Wpisy z okresu: 11.2006

… czyli dla Agnieszki i nie tylko.

Co prawda nieczęsto zdarza mi się stołować na mieście, bo z różnych względów wolę zjeść w domu to, co sama przyrządzę, ale jeśli ktoś chciałby a nie wie gdzie, to poniżej wpiszę kilka miejsc, w których można najeść się do syta i nie wydać przy tym fortuny.

Swego czasu studiując, często podczas tak zwanych ‚okienek’ korzystałam z miejskiej gastronomii, ale to głównie na Ochocie. Teraz trochę się pozmieniało ale nie znowu az tak. Nadal są lokale, gdzie żurek kosztuje dwa złote i zapewne jest tak samo dobry jak ten co gdzie indziej wyczyściłby nam poł portfela. Nie przerywając snu.

W samym tylko Śródmieściu jest trochę takich miejsc:

* Bar Mleczny ‚Bambino’ na Kruczej 21 (żurek po 2 zeta, mielony po 4, ziemniaki po 2 i kompot za złotówkę)
* Bar Mleczny ‚Złota Kurka’ na Marszałkowskiej 55/73 (barszczyk czerwony po 1.20)
* Bar Mleczny ‚Prasowy’ na Marszałkowskiej 10/16 (pieczarkowa po 2.37, żurek 2.50, klopsiki w pomidorach 5.50)
* Bar Mleczny ‚Familijny’ (mój ulubiony) na Nowym Świecie 39 (grzybowa po 2.10, ziemniaki 1.20, bigos 3.50 lub kotlet za 4.30)
* Bar Mleczny Uniwersytecki ‚Karaluch’, Krakowskie Przedmieście 20/22 (pomidorowa za 1.23, pierogi z mięsem 3.26, bigosik 3.26)
* Bar Mleczny ‚Szwajcarski’, ul. Nowy Świat (bliżej Pl. Trzech Krzyży) – ale trzeba się upewnić czy jeszcze jest bo w necie nie podają cen, może więc franca się był zamknął
* Stołówka pracowniczo-studencka, Krakowskie Przedmieście 26/28, wejście od Oboźnej (obiad do 10 złotych)
* Stołówka na Polibudzie, plac Politechniki 1 (gdzie jest pysznie, tanio i jeszcze raz pysznie ale nie wiem jak wytłumaczyć jak tam wleźć)
* Bar Studencki ‚Eufemia’, ASP, Krakowskie Przedmieście 5 (obiad do 10 złotych możliwy choć nie tak tanio już jak w innych barach)
* sieć Green Way – pyszne jedzenie wegetariańskie, na które czasem wyskakuję z pracy (za 10 złotych można się napchać po sufit i to z ciastem) – Hoża 54, Krucza 23/31, Plac Bankowy 4, Szpitalna 6 (ulubiony i blisko), Świętokrzyska 30
* obiadowy Oscar w Alejach Jerozolimskich tuż przy Rondzie De Gauille’a (dawna Redakcja), w którym wciąż trwa urodzinowa promocja a wraz z nią wielki talerz rozmaitości z grilla za 5.90.

Voila

Nie wiem jak Wy ale ja z całego jedzenia na mieście, które pamiętam z czasów akademickich, najbardziej lubię właśnie mleczne bary. Za stołówkową atmosferę, zaglądanie sobie w talerze z wzajemnością, nawoływania Pani W Czepku znad parującego klopsami i wielkim zupnym garem bufetu i tych ludzi, z których każdy po kawałku tworzył tych miejsc historię. Choć niósł też swoją własną.

Na pewno znalazłoby się jeszcze trochę takich smakowitych i niedrogich obiadowni (zwłaszcza, że tu tylko te w centrum wypisałam), ale tyle wyszperałam na gorąco. Miejsca pamiętałam a co do dokładnych adresów (których nigdy nie pamiętam, ale przecież nie będę tłumaczyć, że ‚za zielonym kioskiem trzecie drzewo w lewo’) upewniłam się w necie. Jak widać – da się. Trzeba tylko poszukać. A najlepiej mieć zaprzyjaźnionych studentów na podorędziu – podpowiedzą, polecą a może nawet podprowadzą :)

Wsiadł jakiś taki zamyślony, trochę nieswój, mocno niczyj. Nie tylko duży plecak na ramieniu zdradził, że przyjezdny. Najbardziej widać zawsze po zachowaniu, po sposobie chwytania poręczy w tramwaju czy autobusie, po dłuższej chwili oględzin przy bilecie, czy aby tym paskiem magnetycznym do tego dołu. No i patrzy wtedy zawsze inaczej na to miasto, które ja widzę nawet z zamkniętymi oczyma, choć czasem łapię się na tym, że nie widzę go wcale. Chłopak na oko dwudziestoparoletni. Zwyczajny sztruks brązowych spodni, zwykła kurtka, lekko znoszone buty, włosy skrzętnie pod czapką, tylko w oczach jakiś taki kłopot. Daleki. Rozejrzał się, jakby w poszukiwaniu miejsca nieco bardziej ciepłego niż obojętnie-mroźne spojrzenia pasażerów miejskiej komunikacji. Uśmiechnęłam się lekko lewym kącikiem gdy stanął obok. Ostatnio chyba przyciągam. Pewnie dlatego, że lubię obserwować ludzi, nie tylko widoki za oknem. Spojrzał mi przez ramię. I jeszcze raz. Najwyraźniej nie wiedział jak zacząć. Ale kłopot był widać silniejszy niż skrępowanie.

- Przepraszam, mogłabyś mi pomóc? – Cichy, nieśmiały baryton poruszył powietrze i dotarł wprost do mojego ucha. Miałam wrażenie, że tylko ja to słyszałam.

Kiedyś obrażałam się śmiertelnie ilekroć tylko komuś zdarzyło się powiedzieć do mnie per Ty. Teraz mi to nawet pochlebia. Prawy kącik też lekko drgnął.

- Nie wiem. – odpowiedziałam
- Nie wiesz? – zdziwił się
- Ano nie wiem. – uśmiechnęłam się
- Dlaczego? – spytał trwożnie chłopak
- Bo nie wiem o co poprosisz. – odparłam zgodnie z prawdą.

Rozbroiłam go tym doszczętnie. Najpierw popadł w jeszcze większe zadziwienie, następnie lekko się zmarszczył, potem najwyraźniej pojął mój tok rozumowania i rozpłynął się w uśmiechu. Ciepłym i dobrym.

- Dziwna jesteś. – powiedział – Wiesz? – wiedziałam – Ale tak bardzo pozytywnie

Dziwna czy też nie. Po prostu logiczna. Bywam.

Poprosił o wskazanie miejsca na tani obiad w mieście.
Mam nadzieję, że smakował.

Pekinu brak | 2006/11/28 |

Od trzech dni Warszawa tonie we mgle. Rankiem, gdy wyglądam przez okno widzę drzewa lekko tylko zarysowane w gęstym, ziarnistym powietrzu. Liście całkiem już prawie opadły i coraz rzadziej budzi mnie siarczysty bluzg Cieciowej do wtóru miarowych szurań jej miotły. Czekam na dzień gdy w końcu wsiądzie na wiecheć i odleci w kierunku jakiejś ciemnej nory. Wydaje się to bowiem coraz bardziej prawdopodobne. Ostatnio nawet przy okazji gaszenia petów w pelargonii na klatkowym oknie założyła odświętną podomkę i granatowe kapcie z weluru. Świat się zmienia. Panie. Cuda na kiju.

Centrum roztajemniczyło się niczym poczciwa Praga i rozpłynęło w konturach, całkiem jak na starym zdjęciu w sepii o kiepskiej ostrości. Poszarpane mury dawnego miasta, pamiętające jeszcze getto i podziemne życie kanałów, zdają się być bardziej na miejscu. Jakby w końcu mogły odetchnąć. Choć zamurowano im oczy okien i usta drzwi. Choć opatrzono tabliczką z poematem przyszłości – komputerowym projektem całkiem nowego drapacza biur, karier i ludzkich historii.

Dumne dotychczas wieżowce, patrzące z wyżyn swego majestatu na drobne tramwajowe przystanki u ich stóp, zdają się znikać w niebycie gdzieś na wysokości szóstego piętra i wszelki słuch po nich ginie. Jak po zbłąkanych w obcej głuszy turystach. Mgła połyka je bezgłośnie i wypluwa dopiero nad chmurami. Z najwyższych pięter budynków świat wygląda jak rycina szalonego malarza. Ściany wyrastają wprost z powietrza a pod stopami nie ma nic. Tylko mleczna poświata chmur, zagęszczonych jak skondensowane mleko do porannej kawy. Wszędzie jest mgliście, mżawkowo i miękko. Pora dżdżu i zjaw. Ludzie pojawiają się i znikają, a im późniejsze popołudnie, wieczór, tym bardziej zadziwiająco i coraz bliżej. A PeKiNu wcale nie ma. Utonął w ziarnistości. Połknęła go mgła. Dziwnie przejeżdżać obok czegoś, czego nie widać, choć pod skórą czujesz, że jest tam, gdzie zawsze, przyczajone, gotowe pokazać się znów. Niech tylko mgły opadną.

Wieczorem tramwaje jeżdżą jak nocne zjawy i tylko światło w ich wnętrzu, obiecujące ciepły i bezpieczny powrót do domu, powstrzymują przed spacerem. Bo uliczki aż wciągają. Wchodzisz i znikasz. Pyk. Jesteś w całkiem innej rzeczywistości. Po drugiej stronie lustra, gdzie wszystko jest bardziej mroczne i każde źdźbło, każdy badyl otacza aura tajemniczości. Nie ma w niej krzykliwych reklam, a odgłosy wielkomiejskiego gwaru docierają jak przez ścianę waty. Musiałbyś przyłożyć do niej ucho by usłyszeć którędy wrócić. Kilka kroków i już nie wiesz gdzie początek a gdzie koniec. Bo ulica nie zaczyna się i nie kończy. Jesteś po prostu w samym środku mgły. Miękka cisza i latarnie rozpływające się w mlecznym świetle działaja na wyobraźnię, wyostrzają zmysły. Każdym krokiem chłoniesz żwir pod butem czy ujadanie psa z oddalonego o lata świetlne parku. Rzeczy wydają się pozorne i względne. Jakby pod podszewką twojego życia było całkiem inne, obce, choć wciągające. Jak mgła. Wszystko jest takie nierzeczywiste. Jak we śnie, który pamięta się, mimo że nie ma w nim trwożliwych drgań czy nagłych zwrotów akcji. A spokój potrafi roztrzaskać w drobny mak każdą napiętą synapsę.

Myślę, że w taką pogodę powstają najlepsze scenariusze i kryminały.

Przezroczysta | 2006/11/27 |

Czasem mam nadzieję, że otworzę oczy i będzie zupełnie inny poranek.

Będzie mi się chciało wstać z łóżka, ani razu nie zaboli mnie głowa, umywalka pozostanie biała a uśmiech Syna wynagrodzi wszystko o czym już od dawna nie piszę, nie mówię i nie myślę. Czasami mam ochotę przenieść tuzin gór, przemierzyć wzdłuż i wszerz ziemię w jednych sandałach a potem tańczyć nie tylko z własnym cieniem i podziwiać kolory tak nasycone, że aż parzą oczy. Najczęściej jednak leczy mnie z tego budzik. Skutecznie.

Potem zaczyna się zwyczajny dzień, w którym coś robię, coś mówię i o czymś myślę, ale nie jestem ani odrobinę mniej przezroczysta od szkła.

W sumie to tak jakby już wcale mnie nie było. Mogę napisać tysiące słów o tym jak piękny jest mój park w późną jesień, ale w lustrze zacieram się w konturach. Tracę ostrość. Kąciki ust robią mi się strasznie ciężkie. Ciągną w dół. Bardzo brzydko, myślę sobie, pisać smutkiem o uśmiechach. Więc nie będę. Dziś nie mam siły przylepiać, przypinać i fastrygować.

Zawsze miałam zimne dłonie. Nieistotna była pora roku. Nawet latem potrafiłam dotykać chłodem jak Pani Zima. Odkąd mam Dziecko, dłonie pozostają ciepłe. Nawet rękawiczki noszę w zdziwionej torebce. Zawsze o tej porze roku były już niezbędne. Choćby i przy trzynastu na plusie. Najwyraźniej kiedyś sama wymagałam opieki, nieustających przytuleń i ogrzań, ciepłych rąk, a teraz mam Kogoś kim muszę się zająć i On potrzebuje tego bardziej niż ja. Bo potrzebuje i bo ma tylko mnie. Bo ktoś tak zdecydował. Stąd zmiany w krążeniu. Szkoda tylko, że to takie odgórne zarządzenie. Nawet nie mam gdzie się odwołać, że to nie tak. Że nadal jest mi zimno. W środku.

Chciałabym żeby to była listopadowa chandra.

Krówka robi muu | 2006/11/24 |

‚Podziwiam’ kobiety, które z wyżyn swego świętego macierzyństwa patrzą na całą resztę pospólstwa. Z pobłażliwością, z politowaniem, z pogardą. Różnie, ale z wyżyn. Dzielą inne na te, które już tę wiedzę tajemną posiadły i na te gorsze, które jeszcze nie. Jeśli ktokolwiek, kto nie posiada potomstwa ośmieli się w ich towarzystwie mieć zdanie na temat dzieci jako takich, bądź ich zachowania czy upodobań, wzrokiem miażdżą śmiałka na proch, albo co najmniej wbijają go w fotel, by całość zdarzenia spuentować krótkim ‚co TY możesz o tym wiedzieć’, które zamyka wszystko. Ja w ogóle nie znoszę stosunków lekceważących, już wolę ich brak. A coś takiego to mi po prostu otwiera czakram z młotkiem. I ustawia w komórce przypominacz.

Nie rozumiem tego zupełnie. Ja bym tak nie mogła. Jestem matką ale w związku z urodzeniem Dziecka, nie rozwarł mi się nagle w mózgu tajemny właz do sezamu, nie posiadłam zdolności właściwych tylko wybrańcom i nie stałam się kimś lepszym, ani nawet na sekundę nie zbliżyłam się bardziej do absolutu. Po prostu pomogłam przyjść na świat Komuś, kogo teraz kocham i hołubię ale to nie znaczy, że jestem świętą krową i wolno mi wszystko. I zamierzam być odpowiedzialna za Jego wychowanie przez najbliższy wiek. To wszystko. Ni mniej, ni więcej. W dodatku postąpiłam egoistycznie, bo mam Dziecko dla siebie. Póki co. Dopiero za jakiś czas będzie dla świata, dla innych. Teraz jest dla mnie i jest mi z tym piekielnie dobrze.

Ale to nie znaczy, że inni się nie znają na dzieciach i tym, co one lubią, czy też co powinny a czego nie tylko dlatego, że nie mają własnych. Mogą się nie znać dlatego, że nie mają o tym pojęcia i nigdy się tą tematyką nie interesowali, ale na litość wszelką nie dlatego, że nie nosili przez dziewięć miesięcy w brzuchu hormonalnej burzy, którą następnie wypchnęli w towarzystwie położnej w mało cudowny sposób na zewnątrz.

Lepsza mogę się stać przez to jakim jestem człowiekiem i co robię, ale urodzenie Dziecka się w tym zbiorze nie zawiera. A nawet jeśli jest jednym z elementów, to o nim nie przesądza. Mogę być lepsza jeśli będę pamiętać o innych, pomagać przyjaciołom w ich codziennych zmaganiach ze światem i dzielić się szczęściem z tymi, których cenię. Nie dlatego, że wypełniłam obywatelski obowiązek i przysporzyłam państwu kolejnego statystycznego czytelnika czy konsumenta parówek.

Cała masa ludzi nie ma dzieci, a zna się na ich psychice, upodobaniach czy zachowaniach lepiej niż niektóre mamusie. A dwudziestoletni chłopak, który fascynuje się pedagogiką i opiekuje dzieciakami w przedszkolu będzie o prawach rządzących buntem sześciolatka wiedział znacznie więcej niż zapracowana matka, która właśnie spostrzegła, że za chwilę trzeba bedzie kupić córce szkolny tornister. Ja sama więcej o dzieciach nauczyłam się z obserwacji i podczas pracy jako opiekunka w czasach szkolnych niż dużo później, gdy urodził się Igor. Przy Igorze już tylko po kolei potwierdzam swoje tezy i umacniam się w poglądach, które miałam. Jasne, że nie ze wszystkim tak jest i część rzeczy po prostu trzeba ‚przerobić’ w praktyce i na własnym małoletnim, ale nic nie daje mi prawa do dyskredytowania innych, którzy mają coś do powiedzenie w tej kwestii, tylko dlatego, że ja urodziłam a oni nie. Nie wszyscy gadają pierdoły. Czasem ktoś, kto widzi z zewnątrz, spostrzeże więcej niż ten, który tkwi w samym środku. Wewnątrz trąby powietrznej też jest cisza. I nie ma tu miejsca na lepszych i gorszych.

Generalnie strasznie mnie wpienia jakiekolwiek wywyższanie się, oceny, które nie wiedzieć czemu i jakim prawem jedni pozwalają sobie wystawiać innym, łatki, które im naklejają, pomimo ich machania rękami w sprzeciwie, że jak to tak i że nie wolno. Wpienia jak cholera. Bo to przecież świadczy tylko o tym, że sami są tacy mali i płytcy, że muszą się dowartościowywać na siłę. Kosztem innych. A pod tym wszystkim puści są… jak wiadro.

Znam kobietę, która choć nie ma dziecka, wie wszystko o tym, co lubią jeść dzieci i co mogą w jakim wieku, co im wolno a czego robić nie powinny, jakie czynności kształtują ich zdolności najlepiej i jaką zabawkę wybrać dla mojego Syna, w jakim proszku i w jakiej temperaturze pierze się tetrowe pieluchy i jak je złożyć by było najwygodniej po nie sięgać, jak sobie poradzić z gorączką u noworodka i kaszlem u dziecka czteromiesięcznego, jak sprawdzić temperaturę i gdzie, ile kresek odjąć by wynik nie był zafałszowany, jak się używa aspiratora do małego noska i jak wykąpać małego alergika by w nocy nie drapał się po czole, które swędzi, ile cierpliwości trzeba włożyć w krówka robi muu zanim będzie można to muu usłyszeć, nieporadne jeszcze ale wyraźne … a przede wszystkim jak kochać dzieci i jak im pokazywać, że są ważne.
Igor ją uwielbia. Ja też.

_____________________
Ps. Małgoś, chodzi mi o patrzenie z góry typu: ‚Ty w ogóle nie mów przy mnie o dzieciach bo niby jakie masz do tego prawo’. I fakt, raczej o jednostki w kwestiach dzieciowych empatyczne się tu rozchodzi. Inne z reguły nie zabierają głosu tylko patrzą niezrozumiale, ewentualnie rzucą pytanie od czapy ale takie bez szczególnego oczekiwania na odpowiedź.

Ach, co za noc | 2006/11/24 |

Mam nadzieję, że osobnik, który w nocy kłapał mi chodakami w sufit, wydeptując po jego drugiej stronie rozmaite ścieżki w kierunku zachodnim, ma straszliwe rozwolnienie. Tylko to bowiem byłoby w stanie wytłumaczyć go przed moim Wzrokiem Który Zabija, kiedy wreszcie napotkam go na swej drodze.

Kłapał, szurał, kląskał i chyba jeszcze kurde stepował.

Sposoby, o jakie mogłabym się pokusić by zrobić mu krzywdę, a o których właśnie myślę, są rozliczne i we wszystkich wystepują chodaki. A przynajmniej jeden.

Tup, tup, szur, szur, kłap, kłap… Tak właśnie robił Chodakowy Mistrz Parkietu.

Ale w sumie tylko dwa razy. Raz przez godzinę i raz przez pięć.

Czasami wcale się nie dziwię statystykom, które twierdzą, że większość śmiertelnych wypadków ma miejsce w domu.

Wspomnieniowo | 2006/11/23 |

W całej Warszawie strajkują już nie tylko listonosze ale i poczta. Wszystkie urzędy są zamknięte, ludzie są rozdrażnieni i awanturują się w pocztowej intencji nawet w tramwajach a miasto ogarnął jeden wielki paraliż. Tu nie doszło, tam nie pójdzie, bo i jak. Nie ma rady, trzeba przeczekać. Tylko cierpliwości i duża dawka świętego spokoju może nas uratować. W tym całym zgiełku papierzysk i galimatiasie stempli, które gdzieś, kiedyś, po coś miały być, a nie są, naszło mnie na wspomnienia.

Czy ktoś jeszcze pamięta strajk komunikacji w Warszawie?

Nie pamiętam już teraz ile miałam lat ale na pewno byłam jeszcze w podstawówce. Przyszedł dzień gdy stanęło wszystko, ludzie nie powyjeżdżali do pracy a ci, którzy wyjechali, nie mogli wrócić. Wtedy jeszcze samochody nie były tak powszechnym dobrem a na taksówki trzeba było się umawiać telefonicznie. Z budki pod dworcem – ledwie trzy przystanki od Mamutowa. Komórki jeszcze dla nas nie istniały. Odwołano lekcje w szkole i można się było bezkarnie byczyć łażąc po lesie w czasie zwyczajowej geografii czy historii. I było ciepło. Pamiętam, że wybrałam się do koleżanki na drugi koniec Rembridge ale jeszcze zanim do niej doszłam zorientowałam się, że nie będę miała siły na powrotną drogę do domu. Koleżanki oczywiście nie było. Przywitała mnie tylko zimna klamka a ja nie mogąc uwierzyć w swego pecha, siadłam na progu i zaczęłam beczeć. Z bezsilności i z różnych innych powodów, które teraz nie wydają mi się zbyt racjonalne, ale wtedy sprawiały, że świat walił się w proch i pył a słońce gasło na wieki. Generalnie w tamtym momencie mogłabym przysiąc, że ten cały świat o mnie zapomniał i gdybym tu została, po kilku wiekach jakiś archeolog z przyszłości odkopałby mój marny zasuszony szkielecik swoją piękną przyszłościową archeologiczną miotełką. A to wszystko przez jedne głupie zamknięte drzwi, przez jeden głupi strajk i przez jedno głupie parszywe zmęczenie. Potem wstałam, otrzepałam się i ruszyłam piechotą wzdłuż szosy. Do domu. Od niewygodnych butów bolały mnie wszystkie – te nowopowstałe i te już oswojone – bąble na stopach a złość i żal do nie_wiadomo_czego parowały mi uszami. Nie było żywej duszy. Wszyscy siedzieli w domach albo usiłowali do nich wrócić, robiło się chłodno i dniem zaczynała władać Pani Szarówka. W oddali zamajaczyły mi światła. Szczęściarze – zdążyłam pomyśleć. Lekkie ukłucie smutku nie zdążyło nawet dotrzeć do mnie na dobre. Samochód zwolnił i już wiedziałam, że zatrzyma się tuż przede mną. Mężczyzna miał około trzydziestki a mnie wydawał się wtedy starszym człowiekiem. Nie spytał czy mnie podwieźć. Spytał gdzie. Nigdy przedtem ani potem nie wsiadłam do auta obcego mężczyzny pośrodku opustoszałej drogi na samym końcu miasta. Nigdy przedtem ani potem nawet nie przyszło mi to do głowy – przecież niebezpiecznie było zawsze. Zwłaszcza dla samotnie spacerujących w wieczornym półmroku panien chlipiących w rękaw. Spacerujących na bosaka bo buty od dawna wisiały złączone sznurówkami na ramieniu. Nie dało się w nich iść ani sekundy dłużej. I nie wsiadłam dlatego, że było mi już wszystko jedno. Wsiadłam bo czułam, że mogę. Że nic mi się nie stanie i bezpiecznie dotrę do domu. Bo ten człowiek zwyczajnie chciał mi pomóc. Powiedziałam gdzie. Potem już nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Ja nie wiedziałam o czym mogłabym mówić i nastroju tez jakoś nie miałam, on najwyraźniej nie chciał mnie speszyć. Pod domem bąknęłam dziękuję i odeszłam. Po prostu. Chwilę później dodałam bardzo. Już w mrok. Był czysty i rześki, od czasu do czasu przetykany nikłym światłem latarni mieszkających wzdłuż ulicy. Jedna smuga drżała jak ja. Dopiero teraz zorientowałam się, że z zimna. Byłam w samym podkoszulku i krótkich spodniach.

Nie pamiętam nic z historii tego strajku ani nawet czy skończył się nazajutrz czy jeszcze trwał. Pamiętam tylko tego mężczyznę, którego normalnie bałabym się jak psychopaty w kominarce, a któremu zaufałam jak dziecko we mgle. Teraz już bym nie wsiadła. Wtedy nawet nie pomyślałam, że mogłabym mieć jakąkolwiek wątpliwość. Albo wtedy byli jeszcze ostatni dobrzy ludzie, albo ja byłam tak naiwna, że aż strach. I pamiętam jak bardzo zabolało mnie to, że nie usłyszał mojego bardzo.

Weszłam do domu. Mamut stał przy oknie i zdenerwowany gniótł firankę. Ojca jeszcze nie było.

- Co tak długo stałaś przed furtką? – spytała dalej patrząc na drogę
- Nie wiem, chyba chciałam podziękować. – odpowiedziałam – Kaśki nie było. – dodałam jakby to miało wyjaśnić wszystko. I te buty na ramieniu i poranione stopy i spuchnięty od płaczu nos.
- Podziękować? – zdziwiła się i popatrzyła w moim kierunku – Boże! Jak Ty wyglądasz! – przeraziła się – Co się stało?!
- Nic. Nie było jej, więc poszłam z powrotem i obtarłam sobie nogi i w ogóle było okropnie – wyjaśniłam nieskładnie – Ale podwiózł mnie taki pan…
- Jaki pan? – przerwała i spojrzała na mnie uważnie
- No normalny. – powiedziałam -Samochodem.
- Samochodem? – zdziwiła się
- Nno tak. Dlatego stałam przed furtką. Nie widziałaś go? – odpowiedziałam zdziwieniem
- Nie.. – zawiesiła głos – Stałam tu cały czas i nie widziałam żadnego samochodu.

W tym momencie wrócił Ojciec. Cały i zdrowy. Cała rozmowa się rozmyła. Pamiętam swoje zmęczenie i dojmujące uczucie ulgi gdy kładłam się spać. Wtedy sądziłam, że Mamut po prostu przeoczył sposób, w jaki znalazłam się przed domem. Teraz nie mam już co do tego takiej pewności.

Czasami mam ochotę… | 2006/11/22 |

fot: Bruno Braun

… zatrzymać czas, na chwilę.

Byliśmy z Młodym na koncercie Kameralnego Chóru ‚Kijów’. Oczywiście wejście na zaproszenia i ogólnie ąę. Cała rzecz zadziała się w salezjańskiej bazylice na warszawskiej Pradze, co oczywiście z miejsca spociło mi z lekka oboje oczu.

Tuż przy tej bazylice bowiem w dwudziestym elo pod patronatem Bolka Chrobrego spędziłam bardzo przyjemne cztery lata z mej młodości, nie tak odległej znowu jak by się zdawać mogło. Co prawda są tacy, którym rok 1997, kiedy to wypacałam na maturze wszelkie płyny ustrojowe, jawi się li i jedynie jako majacząca na kartach historii niezbyt istotna data, ale tych państwa od razu poproszę do pokoju obok, gdzie mamy kreskówki i misie. Dla mnie to były bardzo ważne lata. Życiowe wybory i dylematy, które przerastały każdego ledwie odrośniętego nastolatka, sukcesy, z którymi nie każdy umiał sobie poradzić i zwyczajna codzienność, która oczywiście nigdy nie była zwyczajną. Papierosy za winklem, związki i rozwiązki miłosne, obściski na prywatkach czy punkowe koncerty, to tylko część jakże bogatej wewnętrznie księgi pod tytułem Szkoła Średnia. Bywało groteskowo wspaniale albo wręcz przeciwnie – czarno_dziurowo, czarnoziemowo, mrocznie i mrukliwie, ale dziś wszelkie te perturbacje wspominam z niesłabnącym sentymentem. I po raz kolejny okazuje się, że wszystko się zmienia w zależności od punku siedzenia czy myślenia a już najbardziej pod wpływem czasu. To najlepszy sędzia.

Do bazyliki na koncert dotarliśmy z Hal i Gogą (która nas nota bene przywiozła). Najpierw musiałam pokonać milion pięćset schodów, o których istnieniu przez te kilkanaście lat zdążyłam zapomnieć. Całkowicie i skutecznie. Przy okazji taszczenia wózka z Wózka Należną Zawartością (czytaj: Lokatora), która to nie wiedzieć czemu robi się z tygodnia na tydzień coraz cięższa, spociłam się, spieniłam i spurpurowiałam. Prawdziwi mężczyźni zdaje się wyginęli razem z mamutami. Chwilowo jedyny dostępny jest jeszcze za smarkaty by taszczył się na górę sam, a o reszcie to mi się nawet gadać nie chce. Sami kurde kombatanci albo nie słyszący. Nic to. Twarda jestem jak Roman Be, to dałam radę i Lokatora po schodach na górę wtaszczyć.

W środku ludzi była chmara i nie zdążyłam się niestety zorientować czy czarno od nadmiaru duchownych czy od ogółu populacji, bo minęła godzina K jak koncert. Oczywiście wszystkie miejsca z jednoczesną widzialnością i słyszalnością były już zajęte i obwarowane bądź to solidnym beretem, bądź wrogim spojrzeniem sąsiada. Zostało nam usadowienie się na tyłach i delektowanie muzyką albo przepchanie się do bocznej nawy i przewaga wizji nad fonią. Wybrałam bramkę numer trzy, czyli fortel.

Fortelem był zabór trzech krzesełek, zainstalowanie ich w szerszym przejściu pomiędzy rzędami i wygodne się na nich umoszczenie, połączone z całkowitą ignorancją wszelkich mniej lub bardziej oburzonych spojrzeń rozmaitych kościelnych borostworów. Cud, miód i koszyk malin. I widoki miałam na ten chór z Kijowa i słuchać mogłam do woli. No może gdyby te baby po bokach nie szurały byłoby bardziej komfortwo i oczywiście zawsze zajdzie się jakiś kretyn z włączoną na full komórką, ale niektórych niestety nie da się rozstrzelać. Przynajmniej nie w kościele i przy ludziach.

Igorowski początkowo był zafascynowany całą architekturą kościoła – w końcu nigdy nie widział nic tak wielkiego od środka – a szczególnie podobały mu się witraże i olbrzymie żyrandole ale później zaczął dostrzegać i ludzi. Zwłaszcza tych, co przed Nim. Były to dwie panie w wieku raczej podeszłym i pan pomiędzy nimi. Pan niczym się nie wyróżniał, więc damy mu spokój, za to panie zasługują na uwagę. Jedna miała kok, do skonstruowania (ten czasownik pasuje tu najlepiej) którego musiała, jak na mój gust, użyć całego zapasu tresek i spinek, jaki posiadała ona i wszystkie jej znajome. Druga z kolei miała wielką futrzaną czapkę, która do złudzenia przypominała mi kota, mijanego ongiś w drodze do parku, tyle, że nie miauczała. I może to i dobrze. Pani Z Kokiem nie wzbudziła jakoś mego specjalnego zdurnienia, podobnie jak Lokatora. Za to Pani W Czapce owszem.

Raz, ja nie wiem jak można z kotem na głowie iść na koncert i nie zostać po drodze wylegitymowanym przez straż miejską, zatrzymanym przez policję, czy też zaatakowanym przez Zapalonych Działaczy ds Zwierząt Domowych tudzież zbłąkanego psychopatę. Dwa, również nie wiem jak można w futrzanej czapie z kota wysiedzieć godzinę z hakiem w dobrze ogrzewanym kościele, wśród tłumu dobrze ogrzewających ludzi i nie dostać, excuse le mot, kota. Pani W Czapce gratulujemy pomysłu.

Lokator oczywiście po dwóch utworach odpadł i zasnął. Cały czas jednak trzymał mnie za rękę i zaciskał na niej miarowo co jakiś czas swoje palce. Zauważyłam, że w tych samych momentach, w których ja miałam ochotę zacisnąć swoją. Chyba podobnie odczuwamy większość rzeczy. To dobrze rokuje na przyszłość i sprawia, że widzę sens w zabieraniu Go na żywą muzykę, zarówno rockową jak i tę delikatniejszą, klasyczną, oraz puszczaniu swoich ulubionych płyt. Ostatnio na tapecie mamy Toma Waitsa i chyba się Igorowskiemu podoba. Dobra nasza.

Naturalnie spuchłam z dumy jak po koncercie wszystkie okoliczne i przygodne babcie, ciocie oraz ich krewni zachwycały się Młodym, jaki grzeczny, wspaniały i rozumny. Bo to, że śliczny mamy już obcykane na wszystkie strony, tak? A pewnie. Jaki ma być. W końcu targam Go od wczesnego życia płodowego po chórach, próbach i koncertach, to i obeznany jest z muzyką wszelkiej maści. I co jak co, ale na pewno umie ocenić co dobre. Przy dobrym zawsze się odpręża. Tak przynajmniej sobie tłumaczę to obywatelskie zaśnięcie. Przecież to nie mógł być sabotaż.

Kameralny Chór ‚Kijów’ zaśpiewał cudownie. Zwłaszcza soliści. Zdaję sobie sprawę, że to nie było wszystko, na co ich stać i tym bardziej podziwiam. Piękna harmonia brzmienia i moc uczuć, jakie nam przekazali to nie wszystko. A była ich ledwie dwudziestka. Kameralnie. Nawet utwory współczesnych kompozytorów, za którymi z reguły w repertuarze sakralnym nie przepadam z różnych względów, spodobały mi sie na tyle, że chętnie posłuchałabym ich jeszcze raz. Najchętniej jednak całego koncertu.

To rodzaj muzyki, która nie odbija się od ścian echem, jak każda inna. To rodzaj muzyki, która w nie wnika i pozostaje tam na długo. Podobnie jak we mnie.

… czyli mam moc i nie zawaham się jej użyć.

To było bardzo nudne zebranie. Tak nudne jak tylko mogą być firmowe zebrania na temat bez tematu. Coś jak pięćset osiemdziesiąte drugie posiedzenie plenum. No ale zwołane przez Prezesa Najwyższego Trzeciego, zatem obecność obowiązkowa, że tak to ujmę ogólnie. Termin obecność obowiązkowa szczególnie może bowiem znaczyć tak wiele – od ‚jeśli nie przyjdziesz to nic się nie stanie ale…’ do ‚jeśli nie przyjdziesz to równie dobrze od razu sam możesz się położyć na torach i zadzwonić po tramwaj’ – że nawet nie chcę się w to zagłębiać. Prezes Najwyższy Trzeci zwyczajowo zwołuje posiedzenie plenum raz do roku i wygłasza nań różnej maści odkrywcze tezy, pomysły swoje i innych krewnych tudzież znajomych królika. Tezy nie zawsze są poparte stosowną argumentacją ale za to pomysły zawsze odkrywcze a całość z reguły w pełni równoważy wywiązująca się później w kuluarach dyskusja. Czyli generalnie super i rozrywka zamiast pracy bo takie zebrania to lubią potrwać. Tak do siedemnastej.

Właśnie. Gdyby nie to, byłoby całkiem przyjemnie. Ale lubią. I tu jest ból. Albowiem ja jako matka, nie-żona i nie-kochanka MUSZĘ rozpoczynać swój dzień pracy godzinę wcześniej (czytaj: o tragicznej ósmej) by móc również godzinę wcześniej z Firmy wychodzić (czytaj: o cudownej szesnastej). A wszystko po to, by Dziecia odebrać ze żłobka (czyli miejsca, gdzie – wedle starych i straszliwych babcinych porzekadeł – młodocianych przerabia się na parówki). Żłobek w przeciwieństwie do statystycznego Polaka jest punktualny, zamyka sie i otwiera o ściśle określonych porach, nie nagina się do nikogo i tego samego wymaga od zeń korzystających. Całkiem logiczna to zresztą filozofia. Ja korzystam, Igorowski korzysta, pan korzysta, o i pani też. Zatem dupa sałata ze studenckimi kwadransami i za_momentami. Można od razu sobie darować wszelkie spóźnienia. Owszem nikt nic nie powie, co to, to nie, ale za to jak SPOJRZĄ na człowieka… Od razu można prosić rodziców o usprawiedliwienie. I lekarza. I proboszcza z parafii. Raz mi się zdarzyło i potem miałam poczucie winy jak stąd do Irkucka. Wybitnie nauczyłam się też wtapiać w lamperie.

Czyli mamy ustalone, tak? Do żłobka spóźniają się tylko kamikadze z bardzo dobrymi psychoterapeutami w odwodzie. Ja się nie spóźniam.

I tu pojawił się pewien problem, problemik nawet, problemiątko – co z tym je.. dynym w swoim rodzaju zebraniem? Nie iść i narazić się na Dies Irae w czystej postaci? Czy też pójść i wymknąć się chyłkiem, ważąc sobie lekce wszelkie powszechnie dopuszczalne konwenanse? Naturalnie wybrałam opcję drugą. Łamanie konwenansów i reguł mam chyba we krwi. Zaraz po olbrzymiej nienawiści do cebuli i disco polo. Poszłam.

Od samego początku już było śmiesznie. Po pierwsze zebranie Prezes Najwyższy Trzeci zwołał w super_hiper_mega_giga pięknym hotelu w samym centrum Warszawy, więc jak weszłam w te salony w swoich glanach, sztruksach i oczojebnej czapce powiewając szalikiem (który o mały włos nie zaplątał mi się w te boskie obrotowe drzwi, psując je radośnie i tym samym niwecząc wszelkie plany obrad plenarnych), długim jak miesiąc do wypłaty, to nie powiem jak się na mnie patrzył Pan W Głupim Mundurku i o co się prawie zabił drugi, jakby klon. Po drugie jak już sobie zajęłam strategiczne miejsce tuż pod drzwiami z tyłu, co by ewentualnie wymknąć się po angielsku, to się okazało, że tylne rzędy za karę idą do przodu. Ale na szczęście rychło w czas stłumiłam wkurwa bo za nami był jeszcze jeden rząd i to oni wypełnili pustą przestrzeń przed samym nosem Najwyższego. Hehe. Ma się ten fart. Po trzecie wreszcie mogłam sobie siedzieć spokojnie, nie niepokojona przez nikogo pytaniami natury osobliwej bądź okolicznościowymi przypowieściami kto, co, komu i dlaczego. A wszystko przez to, że ludzie mnie zwyczajnie nie poznali. Bo już nie siedzę jak biurwa w biurze gdzie ołpenspejs, garnitury i bułkę przez bibułkę podaje się szyfrem przez telefon ale w całkiem osobnym pokoiku w całkiem innym budyneczku i całkiem mi z tym dobrze. A że nieliczni tylko wiedzą, że teraz jestem łysa (bo jestem), to już zupełnie inna para kaloszy. Większość ostatnio widziała mnie z włosami do pasa. Zatem uwierzcie mi, było śmiesznie. Zwłaszcza gdy już się jeden z drugim pokapował, że ja to ja i próbowali tę wiedzę tajemną przekazać trzeciemu. Jakie to się ekwilibrystyki stosowane wykonuje żeby zerknąć za siebie, ale broń boże nie dać po sobie poznać, że interesuje nas coś więcej niż tylko własne plecy, to historia. Ubawiłam się setnie.

Potem jednak przeszliśmy do części właściwej zebrania i zrobiło się nudno. Nawet ziewać już mi się nie chciało. Miałam co prawda w torbie książkę, ale stwierdziłam, że jak ją wyjmę i bez żenady zacznę czytać, to może już być lekko za wiele, nawet dla Najwyższego. Nie wyjęłam książki, wyjęłam za to telefon. Koleżanka Nielot przywitała się bowiem ze mną przez sms i zaczęłam jej odpisywać. Napisałam zgodnie z prawdą, że jestem właśnie na bardzo nudnym firmowym posiedzeniu i modlę się o jakiś urojony alarm bombowy.

Wcisnęłam wyślij. Na ekranie komórki zamigotał rysunek koperty. W tym samym momencie zgasło światło, pierdutnęła prezentacja, Najwyższy zająknął się po angielsku a cała reszta świata wstrzymała oddech.

W oddali samotna i blada żarówka oznajmiła nam, że mamy awarię. O, czyżby? Następnie z megafonu rozległ się miły męski głos w odcieniu aksamitu. Aksamitny usiłując najwyraźniej opanować drżenie polecił wszystkim niezwłoczne opuszczenie budynku bo mamy alarm pożarowy. Tadam. Co prawda po kilkunastu minutach wróciliśmy na salę i okazało się, że to nie pożar tylko czujniki siadły, podobnie jak cała energia elektryczna Warszawy, ale i tak byłam po wrażeniem. Do tego stopnia, że punktualnie o szesnastej bez krępacji wstałam i wyszłam, pozostawiając za sobą opary absurdu, niezrozumienia i wywołując nagły tętent na znudzonej burej wykładzinie.

To się dopiero nazywa moc. Jestem lepsza niż Szkieletor z pewnej strasznej kreskówki bardzo_dawno_temu. Nawet nie wiem czy ktoś ją jeszcze pamięta. Za to wiem na pewno, że następnym razem wyślę Koleżance Nielot sms-a, że strasznie bym chciała trafić szóstkę w totka. Najlepiej na jednym kuponie.


  • RSS