Wpisy z okresu: 12.2003

Wieczór kulturalny | 2003/12/30 |

Skończyliśmy oglądać Dzień Świra po raz dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty. Było tuż po północy. Kot leżał na wznak z dumnie podniesioną do góry lewą racicą prawą zarzuciwszy na mój brzuch i mruczał coś po kociemu rozpychając się przy tym niemiłosiernie.
Rozważamy ograniczenie sierściuchowi liczby posiłków, co w praktyce oznaczałoby czasowe odseparowanie mamy i babci Dżejkoba. Innego wyjścia nie ma niestety, bo oprócz przepisowych porannych i wieczornych racji Mopka dostaje całą masę przekąsek, przegryzek i kocich smakołyków na przykład w postaci plastrów kiełbasy, plasterków wędlinki, białego sera lub porcji tuńczyka w sosie własnym. Prośby i nakazy z krzykliwymi informacjami na lodówce o zakazie dokarmiania pod groźbą dożywotniego czyszczenia kuwety włącznie nie skutkują. Wracamy do domu wieczorem a Kićka już ma poobiednie wybrzuszenia i spiętrzenia. Oczywiście nie ma winnego – nikt jej nic nie dawał, sama niecnie otwiera sobie lodóweczkę i szykuje przekąski (sprytny kot). A potem wybrzydza przy karmieniu właściwym i robi się coraz grubsza poważnie zagrażając naszej autonomii wąskotapczanowej. Mopka! Masz dietę! Będziemy zliczać wszystkie plastry i plasterki, puszki i puszeczki i wyciągać poważne konsekwencje. Tuńczykowym skrytożercom mówimy głośne NIE! A maminym i babcinym dokarmiaczom mówimy… wiadomo co ;)
Tak czy inaczej Kićka jest niepocieszona i rozwala się na łóżku tym wredniej.
Dżejkob został zepchnięty na margines i twierdzi, że lada chwila wyląduje na podłodze ale jak zwykle przesadza a poza tym na twardym podłożu ponoć lepiej się śpi. Szkoda tylko, że On nie jest o tym do końca przekonany.
Wieczorne mruczenie osiągnęło punkt kulminacyjny. Ziewaczowy potwór dawał nam się coraz bardziej we znaki wiercąc w naszych jamach gębowych coraz większe dziury, trzeba więc było ruszyć zwoje i pognać do wanny w trybie pilnym. Zanim to jednak nastąpi, nastawiamy komórkowe budziki…
Ja – O której jutro wstajesz?
On – niewyraźnie – Docelowo… o… ósmej…
Nawet nie tłumię chichotu ;))
Ja – Jasssne - z miną ‚a tu mi jedzie pancerfaust skrzyżowany z tramwajem’ – Jak Ty wstaniesz o ósmej, to ja jestem chińska baletnica…
On – z przekonaniem – A wiesz… Ja zawsze twierdziłem Ty coś masz z chińskiej baletnicy…

Cicha noc, święta noc…
A w moim domu była radość, gwar, ogólna wrzawa. I tak jest super i oby tak dalej, zawsze. Dom rodziców wypełniła choinka dumnie uginająca swoje gałązki pod ciężarem bombek, tłoczące się pod nią niecierpliwie prezenty, przekrzykujące się nawzajem kolorami i szelestem błyszczących ubranek i przepychem kokard, stół z białym obrusem, przybrany siankiem i gałązkami świerku… no i zapach… wszędzie ta cudowna, zniewalająca wszystkie zmysły woń świątecznych potraw…
I choć wiem, że choinka wcale duża nie jest i prezentu pod nia bardziej nawet niż skromne bo tylko takie symboliczne… kogo dziś stać na prezenty… i każda mama gotuje najlepiej na świecie… to właśnie patrząc na święta oczami dziecka można się nimi cieszyć najpełniej i najpiekniej…

Mamut – głosem nie znoszącym sprzeciwu – Nakryłaś już do stołu?
Ja – Ja wohl her oberleutnant von Nogaj! (pisownia pewnie beznadziejna ale nie znam niemieckiego)
Mamut – Zdzińku – słodycz przenieszana z dyktatorskim ‚raus’ - Dołożyłeś drewna do pieca?
Zdzich – Tak jest matko wielce szanowna ;)
Mamut – Zaraz siadamy do kolacji… jeszcze tylko dzieciaki przyjadą

Dzieciaki to moja Siostrzyca sztuk raz w potomstwem wyklutym pięć lat temu – Zuza, jeszcze nie wyklutym – piąty miesiąc ciąży i Mężem, który to wszystko zmajstrował przy Jej niewątpliwym udziale.

Zdzich – atakując moje przecudnej urody stroiki na stół – Te świeczniki wyglądają raczej na lampki nagrobne
Ja -symulując oburzenie bezbrzeżne – Nie znasz się Ojcze… to zamierzona prostota
Mamut – Właśnie, nie znasz się Zdzichu – śmiejąc się w kułak
Zdzich – ze stoickim spokojem – Może i się nie znam ale ten biały obrus i te niebieskie świeczniki takie gołe to tak mi stypą zajeżdża
Ja – Poczekaj, postawi się żarełko i będzie wesele
Mamut – pozostający w swoim świecie, gdzie docierają tylko strzępki informacji – Właśnie… tu jeszcze przecież jedzenie będzie… jakie wesele?!
Zdzich – Nasze… - jak zawsze konkretny - Ty tak nie dumaj tylko kapuchę przynoś bo mi żołądek do kręgosłupa przyrośnie.
Mamut – złośliwie chichocząc – To musiałbyś nie jeść przez najbliższe 5 lat i jeszcze byłoby na czym bigosik ugotować ;))

Po jakimś czasie przyjechały Dzieciaki. Kot Dudusław Dudusiem zwany usłyszawszy na schodach tupot małych Zuzinowych nóżek błyskawicznie zmienił miejsce zameldowania i ewakuował się spod ciepłego pieca w dal siną i głuchą, czyli ‚nie_wiadomo_gdzie’. Zuza zlustrowała dostępne i niedostępne kąty i kąciki ale kota nie znalazła (cwana z niego bestia). Przysiadła więc pod choinką łypiąc ciekawym okiem na prezenty a drugim, nie mniej ciekawym, na smakołyki, które właśnie wnosiła babcia, czyli Mamut we własnej osobie. Zasiedliśmy do wieczerzy. Podzielilismy się opłatkiem, pożyczyliśmy sobie marzeń spełnienia, zdrowia i pogody ducha na cały następny rok. Rozpoczęła się tak długo oczekiwana wspólna Wigilia. Wszystkie potrawy nijak nie mogły się zmieścić w naszych brzuchach ale usilnie staralismy sie je poukładać wędrując do do stołu to do choinki i ganiając Zuzę po pokoju. Potem były prezenty i obżarstwo ustąpiło miejsca radosnym piskom i okrzykom. A potem… mały człowieczek w siotrzycowym brzuszku zaznaczył swoją obecność solidnym i wdzięcznym kopniakiem…
Mamut spojrzał na Zdzicha, Zdzich na mnie, ja na Zuzę, Zuza na Siostrzycę a Siotrzyca na Męża gładząc się po nader wystającym pępku i już wiedziałam, że nie będę pamiętać o tym co złe. Bo święta są jak zbawienna amnezja, kiedy można sobie wybaczyć bolące siniaki wspomnień i wszystkie niesnaski, które zazwyczaj sączą się jak niegojąca się rana. To taki wyjątkowy dzień… a może to ludzie są wyjątkowi…
I choć bywało różnie i moja rodzina nie jest idealna, a czasem jest więcej upadków niż wzlotów, to zawsze niezmiennie w takich chwilach cenię ją bardziej niż zwykle.
Ale żeby nie było tak ckliwie i józiowo to na do widzenia patrząc na Siostrzycowe wypukłości i na opustoszały stół ćwiernęłam słodko:
- A Mamut wie, że Ty na wynos garnek kapusty zapakowałaś?

;)))

Mimo wszystko | 2003/12/27 |

Nawet kiedy ból budzi się przede mną i trąca głowę od środka tępym ‚łup łup’…
Nawet kiedy noc jest tak czarna, że zdaje się nigdy nie przechodzić w poranek…
Nawet gdy nie pomaga gorące kakao i myśli ciepłe jak żar w kominku…
Nawet gdy nadzieja bierze sobie urlop do odwołania…

… jestem szczęśliwa…

Wokół mam tylu wspaniałych ludzi, że aż w głowie się kręci od całej wdzięczności, której nawet wypowiedzieć nie sposób…
I nawet jeśli się nie uda… to już dostałam cudowny dar… prezent najwspanialszy ze wszystkich…
Bo czyjeś serce i czyjaś przyjaźń to coś czego nie da się kupić za żadne pieniądze i na co nie da się zasłużyć…
to się po prostu daje… szczerze, bezinteresownie, ot tak po prostu…
i chyba właśnie dlatego to takie ważne

Dziękuję
Wasza Bajka

Nie wiem czy jeszcze przed świętami tu zajrzę, więc może napiszę już dziś swój list do Świętego Mikołaja.

Panie Święty

Nie obchodzi mnie czy byłam grzeczna czy wręcz przeciwnie. Nie obchodzi mnie nawet to, że według niektórych jestem za stara na pisanie listów mikołajowych. Nie wypowiem się na ten temat bo z głupolami dyskusji lepiej nie wszczynać. Fakt jest faktem, że nigdy dotąd listów do Pana nie pisałam. Nie potrzebowałam od Mikołaja niczego – wszystko wolałam wypracować sama… ‚tymi ręcami’ i jakoś radziłam sobie raz lepiej raz gorzej ale do przodu…wolałam pomagać innym niż pomoc przyjmować… Ale dziś jest niestety inaczej. Niektórych rzeczy nie da się bowiem unieść samemu, a Pan ma takie duże sanie, więc myślę sobie, że oboje damy jakoś radę. Co Pan na to Panie Święty?
Chciałabym poprosić przede wszystkim, żeby wszyscy bez wyjątku byli zdrowi i żeby nie musieli się martwić co będzie jutro, żeby łzy lały się tylko ze szczęścia a nie ze zmartwienia, żeby wszelkie, nawet największe problemy rozwiązały się wraz ze wstążkami świątecznych prezentów i nigdy więcej nie męczyły bezsennymi nocami. Proszę Cię jeszcze abyś dał ludziom (już na zawsze nie tylko od święta) promienne uśmiechy w porannych autobusach i ciepłe myśli pomimo wieczornego zmęczenia a prócz tego cierpliwość i wyrozumiałość nie tylko dla siebie. Żeby Ci co wyjechali wrócili do tych, co za nimi tęsknią a tych stęsknionych nadzieja odwiedzała częściej, niźli zwątpienie. I jeszcze żeby dzieci nigdy nie przestawały być najwpanialszymi prezentami dla swoich rodziców i mogły się cieszyć pogodą ducha bez końca. Żeby nigdy, przenigdy żaden mały człowiek nie poczuł się samotny i niekochany. Chciałabym też, żeby nigdy nie było ‚jakoś’… chciałabym by było dobrze… tak po prostu. Pozwól ludziom znaleźć szczęście i pilnuj proszę dobrze by go nie zgubili gdzieś w pogoni za samymi sobą…
A Tobie Panie Święty życzę, by ludzie wierzyli, pamiętali i kochali Cię zawsze… nie tylko w grudniowe wieczory…

Twoja Bajka

W związku z nasilonym atakiem waranów (czyt. klientów) na licznie rozmieszczone i bezwstydnie drogie sklepy firmy naszej kochanej (bleeh) w okresie przedświąteczno-szaleńczo-zakupowym wszyscy pracownicy biura (czyt. biurwy pospolite i te z górnej półki) zostali oddelegowani do pomocy w trybie natychmiastowym. Pomoc w trybie czy bez trybu polega na tym, że podzielono nas pionami, działami i czym tam jeszcze można. O poziomach nic nie wspomniano, więc praca w pozycji horyzontalnej pozostaje jedynie w sferze postfreudowskich wydumań i moich osobistych marzeń – spaaaaaaaaać!!! Ale po kolei. Jak nas podzielono tak nas przydzielono i w efekcie mam i tak najlepiej bo dostałam sklep wybitnie blisko siedziby firmy i nawet czapki specjalnie nie muszę do kolan naciągać bo zanim zdąży mi się zrobić zimno już z biura trafiam do miejsca przeznaczenia. Opłaca się być czasem w dziale IT, bo jak sobie pomyślę, że miałabym w taką zadymkę i inną marznącą pluchę zaiwaniać z Bielan do Centrum a potem gdzieś na Targówek albo Żoliborz i znowu do Centrum a wieczorem wracać na Bielany (oczywiście komunikacją miejsko-korkową) to by mnie szlag trafi nagły i jasny jak cholera. Oczywiście nikomu nie jest na rękę takie błąkanie się na trasie dom-biuro-sklep-biuro-dom (konfiguracja dowolna) ale ‚góra’ zadecydowała a ‚dół’ wykonać musi. Co z tego, że ów ‚dół’ ma doła bo jest mu zimno, ciemno i ponuro a w dodatku wszędzie daleko. Bo ‚góra’ sobie zajeżdża wszędzie nowiutkim Chryslerem a ‚dół’ tłoczy się w tramwajach i autobusach. Ja na szczęście mogę na piechotkę dodreptać na Nowy Świat bo to rzut beretem stąd. W sklepach… koszmar. Przynajmniej dla mnie. Ludu tyle jakby w promocji walizki szmalcu rozdawali. Ciekawam bardzo skąd Ci wszyscy biedny ponoć ludzie mają tyle funduszy, żeby tłoczyć się o kas w naręczami wcale nie tanich prezentów. Ale to takie moje umęczone dywagacje poniedziałkowe. Umęczone bo dostałam w prezencie od firmy cudowną funkcję. Nie wiem kto mnie wydał, że manualnie nie jestem ostatnia sierota i zdolności można się u mnie doszukać rozmaitych ale jak dorwę to – jak mawia Zdzich – ‚łeb urwę przy samej d…’. Dostałam firmową plakietkę ‚Anna – pakowanie prezentów’ i przybornik. Dostałam również tonę papieru do pakowania, miejsce w najbardziej ruchliwym punkcie schodów sklepu i odcisków na wszystkim na czym tylko mogłam po czterech dniach pracy. Pakowanie prezentów jest bezpłatne, zatem gąszcz spieszących się wszędzie i podenerwowanych klientów okupuje mój stolik od godzin porannych do późnonocnych i uniemożliwiając jakąkolwiek przerwę działa wybitnie odchudzająco. Jak widać we wszystkim można doszukać się pozytywnych aspektów – na sylwestra wcisnę się w każdą kieckę i to bez okolicznościowego ciągłego wdechu. Ale jakoś ciężko mi pamiętać o tym po 10 godzinach ciągłego stania w pozycji mocno pochylonej i manualnych cudów na kiju – bo dłonie już zgrabiałe od wysiłku i każda kolejna paczka wychodzi mi bokiem. Ogonek sięga drugiego piętra a tu pan przyszedł z mikroksiążeczkami za 2 zeta każda i burczy żeby mu każdą z osobna zapakować… i to szybko… i to ze wstążeczkami… i dlaczego tylko papier firmowy mamy… i czemu tylko trzy kolory wstążek do wyboru… i dlaczego 10 sekund mi to zabiera a nie 2… bo on się spieszy… a tu wstążkę proszę jeszcze pokarbować… i bilecik dołączyć… i uśmiechnąć się… wesołych świąt… bo za darmo… Jeśli za darmo to do końca, do oporu, ile się da, najwięcej, najpełniej, najszybciej, naj… Co jakiś czas przestępuję z nogi na nogę. Nie zwykłam stać ciągle w jednej pozycji. Robię przerwę na siusiu. Jeść nawet mi się nie chce… tylko pić… W rzadkich wolnych chwilach przycinam papier by klienta-pana co mu się spieszy niewymownie obsłużyć z pełnym profesjonalizmem zanim zdąży zapytać czy za darmo też może mnie podrywać bezkarnie i uwagi niedwuznaczne z propozycjami składać. Rzygam znudzonymi podtatusiałymi panami umizgującymi się w przelocie by żoneczka spomiędzy półek nie dojrzała, dresiarzami z przerywnikami słownymi, uśmiechem ala radziecki sztangista i chuchem C2h5OH, erotomanami gawędziarzami z odwiecznym problemem odwrotnej proporcjonalności wielkości ego i przyrodzenia. Paniusiami wypindrzonymi na wysoki połysk też się dławię, w gardle staje mi uśmiech numer 2 gdy zbliża się wypacykowana pudlica rasy ludzkiej z potomstwem rozłażącym się po kątach. Ale jestem grzeczna, miła i uprzejma. Profesjonalny kontakt. Chowam siebie głęboko. Przykre jest widzieć jak klienci traktują sprzedawców i obsługę sklepu. W takich momentach doprawdy nie dziwię się, że czasami nerwy im puszczają i tylko nadludzkim wysiłkiem woli nie wykopią delikwenta za drzwi. Na szczęście nie zawsze tak jest. Gdy klient jest uprzejmy i odnosi się do mnie i mojej pracy z szacunkiem, nie traktuje mnie jak towaru tylko dlatego, że zrobił tu zakupy i zapakowanie wszystkiego mu się NALEŻY – nie muszę grać. Wtedy jest tak jak być powinno. Sprawia mi autentyczną przyjemność widok miłego zaskoczenia efektem moich starań. Ludzie wylewnie dziękują, przynoszą mi cukierki, bo pieniędzy nie chcę przyjąć, składają życzenia… takie ciepłe od serca. Te chwile sprawiają, że o wysiłku i zmęczeniu da się zapomnieć. Na niezbyt długo ale zawsze.
Mówią mi, że mam anielską cierpliwość i do każdego uśmiecham się promiennie mimo wszystko. Ja po prostu mam nadzieję, że kolejne zakupy ten czy ów zakończy inaczej niż tylko wściekłym odburknięciem na do widzenia. Być może kiedyś ludzie nauczą się traktować siebie wzajem jak ludzi… nie przedmioty.
Uśmiecham się. Bo lubię…
Bo ja to daję ludziom od siebie… nie dlatego, że im się to należy, tylko dlatego, że chcę…

Wieczory są jak zbawienie.
Zapomniałam jak wygląda moja poduszka.
Zasypiam zanim się z nią spotkam…

Spokojnych Świąt ;))

Bajka

M. – Cześć Frania
Ja – Cześć siostrzyca
M. – Co się nie odzywasz do ciężarnej siostry? W dziób chcesz?
Ja – Do żadnej się nie odzywam.
M. – Masz tylko jedną – MNIE
Ja – No widzisz. Chciałam tylko podkreślić, że nie jesteś sama
M. – Hmmm… ~`#&%*$!^&$*`~ ?!
Ja – Czasu nie mam nawet na swobodne myślenie, że o podrapaniu się w dowolną część ciała nie wspomnę. Moją głowę zdominował przedświąteczny kocioł handlowy w ukochanej firmie. He he
M. – A ja siedzę w domu i ajnidju
Ja – A co… porządek Ci się skończył? ;)
M. – Noo wyszedł gdzieś chwilowo…
Ja – Po 24 godzinach zgłoś zaginięcie pod 997… ale musisz mieć aktualne zdjęcie
M. – Ale kiedy Ty go zawsze dobrze potrafiłaś znaleźć…
Ja – No bo ja to jestem JA… Nikt się nie oprze memu urokowi osobistemu…
Każdy woli czym prędzej sam wyjść z ukrycia z podniesionymi górnymi kończynami… oby tylko zanim zacznę z nim rozmawiać… bo wtedy to skłonności samobójcze do głosu dochodzą ;)
M. – Hehehhee… popadam w szyderczy rechot ;)
Ja – Zauważyłam
M. – To kiedy przyjdziesz poszukać?
Ja – W sobotę po pracy… tylko przygotuj broń
M. – Pan Proper już czeka… tylko pośpiesz się bo zamiast czekać grzecznie się za jakąś szmatą ogląda
Ja – Facet to świnia… zostawić go pod umywalką na 2 tygodnie i już się za byle ścierą ugania
M. – Ech…
Ja – No właśnie…

Rechot ogólny

Pierwsze zajęcia na warsztatach plastycznych. Nauka rysunku i malarstwa. Nie cierpię na nadmiar czasu i cykora mam strasznego, bo to nigdy nie wiadomo co mi karzą robić ale idę. Obiecałam towarzyszyć Gosi. Nic mnie to nie kosztuje… no może poza utratą złudzeń ;)
Wieje i sypie z nieba jakąś zmarzniętą breją ale jesteśmy twarde. Idziemy.
Starówka. Cafe Manekin. Wspinamy się na czwarte piętro po krętych drewnianych schodkach, które klaustrofobicznie ostrzegają, że mam jeszcze szansę przemyśleć czy aby na pewno wiem gdzie sie pcham. Urok tego miejsca przyprawia o zawrót głowy. Wszystko jak z legendy o złotej kaczce. Mury, podłogi, sufity, okna – wszystko jakby z innej, bardziej urodziwej epoki. Na poddaszu skrzypnęły drzwi. Wchodzimy do środka. Pracownia co się zowie. Ciasno, duszno i… malowniczo. Trzy osoby przy sztalugach. Modelka pozuje na krześle pod oknem (ubrana… żeby nie było niedomówień). Na ścianach szkice i malarskie wizje dawnych uczniów. Rozglądamy się niepewnie po czym decydujemy się poczekać na prowadzącego. Siadamy na zydelkach i przyglądamy się kolejnym etapom pracy nad obrazem człowieka. Każda z trzech osób wybrała inny styl i formę. Facet z ołówkiem przyprawia mnie o zawrót głowy. A raczej to co rysuje. Może nie jest to świetna praca ale i tak wystarczy by poczuć się lekko nie na miejscu. Przez głowę przebiega mi krótkie ‚oni są naprawdę dobrzy… co Ty tu robisz’ ale zostaję. Przyszłam tu po to, by się czegoś nauczyć a nie dołować, że innym wychodzi lepiej. Nie wyglądali na nowicjuszy. My wręcz przeciwnie. Zauważyłam dziewczynę malującą farbami zielone paski. ‚Dobra nasza’ – myślę sobie, bo paski to akurat malować potrafię. Moja radość nie trwała jednak zbyt długo, bo po chwili dziewczyna domalowała do pasków całą resztę postaci. To już gorzej ale tez nie beznadziejnie – dam radę. Niektórzy twierdzili i twierdzą nadal, że mam talent i świetnie rysuję i maluję… Szkoda tylko, że zawsze w takich chwilach o tym zapominam albo wydaje mi się, że moje prace oceniał Polski Związek Niewidomych. Dłużej jednak martwić się nie mogłam, bo przyszedł pan prowadzący zajęcia i musiałyśmy wziąć się do roboty. Usiadłyśmy więc przed martwą naturą – wydawało nam się to na początek łatwiejsze niż postać na krześle. Martwa nie była jednak skora do współpracy i broniła się przed uwiecznieniem fałdami materii, krągłościami butelek i komplikacjami krzywizn starodawnego czajnika, że o gazetach i książkach w malowniczim nieładzie rzuconych nie wspomnę. Na nic zdały się nasze westchnienia. Pozostała martwa i pełna światłocienia.
Ja miałam tylko godzinę, więc dużo nie narysowałam ale Gosia została dłużej. O siódmej dałam dyla z pracowni i pognałam na wigilię w klubie nurkowym, na którą byłam już spóźniona.
Rysunek wyrzuciłam do najbliższego kosza. Nie spodobał mi się. Może za tydzień pójdzie mi lepiej…

Bajka walcząca

Ogłoszenie parafialne | 2003/12/12 |

Jeśli ktoś ma ochotę wpaść na koncert kolędowy i posłuchać mego rozpaczliwego wycia w komplecie z chórem Politechniki Warszawskiej, to zapraszam w niedzielę 14 grudnia na godzinę 18:00 do kościoła ewangelicko-augsburskiego na placu Małachowskiego przy Zachęcie.
Śpiewać będą jeszcze 3 inne chóry – nasz kończy koncert ale resztą można sobie oczywiście uszu nie zawracać ;))

Wasza Bajka

Z OSTATNIEJ CHWILI

Kto nie usłyszał w niedzielę a chciałby bardzo i ma możliwość, ten niech się stawi jutro (czyli we wtorek 16 grudnia) w gmachu głównym Politechniki Warszawsiej o 18.00. Będzie powtórka ;)

AAaauuu

‚Ja znam Pawła Stasiaka.
Całkiem fajny chłopak.
Za kołnierz nie wylewa.
Normalny alkoholik.
Dwa razy się zaszył.
Ale go znaleźliśmy…’

Komentarz z forum Gazety Wyborczej na temat finałowego odcinka „Kawalera do wzięcia” autorstwa niejakiego Vincenta Vegi:

‚Nie będę się pierdzielił… Powiem od razu, no po prostu muszę to z siebie wyrzucić, bo to się – do curfy nędzy – może dla mnie tragicznie skoczyć… Więc walę prosto z mostu i załatwiam temat jednym cięciem skalpela. Oglądałem – nie no ja cię pierdolę, nie wierzę – ostatni odcinek „Kawalera do wzięcia”. Już tydzień temu – wstydząc się sam przed sobą – skumałem, że trzeba zobaczyć finał tej szopy, choćby dla samej szydery i zabawy na forum. No i zrobiłem to, mając nieustannie na podglądzie Arsenal – Lokomotiv na „dwójce” (bo tak nisko jeszcze nie upadłem, żeby stracić cały Meczyk przez narcystycznego ekshibicjonistę i dwójkę walczących o niego – jak pod Stalingradem – durnych dupeczek). Tym razem było ciekawie… Do Plastikowego Paniczyka przyjechali jego starzy i wujek, najwyraźniej w celu „obcięcia” obydwu kwok – białej i czarnej – kandydujących do wskoczenia na stałe, na Barteza grzędę. Stary Wymuskanego Gogusia zrobił na mnie w pyteczkę wrażenie, bo wyglądał na lekko zdezorientowanego gajowego, który generalnie zlewa całą tę nadętą atmosferę i chwilę wcześniej upalił się na wesoło w toalecie. Gościu już na wstępie, z dużym luzem pierdolnął do kamery swoje credo życiowe, że jemu to „każda się podoba, byle młoda była”. Wujas kawalera też się nieźle prezentował… Wyglądał mi na kierownika podszczecińskiej masarni, który ma dwie życiowe pasje – sportowe spożywanie bimbru oraz dmuchanko. Była też Mamma Kawalera i dla niej wyrazy szacunku, bo to przecież kobieta i Matka. Tymczasem każda z kwok startujących w zawodach została dowieziona przed oblicze rodziny w celu odwalenia szopki. Biała kwoka leciała jak zwykle na swojej starej, wypróbowanej metodzie i uprawiała tzw. żebractwo nachalne, które – o czym przypominam niezorientowanym – kodeks wykroczeń piętnuje karą. Żebraninę swą o przychylność odwaliła szczególnie podczas solóweczki z Mammą Wymuskanego, gdy odpłynęły obydwie na parę zda w rejon pobliskich krzaków. Biała kretynka żegnając się z Okovitego ekipą wylizała wszystkich na wszelki wypadek, żeby nie mieli wątpliwości, że to ona właśnie najlepszą Kwoką na grzędzie jest. Potem czarną kwokę na podmiankę dowieźli. Widać było, że Daddy Plastusia szoku głębokiego na jej widok doznał, bo kandydatka na synową już na wjeździe oznajmiła, że od 15 lat tancerką jest i tatuażem oraz cycem D-miseczkowym po oczach mu świeciła. Daddy Pięknisia siedział w osłupieniu i z opadniętą klapą przez cały występ czarnej artystki. Natomiast Wujas Okovitego jak czarną kurę wstępnie oblukał to niezwłocznie Cavalerra na aut poprosił i dialog z nim odbył, ale nie pokazali co mu powiedział. Ja głowę daję, że namawiał Barteza, żeby ten kategorycznie czarną kwokę do kurnika wyhaczył, ze względu na jej walory typu powiedzmy oczy duże, których czerń bezdenna i w ten deseń mu pewnie nawijał… Jak se już rodzina Plastusia drób oglądnęła – zarówno biały jak i czarny – to już dzionek był następny, w którym Cavalerr decyzję ostateczną miał podjąć i się po wsze czasy w kanał wpakować, wybierając jedną z tych zajebiście Atrakcyjnych panienek. Cała szopa w ogrodzie rezydencji wyjebistej się odbywała. Na trawie dywan, a na nim płatki róży… Kurwa, patrzę, a tu Bartez Occovity wchodzi, a raczej słania się jak anemik, odjebany w beżowy gajerek. Kolo ma podkrążone gogle, lekki kogucik mu z piór wystaje i daje do Krzyśka Banaszyka tekst, że chujowo mu się spało, bo w nocy cały czas Ostateczną decyzję co do wyboru swojej kwoki podejmował. W tym samym czasie Obydwie kobity w gabinetach kosmetycznych szykowały się do ostatecznego Spotkania z Burtem Lancasterem. No i przywożą je wreszcie do posiadłości. Zanim jeszcze do MMC (Mdlejącej Męskiej Cipy) je dopuścili to jeszcze Krzysiek Banaszyk je przechwycił i wywiady z nimi wali – jak się czują i Takie tam pierdoły. A te durne lale mu mdleją, że się doczekać nie mogą, że jebną na serce z emocji, że najważniejszy dzień w życiu i takie tam deklaracje wiejskich przedszkolanek… A Mr. Dokładnie Wyprasowamy stoi jak Ciota na tym sześciohektarowynm trawniku i słania się z tego niewyspania i z tej odpowiedzialności całej… Patrzę dokładnie… Najpierw przywożą Okovitemu czarna kwokę… I od razu zajarzyłem, że się koleś przestraszył Kurki seksapilem maksymalnie nafaszerowanej i że ją odstrzeli. No ale najpierw ta do niego po tym dywanie różanym popierdala w tiulach fioletowych, cała taka uroczysta i pełna nadziei. A Cavalerro do niej w trzecim zdaniu daje taką nawijkę: „bardzo cię lubię, będziesz długo w moim sercu, ale ty taka piękna jesteś i bałbym się potem, co będziesz robiła, jak cię w domu akurat nie będzie”. O żesz kurwa nagła mać ! Nawet śmiechem nie byłem w stanie rzygnąć, tylko japę jak karp świąteczny w szoku otworzyłem. Czarna kwoka już zakminiła, że Cavalerr jest sprzedał siekierę i tylko jeszcze spazmy nadciągające mężnie zwalczyła i odpłynęła w pizdu kontemplować swoje życie przegrane. Ale show must go on i już biała kwokę pokazują jak do Cavalerra osrana z emocji kuśtyka. A ten leszczu do niej, że było lasek wiele i że czarna kwoka lekko go jarała, ale on ją wybiera i finito. I pierścionek zaręczynowy jej sprzedał (nawiasem mówiąc chujowy – moim zdaniem oczywiście). No to biała kwoka w ryk, ale zaraz się opanowała i zębiska wyszczerzyła i tacy zakochani w uścisku pozostali, a kamerka na wysięgniku hydraulicznym z góry ich pokazała i „odjechała”, tak jak w 674 odcinku „Marii Luizy”. I tyle wytrzymałem… Wstałem i do kuchni poszedłem się czegoś zimnego napić…

PS. Dodam tylko, że gdyby laseczka starająca się np. o moją skromną osobę przyszła mi na zaręczyny z czymś takim na głowie, co w decydującej Chwili miała na głowie biała kura, to nie wiem czy bym czasem komuś Stojącemu w zasięgu ręki po ryju nie dał…

Pozdrawiam ciepło.
Załamany Vince.’

Jak przestanę się śmiać to może coś dopiszę
Bajka uchachana


  • RSS