rozwód po 50 latach (że też się Jej jeszcze chciało rozwodzić – przecież długo sobie samotnie nie pożyje bo i tak jest bez szczęki)

15. Pan J nauczył papugę następującej
pobudki: „Wstawać, ku***, wstawać”. Po 3 latach żona się wyprowadziła (wg mnie powinna wyprowadzić się papuga – definitywnie)

* komentarze w nawiasach umieściłam Ja ale za ich treść nie odpowiadam, wszelkie podobieństwo do żywych lub martwych osób i zwierząt jest całkowicie zamierzone i dobrze mi z tym ;)

Była u mnie Alti. Przed chwilą wyszła. Stwierdziła – dużo ludzi – i to była Jej opinia na temat mojej szanownej pracy. Pojechała do domu (tzn tu w Polsce), bo nie była tam od wczoraj. Noc spędziła u mnie, poznała Kicię (stwierdziłyśmy, że nazwiemy Ją Pinda ale wniosek jeszcze nie przeszedł) i próbowała spać na niewygodnej kanapie co to się ca prawda nie rozkłada ale za to w szwach rozchodzi. Rano wstałam niepritomna wybitnie, ponieważ wczoraj miałyśmy noc pełną wrażeń. Najpierw romantic dinner we włoskiej pizzerii (nawiasem mówiąć pizza jest tam wyjątkowo dobra ale nie powiem publicznie gdzie to jest bo i tak za dużo ludzi tam przychodzi odkąd zaczęłam tam przyprowadzać znajomych a potem Oni swoich i dalej poszło gładko a tłumów nie lubię). Patrzyłyśmy sobie w oczy między jednym kęsem i drugim, oglądałyśmy zdjęcia i chichrałyśmy się obgadując Dzaska – standard ;) Potem przyszedł Dżejkob, zjadł i udaliśmy się na Pola gdzie miała być Hal i być może Łukasz. Hal jeszcze nie było ale dotarła dość szybko więc nie było marudzenia a po chwilach kilku zjawił się też Łukasz z przyległościami czyli kolegą zatytułowanym Bartek. Siedzimy, gadamy, pitu pitu, sielanka… nagle zjawił się kolega Tomasz znany z lovelasovatości i końskich zalotów. Jego towarzyszka została w knajpie a On wyległ na zewnątrz i zobaczywszy nas – trzy piękne dziołchy – z miejsca się przysiąść zapragnął. Jak pomyślał tak zrobił i po sekundzie oznajmił, że mu sie podobamy. Przytulił się do Hal i rozpoczął rekonesans:
- Jak masz na imię? – przymilnym głosem i trzepocząc rzęskami rzecze Tomasz
- Ładnie – Hal odpowiada grzecznie i z uśmiechem od ucha do ucha
- Cześć Ładnie – nie zbity z tropu Tomasz nadal w natarciu
- No cześć – Hal wylewna jak zawsze
- Zakochałem się w Ładnie – oznajmił wszem i wobec Tomasz – Jak się Rudej pozbędę to wiesz…
Myślę, że Hal wiedziała, ale nie skomentowała bo i po co ;)
Tomasz przysiadł się do Alti:
- A Ty jak masz na imię? – niestrudzony kontynuował pikapowanie gerlsów
- Nieładnie – z promiennym uśmiechem niewinnej pensjonareczki ćwierknęła Alti i gośc był juz ugotowany
- Teraz się zakochałem w Nieładnie – przyznał się Tomasz
- Kochliwy jesteś – zauważyłam rzeczowo (mnie nie rwał bo znamy się już trochę i wie, że nie ma szans)
Po uprzejmej i rezolutnej konwersacji oraz po zapewnieniach, że Tomasz pozbędzie się Rudej i „wtedy wiemy co…” Hal zmyła się do domu, Łukasz z przyległościami pognali na rowerach w dal siną i odległą a My czyli Alti, ja i Dżejkob przesunęliśmy się czasoprzestrzennie do klubu Park, bo to czwartek i hard zone i maj laf z zagramanicy musi zobaczyć TEN Park i TEN czwartek. Źle nie było, bo zostalismy prawie do końca (czyli musiało się Jej podobać bo inaczej chciałaby sobie pójść), tańczyliśmy ochoczo i Alti poznała jeszcze kilku moich znajomych (co prawda byli to sami mężczyźni ale to nieprawda, że nie znam żadnych kobiet – a Hal?). Na parkiecie było dużo ludzi w wieku różnym (co prawda przewaga mocno wytapetowanych wczesnych nastolatek ale przekrój ogólny jest ogromny – było małżeństwo 40-latków i trochę starszych studentów), dużo dymu i stroboskopów a my tańczyłyśmy do upadłego. A propos upadania to podczas jednego z naszych przecudnej urody pląsów (nie wiedziałam Alti, że wiesz jak tańczyć Deth Metal) przede mną na podłodze padł (początkowo na kolana potem całkiem) jakiś kolo. Myślałam, że coś mu się stało ale kolo wyjął aparat (fotograficzny nie ortodontyczny) i zaczął cykać mi zdjęcia (dodam, że była w spodniach, więc wykluczam sesję zdjęciową bielizny). No cóż, można i tak – jak chce niech sobie robi – jemu klisza pęknie nie mnie. Potem wstał, grzecznie podziękował, uśmiechnął się i sobie poszedł. Alti skomentowała to „rzucasz facetów na kolana” a Dżejkob „jeszcze raz powiesz, że jesteś nieatrakcyjna to…”. Ale ja i tak wiem swoje – kolo chciał sfotografować Alti ale się zawstydził i ostatecznie udał, że chodzi mu o mnie. Tak czy inaczej nieczęsto obcy i bez widocznych ułomności mężczyźni padają przede mną na kolana i dalej zatem pozostaje tylko cieszyć się. To się cieszę :)

Szpital Gdzie Bądź | 2003/08/28 |

Siostra – Proszę tu. Będzie pan leżał na tym. (ustawia krzesła, zawiesza wykres temperatury)
Pacjent – Czy moja choroba nie wymaga lepszych warunków?
Siostra – Pana choroba? Rozwija się znakomicie. W takim tempie, że nie wiem czy warto pościel przynosić.
Pacjent – Nie wolno pani tak mówić.
Siostra – Wiem-wiem.
Pacjent – Powinna pani mówić, że zrobicie wszystko dla mego dobra.
Siostra – A uwierzy pan? Że zrobimy wszystko … uwierzy pan?
Pacjent – Siostro, ja nie mogę umrzeć!
Doktor – Kto tu nie może umrzeć?
Pacjent – Ja.
Doktor – Pan? AA! Niech pan mnie nie rozśmiesza. (ogląda wykres temperatury) Siostro, na co cierpi pacjent?
Siostra – Po polsku czy po łacinie?
Doktor – Do astmy po polsku, wyżej po łacinie.
Siostra – Pneumothorax.
Doktor – Oj, nie lubię tego leczyć. Na akademii miałem z tego komis.
Pacjent – Doktorze, nie jest pan już na akademii. Tu są żywi pacjenci.
Doktor – Na razie, na razie. (patrzy i patrzy na wykres temperatury, składa i wkłada do kieszeni) Dam dziecku do kolorowania.
Pacjent – Doktorze, proszę się postarać. Odwdzięczę się.
Doktor – Nie pracuję tu dla pieniędzy. Jestem tu dla władzy! (przyjmuje władczą postawę) Oddychać! (pacjent wszystko wykonuje) Nie oddychać! Otworzyć usta! Zamknąć! Beknąć! Uwielbiam to uczucie!
Pacjent – Doktorze, wyleczy mnie pan?
Doktor – (wzrusza ramionami)
Siostra – Co z nim zrobimy?
Doktor – Nie wiem. Na komisie miałem ściągi.
Pacjent – Jak to pan nie wie?! Co z pana za lekarz?!
Doktor – (ściąga stetoskop i rzuca pacjentowi, wyjmuje pigułki z kieszeni, zastrzyki) Proszę! Proszę! Zobaczymy co PAN z tym zrobi?! (odchodzi urażony)
Siostra – Doktorze, czy my codziennie musimy przez to przechodzić?! To tylko odma. Da pan radę.
Doktor – Odma? Pneumothorax – odma. No tak.
Pacjent – A więc nie umrę?
Doktor – To się zobaczy.
Pacjent – Na to się nie umiera!
Doktor – Czasem tak.
Pacjent – Nie mogę na to umrzeć!
Doktor – Co się pan kłóci z fachowcem? Proszę to zażyć i już nie gadać.
Pacjent – (zażywa i umiera)
Siostra – (patrzy zdziwiona na pacjenta i doktora)
Doktor – Na to faktycznie rzadko się umiera, ale wjechał mi na ambicję.

autor – Władysław Sikora

Dowcip dnia | 2003/08/28 |

Jasiu do Ojca:
Tato, kto to jest dyplomata?
Ojciec:
To taki gość, który potrafi
powiedzieć „Spie…..j” w taki sposób, iż poczujesz podniecenie na myśl o czekającej cię podróży.

Nadesłał Placek

Nie ma tego złego… | 2003/08/28 |

Wczoraj nic nie napisałam ale bynajmniej nie z powodu opuszczającego mnie literackiego geniuszu lecz wyjątkowo z całkiem niezależnego ode mnie powodu. W miejscu gdzie pracuję podłożono bombę. Ktoś zadzwonił rano i poinformował ochronę, że na terenie budynku znajduje się materiał wybuchowy. Ewakuowali nas na zewnatrz i kazali czekac pod budynkiem co według mnie było koszmarnym przejawem bezdennej głupoty, ponieważ w razie ewentualnej eksplozji bylibyśmy w polu rażenia bardziej niż kurczę pieczone w piekarniku. Ale to Polska jest i logiczne myślenie wybitnie nie jest tu w modzie. Jako poczuwająca się do obrony inteligencji praktycznej jednostka wybitnie społeczna udałam się do szefa i poinformowałam go, że nie wiem jak On ale ja idę do pobliskiej knajpy, żeby w bezpiecznej odległości poczekać, paniki nie siać i na deszczu (co się rozpadał na złość chyba, że wszyscy wylegli przed budynek) nie moknąć jak kretyn oraz, że dam mu swój numer telefonu celem poinformowania mnie o jakiejkolwiek zmianie naszej podłej (bo na górze zostały nasze drygie śniadania) sytuacji. Szef popatrzył na mnie rozumnie, telefon zapisał i zezwolił na samowolne oddalenie się, Razem ze mną oddaliły się jeszcze dwie koleżanki i dwóch kolegów. Wybraliśmy się do Redakcji, gdzie sącząc drinki (jeszcze o 13 nie piłam) i chwaląc telefonicznego żartownisia (bo laba w pracy i to na życzenie szefa zdarza się chyba nieczęsto), integrowaliśmy się zaciekle. Była Tequilla i Sex on The Bitch, jednym słowem – milusio. O 15 z vatem zadzwonił mój telefon. Szef! A ja już głosik mam wesolutki! Skupiłam się w sobie i wydobyłam z siebie najbardziej poważne rzężenie na jakie było mnie stać. Na szczęście nie musieliśmy wracać zum arbeit tylko spokojnie udać się do domu, bo biuro nie będzie już dziś czynne. Przyjęliśmy tę nowinę z nieukrywaną radością bo mało komu się oczka nie świeciły i posiedzieliśmy jeszcze czas jakiś. Hulanka w godzinach pracy? Czemu nie. O 16.45 zebraliśmy się do wyjścia, żeby naturalnie wyglądało i udaliśmy się każde w swoim kierunku. No cóż, kolejny pracowity dzionek… Hik!

Pan Kotek był chory… | 2003/08/26 |

Minęła 17.00 – oficjalny koniec pracy (nieoficjalnie mało kto jeszcze może wówczas wyjść). Mijam zdziwione spojrzenia i pędem do wyjścia. Tramwaj zatłoczony do granic wytrzymałości ale udaje mi sie wcisnąć razem z plecakiem. Kilkakrotnie zdarzało mi sie podróżować z jakąś wystającą na zawnątrz częścią garderoby bądź dodatkiem – teraz pełny sukces. Potem autobus – już znacznie lepiej – nawet usiąść zdążyłam. Czuję parcie. To babsztyl gruby i osiatkowany pcha się na mnie bezczelnie żądając miejsca siedzącego. Mierzę Panzerfausta wzrokiem niewinnej dziuni i widzę, że kobita czerstwa i jeszcze jej do czterdziestki nawet trochę brakuje (choć skutecznie to zamaskowała makijażem ala Maria Callas w wersji pośmiertnej), żadnych ułomności też nie stwierdzam bo do autobusu biegła niczym rącza łania i jakoś nadwaga jej nie przeszkadzała a poza tym nieopodal widzę grupkę rozchichranych i rozwalonych bezczelnie małolat w wieku szkolnym. Toto stoi nade mna i sapie. Patrzę ponownie teraz dość wymownie a moje oczy mówią „czego?! pytam się grzecznie”.
- Może by tak ustapiła miejsca? – zagrzmiał tucznik napierając siatami na me wątłe ramię
- No fakt mogłaby… ale wie pani jaka ta młodzież dzisiaj niewychowana – może niech jej pani zapyta to ustąpi – mówię bezczelnie wskazując na jedną z małolat odstawioną na wczesną Jenifer Lopez
- Do Ciebie mówię, żebyś ustąpiła – wyprowadza mnie z błędu gniewna horpyna
- A na Ty przechodziłyśmy? – ćwierkam w odwecie
- O patrzcie ją, jaka bezczelna i jeszcze Pani się znalazła. Na Panią to trzeba mieć wygląd i pieniądze – ripostuje osiatkowany potwór
- No ja mam wygląd, nie wiem co ma Pani ale jak choć pieniądze to już połowa sukcesu, bo można sobie pojechac taksówką – tam jest postój – wskazuję grzecznie, bo zbliżamy się do przystanku i obdarzam raszplę uśmiechem jakim tylko ja potrafię.
Babsko pobladło, poczerwieniało, znowu zbladło, znowu pokraśniało, spuchło na twarzy wyraźnie przeszukując wątpliwe zasoby intelektualne w poszukiwaniu wrednej i ciętej pyskówki ale nic nie znalazło (bez mojego zaskoczenia) i sapiąc wściekle udało się na drugi koniec autobusu. Starszy pan, siedzący przede mną i przypatrujący się całej sytuacji z wielką uwagą, spojrzał na mnie życzliwie i głośno skomentował:
- To trzeba mniej żreć a nie się miejsca wszędzie domagać na siłę – i powrócił do konwersacji ze swoją równie leciwą towarzyszką.
W tych pięknych okolicznościach przyrody dotarłam do przystanku docelowego. W domu byłam za minut kilka.
- Cześć Mamut! Dudek nadal chory? – wolałam się upewnić, żeby nie wyjść na debila przychodząc do weterynarza ze zdrowym kotem
- Cześć, a co ma nie być – jest – oznajmiła Krycha
Pobieżnie przywitałam się z ojcem Zdzichem i odmawiając kategorycznie dokarmienia mnie przez mamę, zapakowałam kota do koszyka i w te pędy do lekarza. Duduś nie bardzo chciał dac się zapakować w ciasny środek transportu (widocznie mam kota z klaustrofobią) i zapierał się jakbym go co najmniej odwirować z pralce z 1000 obrotów chciała ale wreszcie przy udziale Krysinej ręki udało mi się zamknąć miauczącego więźnia w jego klatce. Przy okazju rychło dowiedziałyśmy się, że koszyk ma pękniete zamknięcie, bo kot uwolnił się w trybie pilnym, ale na szczęście nie na długo i po ponownym zapakowaniu go w piknikowe cudeńko, byłam przygotowana na wszelką ewentualność. Uzbrojona w ręcznik i rozcapierzone na koszyku łapska w liczbie dwóch, przy donośnym akompaniamencie kocich wrzasków, dotarłam do weterynarza.
Pani doktor była chyba niezwykle zajęta kobietą, bo czekałam dośc długo przed pustym gabinetem aż wreszcie zeszła z pięterka – gdzie mieszkała. Nie była zbyt zadowolona z możliwości dodatkowego zarobku. Widocznie forsiasta jest i więcej nie chce (dobrze, że nie wszyscy ludzie są pazerni), ale jakoś kolejki klientów nie zauważyłam, dlatego też ośmielam się przypuszczać, że nadeszłam akurat w momencie emisji jej ulubionej telenoweli. Chciał nie chciał kotem się jednak w drodze łaskawego wyjątku postanowiła zająć. Pomruczała pomruczała i pyta:
- A to kot czy kotka? – pytanie rezolutne zwłaszcza biorąc pod uwagę jej zawód wykonywany (bo czy wyuczony to wątpię)
- Kot – grzecznie odpowiedziałam jednocześnie żałując, że w okolicy nie ma innego weterynarza
- Zaniedbany jakiś – zgromiła mnie wzrokiem (też mi odkrycie)
- Bo chory – wyjaśniłam nadal uprzejmie
- A co mu jest? – zainteresowała się nagle postawna blondyna z lek weterynarii na pieczątce
- Właśnie chciałabym się dowiedzieć… i dlatego przyszłam do pani (wdech wydech wdech wydech – tylko spokojnie)
- Acha – zrozumiała wreszcie cel mojej wizyty pani doktor.
Potem nastąpiło obmacywanie i opukiwanie kota, rozmaite zastrzyki i płyny, znowu obmacywanie i ściskanie a to wszystko przeplatane żałosnym miauczeniem. Pani doktor dowiedziała się jak się kot nazywa – Duduś, ile ma lat – 3, co je i że ostatnio przestał, że zmienił swój wygląd diametralnie co widać i z czystego pięknego kocurka zrobił się brudny kocmołuch, że wychodzi na dwór, bo w nocy nie lubi spać w domu, że nie daje się dotknąć do brzucha itd.
Orzekła żółtaczkę i zapalenie krtani, zaaplikowała solidną dawkę leków, wzięła 42 zeta i kazała przyjść nazajutrz na dalsze leczenie.
Wymęczony Duduś usnął w tym nieszczęsnym koszyku w drodze powrotnej do domu i nawet nie miauknął. Widocznie w porównaniu z łapskami kochanej pani doktor wszystko wydawało mu się lepsze a ja wcale się nie dziwię. Szkoda mi go okrutnie i tym bardziej, że dziś czeka nas kolejna batalia, ale ponoć ma być lepiej. Najważniejsze, że wyzdrowieje – znowu zaczął jeść i po wyjściu z koszyka natychmiast się rozmruczał z zadowoleniem przy misce ciepłego mleka.
Tylko jak ja go dziś zapakuję do tego koszyka?

Klient – (bardzo spokojnie i rzeczowo) Dzień dobry, są gwoździe?
Ekspedientka – Nie ma.
Klient – A kiedy będą?
Ekspedientka – Nigdy, my nie sprzedajemy gwoździ.
Klient – Czemu?
Ekspedientka – Bo to sklep z pieczywem.
Klient – No i?
Ekspedientka – Nie sprzedajemy pieczywa z gwoździami!
Klient – Nie-nie, pieczywo mi niepotrzebne.
Ekspedientka – No to do widzenia.
Klient – Ale na gwoździe bym reflektował.
Ekspedientka – Nie mamy!
Klient – (przypomina sobie) No-no. Już coś pani wspominała.
Ekspedientka – No to zapraszam kiedy pan będzie chciał pieczywo.
Klient – (lekko zirytowany) Ale ja nie chcę pieczywa!
Ekspedientka – Nic innego nie mamy.
Klient – (z ciekawością) Nawet śrubek?
Ekspedientka – (zirytowana) Mówiłam już! Nie mamy!!!
Klient – Mówiła pani tylko o gwoździach.
Ekspedientka – Mówiłam, że mamy tylko pieczywo!
Klient – Co się pani tak uparła, żeby mi wcisnąć to pieczywo?! Mam tylko na gwoździe!
Ekspedientka – Nie chcę panu niczego wciskać!
Klient – Jak nie, jak cały czas mówi pani o pieczywie!!!
Ekspedientka – Bo nie mam gwoździ!
Klient – Ja też nie mam gwoździ, a nie mówię o pieczywie!
Ekspedientka – (bardzo zirytowana) Ale pan chciał gwoździe!
Klient – (wpada w szał) Dobra!!! Dobra, dawaj pani to pieczywo!!!
Ekspedientka – Nie ma!!!
Klient – (wciąż w szale) Nie! Nie!!!! To gwoździ pani nie ma!
Ekspedientka – (też w szale) Nie mam!!!
Klient – Ani śrubek!!!
Ekspedientka – Nie mam!!!
Klient – Ale pieczywo pani ma!!!
Ekspedientka – Nie mam!!!
Klient – Przecież to sklep z pieczywem!!!
Ekspedientka – Ale wyszło!!!
Klient – (uspokaja się) Tak? Aha To nie ma różnicy czy chcę kupić gwoździe czy pieczywo?
Ekspedientka – (ugodowo) Hm właściwie tak
Klient – To gdzie jest następny sklep z gwoździami?
Ekspedientka – Rzeźnik za rogiem.

autor – Władysław Sikora

Proxima Centauri | 2003/08/25 |

W sobotę byłam w Proximie. Zupełny przypadek. Kiedyś chodziłam tam dość często, bo w środy był „Krok w rock” czyli dość ciekawa muzyka, ale potem coś się zepsuło i całkiem zrezygnowałam z Niej na rzecz Parku. W weekend wybrałam się na rekonesans. Obellix z ekipą byli już na miejscu. Na wejście zagrali Kazika i już mi sie spodobało. Poszłam tańczyć. Przestało mi się podobać. W Parku jest chyba większa kultura na parkiecie i nie tylko. Tam nikt nikomu nie szoruje rękami po twarzy a butami po nogach – tam bardziej zwraca się uwagę czy dając się ponieść muzycznej fali nie zrobimy nikomu krzywdy. Tu musiałam się nieźle rozglądać by nie oberwać od jakiejś rozchełstanej laluni czy równie roznegliżowanego przydupasa. A ponoć dobry towar reklamy nie wymaga a już na pewno nie musi się obchodzic bez stosownego opakowania… Swoją drogą zauważyliśmy ze znajomymi ciekawą prawidłowość – im młodsza dziewczyna, tym bardziej wyzywająca. Makijaż postarza ją o kilka dobrych lat w porywach do kilkunastu (w zależności od warstwy i jakości tynku), donośny rechot i poza Szanownej Pani spod Polonii oraz ruchy frykcyjne (tyle że bez partnera) i wybitnie skąpe trendy-wdzianko dopełniają reszty. Lubię i sama noszę ładną bieliznę ale czy nie lepiej by sama w sobie była widoczna w bardziej kameralnych warunkach niż stado spoconego pląsającego dziko bydła? Osobiście wolę jak wyżej wymieniona delikatnie prześwituje przez garderobę albo wystaje ponętnymi rąbkami, pozostawiając wyobraźni pole do popisu. Bo czy nie lepiej samemu rozpakować prezent-niespodziankę niż wybrać go samemu z mocno przechodzonej wystawy, gdzie każdy kto chce widzi co dostajemy? Odpowiedź pozostawiam Wam…

Lubię piątki ;) | 2003/08/22 |

Plany na dziś i nie tylko:

- wyjść z pracy niepostrzeżenie i pozostawić po sobie wrażenie dobrze wykonanej roboty – tylko wrażenie się da ;)
- zrobić zakupy i nakarmić lodówkę bo się świnia domaga
- doprowadzić się i mieszkanie do stanu ogólnie przyjętego za normę
- głaskać kota najwyżej 4 godziny na dobę bo się mała bestyja rozpieści jak rozpieszczalnik
- może coś ugotować? nieee – lepiej nie ;)
- nie spędzać całej nocy na polach mokotowskich – przynajmniej dzisiaj a w czwartki w Parku nie kopać więcej w zadek „faceta co się pcha jak cham”
- kąpać się nie dłużej niż godzinę i nie śpiewać bo sąsiedzi się skarżą
- nie podrywać listonosza, nie podrywać listonosza…
- nauczyć się wracać do domu komunikacją dzienną – tia
- odpocząć (?)
- wyczyścić na jutro rower ze ściółki leśnej i badylastego badziewia
- sprawdzić stan garderoby – żeby nie było, że na jutrzejszą jazdę zostanie mi tylko krótka sukienka na ramiączkach i zielone skarpety frotte
- nie kopać ratlerka sąsiadki, choćbym nie wiem jak bardzo chciała i choćby to małe ścierwo było jeszcze bardziej dziamgotliwie irytujące
- zrobić zaległe zdjęcia
- nie gadać przez telefon w godzinach szczytu o pierdołach
- spędzić weekend możliwie spokojnie (?)
- :)

To z grubsza by było na tyle…
Miłego weekendu

Kopciuszek – przyjść do domu w jednym bucie
Królewna Śnieżka – obudzić się w lóżku z siedmioma facetami
Kapturek – obudzić się w lóżku babci
Śpiąca Królewna – przez 100 lat niczego nie pamiętasz
Myszka Miki – opuchnięte uszy, białe rekawiczki, ale nie masz fraka
Krzysztof Kolumb – nie wiesz gdzie jedziesz, jak już przyjedziesz to nie wiesz gdzie jesteś, ale za przejazd i tak płaci państwo.
Reksio – obudziłeś się w budzie dla psa
Władca pierścieni – obudziłeś się na komisariacie w kajdankach
Ogniem i mieczem – obudziłeś się w kotłowni na koksie
W pustyni i w puszczy – obudziłeś się w parku miejskim na grządce z różami
na Juranda – obudziłeś się przed własnymi dzwiami z rozdartą koszulą
Wakacje z duchami – obudziłeś się na strychu zawinięty w prześcieradło

I pamiętaj – nie jesteś naprawdę pijany, jeżeli jesteś w stanie leżeć na podłodze bez trzymania!


  • RSS