Wpisy z okresu: 5.2005

Na ulicy mijają mnie szepty i spojrzenia. Pani Plotka sieje spustoszenie pomiędzy pomidorami na straganie w spożywczym a w windzie wieje ciszą. Taką z gatunku cisz znaczących. Trudno się mówi. I z tym trzeba się liczyć. Mimo dwudziestego pierwszego ponoć wieku i mimo tolerancji, nie_wtykania_w_nie_swoje i rozmaitych etceter. Ludzie są tylko ludźmi i mówić zawsze będą to co chcą. A to, na co nie mam wpływu, staram się zaakceptować. Z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie, żeby mnie nie ciskało czasem, ale nie reaguję. Bez sensu.

U Mamuta w pracy jakiś bardzo nieżyczliwy pan lubi wtykać. Szkoda, że nie to co trzeba i nie w swoje sprawy a jeszcze większa szkoda, że nie ma na tyle odwagi by zwyczajnie spotkać się ze mną i porozmawiać. Skoro taki zainteresowany. Ja zawsze chętnie jakby co. Tylko wprost, z mostu, kawę na ławę i bez owijania. Adres mailowy dostępny dla wszystkich. Nie boję się konfrontacji. Krytyki też nie. O ile jest poparta argumentami a nie tylko oznacza gadanie dla samego podgryzienia i puste słowa na złość. Żeby tylko komuś zrobić przykrość. I szacunku też wymagam. Od każdego, bez wyjątku, rozmówcy. Na wulgaryzmy i prowokacje z zasady nie odpowiadam. Inni niestety wolą uprawiać pseudowerbalny masaż pleców w dość kiepskim wydaniu.

Ja dam sobie radę. Oswoiłam Panią Plotkę i już nauczyła się nie deptać mi po odciskach. Tak mocno. Albo naklejam grubsze plastry. I tylko bliskich mi szkoda.

Bo Mamut po pracy ma coraz smutniejsze oczy…

Letnia burza | 2005/05/31 |

Czy już pisałam, że kocham burzę? Pewnie tak, gdzieś w zeszłym roku. Trzeba by pogrzebać w archiwum a już sama się w tym gubię. Ale w tym roku jeszcze nie pisałam. To piszę. KOCHAM BURZĘ. Zwłaszcza gdy to letnia burza i temperatura przy niej jest tak przyjemnie wysoka. Ja wiem, że wichury i ofiary śmiertelne, i zerwane dachy, i wyjące alarmy, i wariujące ze strachu zwierzaki, i babinki odmawiające po ciemku ‚zdrowaśki’, i że ogólnie strach się bać… ale nic na to nie poradzę. Kocham i już.

Lubię ten stan totalnego odprężenia, gdy wzmaga się wiatr a pierwsze, ciężkie krople spadają na gorące chodniki. Lubię gdy woda zmywa z parujących ulic pył i kurz bezdeszczowych, upalnych dni i nocy. I gdy trawniki mogą odetchnąć, i drzewa w lesie i bzy przed domem. A najbardziej to lubię stan tuż przed burzą i to subtelnie drapieżne przejście w samo piekło. Jak nagła podróż z samym Dantem w jednej szybkobieżnej windzie.

Gdy powietrze aż ugina się pod ciężarem wyładowań atmosferycznych, parno jest niemożebnie i człek najchętniej zamknąłby się u rzeźnika w chłodni z butelką oranżady. Gdy niebo ciemnieje całą paletą obiecująco zimnych barw aż do samej głębokiej, granatowej czerni a tu u nas na dole jeszcze horyzont paruje z gorąca. Gdy wszystko pulsuje w dziwnym rytmie oczekiwania na nieuniknione. Gdy mroczne chmury jeszcze mają srebrzyście poszarpane brzegi a już pierwszy grzmot.. i już pierwszy błysk. I te krople. Samotne z początku i nieśmiałe jeszcze by po chwili stanąć mi przed oczami ścianą wody i dać się napawać pięknym basowym poszumem. I cały ten szelest. Dałabym głowę, że to ziemia oddycha. Z ulgą. Jak ja.

I na bosaka po ciepłej, mokrej trawie bo sandały już i tak można z premedytacją zdjąć. I strumienie spływające po rozgrzanych policzkach i dłoniach. I to wrażenie, że dokładnie to w tym konkretnym momencie było mi potrzebne. I w trzy sekundy mokrusieńka na wylot letnia sukienka. I nagle przestaję się spieszyć by zdążyć przed, po, do czy z. Dla samego spieszenia. I uśmiech od ucha do ucha gdy wszyscy gdzieś biegną schronienia szukać. I wszystko przestaje mieć znaczenie. Wszystko. Prócz niej.

Są tacy, co ją kochają i tacy, co nienawidzą. Potrafi być wszystkim albo nie być wcale. I okrutna i cudowna jednocześnie. Potrafi stworzyć raj i w ułamku sekundy zabrać wszystko. Ukoi albo weźmie na koniec świata i rzuci w przepaść. Uzależniająca i niszcząca. Jak opium.

Bo burza jest piękna. Gdy się ją kocha. Bo tego potrzebuje. I gdy ma się do niej należyty szacunek. Bo trzeba ją traktować bardzo poważnie. Bo jest.

I gdybym miała kiedykolwiek wybierać… chciałabym być letnią burzą.

Podobieństwo dusz.

Upał upał upał | 2005/05/30 |

W dzień co jakiś czas schładzać organizm niegazowaną wodą mineralną (jak kto lubi) albo chłodnym, rozcieńczonym sokiem (bo nie każdy wodę ten teges, nawet z plasterkiem cytryny i listkiem mięty). Dwa i pół litra rozmaitych płynów dziennie to przy takich temperaturach norma.

Poza tym doraźnie polecam trzymanie obu nadgarstków przez kilka minut pod lodowatym strumieniem z kranu. Chłodniej, milej i bardziej rześko. Nie zawsze można przecież wyjąć stringi czy inne majty z zamrażarnika. Albo ssać kostki lodu. Sama nie wiem na co żywiej zareagowaliby współpracownicy.

Po pracy lody i masa owoców. Tylko uważać na anginę, bo lubi zaatakować znienacka gdy mocno mrozimy się w wielki skwar. Do tego letni prysznic. I moczenie obolałych stóp w chłodnej wodzie z rumiankiem i szałwią.

W nocy spać w stroju rajsko-naturalnie-pierwotnym pod samym prześcieradłem uprzednio skropionym obficie zimną zieloną herbatą. A na komary wystarczy kilka kropel octu na waciku i trochę gałązek piołunu na parapecie.

No i spokojnie – jutro ma padać.

Ciocia Dobra Rada

Stefan raz jeszcze | 2005/05/30 |

Stefan została młodą mamą jakieś dwa tygodnie temu. Oczywiście jako nawiedzona pani obfotografowałam zarówno ją jak i jej DWÓJKĘ uroczych kociąt. Nie miała mi za złe. Nawet sama odsłoniła brzuszysko z dwiema puchatymi przyssawkami. Maluchów dotykać komukolwiek zabroniłam i sama też nie zostawiam na nich odcisków palców. Za wcześnie i koniec. Oprócz sesji fotograficznej Stefan dostała taką porcję głasków i zausznych drapek, że rozmruczała się rozgłośnie na pół podwórza. Standard.

Macierzyństwo jej służy. Wygląda pięknie i jeszcze piękniej domaga się smakołyków. Teraz nawet pozwala sobie zostawić kocią młodzież na momę lub dwa i gna do nas na kolana. Ale wystarczy piśnięcie, którego nawet ja nie słyszę od razu i muszę się bardzo skupić by odróżnić je od ewentualnego odgłosu wzrostu trawy, by dzikim pędem puściła się z powrotem do maluchów. Fajne są te kociaki. I widać, że mają dobrą mamę. Czekam aż cała trójka wyjdzie wytarzać się w pierwszej napotkanej kępce. A coś czuję, że to już niedługo.

Nowina dnia: Znalazłam wreszcie Księciunia. Na razie nie dał się pocałować ale pertraktacje trwają. Alternatywą jest patelnia, więc jak by nie było mam duże szanse.


(Tak, to moja łapa)

A od rana nucę sobie uroczy motyw dęty z piosenki Pana Żądło ‚Moon Over Bourbon Street’. Razem z truskawkami (pół kilograma za całe 4 zeta – vis a vis Smyka) to może być całkiem niezły początek poniedziałku.

Dzień

Landrynki | 2005/05/27 |

W szafie nie układam ubrań od Prady. Codziennie wstaję rano i czuję się świetnie. Gdy nic nie muszę, lubię pobyć z przyjaciółmi i wysłuchać trochę wieści z bliska i z daleka, z innej perspektywy. Gdy muszę dla odmiany pobyć sama, nie smucę się. Czasem trzeba trochę odpocząć i nauczyć się być ze sobą sam na sam. Dzień zaczynam od kawy, do której coraz systematyczniej pogryzam bardziej tuczące niż zdrowe drożdżówki. Ale grunt to nie bać się odbicia w lustrze i być otwartym na ludzi. Czasem boli mnie głowa ale czytałam, że wiosną w ogóle odporność jest prawie zerowa, więc nie martwię się niczym. Wracałam ostatnio z pracy i widziałam sukienkę moich marzeń. Prawie jestem pewna, że ona mnie też. Wisiała sobie na ohydnych spodniach na wierzchu i mimo to wyglądała świetnie. Jednak naszą miłość nieuchronnie rozdzieli parszywa cena, która zawsze potrafi zepsuć najgłębsze nawet tekstylne uczucie i ściąć mi twarz jak galareta. Niestety fundusze w dalszym ciągu raczej cienkie. Niedawno upadły mi okulary. Najpierw bałam się o szkło ale później przytomnie przypomniałam sobie, że są z plastyku. Potem zaczęły się schody. Było ciemno a ja niestety po zmroku często tracę orientację przestrzenną i wzrok. Na szczęście szybko się znalazły. Nie tak szybko jednak bym nie zdążyła ich uprzednio troszkę przydeptać. Zauważyłam, że każdy kierowca autobusu ma problem z jednym rondem w Warszawie. Obojętnie, czy jest swój czy obcy. Każdy. A pasażerowie z nadejściem upałów coraz bardziej brzydko pachną. Oczywiście zdarzają się wyjątki, jak jedna pani spod okna, czy pan z gazetą ‚Pielęgnuję i podlewam‚ z konewką pod pachą. Ci pachną ładnie – działką i konwaliami. Ale i tak nie jest źle. Nawet gdy w szafie nie układam ubrań od Prady.

Nigdy nie zrozumiem maruderów i pesymistów. Życie przecież jest piękne.

It’s Oh So Quiet…

Wczoraj był Dzień Matki. Z okazji mojej niewybaczalnej nieobecności w domu Mamut dostał życzenia telefoniczne a działania dziękczynno-naprawcze odbędą się dziś po pracy. Zamierzamy zrobić sobie babski wieczorek z pyzami i kiszonymi ogórkami. Oczywiście nie odbędzie się bez pytań o Obywatela i ogólne samopoczucie (które są bardzo miłe i zdecydowanie świadczą o zainteresowaniu ale jeśli występują w nadmiarze, po kilku miesiącach ma się ich zdecydowanie dość) ale na to już jestem przygotowana. Obliczyłam, że gdy dobrze upchnąć te pyzy wzorem chomika, to ma się spokój przez niezłe kilkanaście minut a potem już łatwiej skierować rozmowę na neutralne tematy pogody i nowych okularów Mamutów.

Bo Mamuty mają okulary. A jakże. Teraz występujemy w stadzie jako trójca okularników – ja na minus (od kilku lat) oni wręcz przeciwnie (od kilku dni). Cieszę się, że w końcu się udało bo krecikowali już dobre dwa lata zanim wszystko zostało sfinalizowane i po entej recepcie połączonej nierozerwalnie z entą wizytą u okulisty, po entym napominaniu przez córki obie i po entej próbie wykręcania się wiecznym i nieustającym ‚czasubrakiem’… wreszcie się udało.

Teraz wszyscy (nawet ja) wyglądamy nobliwie i inteligentnie a Mamuty nie muszą wertować gazet przy użyciu nosa. Sukces. Może pora zgłosić się do jakiegoś teleturnieju? Tam zawsze wygrywają okularnicy. I to całymi stadami.

Moja niewybaczalna nieobecność w TAKI dzień była spowodowana absolutnym wyczerpaniem wszelkich nerwowych i emocjonalnych rezerw a miejscem doładowania baterii była urocza działka w miejscowości Rejentówka. Dobrze było. ‚Zmęczyłam się’ łażeniem po lesie i brodzeniem w wodzie, słońcem i prawdziwie letnią wiosną, paleniem w piecu i dokładaniem do ogniska, pieczeniem kiełbasek i zbieraniem szyszek. Lubię takie zmęczenie. Dobrze się po nim śpi. Błogo. Domek mały, drewniany, śliczny. Pod oknem już kwitną konwalie a w lesie co krok widać niezapominajki. A zawsze sądziłam, że to polne, nie leśne kwiaty. Bez prądu i ‚daleko od szosy’ też da się żyć. I to z powodzeniem. Można odpocząć, pobujać się na hamaku i nawet wieczorne mycie w miednicy przy świecach i przy komarach wydaje się być takie romantyczne…

Moja niewybaczalna nieobecność nie miała jakiegoś szczególnego znaczenia czy podłoża. Dla mnie to właściewie taki dzień jak każdy inny a Mamut i tak wie co czuję i jak czuję. Często jej o tym mówię. I o tym co dobre i o tym co złe. Bo wszystko jest potrzebne. Poza tym ja zawsze wolałam być na co dzień niż od święta. Bo w życiu bywa różnie a w rodzinach są lepsze i gorsze dni ale cała sztuka chyba polega na tym by patrzeć i widzieć, słuchać i słyszeć… a nie tylko udawać. Sama mądra mina pod tytułem ‚myślę o Tobie’ nie wystarczy. Niestety zbyt często przyglądam się innym, ‚takim bardzo kochającym i zawsze pamiętającym’ (co to zawsze służą radą z pozycji wyższości) z uwagą i pod podszewką znajduję tylko przemądrzałe przytyki. A powinno być chyba coś innego. Ale pewnie się nie znam. Słowo pomoc dla wielu znaczy co innego niż dla mnie a na czytanie między wierszami potrafią się zdobyć tylko nieliczni. Na szczęście Mamut wie i ja też.

Z okazji Dnia Matki myślałam o przyszłości. Teraźniejszość jak zawsze przyszła sama. Dostałam nawet pamiątkowy kubek (w przeddzień od Hal) i kilka smsów z życzeniami. Mocno ‚na zaś’ ale dziękuję bardzo serdecznie. Póki co jestem tylko opakowaniem. Ale mam nadzieję, że Środkowi będzie ze mną dobrze. Zawsze. Nie tylko z okazji…

Trafiłam w lotto szóstkę.
W sześciu kuponach.

Szczęściara

W zeszłym tygodniu do firmy zajrzał Wujek Mini, w niektórych kręgach zwany Minimalem. Zupełnie nie wiem czemu, bo spory całkiem jest i na takiego, co to się go da niezauważalnie przetrącić i pójść dalej nie wygląda. Wujek Mini w rolę wujka wczuł się natychmiastowo i ucieszył się wielce na wieść o przyszłym niewątpliwym obywatelstwie Obywatela. Oczywiście najsamprzód okadził mię papierosem jak kościelny kadzidłem na procesji i ożłopał z kawy z mlekiem ale mu wybaczyłam bo i tak zagląda tu raz na rok. Poza tym przytulił mnie z pasją do piersi swej wybitnie mało wątłej i powiedział, żem dzielna niesłychanie a takich komplementów się mimo uszu nie puszcza. Zwłaszcza od powściągliwego raczej Wujka Mini. Normalnie się wzruszyłam. Przekazałam pozdrowienia dla Wodnicy i Lei – jak zapomni to ma w dziób – i pożegnałam znaczącym ‚niech moc będzie z tobą’ po czym świńskim truchcikiem wróciłam w piekielne otchłanie pracy biurowej.

W poniedziałek za to widziałam się z Katą, bo miała niedawno urodziny i w ogóle jakoś długo okazji nie było a też chciała poznać Obywatela. Oczywiście tak na prawdę to stęskniła się za mną dziko i nieokiełznanie ale wstyd jej było się do tego przyznać. Nie szkodzi. Wyczułam ją trzydziestym ósmym zmysłem mojej absolutnie i wyjątkowo nieziemsko trafnej intuicji. Fajnie było się spotkać. Jej Kot nadal trenuje jogę i ssie sobie futro na klacie ale teraz najwyraźniej, wraz z ogólnym rozrostem, ewoluował. Znaczące objawy wskazują na młodocianego czworonożnego onanistę. Urocze. Poza tym to były prezenty. Bo jak to tak na urodziny (spóźnione ale zawsze) bez prezentów. Dostała pomarańczowy sweterek (w którym już przez naszą krótką acz burzliwą znajomość z lumpeksu zdążyłam się zakochać i doprawdy nie wiem jak teraz bez niego będzie wyglądało moje życie), bluzkę w dziwnym kolorze z dziwnym dekoltem (ale cyc będzie prezentowała świetnie) i konwalie.

Kata – Skąd wiedziałaś, że moje ulubione to konwalie?
Ja – Nie wiedziałam, kupiłam swoje ulubione ;)

Na chórze przygotowujemy się do koncertu pod wdzięcznie brzmiącym hasłem ‚Od Renesansu do jazzu’ . Zapowiada się ciekawie o ile uda nam się skończyć we w miarę spójnym rytmie i zbliżonej do oryginału tonacji. Jak na razie spadamy jak na bungee z mostu ale pracujemy ambitnie nad skutecznym wmawianiem publiczności, że to tak ma być. Generalnie wstępnie proszę zarezerwować sobie czas 2 czerwca o godzinie 18.00 bo wtedy to standardowo w Gmachu Głównym PW (dla opornych – Politechnika Warszawska) będziemy straszyć bezpańskie psy i nietoperze w pobliskich bunkrach roztaczając w niebezpiecznie sporym promieniu rażenia (z uwagi na liczebność naszej grupy) aurę tajemniczości i powiew absolutu. Znaczy będziem wyć – to dla słabszych.

Dyrygent – Kto jeszcze nie ma nut? Proszę podnieść ręcę…
(Las rąk pojawia się tuż przed nim)
Dyrygent – z przerażeniem – Rany, jak ja to teraz policzę?
Adaś – zawsze pomocny – Można policzyć palce i podzielić przez pięć.

Tym optymistycznym akcentem zakończę zanim napiszę coś za co ktoś kiedyś mógłby przestrzelić mi oba kolana i wbić w łydkę stalowy widelec bo mój aktualny nastrój jest zdecydowanie daleki od politycznie poprawnego i jedyne miłe słowo jakie przychodzi mi na myśl, to ‚tasak’. Za to dzisiejszy program zdecydowanie nie jest sponsorowany literkami ‚a’ jak ‚analiza’, ‚pe’ jak ‚pobranie’, ‚ka’ jak ‚konflikt’ czy ‚zet’ jak ‚zastrzyk’ a już na pewno nie ‚pee’ jak ‚przeciwciała’. Tych słów od dziś nie lubimy bardziej niż czerwonych mrówek w ciasnych dżinsach w środku lasu.

A teraz zjadłabym z tonę tych zachwalanych przez Złą Kobietę gotowanych rzodkiewek. Bo na truskawki po 10 zeta za kilogram to się raczej nie skuszę. Zdzierstwo.

Miłego dnia

Powoli przestaję się mieścić w swoje ciuchy. Znaczy to powoli jeszcze jakiś czas potrwa ale nie jestem pewna czy długo. Obywatel zaczyna sie uwypuklać i o ile z jednej strony mnie to bardzo cieszy, o tyle z drugiej smuci. Czasem łatwiej byłoby nie patrzeć, że samą naszą obecnością komuś zawadzamy. I to mocno. I to komuś komu nigdy zawadzać byśmy nie chcieli i kto dla nas nadal jest bardzo ważną osobą. A to, co powinno cieszyć, czasem niektórym sprawia ból. Tak duży, że sami nie zwracają uwagi, że kogoś ranią. Rozumiem. Przynajmniej na tyle na ile potrafię. Bo czasem to boli. Nawet, gdy środki nie są za różowe to finalnie przecież widać tylko cel. Efekt, o który żadne z nas nie prosiło, ale jest. I trzeba się nauczyć to akceptować. Bo chyba nie ma innego wyjścia. Nie piszę tego, by komuś potocznie ujmując ‚dosrać’ ani by się poskarżyć, domagać głaskania po głowie i mówienia zdawkowego ‚dobrze będzie’ w różnych odmianach. Piszę, bo ciężko się żyje z taką świadomością. A komu niby miałabym o tym powiedzieć… Mnie to też przecież boli. To wszystko. Bo to łatwe nie jest. Ale przecież nie schowam się pod stół i nie przesiedzę tam do jesieni. Chciałabym wyjechać gdzieś daleko i wrócić po wszystkim. By nie patrzeć na niechęć. By nie było tak strasznie smutno. Pewnie dla wszystkich byłoby łatwiej. Samotność potrafię oswoić. Ludzkich emocji – nigdy. Ale życie nigdy nie wybiera dla nas łatwiejszej drogi. Zawsze dostajemy tę z większą ilością pułapek i zapadni. Ale ponoć jest bardziej punktowana. Tylko czemu niekiedy mam wrażenie, że moja plansza jest ruchoma a kostka ma tylko 1 oczko?

Pozytywnym aspektem ‚widoczności’ jest fakt, że wczoraj po raz pierwszy w moim bogatym w błonnik i mikroelementy wkurwogenne życiu, Jakiś Pan w metrze ustąpił mi miejsca, bo spostrzegł ewidentnie już pod wieczór uwypuklonego zewnętrznie Obywatela (pozostającego jak dotąd – i jakiś czas jeszcze miejmy nadzieję – w opakowaniu). I nawet nie musiałam malowniczo a efektownie zemdleć ani prezentować salto mortale przez wizjer. Sam spostrzegł i ustąpił. Bardzo to miło ze strony Jakiegoś Pana zwłaszcza z uwagi na dziki tłum stłoczony (jak co dzień o 18) w najszybszym po pracy (korki i te sprawy) środku komunikacji miejskiej. W imieniu swoim i Obywatela gromkie ‚dzię-ku-je-my psze pana’… Niestety dziś rano już staliśmy jak wszyscy, którym się nie poszczęściło i musieliśmy cierpliwie znosić cudze łokcie w brzuchu. Znaczy w moim brzuchu, bo u Obywatela to nie wiem w czym. Widocznie Jakiś Pan już rano metrem nie jechał a reszta nie korzystała w tym roku z porad okulisty albo im się zwyczajnie nie chciało.

Poza tym jutro od wczesnych godzin wróblo-ćwirnych kolejna tura badań. Kolejka do kłucia, kłucie, kłucie, jeszcze jedno kłucie i cały ten cudowny klimat postdraculowski. A potem już tylko do końca dnia praca, praca i praca. Muszę zacząć ćwiczyć jogę. Chyba uspokaja.

Pees refleksyjny.
Kiedyś napisałam w moim własnym blogu z mojej własnej głowy, że otwieranie oczu boli najbardziej i że Bóg czasem mógłby chociaż markować ciosy, bo są chwile, gdy spadają raz za razem…

Nadal tak myślę

Wyjszło tera | 2005/05/23 |

Kazik ‚Los się musi odmienić’

Kto ma i się podzieli?
Wymienię za ogórki małosolne ;)

Pees rozpaczliwy – z nagłych zachcianek to bym posłuchała jeszcze Macy Gray i Kosheen… nie pytać czemu bo sama nie wiem.

- Kiszczak! Kiszczak!
- Co?
- A nic, tak sobie przeklinam.

(w tle rechot Awari)

Pozdrowienia znad morza…

Dziękuję:

Kiszczakowi – za organizację, zagadywanie i poświęcenie… i że wredny nie był
Pazurkowi – za obecność
Awari – za absolutny całokształt
Awaryjnemu Mamutowi – za sympatię, długopisy i kanapki
Pechulcowi – …wie za co (:*)
Przystojniakowi – za przystojniactwo i dziedziczność
Stworkom – za nocleg, Chihiro i atmosferę, do której warto wracać
Lenn – za prezent i za uśmiech i za Ignaca ;)
Kotom – za ugłaski
Herbaciarni – za Swedish Cranberries
Brzeźnu – za przeżycie
Morzu – za łabędzie przybrzeżne
Gdańskowi – za pogodę
Glanom – za wygodę
PKP – bo nie wypada mi przeklinać
R. i Halce – za powitanie
Obywatelowi – za wytrzymałość
Matce Whitney Houston – za modę na podziękowania

Bajka


  • RSS