Wpisy z okresu: 10.2003

Motocyklowo :) | 2003/10/31 |

Pani pyta dzieci w szkole kim chcą zostać w przyszłości.
Prawnikiem – mówi Małgosia
Lekarzem – mówi Zbysio
Harleyowcem – wyrywa się z ostatniej ławki Jasio!!!
???
A co robi taki harleyowiec? – pyta Pani
Jak to co?? Jeździ na Harleyu, pije piwo i posuwa panienki….
Jasiu, ale ty jesteś na to za młody!!!
Ale ja jestem młodym Harlyowcem – odpowiada Jasio
A co robi młody harleyowiec???
Młody harleyowiec jeździ na rowerze, pije oranżadę i wali konia

Wyniki torebkowe | 2003/10/31 |

Miesiąc minął czas zatem na podsumowanie sondy CO KAŻDA KOBIETA MA W TOREBCE/PLECAKU?

Łącznie oddano 117 głosów, a oto jak rozkładały się wyniki.

Najwięcej, bo aż 32% kobiet (38 głosów) nosi w torebce „pożółkłe i wyblakłe dawno dawno temu paragony, faktury vat, sklepowe metki, odcinki pocztowe, kwity z bankomatu i inne rachunki różnej maści służące obecnie do zapisywania numerów telefonu ewentualnych absztyfikantów”

23% badanej populacji wybrało odpowiedź wymijającą, czyli „inne niezwykle ważne i niezbędne do życia przedmioty codziennego użytku, które da się jeszcze tam upchnąć” – 27 głosów

Mój niekwestionowany faworyt – odpowiedź: „paczkę radzieckich prezerwatyw marki ‚Nu dawaj’ zajął za sprawą 15% głosujących trzecie miejsce (17 głosów)

Kolejne 10 osób (9% ogółu) nosi w torebce (lub twierdzi, że każda kobieta nosi) „podręczny zestaw młodego magika, czyli full make-up + szpachelka”

Na miejscu piątym mamy psychopatów amatorów (9 osób), którzy zaznaczyli odpowiedź: „nóż kuchenny, rozmiar dowolny ale im większy tym lepiej (pożądane są bardzo twarzowe i pełne gracji rzeźnickie tasaki)”8%

Następnie ex aequo dwie odpowiedzi z liczbą 4 głosów każda (po 3%):
„niezbędnik codzienny, czyli śrubokręty wszelakie z młotkiem w parze” oraz „‚wyjściowa’ bielizna lub jej jeszcze bardziej ‚wyjściowy’ brak zarówno w torebce jak i na właścicielce podręcznego bagażu”

Pozycja siódma to również dwie odpowiedzi (po 3 głosy i także 3% wybrało każdą z nich). Za głosem ludu idąc kobieta ma w torebce:
„kieszonkowy rozkład autobósów, tramwajów, pociągów, samolotów i wszystkich innych środków komunikacji dostępnych w promieniu 3 tysięcy mil świetlnych” jak również „dwie mocno sędziwe cytryny lub inne, równie mocno posunięte wiekiem, cytrusy”

Jedna z głosujących pań w torebce nosi „środek na komary w środku zimy i ciepłe rękawiczki w lipcu” (1%)

Inna pani (wszyscy wiemy która) ma za to „ząb trzonowy wyrwany przez stomatologa w gustownym plastikowym opakowaniu” (1%)

Nie przyznała się za to do zawartości swojej małej czarnej (brak głosu) właściecielka „rodzinnego albumu ze zdjęciami zamalowanego w stosownych miejscach czarnym lakierem do paznokci”

Dziękuję wszystkim za udział i zapraszam do kolejnej, tym razem bardzo męskiej, sondy ;)

tiaaa | 2003/10/31 |

Pytanie:

Czy można zjeść na śniadanie okrągły bochenek (mały) chleba w postaci kanapek z: żółtym serem z konserwową papryką, powidłami śliwkowymi, podsuszaną kiełbasą z ogórkiem i pastą jajeczną a do tego baton sezamowy i żelki Haribo oraz 4 mandarynki zapijając wszystko obficie sokiem ananasowym marząc jednocześnie o śledziu w śmietanie i nie dostać rozstroju żołądka???

Odpowiedź:
Można… sprawdziłam :)

Ja – Kuba, może Ty nie opowiadaj już dowcipów, co?
Dżejkob – Dlaczego?
Ja – Bo nie lubię
Dżejkob – Ostatnio lubiłaś
Ja – Ale to było dwa lata temu a wtedy słyszałam je po raz pierwszy…

Kilka dni temu | 2003/10/30 |

Znowu zachciało mi się kina. Zachcianki mają to do siebie, że jak sie ich nie spełni to rosną, kumulują się i atakują znienacka i ze zdwojoną siłą w najmniej odpowiednim momencie. Unikam niespełnionych zachcianek, więc do kina poszłam. Lubię i już. Kto by potem chciał biegać o 3 w nocy na stację benzynową po koreczki śledziowe, a tak właśnie mogłoby być gdybym teraz zignorowała głos mego wewnętrznego dziecka. Już ja się znam. Zatem poszłam za tym głosem i zawędrowałam do Kinoteki w PeKINie (czyt. Pałacu Kultury i Nauki). Bywam czasem w tym kinie, bo lubię ten iście peerelowski wystrój i tchnienie minionych dziejów – wysokie sklepienia, kryształowe żyrandole jak z balowej sali, ogromne lustra i skrzypiące drewniane schody. Zawsze przypomina mi to moje przedszkolne wyprawy ze Zdzichem na rozmaite wystawy i wchodząc do tego kamiennego monstruum (które jedni kochają a drudzy nienawidzą) mam nieodparte wrażenie, że nadal jestem bardzo małą dziewczynką. Kinotekę lubię także za kartę zniżkową, dzięki której mogę kupić bilety za 12 złotych (do pięciu sztuk i obojętnie w jakich terminach). Przydaje się czasem – zwłaszcza jak jestem przed wypłatą a zachcianka przyjdzie nie bacząc na dietę portfela. Bywa tylko krucho w tej Kinotece z repertuarem, bo ja lubię kino Muranów, Wars, Kultura, Rejs, Iluzjon, Paradiso, czy Kino Lab gdzie wyświetla się filmy określane mianem ambitniejszych a w PeKINie to jest misz-masz, czyli jak leci ale czasem i to jest mi potrzebne. Nie sposób ciągle oglądać tworów zmuszających do myślenia, a już na pewno po 14 godzinach pracy, więc postanowiłam obejrzeć coś lekkiego, łatwego i przyjemnego. Wybór padł na „Naciągaczy” Ridleya Scotta. Film powstał na podstawie książki Erica Garcii ale nie mogłam oprzeć się poczuciu, że niemały wpływ na całość miał „Dzień świra” i Koterski z jego boharetem fatalnym nękanym przez nerwicę natręctw i niespełnione marzenia. Ja do pana Kondrata nic nie mam (poza tym, że się zeszmacił nieco przez wałkowaną do bólu Ekstradycję LXXXVIII) i Adasia Miałczyńskiego zagrał dzielnie ale Nicholas Cage w roli cwaniaczka Roya to prawdziwy majstersztyk kinematografii. Rola niezwykle trudna i złożona jak kilometr drutu w butonierce, masa przygłosów, tików, znaczących ruchów i min – to niestety przerosłoby większość aktorskiej braci. Cage ma koszmarny wygląd. Brzydki, rozlazły i ciapowaty – zwłaszcza z tymi jego oczami umierającego na suchoty cocker-spaniela – stanowi dla mnie absolutne zaprzeczenie mężczyzny ale faktem niezaprzeczalnym jest, że czego się dotknie i w czym nie zagra, robi to świetnie a film odnosi wielki sukces. „Ptaśka”, „8 mm” czy „Oczy węża” mogłabym oglądać wiele razy i ciągle znajduję w jego warsztacie coś zaskakującego i wybitnego. Oprócz Cage’a grają tu jeszcze Sam Rockwell i Alison Lohman (z bardzo dobrej „Białej Orchidei”). W „Naciągaczach” znaleźć można dobry humor, zastrzyk adrenaliny, psychologiczne studium przypadku i odrobinę refleksji a to wszystko z domieszką naprawdę dobrych i ciekawie wykadrowanych zdjęć. Jest dobra akcja i jest element zaskoczenia i choć nie leją się hektolitry krwi a przemoc nie jest tu główną atrakcją, przeczuwam, że film znajdzie sporą liczbę widzów. Ja gorąco polecam, choćby dla samej gry pana Mikołaja.

Bywa i tak | 2003/10/30 |

Złapałam złodzieja. Za rękę. W przejściu podziemnym. Skubany niezły był – prawie nie poczułam jak próbuje rozpiąć mi plecak (tłum ludzi, każdy pędzi i się ociera) ale ja zmysły mam wyostrzone i nawet przez puchową kurtkę dam radę. Schodziłam po schodach. Moment. Nie odwracając się cofnęłam rękę do tyłu. Złapałam czyjąś dłoń. Dopiero wtedy odwróciłam się by popatrzeć kto zacz. Szczyl, nastolatek. Trendy wdzianko. Lans aż z niego kapał. Dzieciak „z dobrego domu” dorabia sobie do kieszonkowego albo chciał sprawdzić „jak to jest”. Jak na mój gust początkujący. Był za bardzo zaskoczony żeby się wyrywać, zresztą trzymałam tę pechową dłoń bardzo mocno. Bez słowa ruszyłam w stronę ochroniarza jak z dużym psem na smyczy. Chłopak coś tłumaczył, próbował się usprawiedliwiać, że mi się tylko wydawało ale gdy napotkał moje spojrzenie, zamilkł. Nie sądziłam, że pójdzie mi łatwo – myślałam, że będzie chciał uciekać, że go nie utrzymam (był wyższy, na pewno znacznie silniejszy) ale stanowczość czasem jest lepsza niż krzepa. Facet z plakietką „Security” wiedział w czym rzecz jak tylko rozluźniłam uścisk na nadgarstku młodego. Powiedziałam mu tylko „złodziej”. Młodemu opłynęła krew z twarzy – chyba dotarło wreszcie do niego kim jest. Nie poszłam z nimi na Policję – nie dadzą mi zwolnienia z pracy a nie stać mnie na bycie bezrobotnym w tym koszmarnym świecie. Zresztą i tak nic nie zrobią, jak zawsze. Mała szkodliwośc społeczna i nieletni sprawca – standard. Znam to aż za dobrze od podszewki. Dziwić się trudno w sumie – poprawczaki przepełnione mordercami więc drobnych złodziejaszków karmi ulica. Przykre? Może i tak ale za to prawdziwe. Skończyłam resocjalizację, pracowałam w więzieniu i w zakładach poprawczych, schroniskach i ośrodkach szkolno-wychowawczych też. Za bardzo w tym wszystkim siedzę by zdawać się na Policję ale są inne, sprawdzone już, sposoby. Na nowicjuszy bardziej działa kara psychiczna, piętno nadane przez innych niż zakład zamknięty.
Na pożegnanie powiedziałam młodemu:
- Na przyszłość uważaj do kogo startujesz, bo możesz się przejechać znacznie bardziej.
Odpowiedział mi:
- Skąd wiesz, że będzie następny raz?
- Po prostu wiem…
Wiem, że podziałało. Drugiego razu nie będzie.

Staczam się | 2003/10/29 |

Dostałam od Halki wiadomość z linkiem do jakiejś zabawy.

halkowa linka

Na ogół zlewam takie pierdoły rwącym strumieniem wiadomo czego, bo szkoda mi czasu ale teraz akurat dobrze się czasowo wstrzeliła. Trafiła na awarię naszego firmowego systemu a co za tym idzie miałam pół godzinki słodkiego nicnierobienia gratis. Zajrzałam, wypełniłam (w myśl śiętej zasady „a co mi tam i tak mądrzejsza nie będę”) i padłam… Zobaczcie jak wyglądałoby moje ewentualne tet a tet z bohaterem tolkienowskiej sagi o królu obrączek…

„Było sobotnie popołudnie, wybrałaś się do sklepu spożywczego, aby kupić gwoździe i proszek do prania. Zatrzymałaś się właśnie przy dziale z owocami.’ poziomki … mmm ‚ pomyślałaś, nic dziwnego, przecież je uwielbiasz. Nagle usłyszałaś za sobą znajomy głos mówiący… ‚Te owoce wyglądają wspaniale!’ Odwróciłas się i zobaczyłaś, ze to Gandzialf ! Stał przed Tobą i uśmiechał się. Przez głowę przemknęła ci tylko jedna myśl: ‚ łał ‚!!!! Gandzialf spojrzał i powiedział ‚uwielbiam poziomki ‚ ‚Ja też!’- odpowiedziałaś. ‚Ciekawy jestem co jeszcze mamy wspólnego?’- zażartował, a Ty uśmiechnełaś się słodko. Zaczęliście rozmawiać. Okazało się, że nie tylko lubicie te same owoce, ale faktycznie macie ze soba mnóstwo wspólnego. Odkryliście, że obydwoje np. uwielbiacie seryjnie mordować! Po miłej rozmowie, Gandzialf zapytał Cię, czy chciałabyś pójść z nim na kolację. Byłas w szoku, miałas ochotę krzyczeć ze szczęścia, ale starałaś się zachować spokój. ‚Jasne, stary’ powiedziałaś i podałaś mu swój adres, a on powiedział, że wpadnie po Ciebie o 19:00. Pożegnaliście się, szybko popędziłaś do domu by wymyślić jakiś olśniewajacy strój na waszą randkę. Długo nie mogłaś się zdecydować, aż w końcu postanowiłaś założyć Twoją ulubioną czarną sukienke, w której wygladałaś niewiarygodnie czadowo. Gandzialf przyjechał punktualnie. Gdy go zobaczyłaś, nie mogłas uwierzyć, że to on. Wyglądał świetnie. Miał na sobie wściekle różową koszulę i czarne włochate spodnie. W reku trzymał bukiet przepięknych koniczyn, podszedł do Ciebie i delikatnie pocałował w nos, potem powiedział, że wyglądasz klawo. Zapytałaś go dokąd pojedziecie na kolację, ale on z tajemniczym uśmiechem powiedział, że to niespodzianka. Podeszłaś do jego samochodu, czarnego trabanta, a Gandzialf otworzył Ci drzwi. Wsiadłaś do środka i byłaś ogromnie marudna. Gandzialf zawiózł Cię do restauracji Błękitna Ostryga i krzyknął ‚Niespodzianka!’ Powiedział Ci, że to jego ulubiony lokal. Gdy weszliście wszyscy oglądali się i uśmiechali do niego mówiąc ‚ciao Gandzialf!’ Domyśliłaś się, że często tu bywa. Usiedliście przy stoliku w zacisznym kącie, a On poprosił o butelke mleka. Kelner przyniosł listę dań. Ty zdecydowałaś się zamowić baranie udźce i pieczonego kruka. Gandzialf poprosił o kiszone ogórki. Byłaś ogromnie szczęśliwa i słuchałaś z wielkim zainteresowaniem jak opowiadał o swoich zainteresowaniach oraz swym nowym zwierzątku pytonie o imieniu Zofia. Ok. 23:00 Gandzialf wyjaśnił, że musi wracać do domu ponieważ czeka go jutro cieżki dzień, bo musi zakręcić sobie papiloty . Odwiózł Cię do domu i odprowadził pod drzwi. Spojrzał na Ciebie bardzo tajemniczo i wyznał, że spedził z Tobą bardzo miło czas. Zapytał, czy będziesz chciała kiedyś to powtórzyć, a Ty nie kryjąc radości odpowiedziałaś: ‚oczywiscie hany! Wtedy Gandzialf przysunął się bliżej, delikatnie położył swą rękę na Twoim łokciu i namiętnie pocałował. Kiedy odchodził, powiedział ‚Dobranoc mała, wpadnę do Ciebie jutro.’ Pomachałaś mu i weszłaś do domu. W nocy długo nie moglaś zasnąć. Wiedziałaś, że nigdy nie zapomnisz tego wieczoru…!”

I nic dziwnego – raczej ciężko byłoby zapomnieć seryjnego mordercę w różowej koszuli i włochatych spodniach, który na randkę przynosi bukiet koniczyn, zabiera mnie do baru dla gejów gdzie zamawia mleko i kiszone ogórki a potem całuje mnie namiętnie w łokieć i znika bo od rana kręci papiloty…

Miłego dnia

Szansa na sukces | 2003/10/28 |

Ktoś
pogadamy?
Ja
witaj – może innym razem
Ktoś
dlaczego?
Ja
jestem trochę zajęta
Ktoś
chciałbym Cię poznać
Ja
życzę powodzenia ale teraz pozwolisz, że wrócę do swych zajęć
Ktoś
daj mi choć szansę
Ja
na co?
Ja
na sukces to na Jana Pawła Woronicza eliminacje są – nie u mnie
Ktoś
czemu od razu mnie skreślasz
Ja
stary – ja Cię nie skreślam!
jestem w pracy i grzecznie Ci mówię, że jestem zajęta – paniatno?
Ja
albo odezwij się innym razem albo wcale – diecezja należy do Ciebie
Ktoś
a co robisz?
Ja
badam gruczoł krokowy mężczyzn przez nakłuwanie jąder rozżarzonym pogrzebaczem
Ktoś
to ja innym razem faktycznie
pa

Z ostatniej chwili | 2003/10/27 |

Operacja się udała.
Malinka szczęśliwa a jej mama już może spokojnie odetchnąć.
Wszyscy trzymamy kciuki, żeby jak najszybciej wróciła do domu.
Czasem do szczęścia wystarczy tak niewiele :)

Gdyby ktoś, jeszcze w piątek rano, powiedział mi, że zostanę honorowym dawcą krwi, to mało tego, że bym go wyśmiała – wyśmiałabym go podwójnie. Już sam widok zaiglonej strzykawki z panią w białym fartuchu do kompletu i zdanie „to będzie tylko szczypnięcie”, albo „nawet nic nie poczujesz”, przyprawia mnie o zimne poty, kołatanie serca i ciśnienie opadające w trybie mocno przyspieszonym – robi mi się źle, niedobrze i słabo. Brrrr. Niewiele jest rzeczy, których się boję. Pająki nie robią na mnie wrażenia większego niż chwasty w ogródku, ciemność lubię, z klaustrofobią ani lękiem wysokości problemu nie miewam, myszki lubię i nawet hodowałam onegdaj sporą gromadkę. W zasadzie z różnych i różnistych fobii został mi tylko strach przed jakąkolwiek iniekcją – szkolna pielęgniarka powiedziała mi kiedyś nawet z uśmiechem, że kariery narkomanki to Ona mi nie wróży. Ja też sobie nie wróżyłam. Cudza krew nie robi na mnie najmniejszego wrażenia ale własna to już zupełnie inna para kaloszy. Każdorazowo przy badaniu kontrolnym i tak zwanej morfologii scenariusz jest jednakowy. Jest miło i przyjemnie, siostrzyczki uśmiechnięte – ja też, gadka-szmatka, zacisk, strzykaweczka, igiełka, „tylko ukłucie” i „nic nie czuję”, chwilka i po wszystkim, „możesz wstać dziecinko” a ja czuję jak zjeżdżam w dół wgłąb siebie, upodabniam się barwą do bladozielonej lamperii i „wciąga mi taśmę” a potem budzę się na leżance z ciśnieniem 90/50 i przerażone twarze informują mnie, że nieźle ich wszystkich wystraszyłam. Standard. Jest wiele czynników, związanych z moim krążeniem i układem krwionośnym, które na to wpływają (nie będę jednak o tym pisać) ale czasami są chwile, kiedy trzeba zacisnąć zęby i przemóc się razem z wachlarzem własnych lęków i fobii, by komuś pomóc. Wstałam rano, zjadłam lekkie śniadanie (choć nigdy nie jem śniadań), przyjechałam by spotkać się z ludźmi, którzy tak jak ja – chcieli oddać część siebie by pomóc, razem w nimi dotarłam do Stacji Krwiodawstwa i razem z nimi wzułam plastikowe bambosze, wypełniałam ankietę, czekałam na badanie, bałam się też razem z nimi. I choć wiedziałam, że nie będzie łatwo – byłam na to przygotowana: zaburzenia równowagi, kołatanie serca a potem nagły spadek tętna, nienaturalna bladość (tu przy okazji zaczynają się bać inni), sine usta, uczucie odpływania krwi w dolne partie ciała, ból brzucha (bo skurcz), czoło zimne i mokre od kropelek strachu, mroczki przed oczyma, słabość. Wiedziałam, że to minie już za chwilę, musiałam się tylko położyć i uspokoić przeponę, serce, siebie – po kilku minutach krew zaczyna krążyć tak jak powinna, czoło robi się suche a usta powoli z sinych robią się różowe. I choć ciśnienie nadal jest bardziej zbliżone do zombie niż do ludzkiego a pan doktor na sam widok wyraża kategoryczny sprzeciw (na szczęście byłam zbyt uparta by dał mi radę), to da się… trzeba tylko chcieć. Mam dar przekonywania ludzi do swoich racji, bo choć i oni i ja baliśmy się tak bardzo, to w pewnych sytuacjach trzeba po prostu wygrać z własną słabością i spróbować. Hal trzymała mnie za rękę i wszystko było już proste. Niby nic – dla większośći ludzi rzecz najnormalniejsza pod słońcem. Dla mnie jednak lęk najpotworniejszy. Jestem z siebie dumna bo pokonałam samą siebie. Oddałam krew. 450 ml – standardowo (razem zebraliśmy 6 litrów). I nie zrobiło mi się już słabo ani niedobrze. Spytacie po co to wszystko? Ktoś potrzebował jej bardziej niż ja…


  • RSS