Wpisy z okresu: 9.2006

Mamut kontrolowany | 2006/09/14 |

Za tydzień wyjeżdżam z chórem do obcych krajów. Będziemy zmagać się konkursowo z resztą świata i usilnie przekonywać jury, że potrafimy śpiewać nie pływając po rozmaitych tonacjach. A jeśli już to robimy to umyślnie i tak właśnie stoi w nutach. Kciuków zaciskanie wskazane. Zwłaszcza sobotnio-niedzielne. Jedziemy autokarem, więc wygoda średnia raczej ale liczę przynajmniej na częste postoje. Nadzieję mam również na epizodyczne zjawiska czasu wolnego, które pozwoliłyby mi choć odrobinę zaznajomić z kulturą kraju młynów, tulipanów i chodaków. Ale jak znam życie i przewidziany grafik, czas wolny będzie w sam raz na resztki snu. Pierwsze przesłuchania od 6.30 jawią się póki co raczej mgliście i nietęgo. Więc całkiem prawdopodobne, że Holandię poznam li i wyłącznie na podstawie folderka, który uda mi się szczęśliwie przechwycić w antrakcie. Ale generalnie strasznie się cieszę, że jadę. Nie wiem co prawda jak tam ta moja solówka w 16 koncercie Bortniańskiego wypadnie ale w końcu od czego mamy przychylność bogów. Jak mnie trema nie zeżre to pójdzie. Jakoś. Oby dobrze.

Z uwagi na sporą odległość, niezbyt przychylne warunki, małoletniość i przewidywalny chroniczny niedoczas, Obywatel Piszczyk zostaje w kraju pod opieką Mamuta. Dokładnie za tydzień Mamut zostanie przetransportowany z Mamutowa do mieszkania z tabliczką ‚Bajtki Małe Dwa’ na drzwiach i pozostanie w nim – z przerwami – do wtorkowego popołudnia. Wtedy prawdopodobnie powrócę. Zdzich zapowiedział codzienne popracowe Mamuta kontrolowanie i pomoc w sytuacjach niekoniecznie kryzysowych a w weekend nawet obserwację uczestniczącą. Mamut oczywiście standardowo boi się czy podoła i w ogóle lęka się znacznie i o wszystko. Ze wskazaniem na wszystko. Nie skutkują logiczne skądinąd spostrzeżenia, że skoro ma się dwie osobiste odchowane córki i troje wnucząt na liczniku, to chyba jednak znak, że radę się dało. Jednak. Zasłania się wówczas Mamut niepamięcią i ogólną marudliwością ale sam po chwili przyznaje, że w sumie to nawet się cieszy. Nieczęsto ma okazję pobyć trochę z Igorem a On rośnie jak szalony, więc prawdopodobnie właśnie pewne chwile mijają bezpowrotnie. Fajnie móc je w porę wyłapać, ułożyć w odpowiednim miejscu pamięci na zielonym suknie i przecierać miękką szmatką przy okazji rodzinnych wspomnień. Tak sobie przynajmniej myślę.

Oczywiście w związku z wszystkim powyższym już zaczęłam przygotowywać alfabet zakazów, nakazów i pouczeń ale o ile znam Mamuta i Zdzicha, jeszcze nie wybrzmi dobrze odgłos zamykających się za mną drzwi a już zacznie się akcja rozpieszczanie. Będę potem miała kwadratowego Lokatora, którego głównym zajęciem będzie ocena jakości noszenia na rękach tak drogocennego skarbu jakim jest On sam i wielopoziomowe świergolenie. Ale taka to już chyba rola Dziadków. Ponoć własne dzieci się wychowuje, a dzieci swoich dzieci – rozpieszcza. Może to i dobrze. Ja nie miałam szczęścia poznać swoich – za wcześnie odeszli. Niech przynajmniej Młody się nacieszy. W końcu ma ich tylko dwoje.

I to jakich:

- A jak zacznie krzyczeć?
- To udamy, że nas nie ma.
- Niby jak?
- Normalnie. Posiedzimy w bezruchu aż pójdzie spać dalej.
- Eee. Nie nabierze się.
- One się nabierały.
- Ale tylko raz. Potem już patrzyły przebiegle.
- To po Tobie…
- Fakt, po Tobie maja resztę charakteru.
- Koniecznie chcesz się kłócić?

:))

Dziś na dworze jest tak pięknie, że normalnie tylko wyjść i się potarzać w jakichś chaszczach. A już najlepiej grupowo. Jakby cała jesień miała być taka to ja bardzo serdecznie poproszę nawet z dokładką. Dawno dawno temu kiedy jeszcze byłam małym chłopcem i świecąc żółtymi rajstopami biegałam po przedszkolnym korytarzu, straszliwie nienawidziłam leżakowania. Teraz marzę skrycie, że pewnego dnia wszystkie marszałki wraz z laskami zatwierdzą odgórne rozporządzenie o obowiązkowym leżakowaniu w każdym miejscu pracy. Dajmy na to o godzinie 13.

Generalnie lubię jak świeci słońce. Ma się wtedy we krwi taki poziom endorfin, że ustawowo nakazane powinno być wówczas honorowe krwiodawstwo. Może nie uzdrowiłoby to nikogo jakoś szczególnie bardziej ale na pewno mniej pacjentów wychodziłoby ze szpitali z depresją. Albo wolniej oswajaliby nową. Chwilowo jednak jeszcze czas długi honorowym krwiodawcą nie będę, więc na tym lubieniu słońca pozwolę sobie pozostać.

Oczywiście jest cała masa przypadków, w których lubię gdy za oknem plumka mi o parapet deszcz (na przykład dół gigant z przyległościami wręcz wymaga empatii ze strony aury żeby mój weltszmerc lepiej korespondował z burością nieba) ale dziś jestem heliocentryczna. Chyba, że mi się odmieni. W końcu trzynasty. Jak mi się odmieni to będę zgrzytać i brąchać, że świeci to słońce i że po co bo przecież nie jest znowu aż tak cudownie by trzeba było od razu dodatkowe oświetlenie uruchamiać. I że wręcz parszywie jest. Zwłaszcza miejscami.

Ale tymczasem brąchanie odkładam na jakiś późniejszy spadek formy z niekorzystnym biometem w tle i cieszę się ze słońca. I z ciepła. Bo ja straszny zmarzluch jestem i gdy nie ma słońca, to zaraz mi kończyny z zimna sztywnieją. Gdybym była facetem to mogłabym się nawet cieszyć czasami (o ile wszystkie końcówki sztywniałyby w tym samym stopniu) ale nie jestem. I cierpię srodze z gilem do pasa gdy jesień po okresie przejściowym tak zwanej rekrutacji, kiedy to jest piękna, złota i słoneczna, standardowo zamienia się jednak w polską, słotną, błotną i pochmurnie szarą. Pewnie w folderze reklamowym o tym nie wspominali. Albo było drobnym druczkiem. Dla amatorów lunet i mikroskopów.

A tak przy okazji to czy normalne jest, że jedną rękę mam zimną a drugą ciepłą? Bo ja nie wiem. Ale może to przez notoryczne trzymanie zimnego Schweppes’a wytrawnie grejpfrutowego w dłoni? Hmmm… To może być jakiś trop drogi Watsonie.

Młody w drodze do żłobka się cieszy. Podobnie jak w drodze do domu. I w domu. I rano i w południe i pod wieczór. I w ogóle On to generalnie się cieszy. Poza drobnymi wyjątkami, kiedy się wnerwia i strzela focha uskuteczniając Ryk Kontrolowany. Ryk Kontrolowany polega na tym, że rzuca się w nieokreśloną bliżej przestrzeń Okrzyk Ostrzegawczy i czeka na reakcję otoczenia, czyli mnie. Jeśli otoczenie, czyli ja, wykazuje się całkowitym brakiem reakcji, Okrzyk Ostrzegawczy przybiera na sile. Jeśli nadal nie przynosi to oczekiwanych rezultatów prócz siły Okrzyk Ostrzegawczy przybiera na częstotliwości. I tak w trybie niejednostajnie przyspieszonym dochodzimy do Ryku Właściwego. Do Ryku Właściwego otoczenie, czyli ja, stara się nie dopuszczać bo mogliby zareagować sąsiedzi a ptactwo okolicznego parku mogłoby odnieść trwały uszczerbek na zdrowiu z uwagi na przekroczenie dopuszczalnego poziomu decybeli. Ot uroki macierzyństwa.

Na stałe jednak Lokator ma przyklejonego do twarzy takiego banana, że nie spotkałam osoby, która na Jego widok nie odśmiechnęłaby się do nas. Nawet jeśli sama ma akurat własną kromkę chandry do przeżucia i średnie powody do się odśmiechania. To miłe. Myślę, że bez tego byłoby mi znacznie trudniej cieszyć się jesienią. Nawet jeśli to tylko rekrutacja.

Dobra. Poddaję się. Nie dam rady. Prędzej wyskrobię z moich osobistych klepek podłogowych las niż cokolwiek znajdę w tym mieszkaniu. Zwłaszcza teraz gdy zdołałam już upodobnić je (bez zbędnych starań nawet) do hinduskiego bazaru -dużo wszystkiego i nigdy nie wiadomo na co trafi Twoja ręka.

W kącie wala się sterta ubrań wymieszana z lokatorskimi zabawkami w sposób sugerujący na bliższą zażyłość. Dwa kolejne kąty są bezpieczne, gdyż w żaden sposób nie da się ich zagracić – stoją w nich meble co znacznie hamuje inwencję twórczą autora w kwestii rozrzucania odzienia, przyborów toaletowych i innych utensyliów. W ostatnim dostępnym kącie znajduje się łóżeczko, które Ludzki wypełnia notorycznie przemycanymi w tajemniczych okolicznościach kuchennymi sprzętami wagi piórkowej i lekkiej oraz w godzinach nocnych sobą. Przynajmniej teoretycznie.

W praktyce wygląda to tak, że Młody się – kurdupel jeden – wycwanił i w okolicach trzeciej wydaje z siebie okrzyk ostrzegawczy. Okrzyk ostrzegawczy charakteryzuje się tym, że wydaje się go jeszcze z zamroczonymi snem oczami i obowiązkowo stojąc rozchwianie ogólne maskując przytrzymywaniem się szczebelków ale na tyle donośnie, by śpiący nieopodal Mamut (czyli ja) zerwał się z okrzykiem: pożar/ratunku/bierz mnie, gryź mnie i demoluj (opcjonalnie) a następnie ocknąwszy się z maligny, dla świętego spokoju zabrał do swojego łóżka.

Wtedy można Mamutowi spokojnie i z czystym sumieniem gruchać i świergolić do ucha o setkach ‚bab’ w różnych tonacjach i na rozmaitych częstotliwościach i Mamut nie ma wyjścia… musi nas słuchać. Ale nic to, przecież jeszcze zdążymy się wyspać. Bo jak się już nagadamy, nauśmiechamy i nafikamy koziołków, to zmęczeni padniemy snem sprawiedliwego. Wtedy Mamut (czyli ja) ma już tak wrednie przytomny wzrok, że doskonale widzi upływające na cyferblacie minuty snu, który właśnie mija mu bezpowrotnie. A gdy już te minuty widzi to się stresuje, że musi szybko zasnąć, bo wtedy istnieje jeszcze taka posybilitacja, że może jeszcze zdąży się wyspać. Stres generuje wścieka, wściek wkurwa wielopoziomowego i jest Meksyk ogólny z mistrzem w tańczeniu lambady i brzdąkaniu na ukulele.

Wtedy już tylko czeka się do rana umilając sobie te całe oceany tykających sekund książką, opracowywaniem planu zdobycia Mount Everestu korespondencyjnie i w dziesięciu ratach, bądź też snuciem morderczych wizji ze smacznie chrapiącym przy uchu Dzieciem w roli głównej. Na ogół jednak kończy się na przygnębiającej wędrówce do lodówki, odnalezieniem w niej masła (czasem też samotnego ogórka) i próbach wyobrażenia sobie, że chleb, który właśnie konsumujemy wcale nie jest taki sędziwy jak nam się zdawało.

Czasem jednak opuszczają nas wszelkie racjonalne pomysły i przypominamy sobie nagle, że gdzieś tu mamy schowane coś i to coś już dawno obiecywaliśmy sobie znaleźć. Nie ma wówczas bata, żebym zaczęła myśleć o czymś innym i zignorowała ten nurtujący problem natury logistycznej. Bo to coś na pewno nie jest w stanie wytrzymać ani chwili dłużej w miejscu, w którym aktualnie przebywa. Zemrze, sczeźnie i rozdziobią go kanarki Sąsiadki Z Góry. Do usmarkanej piątej będę udawać, że drzemię przewracając się z boku na bok na tyle na ile pozwala mi obecność Lokatora w mojej osobistej pościeli, a potem wstanę i klnąc na czym świat stoi zacznę ryć niczym glebogryzarka. Przekopię się przez pokój, zahaczę o kuchnię, łazienkę, zajrzę do schowka na odkurzacz i do szafy szumnie zwanej garderobą. A wszystko po to by finalnie załamać nawet ręce i obligatoryjnie stwierdzić, że se ne da. Pach pach.

Bo to już mam w genach po moim prywatnym Mamucie, że jak coś gdzieś wtrynię to w dobre miejsce. Dobre miejsce zaś charakteryzuje się tym, że jest tak super_hiper_mega_giga dobre, iż nikt nie jest w stanie go określić. Choćby w przybliżeniu. Nikt, nigdy i pod żadną współrzędną nie wpadłby bowiem na genialny w swej prostocie pomysł umieszczenia czegoś co będzie chciał znaleźć tam, gdzie w życiu nie przyszłoby mu do głowy nawet szukać. Ale to się z reguły dopiero okazuje grubo post factum i w najmniej oczekiwanym momencie.

Za Chiny Ludowe i wczasy w cukierni nie znajdę więc tego czegoś. Chyba, że wcześniej trafi mnie szlag nagły a celny i wraz z ciosem w potylicę przyniesie mi osobisty zestaw młodego radiologa z okularami wyposażonymi w fale mego ulubionego profesora Roentgena.

Miłego dnia

Właśnie popadam w uzależnienie.

Uzależnienie ma nieziemski zapach, obłędny smak i w ogóle nie mam pojęcia jak mogłam dotąd funkcjonować bez niego.
O losie, historio i sklepowa półko.
Zakochałam się w Haribo Beerentraum.
Bez pamięci.

Nie wiem co na to rozsądek ale kubki smakowe szaleją. Zwłaszcza za czarnym bzem i jeżyną.

Niniejszym oznajmiam, że jestem uzależniona od żelatyny, więc albo ktoś inny będzie odbierał Młodego ze żłobka (bo ja się nie zmieszczę w drzwi jak tak dalej pójdzie) albo Młody ogłosi niepodległość… a następnie rozbeczy się dokumentnie żądając respektowania swoich praw i zmiany pieluchy.

Jeszcze tylko jeden Synu, obiecuję

Wietrzniaki i meduzy | 2006/09/11 |

Weekend był klasycznie nudny. Wolny piątek wykorzystałam na latanie na miotle po lekarzach i rozmaitych urzędach do spraw, więc klasyczna nuda jawiła mi się jako upragniona i wytęskniona oaza. W końcu ile razy na dobę możemy powtórzyć pesel? I adres zamieszkania? I tłumaczyć dlaczemu różni się i to znacznie od adresu zameldowania. Kurza melodia, niech się Paniusia ze mną wybierze do Mamutowa to Paniusia zobaczy czemu wynajmuję zamiast mieszkać tam gdzie meldowali. Tylko uprzedzam, żeby nie było grymasów, nie każdy ma swoje przepisowe dwa metry na głowę. Czasem jest półtora na resztę ciała i też się żyje. I się nie marudzi.

Mamut dostał pocztą wypowiedzenie. Nagle, bez zachowania stosownego okresu, pocztą. Umotywowane brakiem zaufania pracodawcy do pracownika. Brakiem też nagłym bo dotychczas zaufanie było. A wydawałoby się, że będąc na chorobowym jest się prawnie chronionym. Albo, że do biegania ze ścierą po szkolnej szatni nie jest potrzebne nic poza wiadrem z wodą. Pani z PIP-u poleca wysłać pismo. Poza tym zawsze są jeszcze sądy pracy. Prawda jakie to proste? Tylko Mamut dziwnie smutny. Bo przecież przed pójściem do szpitala i praca była i zaufanie i wszystko. A teraz nic. Nie wie czy napisze pismo. Z poprzednim pracodawcą wygrała w sądzie pracy i co? I nic. Tylko buty, co były niewygodne, rozchodziła. Na zachodzie bez zmian.

W nocy śniło mi się jezioro. Było skute lodem choć temperatura powietrza sugerowałaby początek lata. Stąpałam niepewnie po grubej tafli i obserwowałam jak pod spodem kłębią się tłuste, ciemne ryby. Pod moimi stopami lód parzył i skwierczał a ja tylko zastanawiałam się czy ryby słyszą moje myśli. Nie wiem czego bałam się bardziej – tych ryb czy lodowatej wody. Przecież nie umiem pływać.

Obudził mnie płacz Igora. Płakał przez sen. Zupełnie jakby śniło Mu się coś złego.

Do rana przytulałam Go pod kocem wsłuchując się w spokojny oddech. Poprzedniej nocy też nie spałam. Małego bolał brzuch i upojne godziny spędziłam na zaparzaniu i studzeniu kopru włoskiego. Opcjonalnie. Z niewyspania powróciłam do czytania książek. Naszły mnie chęci na czytanie Irvinga. Zaraz potem pojawił się żal… że nie posiadam.

Ponoć nie można tęsknić za czymś czego się nigdy nie miało, nie doświadczyło. I ponoć nie da się odczuwać braku w miejscu, które zawsze było puste. Zupełnie nie wiem dlaczego bo mnie często zdarza się tęsknić do rzeczy, których nigdy nie robiłam i osób, których prawdopodobnie nigdy nie poznam. Dlatego też specjalnie nie zdziwiła mnie przemożna chęć zaznajomienia się z panem Irvingiem, z którego twórczości znam ledwie tytuły. I to też kilka.

W sobotę wybraliśmy się z Pablosem na spacer. W parku rządziły wietrzniaki a Lokator radośnie piał w Orlando Brumie do biało-czerwonych słupków. Wietrzniaki to takie stworki, których nie widać ale na pewno są. Tylko one potrafią tak złośliwie zrzucić czapkę albo zawiać nam włosy na twarz dokładnie w momencie, w którym wgryzamy się w soczystą brzoskwinię. Biało-czerwone słupki zaś służą do uskuteczniania pomiędzy nimi wyścigowych slalomów wózkowych, na które Mamut, czyli ja, nigdy nie ma siły, a które wujek Pablos od czasu do czasu Lokatorowi funduje. Jeśli rozdziaw ludzkiej szczęki jest wprost proporcjonalny do współczynnika szczęśliwości, rozważam możliwość przeprowadzki na przyszpitalny parking, gdzie owe słupki zamieszkiwać zwyczajne.

Przy okazji parkowych rekreacji obserwowaliśmy ukradkiem olbrzymi dźwig, z którego dwóch panów w koszulkach zwykło zrzucać weekendowo przygodne ofiary bungee-jumping’u. Niestety tylko jednego śmiałka udało nam się zoczyć a to też bez entuzjazmu bo nie wrzeszczał, nic z siebie nie wydzielał i paskudnie solidnie był przypięty bo nawet odpaść nie chciał. Choć targało nim porządnie w górę i w dół jeszcze parę razy zanim jego stopy ponownie powitały ukochaną siostrę grawitację. Więcej chętnych nie było.

Spragnieni mordu i widoku krwi przezornie nie poszliśmy słuchać wojskowej orkiestry dętej, której rozstroje dochodziły naszych uszu uparcie i z daleka. Jeszcze byśmy kogoś walnęli jaką trąbą. Za to zachwyciliśmy się z Pablosem (och, romantyzm po prostu w pełnym rozkwicie) pobliskim domem spokojnej starości. Jeśli uda mi się zestarzeć prawdopodobnie będę żałować, że nie jestem zasłużonym pracownikiem budownictwa. Za taki widok z okna jednoosobowego pokoju i park na własność mogłabym dać się posiekać do obiadu. W talarki.

Niedzielę strawiłam na turlaniu się z Młodym po podłodze, chlipaniu w mankiet na filmie (chlipaniu z bezsilności bo nadal mam zrypany odtwarzacz i oglądam metodą stop-klatka), trawieniu tego co zjadłam i ogólnie pojętych wygibasach kanapowych. W tak zwanym międzyczasie zdążyłam znienawidzić Strucla za borowanie w ścianie otworów na wystawę plastyczną w antyramach chyba, opierdzielić go równo z sufitem za kopcenie papierochów pod moim oknem i pokochać za wyniesienie śmieci. Bo wystawiłam do wyniesienia olbrzymi wór na wycieraczkę. Swoją. I on zniknął. Wór, nie Strucel rzecz jasna. Nikogo innego jak Strucla właśnie nie podejrzewam o nagłą kradzież zużytych pampersów o ładunku niezłej biologicznej bombki. Chyba, że mu capiło nieziemsko spod drzwi wejściowych i tylko dlatego wyniósł. Tak czy siak hekatomby nie będzie, towar został wyniesiony, mieszkańcy kamienicy pożyją jeszcze czas jakiś. A Struclowi gratulujemy odwagi.

Dziś do pracy udało mi się nie zaspać. Prawdopodobnie tylko dlatego, że nie spałam już od czwartej. Zastanawiam się, jadąc porannym tramwajem, jak długo da się nie dosypiać zanim organizm powie nam głośne brzdęk a powieki zaczną marzyć o zrośnięciu. Albo zanim kogoś nie ukatrupimy zardzewiałym szpadlem. Wszak długotrwały brak snu generuje agresję. Tylko co poradzić gdy ten brak snu to wcale nie przez Lokatora, który śpi jak anioł. Ani przez ‚godzinę piątą minut trzydzieści’ wyśpiewywane pieprzowymi głosami pod oknem bo i do tego od czasu do czasu zdążyłam się przyzwyczaić. Ani nawet nie przez budzik co za głośno tyka. I cienie na ścianie.

Mam stanowczo za dużo myśli i za małą głowę. I za jasny księżyc w samym oknie. Jasny, pełny. Idealny. Jak kształt kuli.

Zaraz potem z zamyśleń wyrywa mnie widok metalowej konstrukcji z gigantyczną bańką na szczycie. Wygląda toto jak statek kosmiczny z epoki wczesnego Gierka. Albo późnego Gomułki. Myślę, że gdybym była dzieckiem, strasznie chciałabym sprawdzić co jest w środku. I prawdopodobnie by mi się to udało choć nie jestem pewna czy miałabym wtedy szansę na dorosłość. Wygląda na mało bezpieczną i przywodzi na myśl raczej sceny z ‚Dark Water’ niż z placu zabaw. Mijamy się spojrzeniami zawsze w tym samym miejscu – przystanek przed dawnym dworcem. Niedawno ktoś całą konstrukcję pomalował kolejną warstwą żółto-burej farby a na bańce umieścił czarną czcionką napis. W końcu się poznałyśmy.

Na imię jej Meduza.

Sinusoida | 2006/09/10 |

Czy nie ma pani czasem dość takiego życia?
Góra, dół, we living on the edge i dom otwarty?

Hmm. Czy ja wiem. Nie, raczej nie. Fakt, czasem trochę uwiera ta nierówność, niepewność, nieprzewidywalność. Ale w gruncie rzeczy się przyzwyczaiłam. Tylko ten dom otwarty tak nie do końca. Raz pełno, przez weekend bo ktoś przyjedzie i lgną do niego inni a zaraz potem pusto. Pusto na dłużej. To tylko tak wygląda. Bo przecież nie opisuje się zwykłego, nudnego dnia. To niepoczytne. Opisuje się to co warte zapamiętania. Wyjątkowości. Więc to nie całkiem takie na białym czarne i muzyka w tle. Ale nie narzekam.

Wiele mam. Wiele więcej niż bym mogła chcieć. Przecież mnóstwo osób narzeka, że życie towarzyskie wygasło, że ząbkowanie i pieluchy mało mają wspólnych mianowników z piwem w pubie i nocnym maratonem w kinie. Mam sporo szczęścia. Nauczyłam się po prostu nie przyzwyczajać do ludzi. I nie wymagać by byli na stałe. Każdy ma swoje życie. Warto o tym pamiętać i nie oczekiwać, że nagle zaczną żyć naszym. Zresztą tak między nami mówiąc to kto by tego chciał? Ja nie.

A od czasu do czasu ludzie są mili. Przyjdą, opowiedzą o tym co ich ostatnio spotkało, co myślą, czasem spytają co u mnie, czasem poczekają na odpowiedź. Częściej byliby pewnie męczący. Poza tym jak jest pusto to widzę, że im jest dobrze.

Dziwi się pan? Ano tak. Bo nie przychodzą jak jest dobrze. Wtedy mają z kim dzielić się radością. Nie tracą czasu na tramwaje i esemesy tylko cieszą się życiem. Mają z kim. Nie, nie narzekam. Każdy dostał swoją rolę.

Czy mnie moja odpowiada? Hmm. Raczej tak. Chyba.

A jacy są ludzie? To chyba nie do mnie pytanie. Widuję takich co pamiętają po cichu. W sobie. Mają dla mnie ciepłe słowo gdy mijają się nasze przystanki. I tacy moi, co zawsze. Tych się nie docenia póki nie odejdą. A jak odchodzą to w piach. Bo skoro tacy moi to nie sami z siebie. Nie byliby moi ani tacy. I tacy są co pamiętają jak im smutno, bylejako. Pożalić się lubią. Albo ci co na święta dopiszą mnie do zbiorowych życzeń. Miłe to, nie powiem.

Są jeszcze ludzie co jak zapominają to na stałe. I wie pan co? Tych chyba lubię najbardziej.

Przychodnia. Siedzimy z Młodym czekając na swoją kolej i obserwujemy rzeczywistość. Na przeciwko Tata Z Córkami. Dziewczynki lustrzanie wręcz podobne. Dziś mają bilans sześciolatka – taki przegląd techniczny z okazji niedawnych urodzin i przyszłej edukacji. Lekko już znudzone przenoszą aktywność z rysunkowej na czytelniczą. Na ścianach wisi przecież masa wiedzy zewnętrznej.

- Tato… a cytologia to taka nauka?
- Jak astrologia?
- Eee… Nie bardzo chyba… Zapytacie mamy jak wrócimy bo tata się słabo orientuje. Dobrze?
- To na pewno nauka.
- No. O jajnikach pewnie.
- Zwariowałaś? O jakich jajnikach? O jajnikach byłaby jajologia…
- A astrologia? To jest o gwiazdach a nie jest gwiazdologia.
- Oj bo to o astronautach jest.
- Aha.
- A geologia? O ziemi jest. I co?
- Ale to z obcego języka jest.
- Aha.
- O popatrz. A tu na plakacie jest pan. To tata będzie wiedział…
- No. Tato? A co to jest prostata?

Padłam.
Bez odbioru.

Igorynki | 2006/09/07 |

Igorynki to takie bajeczki co to je wymyślam dla Syna. O stu pędzących imadłach, o Wandzie co nie chciała polskiego hydraulika i o lisie co dla odmiany chciał być Madonną. Igorynki wymyślać i opowiadać powinno się wieczorem, co zresztą próbowałam kilkakrotnie uskutecznić, ale niestety bez powodzenia. Lokator po kąpieli jest bowiem tak umęczon, że zasypia przy butelce kaszy szybciej niż zdążę się rozkręcić a gadanie irytuje Go wtedy bardziej niż mnie mało luksusowa pacha autobusowa podana mi saute w drodze do domu. Igorynki opowiadam więc rano na trasie do żłobka.

Zazwyczaj opowiadać zaczynam po wyrzuceniu śmieci i kończę tuż przed żłobkowym podjazdem dla wielokołowców. Zazwyczaj pomykam radośnie z Orlandem Brumem i Orlanda Należną Zawartością na piechotkę a Orlanda Należna Zawartość zerka lekko w tył prezentując w pełnym rozdziawie wszystkie swoje zęby i ich różne stadium wyklucia. Bo Orlanda Należna Zawartość bardzo lubi Igorynki i może niewiele z nich jeszcze rozumie (choć śmiem wątpić bo ostatnio przy wątku o Chippendales’ach zrobił gniewne ‚pfff’) ale strasznie ją najwyraźniej bawi mamucie zdyszanie i barwna intonacja, zależna od warunków atmosferycznych i liczby kamulców na chodniku.

To wszystko dzieje się zazwyczaj. Niekiedy jednak Mamut (znaczy ja) jest leniwy (albo zaśpi do pracy) i podjeżdża sobie tramwajem. Dwa przystanki mijają sprawnie a w żłobku jest się znacznie szybciej. Szkoda tylko, że nie zawsze Igorynkę da się skończyć przed wskoczeniem do wzmiankowanego pojazdu. Czasem można o tym zapomnieć. Zwłaszcza gdy tramwaj podjeżdża nisko_podłogowy i problemów z wtarabanieniem się do środka nie ma żadnych – wtedy nawet nie zaprzątnie mamuciej głowy gwałtowna myśl, że oto nadal gada w przestrzeń i słucha jej nie tylko Orlanda Należna Zawartość ale i całkiem przygodne acz liczne zgrupowanie. Dla ułatwienia nazwijmy je Zgrupowaniem Radosław.

Zgrupowanie Radosław początkowo miny ma nietęgie bo wszyscy razem i każdy z osobna próbują wydumać o co u licha babie nawiedzonej idzie, że gada farmazony aż się z niej Dzieciak śmieje. Potem, nie natknąwszy się na jakikolwiek ślad logiki, Zgrupowanie Radosław uśmiecha się półgębkiem. A następnie, po seriach półgębkowców i porozumiewaczy-szturchańców, rży już klasycznym ogierem rozpłodowym zerkając tylko tu i ówdzie czy aby wszyscy śmieją sie równomiernie. Przy tym rżeniu jednak Zgrupowanie słucha uważnie i czynny udział z życiu postaci z Igorynki bierze. Czynny do tego stopnia, że gdy mijają dwa przystanki i Baba Z Rozdziawionym Dzieciem wysiada, Zgrupowanie Radosław mruczy przeciągle i z niezadowoleniem. Bo też by się chciało dowiedzieć co było dalej.

Oczywiście pozwolimy sobie tutaj na małą dygresję wyjaśniającą. Bo Baba Z Dzieciem (czyli ja) wcale nie taka ciemna masa, że się nie zorientowała, że gada w tramwaju i Zgrupowanie Radosław jej słucha. Zorientowała się, a i owszem. Tyle, że było już trochę późnawo by udać, że pyta o drogę to raz a dwa, że lepiej opowiadać Igorynki publicznie niż ryzykować lokatorskie rozdarcie. Lokatorskie rozdarcie ma bowiem to do siebie, że znacznie potężniejsze jest od całego lasu rozdartych sosen i niejeden dom w okolicy mógłby runąć niczym szklany. Ot moc i potęga.

Wysiadłszy z tramwaju opowiadałam więc swoją Igorynkę dalej zbliżając się nieubłaganie ku końcowi i ścięciu kolejnej wrednej księżniczki… i nawet nie zauważyłam, że od Zgrupowania odłączył się jakiś Przygodny Radosław (który usilnie i samorzutnie próbował mi pomóc z wózkiem przy wysiadaniu z tramwaju… niko_podłogowego tramwaju). Przygodny początkowo podążał obok w zadumie by po chwili skomplementować mnie gwałtownie i niespodziewanie. Że niby fajne te historyjki wymyślam i w ogóle. Zaskok był pełen bo przyznam szczerze, że nawet Przygodnego nie przyuważyłam konkretniej – młody, rosły, upierzony. Sądziłam, że chciał pomóc to pomógł i sobie poszedł. Po drugim oglądzie dodałabym, że nawet szkoda, iż wcześniej umknął mojej uwadze, bo nawet było na czym oko zawiesić. Jednak zaskok jest zaskok i zamiast wydusić uprzejme ‚dziękuję’ i stanowczo pomknąć dalej (w końcu byłam już spóźniona), wydukałam spłoszone ‚dzień dobry’ i pokryłam się rumieńcem. W miejscach strategicznych. Przygodny najwyraźniej nie zrozumiał tego jako ‚odczep się pan bo w ryj dać mogę dać’ i przedstawiając się zerknął mi w dekolt. A trzeba dodać, że byłam w tej bluzce na ramiączkach, z koralikami, tej ładnej, w której wyglądam chudo i brązowo, więc dekolt był. Tylko za diabła nie wiem co on tam w tym dekolcie mógł dostrzec. Lupy ma wmontowane w gałki czy jak? Bo ja czasem patrzę i patrzę i nic ciekawego nie widzę. Przypominam raczej płaskowyż niż zdublowaną Czomolungmę, więc tym bardziej się zacukałam z lekka. Ale nic, nadal mu nie przylutowałam bo w sumie nie co dzień faceci mi po dekoltach łypią. A częściej wcale i po niczym. Prawie zawsze nawet. A tu proszę. Taki kwiatek i to z samego rana.

Jeśli nieznajomy mężczyzna wysiądzie za tobą z tramwaju, nie uciekaj od razu wrzeszcząc, że mordują. Poczekaj, wszak masz pod ręką dziecko, którym w stosownej chwili możesz poszczuć samca… jeśliby do tej pory nie zauważył był czasem.

Wdzięcznie więc kucnęłam za Orlandem Brumem (niby poprawiając obywatelską chustkę) skąd oboje z Ludzkim mogliśmy podejrzliwie wgapiać się w Przygodnego. Jego jednak to nie zraziło. Mało tego, uśmiechnął się. I jak się uśmiechnął to mnie normalnie nogi zmiękły w kolanach, bo fakt faktem, że z tego Przygodnego to niezłe ciacho i dlaczego_ja_to_dopiero_teraz _zauważyłam?! Ludzki oczywiście zdrajca zaraz zaczął się szczerzyć prezentując Przygodnemu całą swoją dostępną klawiaturę. A ja nadal udawałam, że akurat muszę sprawdzić czy koła aby napompowane walcząc rozpaczliwie z coraz bardziej ekspansywnym burakiem ogarniającym mi czoło wraz z przyległościami. W końcu jednak ile można sprawdzać koła. Podniosłam się mężnie i zakomunikowałam, że bardzo miło i w ogóle (przemilczałam jak bardzo) ale w zasadzie to się spieszymy i do_może_kiedyś_przypadkiem_zobaczenia. Przygodny z lekka się zasmucił (no dobra, prawie… ale na pewno był blisko) i na odchodnym pochylił się jeszcze nad Igorowskim, odśmiechnął i rzekł, że bardzo Mu zazdrości takiej mamy.

Dobrze, że byłam tak drastycznie spóźniona. W przeciwnym razie musiałabym się owinąć z wrażenia wokół rynny i w tym niewygodnym przykurczu poczekać na deszcz.

Chociaż po głębszym zastanowieniu pewnie chodziło mu o te Igorynki, że ciekawe są. I w ogóle. Poza tym jakoś średnio jestem zainteresowana adopcją trzydziestolatka. No.

Ale i tak…

Henryku, płonę!

. | 2006/09/07 |

Wczoraj w domu Siostrzycy palił się dach. Dwunastopiętrowiec. Strażacy gasili pożar przez trzy godziny. Na szczęście nikomu nic sie nie stało ale zniszczenia są. I stres. Wszyscy przecież wybiegli tak jak stali. Z dziewczynkami pojechała do teściowej, bo najbliżej. Dziś bała się wejść zobaczyć mieszkanie. Od góry do siódmego piętra mokro i smród gaśniczej piany. Oni na szóstym. Fart? Oby. Póki co wszystko wygląda normalnie.

Ogień zaprószyli robotnicy lutujący na dachu jakieś metalowe elementy. Mieli tylko coś naprawić.

Przez sześć lat z kawałkiem mijamy się i obchodzimy dookoła. Dotykamy się palcami wyciągniętych rąk badając czy nie posuwamy się czasem za daleko. Czy aby na pewno to w dalszym ciągu tylko przyjaźń. Czy możliwa jest jeszcze powtórka z tego losu co niby ślepy ale nie głupi. Bo przecież już kiedyś prawie nam się udało… Raz jedno raz znów drugie chce coś zmienić w tym układzie sześcianów i graniastosłupów. Ale nigdy nie wracamy w te same miejsca, w te same dotyki i nikt słów już tych samych nie wkłada nam w usta. Przez sześć lat z kawałkiem byliśmy sobie najważniejsi. Nie zmieniły tego kilometry czy zdarzeń koleje, związki i rozwiązki miłosne, wzajemne urazy i miesiące milczenia. Wciąż wracamy do siebie i odnajdujemy te same zmarszczki czasu, kosmyki włosów, uśmiechy. Udajemy. Ja nadal udaję, że spałam gdy kiedyś głaskałeś mnie po szyi, ramieniu, dłoni. Że ten masaż nie zrobił na mnie wrażenia a gęsia skórka na plecach to efekt chłodu. Ty nadal udajesz, że nigdy żadnych uczuć nie było. Poza tymi politycznie poprawnymi, obranymi z porywów i lejców co dawno zerwane. A jeśli nawet były to dawno przykrył je kurz i zmęczenie. Choć nadal wierzę, że na końcu świata za siedem przemian znalazłbyś mnie po pieprzykach. Wytrzymaliśmy wszystkie moje dramaty nasercowe, obopólne depresje i Twoje przeprowadzki, opiliśmy niejednego drania i jedne studia, wokół zmieniało się wszystko, w nas tylko kolejne miesiące i repertuar filmowych wieczorów z makaronem i winem. Od czasu do czasu zdarza nam się zapomnieć. Mówimy sobie wtedy słowa wyrwane z naszych prywatnych kontekstów i łudzimy się, że nie zorientujemy się jak bardzo nam siebie brak. Że ja nie wspominam niespodzianek, gdy po pracy wsiadałam w pociąg tylko po to by po siedmiu godzinach wysłać Ci spod okna ‚puk, puk’, godzin odsypianych nad ranem gdzieś pod kocem przez pracą, zachwytów nad wschodem słońca na peronie, małych-wielkich radości. Że Ty nie myślisz o mnie cieplej niż o niżu nad Grenlandią. Że nie było Ci przykro wiedzieć o wszystkim styczniowym i powtarzać, że wszystko będzie dobrze. Że każde z nas nie patrzy co rano na drugą szczoteczkę do zębów co tkwi w naszym prywatnym kubku bezczynnie jak wygasły wulkan. Nigdy później nie wracamy do tego co w przypływie słabości z nas wypłynęło. Jakby tego wcale nie było. Zazwyczaj jesteśmy mili i rzeczowi, ciepło wypełnia nam dłonie i całujemy się grzecznie w policzek na ‚do widzenia’ a przytulamy od wielkiego dzwonu. Pamiętamy o urodzinach, imieninach i świętach. A co roku w czerwcu z rozrzewnieniem wspominamy naszą pierwszą rozmowę. Tylko w źrenicach widać o wiele więcej niż chcielibyśmy pokazać. Oboje dobrze wiemy, że gdzieś tuż pod skórą iskrzy i pulsuje wszystko to co przez te lata zostało niewypowiedziane. To wszystko co sprawia, że wciąż te same szczoteczki tkwią w tych samych kubkach. Co rano uśmiecham się do Twojej. Co jakiś czas przychodzisz po pracy by zobaczyć jak rośnie Igor i co nowego potrafi tym razem. Zmęczony. Ale zawsze lubisz się z Nim pouśmiechać. Za kilka dni pewnie znów przyjdziesz. Zrobię Ci herbatę. Bez cukru. Jak lubisz. I podam talerz zupy ‚z górką’. Jak lubię ja. Potem wykąpiemy Młodego, nakarmimy a gdy już uśnie powiemy sobie ‚na razie’ i oddzielimy nasze światy drzwiami. Do któregoś z następnych wieczorów. I nie wspomnę jak bardzo bym chciała żebyś został i po kąpieli rozczesał mi włosy. Wczoraj w nocy wysłałam Ci esemesa. Właśnie mi się śnisz… Choć i tak wiedziałam, że nie odpiszesz.

Tak. Lubimy się


  • RSS