Wpisy z okresu: 10.2006

Strasznie mnie wkurza głos tej kobiety co pod sklepem czeka z wózkiem dzieciowym podczas gdy jej małżonek wychwala gestykulując przy tym zaciekle (żeby żona dała się nabrać oczywiście, bo to teraz taki trend marketingowy: pokazywać jak łatwo, lekko i przyjemnie zrobić kogoś w balona) kredyt w jednym z banków. Głos, który kojarzy mi się z dźwiękiem paznokci przesuwanych po tablicy magnetycznej w zatęchłej salce do fizyki.

Normalnie jak ona jęczy to swoje ‚Ależ ty negocjowałeś!’ to mi się wszystkie ostre przedmioty we wszelkich posiadanych w chałupie kieszeniach otwierają. Wielokrotnie.
Mam ochotę odnaleźć reżysera i puszczać mu ten zapętlony fragment przed snem. Co wieczór. Cóż. Kiepski ze mnie target.

(Mal, świetnie pamiętam co to za bank ale reklamą zdziałali tyle, że jak to ja – z premedytacją nie skorzystałabym z usług tej firmy. Podobnie jak ze sklepem ‚nie dla idiotów’ – nie byłam w nim i nie będę. Dla zasady. Wolę takie dla wszystkich.)

Za to uwielbiam ścieżkę dźwiękową Koszmarnych Koturn. Koturny mogą sobie wsadzić głęboko, gdzie tam im wejdą, wszyscy spece od reklam razem wzięci. Ale ta muzyka jest świetna.

A całkiem prywatnie mam ochotę na kardamonową kawę przy Eve Cassidy. I migdałową kąpiel w wannie. Albo taką z cynamonem. Ze świeczką zapaloną tuż za środkowym kafelkiem i nie za dużą pianą. Tak jak lubię. Najlepiej godzinną.

Czy da się wyłączyć Dziecko na godzinę? Beż użycia młotka?
Szczerze wątpię.

Kult w Stodole | 2006/10/31 |

Kata w ramach urodzin (i nie tylko) zabrała mnie na koncert Kultu. Koncert oczywiście był fantastyczny i fenomenalny a Kazik jest nie do zdarcia. Co potwierdza tysiące naocznych i nausznych świadków. Tylko niestety my już się starzejemy, albo czasy się zmieniły tak jakoś niepostrzeżenie. Nie o to chodzi, że średnia wieku drastycznie się obniża bo to nie tak – na Kult zawsze przychodziły i siuśmajtki i dziadki – taka muzyka i to właśnie jest w tym wszystkim najlepsze. Jestem przekonana, że nigdy nie będę się tam czuła staro, czy nie na miejscu, bo zawsze widzę masę osób starszych od siebie o grube tomiszcza minionych wiosen. Ale kiedyś o ile pamiętam (a pamiętam bo nigdy z tym problemu nie miałam) młodsza młodzież zachowywała się w miarę normalnie. Czyli jak kto komu gdzieś wdepnął czy łokieć wsadził (co jest zrozumiałe na koncercie gdzie sie tańczy, skacze, bryka i ogólnie dokazuje) to burknął cichcem przepraszam (albo na migi bo czasem decybele były bardziej stężone w powietrzu niż piwny smrodek) i starał się nie uskuteczniać powtórek z rozrywki. Tymczasem teraz im młodzież młodsza tym łokcie ma mocniejsze a odruch burczenia zanikł był chyba jeszcze za poprzedniej reformy szkolnictwa. Widziałam pokrwawione nosy i straszną złość w oczach – i tu nie chodziło tylko o przypadkowe wymachy kończyn czy wypadki przy pracy pod sceną. W związku z powyższym coraz trudniej się dziwić, że coraz mniej małych dzieci rodzice targają na własnych barkach by usłyszeć po raz setny ‚mieszkam tu tu tu tu’. Ja osobiście bałabym się zabrać Lokatora na Kult w Stodole, choć pamiętam, że jeszcze dziesięć lat temu całe połacie sali przy drzwiach były okupowane przez Pieluchowców. Wtedy sobie pomyślałam, że to strasznie fajne zabierać dzieci na dobrą żywą muzykę, nie ograniczać się tylko do płyt… i że też tak chcę. Kiedyś. Teraz pomyślałam, że świat się strasznie zmienił. A ludzie razem z nim. I chyba nie nadążam. Bardzo mi przykro, że nie mogę spełnić jednego z moich dość istotnych postanowień w kwestii muzycznej edukacji Lokatora, bo bardzo liczyłam, że Syn będzie mi towarzyszył na koncertach i razem posłuchamy sobie sekcji dętej a potem z biegiem lat będziemy obstawiać, w którym tym razem miejscu rąbnie się w tekście Pan Staszewski. Pan Staszewski – człowiek jakich mało. Ale jak widać nie zawsze można mieć co się chce. Przynajmniej nie w tym miejscu. Może poczekam na Juwenalia. Kto wie. Szans jeszcze kilka przewiduję.

Siedziałyśmy sobie pod ścianą sącząc zawartość plastikowych kubeczków i czekałyśmy na pierwsze takty. Ktoś coś mówił, ktoś inny go słuchał, a ktoś nie, dziewczyna w szortach bardzo starała się nie pokazać, że taki koncert to coś nowego, że to wcale nie jedno z pierwszych wielkich wyjść w jej karierze, że rodzice nie będą czatować przy oknie gdy wróci a ona sama jest na luzie. Ludzie przewijali się nam przed oczyma jak kolejne klatki z celuloidu. Kata opowiadała o cudnym swetrze, który prawie mi kupiła w szmateksie ale gryzł i drapał a głupio jej było wysyłać mi esemesa o treści ‚czy lubisz jak gryzie i drapie?’. Po raz kolejny szacowałam zmiany jakie zaszły tu od zeszłego roku. Barman uwijał się na czas zamieniając beczkę piwa w pianę grubą na dwa palce, chłopak w dredach śmiał się zbyt głośno by dalej wydawać się naturalnym, wszystko toczyło się swoim torem. Nagle pod barem zamajaczyła mi znajoma postać. Znajoma niegdyś bardziej niż najbardziej moja kieszeń. Postać zaczęła niebezpiecznie się przybliżać a ja poczułam, że pieką mnie policzki. Zamarłam. To był Jakub. Ten sam, z którym dawniej sny same dzieliły się na pół. Logiczne. Jest tutaj, przyszedł na koncert. Przecież zawsze słuchaliśmy tej samej muzyki. Stanął tuż przede mną, na dwa rąk wyciągnięcia, powietrze zgęstniało niemal namacalnie, podszedł dwa kroki, rozejrzał się, najwyraźniej kogoś szukał, potem jeszcze przeszedł obok tak blisko, że na ramieniu poczułam szorstki materiał znajomej nogawki i wrócił tą samą drogą. Dopiero teraz drgnęłam. Wzięłam kolejny oddech strzepując z karku zimny dreszcz. Nie poznał mnie. Tak po prostu wtopiłam mu się w tło. Ostatnio widział mnie przecież w okularach i z włosami do pasa. Kilka lat i trochę zdarzeń temu. Raczej nie przyszło mu do głowy, że ta łysa dziewczyna zastygła pod ścianą po turecku z kubkiem w dłoni to ja. W sumie to dobrze. Ale. Dziwne uczucie. Ja. Taka przezroczysta, w pół słowa urwana.

Dziwne uczucie.

Zaległości | 2006/10/30 |

Ponieważ nie lubię jesiennej chandry i przygnębienia, za to lubię ludzi, postanowiłam dać się wciągnąć w wir ich towarzystwa. Czasem nic nie działa na mnie lepiej niż posiedzenie i pogrzanie się w ciepłych opowieściach życzliwych osób. Nawet gdy opowieści średnio ciepłe są to terapeutycznie działa na mnie sama obecność takiego gościa, co siadł pod mym liściem bądź zaprosił pod własny i zamierza poświęcić mi to co ma najcenniejszego – swój czas. Weekend był więc towarzyski i upłynął głównie na szeroko pojętych rozmowach, jeszcze szerzej pojętym konsumowaniu i wąsko pojętym spacerze. Zacznę od końca, bo lubię.

Razem z sobotnim wieczorem w mojej szafie wygodnie umościł się Nielot, który co prawda – jak deklaruje – nie lata, ale jeździ pekaesem. (Tu od razu włącza mi się margines i niczym przerywnik tematyczny zza winkla wyskakuje facet z bokobrodami ala wczesny Elvis – jak pekaesy to pekaesy – na którym okrakiem siedzi Dodo grzmocąc go przez łeb parasolem). Ptak przyjechał na niedzielę i miałyśmy szczery zamiar wybrać się na polowanie na wiewiórki do Łazienek (bo tam Baśki jak oszalałe pakują się na ramiona – tak są pooswajane) i nawet w tym celu specjalnie nie wyżarłam wszystkich orzechów ale jak na złość padało i siąpiło w sposób strasznie złośliwy. Ponadto Młody miał (i niestety ma nadal) dość spory katar co uzmysławia mi dość boleśnie, że sezon na przeziębienia i żłobkowe siąkania nosem właśnie się rozpoczął. Wyczulona jestem na te wszystkie smarki do granic obłędu bo zbyt dobrze jeszcze pamiętam lokatorskie przygody z zeszłego roku i nadal jak o tym pomyślę to mam zimne dreszcze. Zostałyśmy więc z Dzieciem w domu i bycząc się w piżamach (przynajmniej niektórzy) kursowałyśmy tylko między kuchnią a pokojem nakładając sobie kolejne porcje to sałatki z tuńczyka, to paciajki kurczakowo-pieczarkowo-ryżowej z sosem z topionego serka, w którym zwłaszcza zakochał się Nielot, to strasznie pysznego kwaśnego kapuśniaku, który to popełniłam w sobotę i w którym zwłaszcza zakochałam się ja albowiem prawie cały już wyżarłam a garnek mam z gatunku tych sporszych. Śmiem twierdzić, że nie było to się_byczenie takie złe. Od czasu do czasu tylko jedna czy druga malowniczo udrapowana na kanapie (i tu mam odwieczny problem bo nie wiem jak nazwać moje obecne łóżko – ani to narożnik, ani sofa, ani tapczan a na kanapę stanowczo za małe ale niech tam) rzucała okiem lewym bądź prawym na krajobraz zaokienny z nadzieją na możliwość choć krótkiego spacerku do pobliskiego parku, ale ani ta nadzieja nie była wielka ani aura sprzyjająca. Grunt, że zrobiło się jeszcze bardziej buro, deszczowo i zimno a wiatr targał drapakami z dziedzińca gorzej niż tancerz prowadzący swoją partnerką w kolejnym odcinku ‚Tańca Połamańca’ na tefałenie. Zatankowałyśmy zatem do pełna szarlotką, rafaello, jakimś zbłąkanym pomarańczkiem i litrem herbaty w rozmaitych konfiguracjach a następnie obgadałyśmy blok reklamowy z poczuciem dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku. Może i ambitne plany nie wypaliły i uziemiłyśmy się całkiem po domowemu ale przynajmniej nagadałyśmy się do syta. Na jakiś czas. Wieczorem Dodo spakowała się, otrzepała piórka i po obściskaniu mnie i Lokatora udała się na swój pekaes. Fajnie jest jak przyjeżdża. I tak sobie myślę, że chyba nie tylko mnie. Młody długo jeszcze stukał plastikowym klockiem w wejściowe drzwi robiąc ‚papa Ptaku, papa’. A Dodo w naszej łazience zostawiła pastę do zębów. Ja wiem, że to nie drobniak w umywalce ale może to też znak, że chce wrócić? :)

wzzzium

W sobotę rano zrobiłam zakupy i walcząc z wiszącym u nogi Lokatorem usiłowałam doprowadzić mieszkanie do stanu, który mgliście majaczy mi w pamięci jako Względnie Porządny łamany na Niewielki Rozgardiasz Ale Do Opanowania. Nieład, bajzel, pieprznik, bałagan, mekong delta na podłodze i sajgon w szufladach – tak w skrócie mogłabym scharakteryzować moje przytulne gniazdko. Dziada z babą z przysłowia tu brakuje od niepamiętnych czasów (czyli od roku bo rok tu mieszkamy), okna były myte ale jakiś Pokurcz Z Góry notorycznie mi je zalewa podlewając swoje kwiaty (bo przecież musi mieć ogród na zaokiennym parapecie – dwadzieścia paprotek i jakiś kurna byczy fikus wewnątrz nie wystarczy – a ogród jak widać trzeba polewać obficie i najlepiej ogrodowym szlauchem). Zza zacieków widzę jakby gorzej ale to nie rzutuje bo i tak jak wracam do domu to jest ciemno, więc jakby (tak, kocham ‚jakby’ i walę je z premedytacją wszędzie gdzie się zmieści) nie ma sensu na nic co za oknem patrzeć. Kwiatki osobiste już nawet nie schną bo przez rok się nauczyły, że tu żaden Ritz (tylko prędzej Sahara z efemeryczną wymianą na Niagarę) i trzymają pion nienagannie (może powinnam je wystawiać za okno – w końcu Pokurcz Z Góry tym szlauchem dałby radę i mnie i jeszcze tym z parteru podlać wszystko… sądząc po zaciekach), a odkurzanie już nawet nie mija się z celem ale podąża w ogóle w inną stronę. Przynajmniej odkąd Młody ma zwyczaj rozprasowywania kukurydzianych chrupek i herbatników po wszelkich dostępnych powierzchniach ze szczególnym upodobaniem dywanu. Tego samego, z którego za..trważająco trudno jest wyczyścić cokolwiek i do tej pory wyciągam z niego przy rozmaitych okazjach swoje długie włosy. Cóż, taki mocno wspomnieniowy dywan. Ale primo – nie jest mój tylko właścicieli, secundo – nie ruszam go z miejsca, tertio – bo wszystko ma być w dokładnie takiej konfiguracji w jakiej to zastałam. Wkurwa już nie mam i nawet nie warczę przeciągle. Taka jestem za..sadniczo opanowana. Więc generalnie dałam sobie spokój. Ze sprzątaniem.

Zresztą i tak w okolicach południa przyszła Lukrecja z Nikodemem, Czarnym i Fasolą, zatem bez sensu byłoby sprzątać przed gośćmi. Sprząta się zwyczajowo po gościach obowiązkowo przy tym utyskując, złorzecząc i brąchając pod nosem niecenzuralnie. I po raz kolejny okazuje się, że nie pasuję do stereotypu polskiej gościnnej gosposi, bo albo nie sprzątam wcale albo sprzątają u mnie goście a wyrazów używam rozmaitych niezależnie od obecności osób trzecich. Młody i tak zna je wszystkie od czasów życia płodowego, jest więc szansa, że nie zrobią na Nim najmniejszego wrażenia. Z dwojga złego wolę by uczył się ode mnie niż od przyszłych przedszkolnych guru – przynajmniej nie narobi błędów fleksyjnych. Ale wracając do odwiedzin – Lukrecja to Lukrecja, Nikodem to jej mąż, Czarny to pies o wiadomym ubarwieniu, Fasola zaś nie wiadomo kim jest bo póki co od zbyt niedawna zamieszkuje wnętrze Lukrecji by móc to stwierdzić. Ale już wszyscy Fasolę lubimy. Coś mi podpowiada, że to będzie kolejny facet w towarzystwie, choć skrycie wolałabym kobitkę. Możnaby rozwiązać kwestię przyszłej synowej. Póki co jednak to po prostu Fasola. Lukrecja wygląda fajnie ale jak twierdzi czuje się wręcz przeciwnie. Nikodem posiwiał ale deklaruje, że to ze szczęścia a poza tym wcale nie tak bardzo. Czarny zaś z miejsca stał się obiektem uwielbienia Lokatora, bo ten oszalał wręcz na punkcie psa i biegał za nim na czworakach z prędkością nadświetlną porzuciwszy bezpowrotnie wieżę z klocków i kolejkę. Nawet nowy samochodzik nie wzbudził tak gwałtownych emocji jak obecność czworonoga. Bez wzajemności – pragnę zauważyć – ale to już nie zostało wzięte pod uwagę. Czarny nie miał wyjścia – musiał przetrzymać. Pod koniec skapitulował i pozwalał sobie nawet wywijać uszy na lewą stronę. W czasie gdy Igor z psem usiłowali poszerzyć nam metraż, my z Lu oplotkowałyśmy jej firmę, moją firmę, zdążyłyśmy powspominać lekcje angielskiego, gdzieśmy się poznały i przyznać, że czas zatoczył koło. Wtedy ja byłam w ciąży, teraz ona. Nikodem zrobił pyszne naleśniki z dżemem truskawkowym a do drzwi zapukała Haluta. W samą porę. Najedliśmy się wszyscy po sufit. Odsapnąwszy nieco, zaczęłam szykować obywatelskie ruchomości podręczne. Wszak na popołudnie umówiłyśmy się z Hal u Gogi a już byłyśmy jakby nieco spóźnione. Lu z Nikodemem też mieli mieć gości, więc szybko zapakowaliśmy się w nasze jesienne pokrowce, Młodszą Młodzież opatuliłam i zamontowałam w wózku (tak, już mam wózek, nie Orlando bo Orlando nie wrócił ale dostaliśmy taki jeden do użytkowania) i wszyscy zgodnym kurcgalopkiem ruszyliśmy na podbój tramwajów. Trzeba było się dostać na drugi koniec miasta. I to najlepiej na 10 minut temu.

U Gogi oczywiście najadłyśmy się ciasta, które jest absolutnie fantastyczne i obłędnie smakuje czekoladą i popiłyśmy kawą z amaretto, więc zadowolone byłyśmy jak dzikie świnie w obierkach. A jeszcze do tego ja mogłam się na chwilę odczepić od przyczepionego do mnie ostatnio niemal na stałe Dziecia i wręczyć Go uradowanej Gogenzoli, która co prawda ma własne potomstwo (Syn, lat dwanaście) ale jakby już za stare na przytulanie do piersi i zanadto wyszczekane na doń gaworzenie i guganie. Póki co zadowolone byłyśmy obie – ja dostarczyłam pachnącego nowością roczniaka i mogłam się zająć rozgłaskiwaniem na płasko jej kota, tudzież między jednym a drugim migdałowym siorbnięciem zwyczajnie sobie pokonwersować nie patrząc lewym okiem na rozmówcę a prawym na Lokatora, czy przypadkiem nie usiłuje obdarzyć mnie przydomkiem Wyrodna Matka zrzucając na siebie półkę z książkami lub telewizor, ona się rozpłynęła w uśmiechach do Igora i oczywiście zaraz stwierdziła, że też chciałaby takiego prywatnie jeszcze raz mieć ale śmiem przypuszczać, że już nie pamięta z czym to sie prócz gaworzenia, gugania i tulenia wiąże. Nic a nic. I szybko by mnie znielubiła, że przy okazji mnie i Młodego ta myśl jej się w głowie skrystalizowała. Halka też wyglądała na zadowoloną bo w końcu ostatnio kursuje tylko na trasie praca-dom a czasem warto tak sobie posiedzieć przy cieście, kocie i stole u Gogi by pogadać o pierdołach. Potem przyszedł nam do głowy jeszcze szatański pomysł, który z miejsca wcieliłyśmy w życie. Mianowicie pojechałyśmy na trzeci koniec miasta by odwiedzić Kolegę Maćka. Kolega Maciek jest szaleńczo zakochany ale i straszliwie samotny, gdyż jego ukochana nie mieszka w Warszawie ani nawet w jej okolicach i ‚rzadko widuje ją’, nawet ‚z chłopakami’. Siedzi całymi dniami w wielkim domu z wielkim psem i smędzi Godze przez telefon, że on się nie wyrwie bo nie może. No. To skoro on nie mógł to my się wyrwałyśmy. Z korzeniami. Zapakowałyśmy się z Lokatorem i jego wózkiem do auta, przy okazji Pani Szofer Gazu musiała wrócić po okulary, bo z domu wyszła bez oczu a miała jakby prowadzić samochód (ona tak zawsze te okulary zostawia i albo się w końcu nauczy jeździć na pamięć – czego nie polecam – albo na gwiazdkę damy jej bilobil z przypominaczem, żeby nie zapomniała zażyć). Kolega Maciek ucieszył się na nasz widok tak bardzo, że zaczęłam się obawiać czy przez ostatni rok w ogóle widział ludzi ale okazało się, że widział. I widzi codziennie. Po prostu tak ma. To zresztą jest strasznie fajne bo poza Igorem gdy wracam z pracy i moim świętej pamięci kotem Dudusławem, nikt tak się nigdy na mój widok nie cieszył. Budujące. Młodemu najbardziej spodobał się dom i rozległość przestrzeni – tyle podłogi na raz to on dawno nie widział. Niestety długo tam nie gościliśmy bo zrobiło się już późno i Lokator zaczął zdradzać oznaki znużenia tudzież umiarkowanego wścieku. Co za dużo to niezdrowo. Czasem nawet on wysiada. Pożegnaliśmy się więc do następnego razu (który ma być jak nic nie stanie na przeszkodzie w sobotę) i pognaliśmy w dal siną a odległą. A Obywatel Piszczyk w trzy sekundy po włączeniu silnika zamienił się w Obywaleta Chrapacza i udał do krainy kolorowych snów. Lubię na niego patrzeć gdy śpi. Zawsze się uśmiecha.

Mamut dostał skierowanie do szpitala. Skierowanie bo bez skierowania to trzeba teraz stracić przytomność na ulicy żeby przyjęli. I najlepiej jeszcze w trakcie zadzwonić na ten darmowy numer 112 bo nikt inny tego nie zrobi. Przynajmniej nie w Warszawie. No więc dostał skierowanie a na skierowaniu dostał rozpoznanie i dopisek wołami, że pilne. Cito znaczy. Nigdy nie byłam w szpitalu na planowej operacji bo z reguły trafiałam do niego całkiem nie planowanie (no może poza porodem ale to całkiem inny typ szpitala jest). Mamut też. Wydawało nam się, że jak pojedziemy do wskazanego przez lekarza szpitala i okażemy ten świstek, to położą Mamuta na oddział i zrobią co trzeba. Na pewno, że się przejmą. Nie przejęli się. Ani rozpoznaniem co stało jak wół drukowaną czcionką, ani dopiskiem, że cito. Generalnie nami też się nie przejęli. Lekarz kazał być o siódmej rano, na czczo. Byłyśmy we wtorek, obie, choć raczej ja nie musiałam być na czczo. Ale raczej nie jadam tak wcześnie, więc byłam. Pani Izba Przyjęć, która ani na chwilę nie oderwała wzroku znad zeszytu, w którym coś mozolnie skrobała, rozkazała nie znoszącym sprzeciwu tonem iść na oddział i zapytać bo tam mają osobną izbę przyjęć. Bo tu takie PROCEDURY są. I poszłyśmy. Do innego budynku, do innej izby. Druga Pani Izba Przyjęć kazała nam czekać na korytarzu a sama wyprawiała przez telefon męża do pracy. Już wiemy, że mówi do niego Tuptusiu. Skowronki szybko jej opadły gdy wyjawiłam powód naszego tam wczesnego do niej przybycia i przedstawiłam stosowny świstek, czyli Bardzo Ważne Skierowanie.

- Co mi tu pani daje?! My tu mamy inne PROCEDURY! – usłyszałam i wtedy po raz pierwszy pomyślałam o procedurach, że są święte. Bo skoro to co wpisze lekarz prowadzący na skierowaniu do szpitala nic nie znaczy, procedury muszą być niczym krowy w Indiach. Pominę kolory jakie przybierał Mamut przez cały czas i to jak starałam się ją uspokoić (bo nie dość, że nagle dowiedziała się, że musi do szpitala a szpitali boi się panicznie to jeszcze nie wiadomo czy ją w ogóle przyjmą).

Ogólnie skrócę, bo rozpisywanie się nad kolorami w tym przypadku nie ma najmniejszego sensu. Grunt, że od siódmej do dziesiątej czas spędziłyśmy oczekując przed drzwiami Jego Magnificencji Punktu Konsultacyjnego usiłując nie dać się wygryźć czy wykopać z kolejki rozszalałym kobietom w wieku różnym. A wszystkie ze skierowaniami. Wszystkie na cito. Wszystkie od lekarzy, którzy mają pozwolenie na prowadzenie praktyki i jakiś już czas temu ukończyli uprawniające ich do tejże studia. Byłyśmy drugie. Kobiet było dwadzieścia. I tak muszę mówić tu o niebywałym szczęściu gdyż Jego Magnificencja Punkt Konsultacyjny czynny jest tylko i wyłącznie we wtorki i czwartki w godzinach dziesiąta.zero – jedenasta.zero. I przyjmuje tylko dwanaście pań. Koniec, kropka.

Punkt otworzył się o dziesiątej.dwadzieścia i za sprawą Pani Kusej Spódniczki pobrał on nas stosowne dokumenty. Rzeczone skierowania, dowody osobiste i ubezpieczenia, badania z oznaczeniami grup krwi i inne takie. Tylko czekałam aż Kieca Z Krawata zażąda aktualnej gwarancji do telewizora albo odpisu aktu urodzenia prababki. Ale nie. Wystarczyło. I teraz mogłyśmy oddać się bez reszty czekaniu na Jego Świątobliwość Ordynatora Wielkiego. Bo to nie koniec był a zaledwie następny przystanek. Ordynator Wielki zwykł przyjmować, co wyczytałam ze stosownej tabliczki nadrzwiowej, we wtorki w godzinach jedenasta.zero – czynasta.czydzieści. Jak się zatem okazuje miałyśmy taki fart, że spokojnie mogłyśmy puścić chybił-trafił w lotto. Ale żadna z nas o tym nie pomyślała. Może dlatego, że jak wyszłyśmy ze szpitala to było po trzeciej i miałyśmy dość. Ale po kolei. Ordynator Wielki przyszedł w samo południe – operację jakąś miał. Chyba bankową – pomyślałam ale ugryzłam się w język. Zarządził badanie. Mamut się zdziwił, że po co badać skoro tamten lekarz już badał, i rozpoznał, i skierował nawet, ale wyraziłam sugestię, że najwyraźniej lekarze sobie nie ufają i sami muszą się przekonać. No bo a nóż widelec tamten lekarz chciał zrobić Mamutowi dowcip. Prawda? Właśnie. Jego Świątobliwość wybadał co tam chciał, zlecił dodatkowe parę dziesiątek w plecy na jakimś super_ważnym_badaniu i kazał przyjść jutro. O siódmej rano. Do Pani Izby Przyjęć nr Dwa. Z jego skierowaniem. Pff.

Nie obliczyłam ile drzewek z lasów Amazonki poszło się głaskać przez to namnażanie papierzysk ale teczkę miałyśmy pulchną. Przynajmniej ona nie była na czczo. Wróciłyśmy do domu i już o szesnastej z minutami zjadłyśmy śniadanie. Było pyszne.

We środę o siódmej rano stałyśmy już przed drzwiami Pani Izby Drugiej Z Mężem Przez Telefon. Oczywiście od dwóch dni wstawałam o piątej aby oddać Igora do żłobka na szóstą i zdążyć na tę nieszczęsną siódmą pod ten je..dyny w swoim rodzaju szpital ale kto by się tym przejmował. Pani Izba na pewno nie. Rachunki za telefon to mają spore – tylko tyle mam do dodania. W telegraficznym skrócie: o dziewiątej Mamut był już na oddziale i dostał swoje łóżko a ja wykopałam spod niego zydelek, od dziesiątej zaczynały się operacje, o jedenastej wywieźli zielonego Mamuta do sali o srebrzystych drzwiach. Nie zdążyłam obgryźć paznokci bo już po kwadransie Mamut był z powrotem. Zdziwiłam się z lekka, że tak taśmowo ale ponoć niezły mieli przerób, więc przyspieszyli. Wyłączyłam wyobraźnię. Mamut spał. Do drugiej. Raz, słownie raz przyszła Pielęgniarka spytać co tam, jak tam i w ogóle. I zrobiła mi herbatę. Musi wyglądałam jak idź stąd. Lekarz przyszedł o szesnastej z minutami z wypisem. Nie pytał. Wygłosił kilka zaleceń i powiedział ‚do widzenia’. Bardzo śmieszne. Jeszcze tylko za trzy tygodnie musimy się zgłosić po bardzo_ważne_wyniki. I oto cała przygoda Mamuta ze szpitalem.

Nigdy nie sądziłam, że trzeba poświęcić dwa dni sterczenia, zżymania się i udowadniania, że nie jest się wielbłądem by poleżeć kwadrans na stole operacyjnym. I to ze skierowaniem. Jakby to jakaś Majorka normalnie była. A nie Praski. Zresztą w każdym jest dokładnie to samo. Tylko PROCEDURY mają święte.

———————————–

Jak to jest, że cokolwiek się nie powie, napisze, da do zrozumienia bądź do niezrozumienia… zawsze znajdzie się taki jeden lub pięć ktosiów, którzy mają bardziej? Mają bardziej, mocniej, głębiej i ogólnie intensywniej do sześcianu w nieskończoność. Nie żebym jakoś szczególnie się temu dziwiła bo w końcu każdy chce być wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, unikatowy i niepowtarzalny (tak wiem, że to wyrazy o wybitnie bliskich znaczeniach ale użyłam ich celowo co by podkręcić atmosferę wyczekiwania na to będzie dalej) ale czasem mnie to po prostu zastanawia.

Powiedz, że złamałeś nogę a zaraz usłyszysz co gdzie kogo boli, strzyka, kłuje i komu się ułamał paznokieć a komu górna trójka. Lewa. Wspomnij o stracie bliskiej osoby a usłyszysz monologi o miłosnych związkach i rozwiązkach, zawodach, zdradach, zbrodniach i karach. Bez Dostojewskiego w tle. Przypomnij sobie czasy butnej i buńczucznej młodości a zaraz znajdzie się milion osób, które balowało stokroć razy więcej i bardziej niegrzecznie. Jakby to jakiś wyznacznik był. Jakaś miara kto lepszy w licytacji.

Nie jest to w sumie nienormalne. Wręcz przeciwnie. Każdy przecież w rozmowie, która zbacza na znajomy nam temat ma coś do dodania, do wspominania, do obgadania i mówi o sobie bo niby o kim miałby skoro siebie przecież zna najlepiej. Niezdrowo i dziwnie mi się tylko robi gdy takie ktosie stale mają bardziej, mocniej, głębiej na każdy, absolutnie każdy temat. Bez wyjątku. I wszystko i zawsze rozumieją bo same tak te ktosie miały. Że ho ho. A przy przykładach porównań czasem nie wiem czy śmiać się czy płakać. Tak bywają zaskakująco niewspółmierne. No, ale niby dla każdego jego kłopot jest tym naj. I zrozumiałe. Tylko po co podkreślać to przy każdej nadarzającej się okazji. Przeciez wiadomo wszem i wobec, że nie ma piedestałów i wszystko jest względne. Każdy ma prawo się poskarżyć, czy pomarudzić, że też mu źle. Ale po co robić z tego misterium i celebrować w każdy parzysty piatek miesiąca. Wszystko jest dla ludzi… ale z umiarem.

Tak bardzo wyjątkowi i oryginalni chcemy być, że nie zostawiamy miejsca na normalność.

Zdumiewa mnie w ludziach pragnienie ciągłej rywalizacji. O wszystko. O pierdoły, o rzeczy ważne i istotne, o uwagę innych, o pępek świata. To akurat jeszcze jestem w stanie zrozumieć bo jak ktoś jest strasznie niepewny wartości własnej osoby to ciągle potrzebuje potwierdzeń i im bardziej namacalne tym lepiej. Ale o rozległość bólu i jego odczuwalność także są walki. A doprawdy nie wiem co w tym takiego pożądanego. Przecież litość jest strasznie płaska. I na pewno nie jest przyjemna. Na pewno. Więc czy naprawdę o nią tu chodzi? A może raczej o nieodpartą i stałą potrzebę zdeprecjonowania tego co czyjeś? Żeby nasze było na wierzchu. Zawsze dwa razy bardziej. I żeby pokazać, że to cudze to w zasadzie nic nie warte było. I że to pryszczyk taki. Wewnętrzne phi i nic specjalnego. A to co u nas to dopiero coś. To się fachowo nazywa atrybucja w służbie ego – ciągłe porównywanie i sprawdzanie się, żeby wypaść lepiej na czyimś tle. Tylko tak na dłuższą metę to musi być strasznie męczące. Tak myślę. No i porównywanie to jedno a deprecjonowanie kogoś i wszystkiego co jego to już całkiem inne kalosze. Tło tłem ale deptanie i umniejszanie już robi różnicę. Taką jak między lekceważeniem a drwiną. Lekceważenie może zakłuć ale nie rani, drwina owszem.

I nadal nie wiem co w tym takiego przyjemnego. Ale nieodmiennie przypomina mi się scena modlitwy w ‚Dniu Świra’ Marka Koterskiego i jej końcowe słowa: ‚dopierdolić sąsiadowi’.

Są ludzie dla których to życiowy cel. Z reguły nawet tego nie zauważają.

———————————–

Jeśli ktoś dotrwał w lekturze aż dotąd to jest dobry. W sumie podziwiam. Proszę wybaczyć, że notka długa, cętkowana, kręta i mało zabawna ale chwilowo nie mam ani siły na opisywanie dobrych rzeczy, które zazwyczaj tu kolekcjonuję. Co nie znaczy, że ich nie zauważam. I tak, obiecuję się poprawić. Jestem po prostu bardzo zmęczona.

Już po | 2006/10/26 |

Koniec końców operacja była wczoraj. Mama czuje się dobrze i jest już w domu. Ja nic nie czuję bo przez dwa ostatnie dni koczowałam w szpitalu po nocach usiłując opanować resztę świata z obywatelskimi dwójkami górnymi na czele. Niniejszym witamy górne dwójki z nadzieją na odpoczynek przed dolnymi. Choćby krótki.

Bardzo dziękuję w imieniu swoim i Mamuta za kciuki i pozytywną energię. Wzruszyła się jak jej powiedziałam, że pół netu na nią liczy, więc bez jaj.

Może jeszcze coś napiszę. Tylko niech się obudzę.

Gdybym była facetem… | 2006/10/23 |

… raczej nie chciałabym mieć na imię Gwidon…

No bo jak to tak. Ani się przedstawić normalnie żeby sie nikt nie uśmiechnął, ani zdrobnić, ani wzmocnić. Gwidek? No sorry Gwidek ale brzmisz komicznie. A wzięło mnie tak natchło gdy mi się porannie Pan Co Wolał Ze Mną dotelefonował.

- Dzień dobry, czy można?
- Dzień dobry, proszę bardzo.
- Bo ja telefonuję w sprawie faktur…
- Faktur? To ja pana przełączę może do księgowości bo ja się do faktur nie mieszam.
- Ale ja bym wolał z panią…
- Cieszę się, że pan by wolał ale ja się bazą danych zajmuję a nie fakturami, przykro mi.
- To może ja się przedstawię i pani już nie będzie przykro.
- Proszę??
- Gwidon Jemioła, miło mi. Prawda, że poprawia nastrój?
- Bbbardzo.

Oczywiście, że parsknęłam.

Koniec końców Pana Co Wolał Ze Mną i tak musiałam przełączyć do księgowości ale urzekł mnie tym, że potrafił tak pięknie śmiać się z własnego imienia. Urocze, doprawdy. Nie dość, że sobie oswoił trudne pewnie dzieciństwo i młodość, to jeszcze umiał wykorzystać ten cały ładunek pozytywnej energii, który nam się zbiera zawsze pomiędzy uniesionymi kącikami ust. Choćby tylko uniesionyni nieznacznie. Poza tym, podobnie jak Kata, bardzo lubię gdy ktoś do mnie ‚telefonuje’. Dzwonienie jest takie zwyczajne, aktualne i powszechne. Takie dzisiejsze. Telefonowanie z miejsca pachnie anyżkowymi herbatnikami i starym paltocikiem w wypłowiałą kratkę. I z reguły pięknie brzmi przedniojęzykowozębowym eł, ni już teraz kresowym ni uczonym ale zawsze z charakterem.

Margines dwa i pół. Czerwony.

Mamut idzie jutro do szpitala. Dostał skierowanie i ma cykora jak stąd do Irkucka. W związku z tym wzięłam wolny wtorek i od trzech dni uspokajam wezbrany potok skarg, zażaleń i obaw.

- Ale to trzeba na czczo.
- Wiem.
- Jak ja wytrzymam?
- Z trudem.
- No dzięki!

Przerwa na oddech.

- Ty ale ja od dwudziestu lat nie byłam na żadnej operacji.
- Dwudziestu ośmiu.
- No właśnie!
- To będziesz.
- Ale jak to?
- No normalnie, nie panikuj. Położą cię, uśpią, zrobią swoje i potem obudzą.

Drugi oddech.

- Ale wypuszczą mnie tego samego dnia?
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz?!
- A tak mówili?
- Mówili.
- To pewnie wypuszczą.
- Ty weź przestań bo jak Kondrat z tej reklamy jesteś a ja mu nie ufam.
- A co, źle mu z oczu patrzy?
- Nie ale to aktor jest. Dobry.

Po chwili.

- A jak mi coś zrobią złego?
- No coś ty, to lekarze są.
- No właśnie…

Po dwóch chwilach.

- A jak się nie obudzę?
- Odpada. Nie darowałabyś sobie żeby ich nie opierdzielić za niedoprane mankiety albo kurz pod łóżkiem.
- Fakt.

W związku i bez związku bardzo proszę o mocno zaciśnięte kciuki w intencji jutrzejszej Mamuta hospitalizacji bo nie wiem jak długo dam radę udawać, że jestem dzielna i nic a nic się nie boję. Choć to niby nic strasznego.

… ale na pewno byłoby mi łatwiej nosić te prawie jedenaście kilogramów.

Czasem prawie nie robi żadnej różnicy.

Pierwszy rok* | 2006/10/19 |


Równo rok temu dostałeś świat w prezencie. Przyglądałeś mu się wtedy okrągłymi oczyma nie bardzo wiedząc co z nim zrobić. A świat przyglądał się Tobie. Między innymi za sprawą mojego o nas pisania. Przez ten cały czas byłam i jestem tu po to by Ci pomagać w codziennych odkryciach, radościach, niespodziankach. Żeby łatwiej było stanąć i przejść pierwsze kroki i żeby każdy jesienny liść czy znaleziony w parkowej alejce kasztan cieszył jak samorodek w Eldorado. I żeby bardzo mocno Cię kochać. To przede wszystkim.

Życzę Ci, Synku żebyś zawsze pozostał takim pogodnym, rozumnym i dobrym człowiekiem na jakiego się zapowiadasz. I umiał dostrzegać to wszystko co ważne. Choćby to był tylko kamyk pośrodku piaszczystej drogi czy idealnie krągła kropla deszczu na tramwajowej szybie. Żebyś kochał i był kochany. I wiedział, że zawsze będziesz dla mnie Kimś. Kimś najważniejszym ze wszystkich Ktosiów na świecie. A gdy kiedyś za jakieś dwadzieścia parę lat to przeczytasz – mam nadzieję – żebyś wzruszył się tak ja teraz… gdy to piszę.

Twoja Mama

_______________
* ścieżka kariery w migawce czyli galeria

Zapieprz | 2006/10/18 |

Napiszę notkę. Obiecuję. Nawet mam o czym. Tylko chwilowo mam w pracy zapieprz dziki a kosmaty i muszę to wszystko jakoś ogarnąć. Z podłogi się zbieram powoli acz sukcesywnie i zawsze w końcu ląduję na czterech łapach. Jednak. Staram się więc o tym pamiętać. Jakkolwiek ciężko by było. Jest zatem szansa, że mi się zachce ponownie. Tylko już pewnie nie wszystko i nie tak. Ale lepsze to niż się nad sobą użalanie. Na to warczę i reaguję alergicznie. Tym niemniej dziękuję za słowa wsparcia i otuchy, za tabuny ciepłych myśli i życiową energię. Za życzenia też. Pomogły. Nawet te niewypowiedziane. A może zwłaszcza.

A z kwiatków na ugorze dodam tylko, że właśnie siedze w Firmie i dłubam w bazie danych wklepując dla odmiany jakieś idiotyczne nazwy razy tryliard pięćśet z rzędem cyferek, które nic nie znaczą i tam już szaleją w najlepsze święta bożego narodzenia… bo kalendarze były na tapecie miesiąc temu… i właśnie trafiłam na coś co przykuło moją uwagę na nieco dłużej niż przepisowy ułamek sekundy:

bombka z przedziałem 10 cm…

Zaprawdę powiadam wam – moja wyobraźnia mnie kiedyś zabije ;)

A tutaj bonus. Dla pasjonatów. Gdzieś tam jestem. Miłego słuchania.

Kolejna pani o powszechnie ponoć znanym w świecie nazwisku przekonuje, że jestem TEGO warta.
Czego dokładnie?
O tym odbiornik milczy. Taktownie i zachowawczo.

Skończyłam dwadzieścia osiem lat.
Życzę sobie jeszcze dużo dobrego.
Dziękuję

________________________
ps. klikanie w obrazki nie przenosi na drugą stronę lustra ale też bywa ciekawie

włamanie na śniadanie | 2006/10/16 |

Niniejszym się włamałam. To ja, Halka mówię.

Włamałam się albowiem mam do ogłoszenia jedną rzecz – mianowicie Bajka ma jutro URODZINY. I może dobrze byłoby, żeby te urodziny nie były najsmutniejszymi w jej życiu, prawda? Niewiele mogę zrobić, ale mam nadzieję, że jak tu coś napiszę, to się przyłączycie, co?
No więc…

Bajko, jesteś kimś bardzo ważnym dla mnie i dla całego tabuna innych osób. Nawet, jeśli znają Cię tylko stąd. Ja chcę Ci powiedzieć, że strasznie Ci dziękuję, że jesteś. Że mi przez te 5 lat nigdzie nie uciekłaś, ani nie miałaś mnie dość ;).
Życzę Ci żebyś się nie zmieniała, bo jesteś wspaniałym człowiekiem. Życzę Ci, żeby Twój syn też wyrósł na takiego wspaniałego człowieka, jakim Ty jesteś. Życzę zdrowia, uśmiechu na co dzień, więcej czasu dla siebie. Radości ze zwykłych-niezwykłych spraw i aby zawsze chciało Ci się rano wstawać z łóżka. :) Życzę, zebyś nie musiała się martwić o jutro. Życzę …dużo jeszcze mam tych życzeń, ale jakoś nie mogą mi przejść przez gardło. To znaczy przez klawiaturę. :) Ty wiesz, co to za życzenia. Na pewno wiesz. :)

Wlazłam co prawda bez pytania, ale mam nadzieję, że mi, Bajko, wybaczysz, bo inaczej jak miałabym ci nazbierać dobrych życzen urodzinowych?


  • RSS