Wpisy z okresu: 1.2004

Proponuję środę uczynić Międzynarodowym Dniem Żeglugi Lądowo-Zaspowej Zjednoczonych Sił Umęczonego Bajkowego Korpusu Łazienki. Dlaczego łazienki, skoro korpus imał się zawsze pokoju? Bo łatwiej dotrzeć do łazienki niż do pokoju… zwłaszcza, gdy czasoprzestrzeń się niebezpiecznie zakrzywi i nagle w naszej kieszeni znajdujemy klucz za nic nie pasujący do drzwi mieszkania. Nie chciał cham w dziurkę trafić a mi się chciało siusiu… Ale po kolei…
W środę wybraliśmy się w doborowym towarzystwie – Halka w roli charczącego kanarka z zapaleniem krtani i mordem samców w oczach; Królik w charakterze naszego bodygarda łypiący na boki za młodymi siksami, którym mógłby zademonstrować karakuły na klacie; Ja robiąca za wątpliwy ozdobnik barowego stołka z początkami zimowej depresji i końcami włosów w zimnym napoju – na punk rockowy koncert PARKowy ‚Gdzie oni są’. Znowu wygrałam bilety – o dzięki Ci Aktivist – i mogliśmy się pobawić bez niebezpieczeństwa głuchej pustki w portfelu (choć osobiście jestem mocno przyzwyczajona do tego stanu rzeczy z przyczyn obiektywnych i wkurwiających).
Na miejscu dowiedzieliśmy się czemu w latach 80 nie słuchaliśmy Cytadeli i czemu Moskwa i 1984 nadal są czadowe. Przypomnieliśmy też sobie o Variette i jeszcze o wielu innych miłych muzycznych akcentach naszej wczesnej młodości. Poobserwowaliśmy też krytycznym okiem dojrzałego konesera win małoletnią gawiedź podekscytowaną byle kaszlnięciem byle wokalisty, której płci często można się było tylko domyślać i z uśmiechem skontemplowaliśmy własne wspomnienia ze spodniami w bielinkowe pasy i włosami, o których lepiej nie mówić i nie pisać. Ech…
Z początku piłam odrdzewiacz jak na grzeczną dziewczynkę przystało i tuptałam na parkiecie polkę z Halką.
Potem przyssałam się do Zielonej Wdowy i w trybie mocno przyspieszonym osuszyłam dno kubeczka. No co… pić mi się chciało. Kto mnie zna, ten wie, że alkohol zazwyczaj nie jest moim kompanem, ale czasem nawet Bajka ma doła na rów mariański i robi dobrą minę do złej gry. Koncert nie pomógł… Mimo świetnego towarzystwa i żartów z króliczych wypraw ekshibicjonistyczno-erotycznych na dzięcioły oraz halkowych popisów tekściarskich nie udało mi się wygramolić na brzeg doła. Postanowiłam więc wypłynąć. A co ;) Po odstawieniu mojej szanownej osoby przez króliczy ‚cipkowóz’ do centrum, udałam się do pobliskiego sklepu ‚Halina’ czy inna ‚Irena’ i zakupiłam wino. W jakiej ilości nie powiem, bo i tak już wyszłam na Żulię… i wiecie co? całkiem mi z tym dobrze. Czasami człowiek musi… Następnie poszłam do parku saskiego i zaczęłam wykonywać czynności mające na celu wydobyć mnie z początków zimowej depresji na powierzchnię delirycznego samouwielbienia. Upodliłam się alkoholowo i było mi wesolutko a że od paru dni apetytu i nastroju do jedzenia nie posiadam, poszło mi szybko i gładko. W tym momencie Halka wysyła mnie w samą czeluść piekła razem ze wszystkimi diabłami i nagłym jasnym szlagiem z cholerą w parze, bo jak to BAJKA PIJANA? TO NIEMOŻLIWE!!! Jednak w Polsce – kraju absurdów wszystko jest możliwe. Nawet to. Po winie myśli się pogodniej. To taka moja mała dygresja. Szkoda, że robi się widniej. Może wtedy bardziej bym zwracała uwagę na numery autobusów a mniej na smsy. Tak czy inaczej zorientowałam się, że jadę w dal siną i odległa, ale nie tam gdzie powinnam. Nie tracąc jednak fasonu wynegocjowałam z kierowcą kompromis i dotarłam do lasku bielańskiego. To prawie jak w domu… tylko po drugiej stronie. Ciemno, zimno, głucho… cie choroba. Co by mi raźniej było wyciągłam butelkie (hiik!) i ruszyłam naprzód. Tak mi sie przynajmniej wydawało. Przedzierałam się przez las popijając dla animuszu i podśpiewując sobie dla jasności umysłu ‚Requiem’ Verdiego. Nawet gdybym napotkała jakiegoś zabłąkanego przypadkowo zboczeńca, to ujrzawszy i usłyszawszy mnie wyrzekłby się seksu do końca życia. Drąc się i potykając o chaszcze raczej nie skłaniałam do bliższych kontaktów nawet bezpańskich psów (zwłaszcza jak weszłam na C) a co dopiero gwałcicieli, ekshibicjonistów, morderców, złodziei i innej bohemy leśnej. Cóż c’est la vie jak mówią Eskimosi – szłam dalej. I tak bym pewnie szła jeszcze długo gdybym nie napotkała na swej drodze przeszkody o wybitnym znaczeniu strategicznym. Przeszkoda owa okazała się być zaspą śnieżną o sporej wysokości i napotkał ją tył mnie… ściślej rzecz ujmując szanowna pani pupa. Nie wiem jak udało mi się wpaść tyłkiem w zaspę idąc przodem, ale się udało. Nie będę wnikać, ale moim zdaniem to rzeczona zaspa okazała się wredną zdzirą, która zazdroszcząc mi pięknego głosu wzmocnionego winnym trunkiem, zaczaiła się za drzewem i napadła na mnie zmuszając do zajęcia miejsca siedząco-leżącego. Uważajcie na złośliwe mendy śnieżne czyhające na wasze zadki w ciemnych leśnych ostępach. Moja była przebiegła i zmusiła mnie do znacznego przyspieszenia wędrówki. Kto miał w spodniach kilogram śniegu ten wie o czym mówię. Błyskawicznie odnalazłam dobry azymut i pożeglowałam w stronę charakterystycznego bloku. Nawet nie musiałam patrzeć w gwiazdy. Na klatce mocowałam się z kluczem. Jak już go znalazłam w kieszeni to nie chciał trafić do dziurki, jak już trafił to nie chciał się przekręcić a jak się przekręcił to nie chciał wyjść. Ale to i tak betka w porównaniu z dotarciem na trzecie piętro po krętych wąskich schodach. Jak już sie udało dotrzeć do łazienki i oswobodzić pęcherz z nadmiaru płynów a pupę z mokrych spodni, byłam tak szczęśliwa jak mało kto o tej porze. Dół został zakopany – dobry humor Bajki ocalał. Zwycięstwo!
Gorąca kąpiel była zbawieniem, ciepłe łóżeczko jeszcze większym. Zasnęłam w drodze do poduszki…


bajka
co dobrego towarzyszu? - spytała Bajka z partyjnym pozdrowieniem
skowi
chorość mnię wzięła - przyznał towarzysz Skowronus otwarcie i żałośnie
bajka
och biedny ty biedny i chory… - jęła się litować litościwa Bajka
jakaś miła pielęgniareczka by się zdała ;) - na pomysłowość towarzyszki zawsze liczyc można
skowi
podająca maści, pigułki, parząca herbatkę z sokiem malinowym i inne takie… oraz odganiająca muchy ze skowroniego czoła - podchwycił ochoczo towarzysz Skowronus lubieżnie oblizując wargi - i jeszcze żeby mnie żałowała na głos ‚jaki to skowi biedny jest’ - dodał po chwili
bajka
ojojoj - pożałowała znowu Bajka chorego towarzysza
widzisz ja już mam kogo pielęgnować
ale może damy ogłoszenie?
‚potrzebna troskliwa, czuła pielęgniarka o miłym głosie i aparycji, wymiary 90-60-90…’ - przygotowała Bajka naprędce stosowny tekst
skowi
no coś ty – to musi straszną kasę kosztować… - zmartwił się biedny i chory towarzysz
bajka
hehehe
to dodamy ‚wolontariuszka’ - wymyśliła sprytna jak zawsze towarzyszka
skowi
mógłbym też dodać swoje zdjęcie, ale wtedy one wszystkie się tu nie zmieszczą ;) - towarzysz Skowronus wyraził swoje obawy jak przystało na praworządnego obywatela o dużej dozie cywilnej odwagi
bajka
no właśnie
za mały pokój masz ;) - przyznała towarzyszka Bajka wpadając jednoczesnie na pewien pomysł…-
chyba że zrobimy pracę zmianową

Cytat z Merlina | 2004/01/28 |

….emocje mna targnely gdy trafilem na nierownosc chodnika…

oto dlaczego łatwiej powiedzieć ‚o k…!’

;)

Wczoraj był dobry dzień.
Szkoda tylko, że nie hulały mi blogi.
Wczoraj miałam wiele do powiedzenia, napisania, współodczuwania, roześmiania i uszczęśliwiania…
Wczoraj na chwilę zapomniałam o kłopotach…
Dziękuję tym, którzy byli wtedy ze mną.
Wczoraj dobrze się bawiłam w Merlinie na ukochanych mokotowskich polach, przesiąkniętych radością i piwem, którego nie lubię.
Uśmiechy mogłam rozdawać w zimowej promocji i enegrię pozytywną jak jazzowe wibracje.
Wczoraj był dobry dzień…
Szkoda tylko, że…

Dziś jest dzień nieokreślony.
Nie mam pms-u, ani doła, ani chandry czy depresji.
Jest przecież ok.
Bez dziwnych nieuświadomionych scen i histerycznej kobiecości.
To nie moja twarz…
Dziś będzie dobry dzień bo idę na Parkowy koncert i będę miała wszystko bardzo głęboko… w kieszeniach bojówek.
Będzie…
Zobaczę znowu Halkę i Królika.
Podrzemy japy w stylu post-punk i będziemy udawać, że cofnęliśmy się w czasie…
Dziś będzie dobry dzień.
Taka mantra, afirmacja na ‚chęć życia’ i ‚sięniestarzenie’.
W autobusie znowu dzień świra…
Fajnie było olewać tą nadętą raszplę, która wypluwała jad chaotycznymi gestami…
Chyba mówiła do mnie…
Wyglądała jak kukiełka…
Nieistotne.
Miałam na uszach ‚Atwa’ System Of A Down, w głowie ‚Aerials’, w dłoniach ‚Chop Suey’…

Za oknem ‚Toxicity’…
Bajecznie

Apdejt 4U

‚Hey you see me, pictures crazy
All the world I’ve seen before me passing by
I’ve got nothing to gain, to lose,
All the world I’ve seen before me passing by

You don’t care about how I feel
I don’t feel it anymore…

Hey you are me, not so pretty
All the world I’ve seen before me passing by
Silent my voice, I’ve got no choice
All the world I’ve seen before me passing by

You don’t care about how I feel
I don’t feel it anymore

I don’t sleep
I don’t eat
I don’t live
I don’t feel…’

Odklejam się od snu. Powieki jeszcze ciężkie, pełne barw. Usta obrzmiałe od wewnętrznego uśmiechu. Kot mruczy za uchem, że już czas. Przymilam się do miękkiego futra i czuję szorstki język na policzku. Wstaję powoli podnosząc z podłogi kołdrę od zawsze żyjącą własnym życiem. Na bosaka świat odczuwam inaczej, pełniej. Cuci mnie chłód pokoju. No tak. Okno znowu otwarte na noc by księżyc mógł podglądać do woli wędrówkę mojego ciała po posłaniu. Nie znoszę piżam – więzów krępujących marzenia. Na dworze mróz. Domykam nieszczelne ramy i dostrzegam gęsią skórkę na skórze. Nastawiam muzykę. Morcheeba ‚Big Calm’. Przy tej płycie zawsze robi się cieplej. Przeciągam się leniwie. Napuszczam wody do wanny. Jak zawsze za gorącej. To niezdrowo ale zmarźluch ze mnie straszny. Aromat malin unosi się wraz z parą ponad zimne kafelki. Lustro za mgłą. Odprężam się w objęciach wody. Wonna piana otacza mnie cudownym zapachem. Przyjemnie, błogo, dobrze mi. Wita mnie miękki ręcznik. Otulam się nim szczelnie nim wyjdę do kuchni. Nie lubię się wycierać. Krople na skórze wyschną same. Śniadania nie będzie. Szybkie kakao wypite w przelocie musi wystarczyć. Kotka już szczęśliwa patrzy w pełną miskę mrużąc oczy. Mało trzeba by ją zadowolić. Pełne spodki, czysta kuweta, miłość i celebrowanie codziennych pieszczot, wspólny sen. Odwzajemnia się bardziej niż człowiek. Bezwarunkowo. Wyglądam przez okno. Burość. Stalowe niebo. Śnieg. Ludzie smętni i ponurzy. Rzeczywistośc we wszystkich odcieniach szarości. Określam się zapachem kropli perfum. Lekko. Zmysłowo. Ubieram kolory. Piękne, ciepłe, pogodne, moje… Uśmiecham się wybiegając z domu. Szalik zakładam w biegu. Włosy spod czapki niesforne. Powietrze nasiąka porankiem. Przechodzień z psem odwzajemnia uśmiech. Pies merda ogonem. Płomień w barwie.
Dzień dobry

Bajka zimowa

- | 2004/01/23 |

Incubus ‚Megalomaniac’

Dobranoc

Zbliża się weekend, czyli po naszemu koniec tygodnia. Wszędzie panuje ogólne rozprężenie, odprężenie i roztrzepanie a na twarzach wykwitają dziękczynne uśmiechy. Rano jeszcze niepewnie, znienacka i gdy szef nie patrzy cieszymy się po kątach i nie brykamy za głośno ale po południu, bliżej fajrantu to już całkiem łapie wszystkich piątkowa głupawka. Przefaksowuje się więc całkowicie przypadkowo higieniczne chusteczki, kopiuje kraciaste bokserki z zawartością lub lewy profil znienawidzonego kolegi, oblepia się niektóre biurka gąszczem sklerokarteczek i chowa jednorazowe kubki do kawy między doniczki z kwiatami. Różne rzeczy mogą się zdarzyć w piątkowy dzień, zwłaszcza gdy za oknem piękna zima a słońce woła na wagary i lepienie bałwana.
Dla mnie piątek możnaby ogłosić dniem roztrzepania ogólnego, ponieważ zawsze w ten dzień tygodnia wydarza się coś dziwnego, zabawnego, niemądrego, zaskakującego, całkowicie i totalnie pokręconego – a to wszystko moja zasługa. W piątki zapominam o bilecie miesięcznym czarując później pana kontrolera błękitem paryskim osobistych tęczówek; wybieram kompletnie nieznane numery przez pomyłkę a następnie zamiast grzecznie przeprosić i się rozłączyć, wpadam w ożywioną dysputę na bardzo poważne tematy egzystencjalne nawiązując nowe, ciekawe znajomości; wsypuję sól do herbaty i zalewam to wszystko sokiem malinowym dziwiąc się potem specyficznemu smakowi; podgrzewam drożdżówki na kaloryferze żeby były ciepłe i aromatyczne; szokuję i bawię współpracowników kolorowymi, śmiesznymi skarpetkami w żółwie tudzież kaktusy; robię całą masę innych niewątpliwie ciekawych i zabawnych rzeczy, o których nie będę już pisać, bo czasu szkoda.
Dzisiaj na przykład wyszłam sobie z domu jak gdyby nigdy nic ciesząc się widokiem słońca w zimowy śnieżny poranek i już na przystanku spotkała mnie pierwsza siurpryza… nie wzięłam zegarka. Bajka bez zegarka to jak bez ręki, bo tak już się przyzwyczaiła. Przyzwyczajenie jednak trzeba będzie pokonać i męczyć się dziś cały dzień spoglądając na czasomierz komórkowy. Damy radę. Gorsza niespodzianka spotkała mnie gdy dotarłam już do pracy i usiadłam za biurkiem… Zapomniałam bowiem o okularach. Nie noszę ich dzień cały bo czasami zdejmuję ale w pracy akurat są mi potrzebne bardziej niż wszystkie zegarki na świecie razem wzięte. Z wadą wzroku -2,5 wyglądam jak kret z nosem przy monitorze nurkujący od czasu do czasu tymże nosem w nabiurkowych papierzyskach i ponownie wgapiający się z namaszczeniem w ekran komputera. Jestem rotrzepana jak jajo – nie da się ukryć. Całe szczęście, że koleżanka z naprzeciwka dokonała niedawno zakupu nowej pary pingli i mogła mi na dziś użyczyć swoich starych. Co prawda to tylko -1 ale zawsze lepszy rydz niż krowiak. Ciekawe czy wieczorem, gdy już wyjdę z pracy będę wyglądać jak skrzyżowanie chińczyka z jeżem, bo biorąc pod uwagę częstotliwość mrużenia oczu i zjeżenia zaistniałym faktem jast to bardziej niż prawdopodobne;)

Miłego roztrzepania

Ciekawe dlaczego ‚prostytutka’ skoro po łacinie ‚curvae’ znaczy ‚krzywy’…?

Ja chyba nie mam większych zmartwień…
tzn mam ale widocznie nie chce mi się o nich myśleć ;)

bajka dywagacjami szarpana

Ja – Czy Ty masz dziś imieniny?
Alti – Nie mam. Dziś jest dzień babci. Jak kiedyś byłabym babcią byłoby to tracenie dodatkowego święta – nie uważasz?
Ja – Uważam, ale wiem też, że dziś są imieniny Agnieszki. Wolałam się upewnić choć już mi swoje namiary podałaś i w stosownym terminie włączy mi się przypominacz
Alti – Cfaniara
Ja – A co Ty myślałaś
Alti – Ja nie myślem. Ja gupia jezdem
Ja – To razem jezdeśmy
Alti – Możemy założyć partię i zrzeszać członki… tzn członków chciałam powiedzieć ;)
Ja – Niczego nie będziemy zrzeszać. Same będziemy i już
Alti – Same jak samice ;)
Ja – Wyposzczone ;)))
Alti – Nie wyposzczone bo żreć będziemy na potęgę – lody i czekoladę i śledzie i ogórki i kiełbasę krakowską i ptasie mleczko… Będziemy wielkie tłuste samice focze :)
Ja – A co ;) Zawsze o tym marzyłam ;)
Alti – A jak nam się znudzi tłustość to wygramy w totka kupę kasy i se pierdolniemy operacje plastyczną i liposakszyn i wygładzanie celulitisa i powiększymy se cycki! ;)
Ja – Aż się będziemy o nie przewracać ;))

Zawsze chciałam nauczyć się jeździć na wrotkach. Widziałam te pędzące szaleńczo przez parki, ulice i chodniki orolkowane nogi z całą resztą malowniczo rozwianą w górze i zazdrość mnie zżerała okrutną wątroby żałością, że jak tak nie potrafię. Ale co miałam potrafić skoro nigdy w życiu kontaktu poza wizualnym z wrotkami nie miałam. Wizualnie nauczyć się chyba jeździć nie da – przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo a daleko posunięta logika także wyklucza owo zjawisko – więc postanowiłam działać. Pojawił się tylko mały problem w postaci nieuniknionej zmienności pór roku, ponieważ jak już zebrałam się w sobie wraz z całym zapasem dostępnej tudzież niedostepnej mi odwagi i postanowiłam, że się nauczę, to zrobiła się zima. Zima jak wiadomo nie sprzyja wrotkowym eskapadom choćby z uwagi na dojmujący chłód, częste opady różnych stanów skupienia H2O oraz wyjątkowo mało przyczepną, śliską nawierzchnię. Reakcję otoczenia pomijam, bo jak na pewno zainteresowane osobniki znające mnie osobiście wiedzą (reszta się właśnie dowiaduje), nigdy nie przedstawiało to dla mnie znaczącego problemu. Tak czy owak jazda na rolkach zimową porą odpada. Posmutniałam… ale tylko na chwilkę, bo zaraz jakaś życzliwa dusza poradziła mi, żebym spróbowała nauczyć się jazdy na łyżwach, bo ponoć to tak samo się jeździ tylko podłoże się zmienia. Niewątpliwie się zmienia. Z łyżwami to się mi kojarzy odwiecznie jazda figurowa z potrójnymi tulupami i kapslami wyrzucanymi przez lewe ramię i pies rasy wyżeł wdzięcznie przekręcany przeze mnie w dzieciństwie na psa rasy ‚łyżew’. Skojarzenia skojarzeniami ale jak tylko nadarzyła się okazja i udało mi się pożyczyć łyżwy, pognałam dzikim truchtem na lodowisko. Zaciągnęłam także na wyżej wzmiankowaną ślizgawkę koleżankę w charakterze duchowego i fizycznego wsparcia. Wspierałyśmy się obie świetnie nawzajem z tą drobną różnicą, że jedna – czyli Ona – nie umiała na łyżwach jeździć ni w ząb a druga – mła – nie umiała jeszcze bardziej. Nasz poziom przedstawiał się zatem imponująco. Na ślizgawce była już gromadka zapaleńców, kręcących wdzięcznie piruety i sunących po lodzie jakby niczego innego w życiu nie robili. Nie zbiło nas to jednak z tropu i po założeniu oprzyrządowania nożnego wczołgałyśmy się na lód. Widok musiał przedstawiać się iście przekomiczny i chyba tylko wrodzony takt pozwolił reszcie łyżwiarzy nie parskać raz po raz diabelskim rechotem. My same pokładałyśmy się ze śmiechu dosłownie i w przenośni (dosłownie rzecz jasna bardziej). Mnie na przykład udało się nawet ustać w pozycji pionowej kilka ładnych sekund po czym nogi zaczęły jechać… Nie było by w tym nic nadzwyczajnego i komicznego – wszak na lodowisku to widok codzienny – gdyby nie fakt, że każda noga pojechała w inną, sobie tylko znaną stronę i po chwili reszta mnie wylądowała na kuprze, a tenże kuper zaczął w tym samym czasie sunąć w kierunku przeciwnym, czyli do tyłu. Druga próba skończyła się większym sukcesem, bo w pionie wytrzymałam już kilkanaście sekund po czym zrobiłam przecudny technicznie szpagat bez rozgrzewki z niewątpliwymi walorami artystycznymi w postaci głośniego ‚aaaaaaaaa’ niczym rasowy wrzaskun. W tym momencie rżałyśmy już z koleżanką obie na cały głos, bo Ona w tym czasie zrobiła salto mortale… Zamiast stać spokojnie w miejcu i powoli posuwać się naprzód obejrzała się za siebie, co z kolei spowodowało zmianę położenia tułowia względem dolnych kończyn i po stylowym piruecie przepięknym ślizgiem wylądowała po drugiej stronie bandy odnóża wdzięcznie rozrzuciwszy ku górze. Doprawdy nie wiem jakim cudem udało sie nam dokonać takiego przedstawienia w przeciągu dziesięciu minut – mogłyśmy sprzedawać bilety – taki był ubaw. Kilka kolejnych prób skończyło się oszałamiającym wręcz sukcesem, bowiem odkryłyśmy w sobie kolejne talenty i nowe układy w jeździe figurowej na lodzie (musimy je kiedyś opatentować zanim kolejne pokolenia wpadną na ich ślad). Wracałyśmy do domów obolałe ale szcześliwe jak dzikie świnie deszczową porą, przysięgając sobie, że nigdy więcej po czym… za dwa dni umówiłyśmy się na łyżwy. Tym razem byłyśmy lepiej przygotowane… do amortyzacji upadków. Ona założyła wielkie barchanowe gacie i dwie pary spodni a ja podobnie ciepłe majty i watowany spodzień. Czego się nie robi dla sportu. Jeździć na łyżwach się oczywiście nie nauczyłyśmy ale może poczekam aż się zrobi ciepło i wypróbuję wrotki? Tylko skąd ja je wezmę… Chyba poproszę Mikołaja by mi przyniósł pod choinkę. Razem z wszystkimi możliwymi ochraniaczami, kompletem gumowanych przydrożnych słupów i pluszowych krawężników…


  • RSS