Wpisy z okresu: 9.2006

Flanelcia | 2006/09/29 |

Obudziłam się rano i skonstatowałam, że niestety chandra obudziła się pierwsza. A to japoniec lewy gdzieś się zawieruszył i trzeba było poczłapać do łazienki w jednym natknąwszy się przy okazji na mokrą ścierę, a to Lokator w nocy miał zawody w pluciu smoczkiem na odległość i Zatyczka Do Dzieci leżała teraz w samym rogu pod łóżeczkiem – co najmniej o dwie gazety za daleko bym mogła jej dosięgnąć bez froterowania podłogi własnym czołem, a to żarówka się przepaliła nad lustrem. I to – szfak – akurat jak już prawie miałam zrobione drugie oko. Tak zostałam z półtorej oka i gustownym mazajem z tuszu pod brwią. Szczęście, że nie używam wodoodpornych, bo już oczywiście standardowo byłam spóźniona na tramwaj. Ja nie rozumiem, nic a nic – o której bym nie wstała, zawsze lecę na przystanek z ozorem wywieszonym do pasa klnąc po drodze aż liście spadają. I nie mieszać mi w to jesieni. Ani nie kazać nastawiać wcześniej budzika. Przećwiczyłam. Budzik dzwoni, wyłączam, śpię dalej. Proste jak drzwi. Teraz też – niby wstałam odpowiednio wcześniej bo jak mam chandrę zawsze wstaję o dziwnych porach ale pojawił się Problem Nie Do Przeskoczenia. Absolutnie. Otóż bowiem ja nawet pomijam fakt, że nie mam co na siebie włożyć. Ale ja nie mam co włożyć żeby mi to grało. Bo w chandrę nie gra. Nic. Ani ubranie, ani wkład ubraniowy (pewnie przez tę linię grubą a wyraźną), ani muzyka, ani kiszki marsza. Tumiwisizm w pełnym rozkwicie. Najgorsze, że sama nie wiem o co mi biega a z nikim też pogadać się nie da bo nikt własnymi ścieżkami chodzi. I go nie ma. Z kogosiów też wybór ograniczony: Pablos wyjechany z zepsutym samochodem, więc może mu się trochę zejść, Kata zarobiona i w dodatku wyłazi jej ósemka, więc jakby nie moje chandryczenie jej teraz w głowie, z Halutem się mijamy jakoś jeszcze sprzed Tulipanii. Chciałoby się posiedzieć i pogadać z Altuchą w parku. Poryczeć się może nie raz i ze śmiechu i z się smucenia. Ale Altucha wróciła do siebie_nie_siebie. A samej w parku ryczeć jakoś nie pasuje. Nieprzysiadalność mnie dopadła. I czuję się z nią strasznie przezroczysta.

Nic to. Czasem trzeba.
Dziś jeszcze daję sobie dzień na marudzenie. Pouśmiecham się od jutra.

Kawę zagryzłam sucharkiem. Dietetycznym. W tym samym momencie, w którym przeczytałam to na opakowaniu, odeszła mi ochota na cokolwiek co w nazwie ma ‚light’ bądź ‚bez cukru’. Nie wiem na czym to polega ale najwyraźniej mam w głowie małego ludzika ze wstrętem do wszystkiego co dietetyczne. I wysyła ów ludzik stamtąd maile do mojego osobistego jamochłona, że można sobie darować euforię. Że bą apetit bez mankietów i obrusa wykrochmalonego na sztywno. Cała moja podświadomość pragnęła wstrętnego tłuszczu i niezdrowej czekolady. Poprzestałam na żelkach. Do jedenastej. Potem przypomniałam sobie o zbunkrowanych na czarną godzinę wafelkach. Koło południa zjadłam śniadanie. No bo w końcu ile można tak na czczo pracować? Przystawki się nie liczą. Później nie pamiętam co się działo bo w pracy był sajgon w ciapki i nie było kiedy myśleć o jedzeniu. Ludzik prawie zemdlał ale na szczęście wróciłam do domu i zrobiłam zupę pomidorową. Wyszła super. Obecnie mam już tylko pół garnka. Z tendencją do zmian w objętości. Popiłam winem przywiezionym z Tulipanii. Zagryzłam orzeszkami. Gdybym miała coś poza masłem w lodówce, z pewnością w krótkim czasie stałoby się to częścią mojego przewodu pokarmowego. Ale może coś jeszcze w szafce na talerze. Noc w końcu długa.

Tak, mam chandrę. Jak stąd do Irkucka.
I dbam o linię. Żeby była gruba i wyraźna.

… a tak widzę | 2006/09/28 |

















Tak to piszę… | 2006/09/27 |

No dobra. Chwilę mam więc opiszę to i owo. Ratalnie. Generalnie z całej wyprawy najbardziej męcząca była podróż autokarem. Nie pakowanie się pospieszne pomiędzy jednym ‚bababa’ a drugim usiłowaniem ściągnięcia matce spodni, bo przecież siedzenie jest dla mięczaków. Czy Ty aby Synek nie za często wstajesz? Nie mógłbyś jeszcze moment posiedzieć w swoich pięknych spodenkach rozmiar 80 (jak to sie stało, że jeszcze przed chwilą były 56 i głównie leżały a nie migały mi przed oczyma w drodze do kuchni) i poczekać aż mama spakuje klapki, koszulki i reczniki? Nie bardzo. Wiedziałam. Nawet nie wiem czemu w ogóle pytam. Przecież i tak jasne jest jak słońce, że w bagażu podręcznym zamiast chusteczek higienicznych znajdę białego klocka z plastiku. Prawda? Dobrze, że choć dajesz mi Synu coś w zamian. Nie powiem, że z taką pamiątką łatwiej Cię zostawić ale przynajmniej będzie co głaskać w nocy, gdy okoliczne chrapanie wejdzie już w crescendo.

Popołudnie w autokarze, wieczór w autokarze, noc w autokarze, ranek w autokarze i już w południe jesteśmy na miejscu. Bagatelka. Dwie godziny do zakwaterowania a potem dzika gonitwa konkursowa. Co przedtem? Kręgosłup w chińskie es, za to nogi sztywne jak słupy. Bo nie było gdzie ich wyprostować. Postoje co cztery godziny to absurd oczywiście ale skapitulowaliśmy gdy na pierwszym z cyklu nieplanowanych Pan Kierownik (koszmarny facet z jedną wielką frustracją zamiast mózgu) zaparkował przy lesie. Noc, zero świateł i potykający się po omacku chórzyści usiłujący nie wleźć jeden drugiemu na głowę. Urocze, doprawdy. Reszty grzecznie doczekaliśmy. Tylko pozycje na ‚trzymam, trzymam i jeszcze nie puściłem’ świadczyły o wielkim stresie dla naszych pęcherzy. Przezornie nie piłam zbyt wielu płynów. W efekcie gdzieś w okolicach drugiej zaczęło mnie suszyć. Pokonując pozwijane na podłodze i siedzeniach wszelakich w rozmaite esy floresy ciała dobrnęłam do butelki mineralnej i prawie ją połknęłam. Korek na szczęście uprzednio odkręciłam.

Ciała spały wszędzie. Po kanapkę trzeba było balansować na oparciach i uprawiać dziką woltyżerkę bez uprawnień. Jedne ze zwłok obudziły się gdy minęliśmy granicę z Niemcami (kontrola weszła, sprawdziła czy tożsamość nam się zgadza w dowodami, spojrzała spode łba i poszła) i oburzyło się, że ‚straszne te drogi szwabskie – cicho, nic nie trzęsie, żadnych dziur – normalnie spać nie można’. Rano wjechaliśmy do Holandii i pierwsze co nam się rzuciło w oczy to fakt, że w tym kraju nawet krowy stoją równo i w rządku. I są czyste. Podobnie jak reszta otoczenia. Chciałabym móc to samo powiedzieć w drodze powrotnej wjeżdżając do siebie. Ale na to przyjdzie chyba jeszcze poczekać z wiek. Albo dwa.

Mijaliśmy rzędy domków z olbrzymimi oknami bez zasłon i kotar za to z pięknymi dekoracjami, sprawiającymi, że każde z tych siedlisk było inne, wyjątkowe. A jednak tworzyły całość i pasowały do siebie jakby nikt nie mógł nigdy wymyślić niczego ładniejszego. Z ogródkami i ogródeczkami w każdym dostępnym fragmencie ziemi, z trawnikami bez psich kup za to z roślinami, których nazw nawet nie próbowałam później powtórzyć, z kanałkami, stawami i szklarniami, z mnóstwem przestrzeni zagospodarowanej we wspaniały sposób, z milionem rowerów i trylionem innych rzeczy, które wzbudzały nasze ‚ochy’ i ‚achy’, a których nie sposób opisać w przerwie na kawę. Po prostu odurzyły mnie te całe Niderlandy. Jest do czego wrócić. Może kiedyś.

Bywało zabawnie. Głównie w drodze właśnie. A to Wojtek – najwyższy człowiek chóru – zgubił but i dopytywał się rozgłośnie:

- Kto znalazł kajak… męski, brązowy, lewy?

To znów zachwycił się mijanym olbrzymem – szklanym budynkiem Nationale Nederlanden ciągnącym się ponad szosą:

- Ludzie kochane! Okna w podłodze? Z widokiem na autostradę?

Albo też gdy już żegnaliśmy się z naszą noclegownią i Łukasz teatralnym szeptem zagadnął mnie na stronie:

- Ej, przyjedziemy tu jeszcze kiedyś?
- Nie wiem – odparłam – a co?
- Bo nie wiem czy sprzątać w pokoju.

Wiatraki, tulipany, kawiarenki, stoiska z chodakami, tramwaje, wędkarze i barki mieszkalne na kanałku, otwarte okniennice, wykusze i balkony, coffee shopy i żelki haribo w smakach, których nie znałam, fanta porzeczkowa i wanilia w coca-coli, ludzie pozdrawiający cię na ulicy i uśmiechający się bez pytania o drobne na piwo, Bas, kolega Mai, nasz samozwańczy przewodnik i najwierniejszy fan, huśtawki i ściganie się z Małą przez powietrze, kasztany i żołędzie pod nogami, mycie chodników, przedszkola na maksymalnie dziesięcioro dzieci, słodycze, rzeźby industralne i dziewczyna z perłą, różowa ulica, torelancja przez największe ‚te’ jakiego w życiu doświadczyłam, czyste toalety i koszmarna oszczędność wody, napowietrzone prysznice, pod którymi nie da się spłukać szamponu, piętrowe łóżka w hostelu, wygodne jak diabli, dobre jedzenie z dojmującym niestety niedosytem warzyw, kwaśny jogurt z owocami, ziemniaki z kwaszoną kapustą, masło orzechowe, dom jak z klocków lego, ludzie popijający kakao na ławeczkach przed domami, instynkt stadny i życzliwość, kozy, konie i kucyki, uśmiechy i inna kultura, ciasto ryżowe na skwerowej ławce, parki i alejki, plaża nad morzem, puszczanie latawców, muszelki upychane po kieszeniach, mewy karmione serem pleśniowym, dom seniora pomylony z restauracją, porządek i dbałość o szczegóły, rysunki dzieci i widoki na ogród za domem, przestrzenność, przepiękne kościoły z akustyką, o której może marzyć tylko muzyk i w których szept potrafi zabrzmieć jak okrzyk, forte fortissimo chóru z Moskwy i najpiękniejsza dyrygentka z Litwy, trudności w wymowie i lekkość myślenia, kolorowość rzeczy i ludzi, wysokie ceny i komfort życia, wymagania, odległości i podróże.

Kiedyś była, pamiętam, taka reklama filmów kodaka: ‚ratunku! ktoś ukradł mój kolor!’ Teraz już wiem gdzie mieszkają te wszystkie skradzione tęcze. Być może to efekt nagromadzenia zbyt wielu rzeczy w zbyt krótkim czasie ale stanowczo zbyt mało widziałam nie pasujących mi rzeczy, bym teraz mogła sobie cokolwiek przypomnieć i zbyt wiele barw by wracając do Polski przez cudne przecież pola rzepaku, nie mieć wrażenia szarości. Zdumiewające jak punkt widzenia potrafi się zmienić. Zanim nałożyłam pierwsze okulary nawet nie sądziłam, że ostrość potrafi być większa. I to aż o tyle. To wszystko robi wrażenie. I chyba nawet bez specjalnych starań. Oni po prostu są inni. Taka inność to moje podświadome marzenie pseudopatriotki. Bo chciałabym móc pomyśleć, że u Nas jest fajniej. Niby jest. Ale z innych powodów. I nie są one związane z narządem wzroku. Raczej z taką małą pompką, zwaną sercem, przez którą tak gnałam do Domu. Oczy mojego Domu powiedziały: jak dobrze, że już jesteś. I zaraz potem: spójrz tylko, nauczyłem się klaskać… Też się cieszę – wyszeptałam Mu wprost do ucha.

- Co piszesz?
- Notatki do notki.
- Do czego?
- Do notki, którą napiszę po przyjeździe.
- Mogę zobaczyć?
- Nie rozczytasz bo niewyraźnie.
- A to po holendersku jest??

________________________
Ps. Lenn – tam czystość nie jest sterylna jak w Niemczech. Raczej przytulna. Całkiem inny klimat. Bez porównania.

Powrotnik | 2006/09/25 |

Wróciliśmy. Holandia to piękny kraj olbrzymich okien, zadbanych domów i wypięlęgnowanych ogródków. Zieleń wyziera tu z każdego skrawka wolnej przestrzeni a na tramwajowych torowiskach rośnie trawa. Ludzie są tu niewiarygodnie wręcz przyjaźni, jeżdżą głównie rowerami, a za sporą częścią populacji ciągnie się smuga charakterystycznej woni coffee shopu. Nie wiem czy taka korelacja rzeczywiście istnieje ale kontakty z autochtonami są tam znacznie przyjemniejsze w odbiorze. Co poza tym? Mamy srebro za muzykę sakralną i brąz za świecką. Serdeczne dzięki za kciuki.

_____________________
Ps. Do tańca to wolimy nie śpiewać bo się przepona trzęsie, różańca, jak piwa – nie odmawiamy. Za to do kotletów śpiewamy bez się napinania ;)

Adnotka | 2006/09/21 |

Niniejszym ozajmiam, żem wyjechana. Uprasza się o regularne zaciskanie kciuków i wysyłanie ciepłych myśli priorytetem. Żeby mi to solo w gardle nie utknęło. No i generalnie fajnie byłoby wracać z tarczą. Na tarczy preferuję łupy i dobra rozmaite. A teraz chowam komórkofon w głębiny torby i spróbuję przygotować się psychicznie na dwudziestogodzinną podróż autokarem. Do napisania. Przy pomyślnych wiatrach panów celników we środę. Chyba, że znajdę czas, to skrobnę coś jeszcze.

Dual power | 2006/09/20 |

Słowo pisane utwierdza mnie w przekonaniu, że kobieta i mężczyzna w pewnych kwestiach osiągnęli absolut, z którego widać już tylko pojedyncze eksplozje.
Ale stojąc za blisko miejsca wybuchu można podziwiając widoki, w sposób w naszym przekonaniu bezpieczny, zdrowo oberwać odłamkowym.

- Stary – powiedział Kazik z westchnieniem, odkładając na półkę magazyn z blondyną na okładce – chodzi tylko o te słowa. One są jak karabiny. Niczego nieświadomy oglądasz telewizję, a twoja żona przychodzi i cię z nich rozstrzeliwuje, a jak chcesz oddać serię z własnego kałasza, to mówi: „Jestem przeciwko używaniu broni palnej!” Jak możesz strzelać. Ty na to, że właśnie oberwałeś serią, a ona, że nie dotyka się karabinu. Ty na to, że masz dowody, a ona, że nie ma łusek, trupa, ciała, nic. Ty patrzysz i rzeczywiście: dowody zniknęły.

Piątkowska, Talko – ‚Talki z resztą’

Słowo mówione współuczestniczące prowokuje do refleksji, że nie tylko na męsko-damskiej linii frontu można zostać rozstrzelanym.
Nawet jeśli broń trzyma pozornie niegroźna siedmiolatka.

- Jesteś głupia.
- Hmmm… Możliwe, ale obawiam się, że w takim razie Ty również jesteś w grupie szczególnego ryzyka.
- ?
- Jesteśmy spokrewnione.
- O nie!

Dramatyzm sytuacji zniweczył całego misternie utkanego focha.
Pozostała wspólna konsumpcja popcornu.
Akurat zabrakło mu amunicji pod pokrywką.

Kiedy 19 = 11? | 2006/09/19 |

na przykład w przypadku

Lokatora

września

i miesięcy

fot: Chuda

moje uczucie do ciebie
jest jak miska
pełna haczyków na ryby
nie da się wyjąć jednego
bo inne się czepiają
dlatego ich nie dotykam

Pokój Marvina

U nas w domu nie praktykowano mówienia sobie o uczuciach. Ba, wszelkie rozmowy o emocjach ucinane były zanim zdążyło wybrzmieć pierwsze słowo sugerujące ten trudny temat. Wszystko obracano w żart albo zastawiano się brakiem czasu. Celowo używam formy bezosobowej. Bo gdybym napisała ‚nie mówiliśmy sobie kocham’, skłamałabym. Bo mówiłam. A gdybym użyła sformułowania ‚nie odpowiadali’, też minęłabym się z prawdą, bo okazywać znaczy przecież więcej niż mówić. Można mówić ‚cenię, szanuję’ a po roku jak cenienie i szanowanie przejdzie, zakurzy się pozwalać sobie na mieszanie z błotem. Okazuje się bez słów. Ale ważniej. I mocniej. Tyle, że pewnych rzeczy nigdy się nie dotykało.

Czułam wiele, nie powiem, zawsze bywało huśtawkowo, raz lepiej, raz gorzej ale ostatecznie i tak wszyscy kończyliśmy w tym samym punkcie. Jakby cztery pary stóp stanęły na mecie równocześnie. Taka magia, że cokolwiek by się nie stało, człowiek czuł się kochany. Mimo wszystko. Co by nie przeskrobał, drzwi zawsze zostawały otwarte. Butną i bujną młodość spędziłam jednak w przekonaniu, że nikt mnie nie kocha, nie lubi i w ogóle ‚jestem odpadem atomowym’. Czort jeden wie ile głupich rzeczy zrobiłam i powiedziałam zanim dorosłam do tego, o co mi szło od samego początku. O mówienie, rozmawianie, komunikowanie się.

Bo do dialogu dojrzeć musieliśmy wszyscy. Do tego, że nie wystarczy okazywać, że potrzebne są też słowa. Pewne sprawy muszą wybrzmieć. Mieć tembr głosu, barwę i znaczenie głosek. Dopiero wtedy stają się realne. Dopiero wówczas można w nie uwierzyć. Zadziało się między nami od tamtej pory wiele. Przewroty o 360 stopni i przepoczwarzania się z nieznajomych sobie właściwie osób w rodzinę. Długo to wszystko trwało i bywało bolesne ale ostatecznie stanęliśmy na tej linii jednocześnie. Cztery pary nóg.

Łatwiej mi przychodzi uśmiechnąć się do Zdzicha przez światłowód albo przytulić Mamuta, wciąż lekko zagubionego w tym wszystkim. Choć nadal esemes od Siostrzycy, która pierwszy raz w życiu ‚kocha mnie i jest ze mnie dumna’ budzi więcej zdumienia niż ewentualna wygrana w totka, w którego przecież nie gram. Ale i więcej radości. Strasznie się cieszę, że nam się udało, choć tyle wody musiało upłynąć i tyle nieszczęść się wydarzyć byśmy się odnaleźli. Na to, by pewne słowa brzmiały w nas naturalnie i tak też były przyjmowane, przyjdzie nam pewnie jeszcze trochę popracować. Ale mam poczucie sukcesu. Pamiętam osiemnaste urodziny i mój pierwszy tort ze świeczkami. Tego dnia oczywiście standardowo pokłóciłam się o coś z rodzicami a na Siostrzycę obraziłam śmiertelnie. Z wzajemnością. Zdmuchując płomyki pomyślałam raczej z rezygnacją niż z wiarą, że chciałabym byśmy przestali być sobie obcymi ludźmi pod wspólnym tylko dachem. Chyba się udało.

Igora staram się wychować inaczej. Nie chciałabym powielić czegoś, o czym wiem, że nie jest najlepsze i bardzo się na tym skupiam. Bo mi zależy. I na Nim i na sobie. Jeszcze się skupiam ale wierzę, że wkrótce będę mogła przestać. Że to będzie naturalne. Jakbym w życiu nie robiła niczego innego. Często Mu mówię, że Go kocham, jaki jest wspaniały, jak bardzo cieszę się ze wszystkich małych-wielkich osiągnięć i kim dla mnie jest. I okazuję Mu wszystko. Nawet jeśli nie wszystko jeszcze rozumie. Bo w miłości musi być miejsce i na gniew i na radość. W przeciwnym wypadku wszystko będzie udawane. Jak sztuczny miód.

Dotykam wszystkich uczuć. Nazywam je, określam, odczuwam. Wyjmuję i podnoszę do ust. Nawet jeśli inne się czepiają.

Wywoływacz | 2006/09/15 |

Na drzwiach grupy pierwszej w żłobku jest psychodeliczny Smerf z solidnym zezem i mało inteligentnym wyrazem niebieskiej twarzy. Lokator ukochał go nad życie. Gdy tylko wkraczamy w poranne odcinki naszej prywatnej telenoweli i przestępujemy próg żłobka, Młody już wypatruje Smerfa. Obrazek ów wywołuje na twarzy mojego Dziecka szczęśliwość absolutną. Mamut, czyli ja, przestaje istnieć. I tylko pozornie ułatwia mi to sprawę pozostawienia Ludzkiego na pastwę samotności i ukradkowego łkania, które notorycznie jawi mi się w nadwyobraźni pomimo dość dobrej znajomości Młodego i Jego totalnego uwielbienia dla żłobka i Etatowych Ciotek. Bo w sumie to powinien przynajmniej udawać, że będzie tęsknił… Facet jeden.

Na drzwiach wejściowych mojego azylu wisi kolorowa tabliczka oznajmiająca światu, iż zamieszkują tu ‚Bajtki małe dwa’. Nieodmiennie wywołuje ona wybitne obrazy na obliczach postronnych a przygodnych osobników zabłąkanych w ten kąt korytarza. Przedwczoraj wychodząc do sklepu natknęłam się na Pana Licznika zastygłego w bezruchu w pozie flaminga. Z tym że ten flaming miał obie nogi na ziemi a w charakterze dzioba wystąpiła ręka wyciągnięta do zapukania. Stał tak chyba już kilka chwil najwyraźniej wahając się, czy nie wyskoczy na niego jakiś podstarzały pokemon w modnym kolorze majtkowego różu. Dziś natomiast Pan Listonosz zapukał, owszem, nawet dwa razy ale gdy otworzyłam, długo szukał w zakamarkach pamięci słów, które chciał mi przekazać. W końcu między jednym a drugim ‚dzień dobry’ stanęliśmy na tym, że chodzi o jakiś list. Dostałam. Pożegnałam się. Położyłam na stoliku. Dopiero po kwadransie, gdy znalazłam czas by go otworzyć, spostrzegłam, że w miejscu adresata nie widnieje moje nazwisko. Ani nawet adres. Odniosłam list dwa piętra wyżej i klatkę dalej. Te tabliczki to czasem niezłe zamieszanie potrafią wywołać :)


  • RSS