| Zaparkuj | Wsteczny |

… poprzez leśne pierdzibąki.

Tak, wiem. Nie mam ostatnio pomysłów na tytuły. Z Ewami to historia jak z filmu – napisała mi Soso w smsie i trudno się z nią nie zgodzić. No bo halo, ale jakie jest prawdopodobieństwo, że w tym samym szpitalu, na tym samym piętrze i tym samym (nie tak dużym jak to by się mogło wywdawać) oddziale znajdą się dwie osoby o tym samym imieniu, posiadające Dziecko w tym samym wieku i imieniu również tym samym? W dodatku obie na początku były w tej nieszczęsnej separatce numer 4. No? No oczywiście jak znam swoje szczęście, to nawet gdyby prawdopodobieństwo podobnego zdarzenia wynosiło 1:12 milionów, to akurat kozim truchtem i niczego się nie spodziewając wbiegłabym prosto w tę jedną samotną jedynkę. Zawsze, ale to zawsze jak cały misterny plan może się zachwiać przez li i jedynie drobny zefirek, to właśnie ten rzeczony zefirek wygeneruję. Choćby to było równie możliwe co trzaśnięcie obrotowymi drzwiami. No bo co, ja nie trzasnę?

Gdy w końcu dotarłam do pracy i ochłonęłam (bo jednak nie co dzień jeżdżę ze śniadaniem po obcych szpitalach), coś mnie tknęło. Najpierw tak delikatnie ale później już jakby bardziej. Odpaliłam gadulca i pytam Pierwszą, czy Ewa ma na pewno tak na nazwisko i czy jest teraz blondynką. Bo ja ją pamiętałam ze zdjęć jako brunetkę. No i jak mnie najpierw delikatnie tknęło, to teraz wzięło i bez pardonu strzaskało po gębie.

- No właśnie kurde nie – brzmiała odpowiedź Pierwszej a na mnie najpierw wystąpił rumieniec jak solidny wywar buraczany a potem nie mogłam opanować śmiechu.

No bo wyobraziłam sobie to biedne dziewczę, siedzące przy śniadaniu z koleżanką, do którego podchodzi dziwna łysa kobieta, wręcza plastikową torbę, coś bełkocze, zapewnia, że wszystko jest w liście i znika mówiąc na odchodnym, że pół netu trzyma za nich kciuki. Moja domniemana choroba psychiczna to mało. Mam tylko nadzieję, że wypiła to kakao zamiast oddać je do ekspertyzy. Tak na wszelki wypadek.

Po południu pojechałam tam jeszcze raz. Tym razem spotkałam już TĘ Ewę. Ale co ja się naprzemykałam po kątach zanim do niej dotarłam. Za skarby świata nie chciałam bowiem spotkać tej Porannej. Nie wiem co bym jej miała powiedzieć. Przecież śniadania i tak nie chciałabym zabrać a świadomość, że to miało być dla kogoś innego raczej uroku nie dodaje. Liczę więc na to, że wzięła mnie za nieszkodliwą wariatkę i przynajmniej jej smakowało. Na pewno ma juz gotową anegdotę na długie zimowe wieczory wśród znajomych. Akcja nie z tej ziemi.

Mnie się ciągle coś takiego przytrafia. Ciągle. Może dlatego, że jestem czasem na tyle postrzelona, by to o czym inni mogliby pomyśleć, wcielam w życie. Z marszu i bez głębszego zastanowienia. Ot po prostu wpadam na pomysł, planuję i plan wykonuję. Nieistotne, że czasem labirynt nieco mi się wydłuża a na trzykilometrowej trasie robię kilometrów trzynaście. Po prostu czasem jedzie się zygzakiem. Ale liczy się efekt. Czyjaś radość, łzy wzruszenia albo okrzyk. I to jest najważniejsze.

Pamiętam, jak kiedyś Przyjaciółka Z Lat Studenckich wyjechała na działkę do Dziadków. Wyjechała to wyjechała – zdarza się najlepszym – ale w smsowej rozmowie wyszło, że siedzi tam sama i trochę jej depresyjnie. Oczywiście z miejsca szatański pomysł zakiełkował w mojej świadomości i zapuścił solidne korzenie. Tym bardziej, że zbliżały się jej urodziny. I miała je spędzić tam sama. W sobotę wzięłam sobie wolne w pracy (bo wtedy pracowałam także w soboty) i z prezentem oraz własnoręcznie uplecionym bukietem, pognałam na Dworzec PKS. Wiedziałam tylko tyle, że wzmiankowana działka jest w Białobrzegach i jakie Dziadkowie przyjaciółki noszą nazwisko. To już dużo. Na tyle dużo by kupić bilet i pojechać w dal siną i odległą. Plan wydawał mi się bardzo misterny – zadbałam nawet o to, żeby pod moją nieobecność automat wysyłał Przyjaciółce smsy z internetu (bramka plusa – ukłony) dokładnie co dwie godziny. Żeby myślała, że siedzę i sobie ot tak piszę w przerwach jak zwykłyśmy to wówczas robić… i nawet o urodzinach nie pamiętam. Oczywiście tego dnia było pięknie i ciepło (sam początek września) i nawet nie pomyślałam, żeby wziąć jakiś grubszy sweter czy broń boże parasol. I oczywiście rozpadało się jak złoto na samym środku jakiegoś kurde pola, na którym musiałam wysiąść. Bo się okazało, że Białobrzegi owszem są, ale niejedne. I właśnie wcale nie do tych jechałam. Nie pamiętam już czy klęłam jak szewc, czy ryczałam jak bóbr, czy też śmiałam się jak dzika norka po kilku głębszych. Grunt, że z nieba lało się strumieniami, ja stałam z plecakiem i wiechciem po pachą na jakimś kompletnie mi nieznanym pustkowiu, zmokłam dokumentnie i sukienka oblepiła mi dosłownie wszystko. Zwłaszcza światopogląd. Siadłam więc sobie na znacznikowym słupku i nie wiem co robiłam. Chyba czekałam. Na Godota. No sytuacja przecież jak z komedii. Tyle, że prawdopodobnie mało mi wtedy było do śmiechu. Rechotałam po latach i rechoczę nadal – zawsze na 2 września. Choć oczywiście mogło się to dla mnie skończyć znacznie mniej zabawnie. Jednak, że zwyczajowo więcej mam farta niż rozumu, przejeżdżał sobie traktorem Pan Rolnik i się ulitował. Nie dość, że zawiózł mnie aż do głównej trasy pekaesowej (a wcale nie miał po drodze), to nawet kilka jabłek mi dał co to miał do pogryzania przy robocie. Złoty człowiek – mówię Wam – jeśli kiedyś spotkacie kogoś, kto będzie mówił o przemokniętym cudaku z kapiącym wiechciem w łapie, to powiedzcie mu, że dziękuję. No ale co było dalej. Dalej to było dwugodzinne oczekiwanie na autobus, przesiadka i w końcu właściwy kierunek podróży. Dotarłam już sucha, bo w międzyczasie przestało padać a ja zresztą i tak siedziałam w pekaesie, więc wyschłam. Białobrzegi Beniaminowo – powiedział mi Pan Kierowca (byłam już jedynym pasażerem) i wysiadłam. Pole było równie nieznane i do złudzenia podobne. Z tym, że tutaj od szosy prowadził śliczny drogowskazik, na którym stało nabazgrolone DZIAŁKI. Uff. Przynajmniej wiedziałam, w którą stronę iść. Następna godzina minęła mi na nagabywaniu przygodnie napotkanych emerytów lub/i małoletnich, tłumaczeniu, że nie jestem zbiegiem z poprawczaka i nie chce im niczego zabrać, tłumaczeniu, że nie trudnię się kolportażem ‚Strażnicy’ i w ogóle niczego od nich nie chcę tylko szukam działki Państwa K. Oczywiście w przypadku emerytów w tym miejscu następowało pełne podejrzliwości spojrzenie i nowa fala tłumaczeń, że tym Państwu również nie chcę niczego zrobić, ukraść, wcisnąć. Zanim przechodziliśmy do meritum i okazywało się, że nie znają, nie wiedzą i generalnie nie orientują się. W końcu mnie olśniło bo z daleka zamajaczył mi stary samochód Dziadka K. A to był nie byle jaki rupieć a oryginalna Zastawa. Jeszcze na chodzie. Byłam na miejscu. To co było później łatwo sobie wyobrazić – i okrzyk i radość i wzruszenie. Najbardziej jednak pamiętam Przyjaciółkę Z Lat Studenckich, jak stała tam pośród chaszczy na ścieżce z opuchniętym nosem zdradzającym ogólny weltszmerc i wyobcowanie i patrzyła wielkimi, okrągłymi oczyma, nie mogąc się zdecydować czy beczeć czy się usmiechnąć. W końcu zrobiła jedno i drugie na raz. A wiecheć, choć zmokły, zrobił piorunujące wrażenie.

Tak właśnie mam. I tak lubię.
Nic na to nie poradzę.

Wieczorem dostałam od Soso smsa. Że spotkała tę dziewczynę w kuchni. Stała ze swoim chłopakiem. On cicho zapytał: - Myślisz, że przyjdzie po termos? A Ona równie cicho odpowiedziała: - Boże, nie wiem, czytam ten list setny raz i nic nie rozumiem. A Soso tylko się uśmiechnęła, ale nic nie powiedziała.

Naprawdę to historia jak z filmu.

  • Napisane przez ds w dniu 2007/01/29.

    we mnie by przeważyła opcja „ee tam na pewno się nie ucieszy, kto by się ucieszył z mojej obecności”. więc niespodzianki robię tylko na odległość, przez pocztę ;)

  • Napisane przez magdulec w dniu 2007/01/29.

    Moja diagnoza:
    ogólnopozytywnieszerokozakrojona pozytywniedoświatanastawiona wszemiwobecuśmiechyrozsyłająca Bajkowa Dziewczynka :) :)

  • Napisane przez supelek w dniu 2007/01/29.

    … przywracasz ludziom wiarę w CZŁOWIEKA :) bo ciągle chce Ci się CHCIEĆ – o tak, mimochodem…

    PS. jestem od dawna pod wrażeniem Twojego talentu literackiego…

  • Napisane przez julia-witczak w dniu 2007/01/29.

    a po co cokolwiek radzić?
    Wszyscy Ciebie kochamy taką, jaka jesteś:)
    Czytając o szaleństwach, widzę siebie szaloną. I też to lubię:) bo tylko sztywniaki nie lubią szalonych, przebojowych i życiowych ludzi;)
    pozdrawiam!

  • Napisane przez taka jedna ania ;) w dniu 2007/01/29.

    ,,Jednak magowie obliczyli, że szanse jedna na bilion sprawdzają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć” (Terry Pratchett) pozdrawiam ;)

  • Napisane przez Małgorzata w dniu 2007/01/29.

    Kochana Bajko! Po pierwsze się nie zmieniaj – przywracasz mi wiarę w Człowieka! Po drugie pisz dalej (tyle ile możesz) czyta się Ciebie wspaniale: raz z uśmiechem raz przez łzy; Po trzecie – a może byś zagrała w totka? Może ta zdolność niemożliwego trafiania w niewiarygodny traf przeniesie się też na te cyferki zaklęte? Trzymam kciuki i za to i za Was Oboje. Keep smiling wbrew i pomimo :-))

  • Napisane przez dora w dniu 2007/01/29.

    :)))historia jak z filmu a prawdziwa!Bajko nie dosc ze jestes zdrowo i najpozytywniej na swiecie szurnieta to i swietnie to opisalas,dobrze wiedziec ze gdzies tam jest taka osóbka kochana ,dobra i mądra,pozdrawiam bardzo bardzo

  • Napisane przez crazy-house w dniu 2007/01/29.

    Cholernie bym chciala Cie poznac.

  • Napisane przez szaszek w dniu 2007/01/29.

    No to co z termosem, radziecki termosie? :P Ja też mam szczęsci edo takich wpadek, dlatego wszystko planuje ostro i albo nie wychodzi, albo wychodzi, tak jak być nie miało :P Ale za to, życie jakie pełne anegdot :D

  • Napisane przez Pabaisa w dniu 2007/01/29.

    A nie chciałabyś rzeczywiście wrócić, niby po ten termos? Wyjaśnić wszystko tej dziewczynie? Może wtedy ta historia straciłaby swój tajemniczy urok, ale kto wie, może stałaby się początkiem pięknej znajomości?
    Dobrze, że są tacy ludzie jak Ty.

  • Napisane przez dominika w dniu 2007/01/29.

    Jesteś naprawdę niezwykła…:))

  • Napisane przez frotka-w-ultraviolecie w dniu 2007/01/29.

    o bosz!
    ona pewnie się BOI, ze wrócisz po ten termos ;P;P

  • Napisane przez maraska w dniu 2007/01/30.

    Historie śliczne. Po termos bym jednak wróciła, żeby biedna Jasna Ewa traumy jakiej się nie nabawiła. Ale Bajko przyznam, że liczyłam na kilka słów o Twoim spotkaniu z Soso. Wszyscy się o Nich martwimy, modlimy, kciuki trzymamy, ale tylko niektórzy wiedzą, co jest grane. A ci, co nie wiedzą martwią się podwójnie rozważając najgorsze scenariusze. Pozdrawiam Ciebie i Igora oraz za Twoim pośrednictwem obie Ewy i obu Franków.

  • Napisane przez Weltszmerc w dniu 2007/01/30.

    :D

  • Napisane przez Psychodad w dniu 2007/01/30.

    Teoria prawdopodobieństwa płata różne figle niektórym kobietom, zwłaszcza, pardon, blondynkom. Żeby było jasne: nie adresuję tego do żadnej konkretnej blondynki, a zwłaszcza autorki blogu, która zresztą jak rozumiem chwilowo blondynką nie jest.

    No więc: pytają się faceta: jakie jest prawdopodobieństwo, że dzisiaj jak wyjdziesz z domu spotkasz dinozaura. facet mówi: jak jeden do 180 oktylionów. Pytają blondynkę. Odpowiada: jedna druga. Jak to? No – albo spotkam, albo nie spotkam.

  • Napisane przez wife w dniu 2007/01/30.

    najważniejsze ze wszystko dobrze sie kończy,prawda?

    a juz jakim sposobem i jakimi drogami sie kończy to uważam że im śmieszniej i bardziej na około tym lepiej.

  • Napisane przez autostrada w dniu 2007/01/30.

    :)) sliczne:)) tez mialam kilka takich akcji ze do dzis mam ochote ze wstydu wejsc pod dywan..:) pozdrawiam

  • Napisane przez radziecki-termos w dniu 2007/01/30.

    Maraska – odbierz pocztę.

  • Napisane przez melissa w dniu 2007/01/30.

    :-))))

  • Napisane przez wilczaszek w dniu 2007/01/30.

    To chyba przeznaczenie… Dziś moja twórcza i uznawana (przynajmniej w moim mniemaniu) za świetny pomysł inicjatywa została pogrzebana z kretesem, i wcale jej nie chcą! A ja przecież nie dla siebie… No własnie – o dobrych chęciach to już nawet przysłowie ułożyli.
    Bardzo Ci Bajko dziekuję za tę notkę – bo pokazujesz, że nawet gdy tymi chęciami piekło wybrukowane i nic z nich nie wychodzi, i nawet jeśli są osoby bardzo złe na całe zamieszanie – to jednak warto te dobre chęci mieć i je realizować… Tak sie trochę rozsypałam, bo tu człowiek chce dobrze, się stara, a wychodzi jak zawsze… Dzięki że jesteś taką ‚zarażającą’ optymistką – Buziaki :*

  • Napisane przez H. w dniu 2007/01/30.

    Wiem, że pewnie wszyscy już Ci to mówili/pisali, ale jesteś MAGICZNA :)
    Trafiła się Igorowi mama, naprawdę ;)

Zostaw komentarz

Subskrybuj komentarze


  • RSS