Wpisy z okresu: 11.2003

Jakoś | 2003/11/28 |

Odklejam się od świata…

Jest niedobrze.
Niestety nie da się tego zwalić na jesienną depresję czy PMS.
Ale nie daję się.
Choć raczej wypadałoby założyć prezerwatywy na uszy by podkreślić ch… nastrój.

Jak jedno się wyprostuje to drugie się spieprzy…

Jestem chora… poważnie
Co tu dużo kryć.
Nie umrę, choć pewnie byłoby znacznie prościej… biorąc pod uwagę kartę stałego klienta w większości szpitali od dnia moich narodzin.

Nie wiem co będzie, ale jeszcze się nie załamałam.
Halka z Tajemniczym Kimś robią dla mnie stronkę, będziemy zbierać pieniądze, wszystkie moje oszczędności to i tak o całe niebo za mało by za to wszystko zapłacić, więc tylko w ten sposób da się jeszcze myśleć o czymkolwiek.

Ból pomijam… bo jeśli jest nadzieja to da się o nim nie pamiętać…
Człowiek nie sznurek wszystko wytrzyma.
Od dzieciństwa wytrzymuję.
Czasami po prostu jestem tym wszystkim już bardzo zmęczona, ale wiem, że muszę walczyć – nie wolno mi się poddać…
Trudne to wszystko

W pracy nikt nic nie wie.
Za to świąteczna atmosfera od października czyli ‚robić od rana do nocy i się nie skarżyć’ + nowy nadgorliwy asystent w typie niedowartościowanego Hitlerka, który próbuje przeforsować jakieś swoje pomysły rodem z Auschwitz.
Czuję się jak w fabryce z koszmarnych filmów obrazujących nieludzkie traktowanie pracowników.
Całe szczęście, że nie wpadł jeszcze na pomysł rozdania nam pieluch, by firma zaoszczędziła jeszcze bardziej, bo przecież wychodzimy do wucetów.
Odpukuję…

W domu… szkoda gadać.
U rodziców zaciskanie pasa i węgiel, którego tona kosztuje ponad 600 złotych.
Tona to jak przeminęło z wiatrem.
Na Bielanach pusto, smutno i samotnie.
Widzimy się z Dżejkobem w przelocie, bo na ogół jak wraca z pracy to już śpię a jak ja wychodzę do pracy to on jeszcze śpi. Mopka tylko tęsknie miauczy pod drzwiami gdy nas nie ma i nie schidzi z kolan, gdy wracamy.
Wczoraj już spałam gdy wrócił.
Gdy kładł się koło mnie, przez sen poczułam jak mocno się we mnie wtula… jakby świat miał się skończyć wraz ze świtem…
Kocham Cię
dobrze, że jesteś…

Bajka

No i kupa… | 2003/11/27 |

Poniżej dowcip obrazujący jak bardzo w małżeństwie potrzebne są wspólne zainteresowania ;-)

Dość mocno starsze małżeństwo położyło się wieczorem do łóżka… Po kilku minutach facetowi wyrwał się głośny pierd…
- Siedem punktów – mówi
Jego żona odwraca się i pyta:
- Co to miało znaczyć??
- To pierdowy footbal… prowadzę 7-0
Kilka minut później żona puściła głośnego bąka:
- Przyłożenie!!! Jest remis!!!
Po kolejnych 5 minutach gościu znowu głośno wydalił z siebie gazy:
- HA! Przyłożenie – prowadzę 14-7
Jego żona od razu odpowiedziała pierdem i mówi:
- I znowu remis!!
Minęło 5 sekund i kobieta puściła „cichacza”:
- Strzał z pola, prowadzę 17-14!!
Gościu jest pod dużym napięciem, nie chce przegrać z kobieta… Skupia się z całych sił ale bez rezultatu… Widząc, że czas upływa i porażka coraz bliżej wykonuje heroiczny skurcz mięśni dolnych części układu pokarmowego, ale niestety… puściły mu zwieracze i do łóżka zamiast gazu wyskoczyło małe, rzadkie gówno!
Żona patrzy na niego i pyta:
- Co to do cholery było??
Starzec odpowiedział:
- Koniec pierwszej połowy – zmiana stron!!!

nadesłał Pablos

- Mamucha – włączyłam słodki głosik – co chcesz dostać na święta?
Pytam bo jak zawsze mam problem z Mamutem i tym co jednocześnie będzie dość tanie i dość drogie, dość przydatne i dość zbędne ale potrzebne jedocześnie tak, żeby nie marudziła, tylko się uśmiechała wdzięcznie i nie martwiła, że teraz nie będę przez miesiąc jadła śniadań i kolacji.
- Buzi – ćwierknęła Krycha szczerząc się radośnie
- No taaa… – wredotka mi się włączyła – ale Ty wiesz, że na buzi to sobie trzeba zasłużyć? – uśmiech triumfalny przyćmił nawet odblask łyżki w zupie pomidorowej
- No to przecież ja zasłużona jestem – zamrugała zalotnie rzęs firankami w stronę Zdzicha siedzącego na fotelu w ojcowskiej pozie
- A Order Zasłużonych masz? – pytania retoryczne są dobre na wszystko
- Urodziłam Cię – broniła się dzielnie mama jakby to wytłumaczenie miało starczyć za wszystko
- Tak było ciężko, czy taka jestem wspaniała? – pytania podchwytliwe pomagają gdy zawiodą te retoryczne
- Hmm… – Mamutowi włączyła się wredotka – A to już zależy od interpretacji.
- No wiesz – obruszyłam się – teraz powinnam się obrazić, że własna matka wątpi we wspaniałość swego dziecięcia ;)
- Nie wszystkie matki mają upośledzone zdolności oceny własnych pociech – odgryzła się Krycha ku rosnącej uciesze Zdzicha
- Dobra dobra – ucięłam temat bo zaczął kierować się w niewłaściwą stronę – powiedz mi lepiej co byś chciała dostać
- Każdy prezent będzie dobry – odparła wymijająco mama – a im bardziej dobry tym lepiej – dodała po chwili
- Widzę, że nie jesteś zdecydowana jak zawsze – roześmiałam się
- Tato – zwróciłam się do ojcowskiego autorytetu – a może ty mi pomożesz w jednej kwestii?
- A w jakiej? – spytał Zdzich nie podnosząc wzroku znad gazety – bo wiesz, mnie do wróżbity daleko trochę
- Nawet gabarytowo – dodał wrednie Mamut spoglądając na wydatny mięsień piwny mężusia
- Co Twoim zdaniem chciałaby dostać mama? – zwróciłam się do ojca ignorując mamine złośliwości
- Pryszcza – odgryzł się Zdzich i z zadowoloną minką poklepał się po brzuchu

Home sweet home ;)

Moby Dick… intymnie | 2003/11/25 |

Dzisiajsza notka adresowana jest głównie do panów, bo to ich właśnie temat się tyczył będzie. Aczkolwiek panie również proszę o wyjawienie swojego punktu widzenia – wszak każdy głos w dyspucie jest ważny i potrzebny.

O cóż chodzi?

O onanizowanie się, masturbację, samogwałt, ‚walenie konia’ – jak zwał tak zwał – chodzi o pobudzanie męskiego narządu płciowego z wiadomym skutkiem.

Nie mnie oceniać czy to złe czy dobre. Ja nie wartościuję – każdy na prawo do orgazmu a to jakimi sposobami ten stan osiąga, to już tylko jego problem… o ile nie rani przez to innych…

Bo czy normalne jest masturbacja ZAMIAST kochania się z ukochaną kobietą, z którą się żyje i mieszka?

Czy normą jest wmawianie partnerce,
że ma się gorszy ‚okres’
i że musi być wyrozumiała,
troskliwa,
że praca, obowiązki,
że stres,
że nikogo nie ma,
i po godzinach ciężko pracuje w biurze,
że to minie i nie będą seksu uprawiać raz na dwa miesiące tylko tak często jak sie da a najlepiej co noc,
że teraz nie ma się ochoty na nic w ogóle
i że tu nie o ta nieszczęsną kobietę chodzi bo Ona piękna i pociągająca jest a Jej ciało to marzenie niejednego pana,
a potem mechaniczne pobudzanie własną prawicą do ejakulacji i krótkiego ‚och’?

Czy to jest fair wobec kobiety, która czeka i kocha po drugiej stronie łóżka pełna pragnień i nowych pomysłów na miłość aby było im lepiej?

Dlaczego teraz nagle kochać się nie potrafi i nie chce, choć przeszłość ma bogatą i z niejedną kobietą spędził niejedną upojną noc?

Czyż partnerka nie może wątpić w swoją atrakcyjność i w szczerość intencji takiego mężczyzny, który przekonuje, że to nie Jej wina a to On się zmienił?

Jak ma nie płakać samotnie w poduszkę i nie czuć się ‚dość dobra’, jak ma się pozbyć druzgocącego poczucia winy i podnieść wartość siebie w swoich własnych oczach ponad poziom morza?

Czy ma Jej nie boleć fakt, że przegrywa z poplamionym papierem toaletowym w koszu,
że przestał się kochać z Nią a zaczął ze swoimi fantazjami – sam ze sobą
że już mu nie wystarcza,
że z Nią ‚nie umie’ i nie chce a samemu wychodzi mu świetnie,
że nie myśli o Jej piersiach i gładkiej skórze gdy ogarnia go ta wyjątkowa błogość – myśli o innych pięknych ciałach
że wtedy nie jest tylko Jej
że On wpuszcza do ich wspólnego łóżka coś obcego i dla Niej nie ma w tym miejsca, choć nie minęło nawet półtora roku odkąd są razem?

Czy wszystko jest w porządku, gdy w udanym (ponoć, bo tak twierdzi) i szczęśliwym (dla Niego)związku mężczyzna przeżywa orgazm bez najmniejszego udziału ukochanej kobiety?

Dlaczego nie liczy się z Jej uczuciami i pragnieniami a twierdzi, że jest dla Niego wszystkim?

Seks to nie wszystko.
To prawda.
Czasami jednak nie może być niczym…

Ja szczerze powiedziawszy nie wiem co rzec na takie dictum, ale dla mnie tak zupełnie normalne to nie jest.
A napewno na miejscu tej kobiety byłoby mi bardzo przykro i źle…

Sześć lat na życie | 2003/11/24 |

Niektórym dzieciom nie dane jest poznać smaku szkolnych kanapek ani poganiać się korytarzem przed pokojem dyrektora czy wzniecać tumany kredowego pyłu rzucając po klasie gąbką do ścierania tablicy. Niektóre dzieci mają tylko sześć lat, by poznać smak życia… na zawsze.

Kasia i Mateusz mieli po sześć lat. Byli bliźniakami i choć Ona miała ciemniejsze, długie włosy a On krótkie i jasne jak len, spojrzenia niebieskich oczu i zadarte lekko noski zdradzały więzy krwi. Mieli dom, rodzinę, chodzili do przedszkola, rozrabiali jak inne dzieciaki i uśmiechali się szerokimi uśmiechami, gdy chcieli udobruchać swoją mamę.

W domu bywało różnie bo rodzice często kłócili się ze sobą ale Kasia i Mateusz zawsze wiedzieli, że oboje – i mama i tata – bardzo ich kochają. Bo dorośli rozwodzą się ze sobą… nie z dziećmi. Nawet po orzeczeniu separacji dzielili się obowiązkami, by maluchy nie odczuły zbyt mocno nieobecności ojca w domu. Zresztą On nie chciał zgodzić się na rozwód.

Rano do przedszkola dzieci odprowadzał ojciec, matka odbierała je po południu.
W środę bliźniaki zaginęły.
Nie wypiły nawet porannej herbaty przygotowanej jak co rano przez mamę. Nie dotarły do przedszkola.
Szukała ich cała Warszawa. Bezskutecznie. Matka – trzydziestoletnia Iwona – nie mogła przestać płakać. Martwiła się o dzieci, Mateuszek ciągle chorował a Jej mąż nie wziął żadnych lekarstw ani ubranek dla przedszkolaków. Zniknęli bez śladu… razem z samochodem. Na początku myślała, że ojciec zabrał dzieci do lekarza albo do rodziny. Nic z tego. Wszędzie odpowiadała głucha cisza i coraz większy niepokój. Iwona sądziła, że uprowadzenie dzieci mogło być jakąś formą nacisku na Nią samą, by wycofała się z pozwu o rozwód albo wzięła całą winę za rozpad ich związku na siebie. Apelowała w mediach, że zrobi wszystko… chce tylko by Kasia i Mateusz wrócili do domu, do Niej…

W niedzielne popołudnie dzieci wraz z ojcem odnalazły się…

Całą trójkę znaleźli w wędkarze w lesie kilkanaście kilometrów od Legionowa. W daewoo tico były ciała 53-letniego Jana i dwojga sześcioletnich bliźniąt. Dzieci zginęły od ciosów nożem… prawdopodobnie w sobotę.
Ojciec zadźgał własne dzieci a potem popełnił samobójstwo.

Nie wyobrażam sobie jaki to dramat.
Dla matki, do której jeszcze nie dociera, że straciła sens swojego życia, jakim były jej ukochane dzieci.
Dla Kasi i Mateusza, którzy pojechali na wycieczkę z tatusiem a zamiast zabaw i igraszek spotkała ich śmierć… z ręki najbliższej im osoby.
I wreszcie dla ojca tych dzieci… bo nie jestem w stanie wyobrazić sobie co musiało dziać się w głowie tego człowieka, porywającego swoje dzieci, które kochał, by je potem zabić. Nic nie jest w stanie usprawiedliwić tej tragedii. Na usta ciśnie się tylko pytanie o przyczynę tej zbrodni. Najprościej byłoby nie zastanawiając się nad niczym nazwać go zwyrodniałym dzikusem i wyzywając od najgorszych rozpaczać dalej ale ja myślę… DLACZEGO???
Czy tak bardzo bał się, że je straci, że wolał zginąć razem z nimi? Czy był chory psychicznie? Czy chciał w ten sposób ukarać żonę?

Odpowiedzi nigdy nie poznam, bo całą historię znamy tylko z jednej strony, ze strony matki, która będzie musiała nauczyć się przejść przez to wszystko i żyć dalej. Tylko czy to jest w ogóle możliwe… Tego też nie wiem…
Źle mi, bo dopóki takie rzeczy dzieją się na świecie, dopóty ciężko ludziom będzie uwierzyć w drugiego człowieka…

‚Samce salamander wracające do swojej samicy ze „skoku w bok” muszą się liczyć z jej wrogością, a nawet z pogryzieniem – informuje serwis „Nature”.

Trudno powiedzieć, jak częste są wśród monogamicznych par salamander przypadki „niewierności”. Zwyczaje salamander czerwonogrzbietowych (Plethodon cinereus) badał ekolog behawioralny Ethan Prosen z Uniwersytetu Louisiany w Lafayette. Samce tego gatunku znane są z agresji w stosunku do swoich niewiernych partnerek. „To jedyny gatunek jaki znam, gdzie samiec zastrasza samicę, a ona odpłaca tym samym” – opowiada Prosen.

„Nie znamy zwierząt innych niż ludzie, które przejawiają taki rodzaj zachowania odwetowego” – komentuje wyniki obserwacji ekolog John Maerz z Cornell University w Ithaca (USA). Choć monogamia jest wśród gadów rzadkością, wiedziano, iż występuje u salamander czerwonogrzbietowych. Do tej pory jednak nie sprawdzono, w jaki sposób jest ona realizowana – dodaje Maerz.

Prosen wyjaśnił to – rozdzielił stałe, schwytane na wolności pary salamander. Samce umieścił w zbiorniku – albo same, albo z samicą (inną niż jego stała partnerka), zmuszając je do „wierności” lub „niewierności”. Później połączył zwierzęta w ich naturalne pary i obserwował reakcję samic.

Okazało się, że samice były bardzo wrogie w stosunku do samców, które przebywały z inną samicą. Przyjmowały postawę sprawiającą, że wydawały się większe i groźne. Czasem gryzły samca. Sytuacja przypominała tę, w której żona czeka w domu z wałkiem do ciasta na niewiernego męża wracającego do domu – opowiada Prosen.

Skąd samice wiedzą o „niewierności” partnera? Wyczuwają to – cała skóra samca przesiąka feromonami wydzielanymi przez obcą samicę. Jest tu spora analogia ze znalezieniem śladów szminki na kołnierzyku męskiej koszuli – podkreśla prowadzący badania.

Samce salamander nie pomagają w opiece nad młodymi. Biolog zastanawiał się, dlaczego mimo to salamandry tak walczą o „wierność” samca. Jak podejrzewa, samice starają się wymusić na samcach monogamię, by te nie przywabiały na terytorium własnej „żony” innych samic. Wówczas musiałyby one współzawodniczyć o pokarm i schronienie.

PAP, mat

Szczegóły w piśmie „Animal Behaviour”.’

I co Wy na to?

Karaluchy pod poduchy | 2003/11/20 |

W moim życiu co jakiś czas (ostatnio niestety zbyt często) pojawiają się różne stresogenne sytuacje. Nie wiem, czy to ja je przyciągam, czy też one mnie ale jedno jest pewne – dłużej niż miesiąc żyć bez siebie nie potrafimy. Mądrość ludowa panów psychologów z długimi siwymi brodami głosi, że jeśli nie mamy na coś wpływu, należy nauczyć się z tym żyć i zaakceptować, to czego zmienić nie możemy. Ja czasem jeszcze walczę, bo nie zwykłam poddawać się ot tak sobie biegowi wydarzeń. Lepiej mi się płynie pod prąd. Na samo zjawisko stresu też reaguję w sposób dość osobliwy. Najczęściej poza moją świadomością. O ile w dzień ‚trzymam się’ dość dobrze i otoczenie pozostaje w błogim poczuciu mojego dobrostanu psychofizycznego, w nocy wychodzą ze mnie jakieś dziwadła. Wychodzą dosłownie rzecz ujmując, bo somnambulizm zdarza mi się od dzieciństwa i w przenośni – w sferze snu. Pamiętam jak przed maturą z polskiego u znienawidzonej herod-baby z włochami w nosie, która darzyła mnie podobnym brakiem sympatii z powodu ubioru (glany, skóra, motocykl i charakterystyczne temu przyległości), miałam proroczy sen. Śnił mi się mroczny egzamin w jakiejś opuszczonej kopalni siarki. Do sali zjeżdżało się windą 32 piętra w głąb ziemi a tam czekał już kamerdyner żywcem wyjęty z jakiegoś horroru lat 50. Indywiduum przedstawiło się jako ‚Zenon B. syn Leokadii’ i prowadziło mnie długim korytarzem. Po obu stronach korytarza były rzędy zamkniętych drzwi zza których dobiegały dziwne odgłosy do złudzenia przypominające te sprzed gabinetu stomatologicznego. Moje pytające spojrzenie Zenon B. skwitował krótko: ‚tam już egzaminy trwają’. Gdy wreszcie dotarliśmy do drzwi z moim nazwiskiem na plecach miałam mrowisko ciarek. Mój przewodnik rzekł, że tam już muszę wejść sama i nogi się pode mną ugięły. Ale weszłam – co mi tam. W sali panował półmrok ale nie dało się nie zauważyć tej horpyny polonistki. Wielka rozwora w krwistoczerwonej sukni wylewała się zza biurka a jej mięsiste wargi rozpłynęły się w obleśnym triumfującym uśmiechu. Stłumiłam odruch wymiotny i zajęłam miejsce w jedynej ławce, tuż przed złośliwą olbrzymką. Patrzyłyśmy chwilę na siebie po czym ona rzekła skrzekliwie: ‚no wreszcie, dziś będzie Twój koniec’ i zaśmiała się szpetnie. Głośno przełknęłam ślinę. Potem zołza zaczęła tłustymi paluchami otwierać kopertę z maturalnymi tematami a ja rozglądałam się w poszukiwaniu ratunku. Byłam sama, na oknie nie stała nawet żadna rachityczna paprotka. Postanowiłam jednak trzymać fason i nie dać po sobie poznać, że trzęsę się jak świńskie nóżki w galarecie. Nauczycielka nagle rozrosła się jeszcze bardziej w tej swojej sukni, głośno beknęła i zaczęła czytać temat. Tylko jeden jedyny. Motyw Snoora w poezji współczesnej Mongolii. Zwiędłam po czym… obudziłam się zlana zimnym potem. Za godzinę pisałam już tę prawdziwą maturę. Z wściekle łypiącą nauczycielką, resztą klasy humanistycznej i bladą paprotką. Pisałam o poezji i motywach kreacyjnych artysty. Nie ma jak prorocze sny w obliczu stresujących życiowych wyborów.

Miłego popołudnia

Deja vu k… mać !!! | 2003/11/19 |

Dziwnie dziś ciąg dalszy

tym razem sama
tym razem pani doktor
i tym razem równie beznadziejne NIC

jej też jest przykro

nie chce mi się nawet nic pisać
szkoda słów
a pogoda wyjątkowo współgra z moim wnętrzem

Pod oknem gwar, szum, hałas, gwizdy, klaksony, okrzyki. Transparenty, koszulki, ulotki, flagi, chorągiewki, tuby. Przez ulicę właśnie przelewają się dwie fale strajkujących. Dziś taksówkarze (ciąg dalszy) i pielęgniarki. Całe Aleje zablokowane w obie strony. Nie mogę skupić się w pracy – jest za głośno, przechodnie czekają z beznadziejną bezsilnością na spóźnione ponad godzinę autobusy i tramwaje, policja i karetki otaczają strajkujące panie, więc ewentualni chorzy i ranni też mają dziś pecha, wściekli i bogu ducha winni kierowcy już nawet nie trąbią – czytają gazety i próbują przez telefony załatwić różne sprawy. Nie mnie oceniać zasadność wszystkich tych działań. Ale czuję się wciągnięta na siłę w to całe zamieszanie i przeszkadza mi to w normalnym funkcjonowaniu. To akurat ocenić mogę świetnie. Mam mieszane uczucia, bo niby żyjemy w kraju, gdzie ‚panuje’ demokracja i protestować może każdy, jeżli odczuwa potrzebę i znajdzie powód ale czy te wszystkie strajki nie mogłyby odbywać się w inny, nieco mniej uciążliwy dla postronnych ludzi, sposób…

ps. pielęgniarki rozumiem bo wynagrodzenia mają podłe ale taksówkarzom kolejny raz pokazuję najdłuższy palec w geście pełnej pogardy

ps2. ciekawe ile będę musiała siedzieć ‚po godzinach’ by nadrobić to, czego nie jestem w stanie teraz zrobić i naprawić błędy, których w takiej atmosferze nie sposób uniknąć

Na jesienne burości | 2003/11/17 |

Czasem, gdy dopada zmora chandrą zwana i nawet gorąca czekolada w komplecie z dobrą książką i ciepłym kocem nie pomaga a kot śpi akurat pod grzejnikiem zamiast mruczeć motywujące afirmacje…

Czasem, gdy samotność w tłumie doskwiera jakby bardziej niż zazwyczaj a znajomi akurat mają stado ważniejszych spraw na głowie niż moje nastroje huśtawkowe…

Czasem, gdy nie wszystko da się zwalić na niekorzystny biometr i napięcie przed lub po (wybór dowolny) za to najprościej pobuczeć po szczeniacku w poduchę, tak by nikt nie widział…

Czasem gdy uśmiech blednie i bynajmniej nie wsutek wilgotności powietrza odkleja się od ust a spacer po lesie nie przynosi nic prócz mokrych liści na podeszwach…

Czasem gdy świat kręci się jakoś odrobinę za szybko…

Nucę sobie po cichutku uśmiechając się do lustra coś Perfect-yjnego

‚Jutro świat mnie pokocha…’


  • RSS