Wpisy z okresu: 2.2007

Pełna kultura | 2007/02/28 |

Ostatnie dni zapełniły mi się jakoś towarzysko. I bardzo dobrze, bo przynajmniej nie kuszą mnie żadne chandry ani inne takie. Znaczy czasem dopadają, ale szybko okazuje się, że jak się nie spędza wieczorów w pojedynkę (albo tylko z dość małomównym Małoletnim), to znacznie łatwiej udają się pod inny adres. Coś w stylu awizowano – nie zastałem, które czasem znajduję w skrzynce na listy. Swoją drogą to kiedyś dorwę tego Listonosza i coś mu gdzieś wbiję. Nie wiem jeszcze co ale dotkliwie i boleśnie. Bo karteluszki w skrzynce dostaję najczęściej jak akurat jestem obecna. A od ogonków na poczcie zdecydowanie bardziej wolę te mysie, z wystaw zoologicznych sklepów, przy których lubi się zatrzymywać Lokator.

Przedwczoraj odwiedziła nas Marysia z Jaśkiem, który okazał się być strasznie fajnym dwunastolatkiem i nie dość, że nie nudziło Go babskie kuchenne gadanie, to i zdecydował się wspomóc moich dwóch kolegów, którzy wpadli zainstalować wreszcie to felerne dvd, co to je mam chyba od roku a działało w sumie jakieś dwa miesiące. Z Marysią i Jaśkiem graliśmy do późna w scrabble i dopiero o jakiejś drastycznej porze okazało się, że jedyne słowa jakie przychodzą nam do głowy są za brzydkie żeby ich używać przy dzieciach. Dzieci zresztą pospały się dokumentnie. Niejaki Jan to nawet na dywanie. Normalnie wyrodne matki jak nic.

Wczoraj za to przyjechała Ciocia Goga i pojechałyśmy wynieść pół supermarketu, albowiem mnie pokończyło się wszystko co się pokończyć mogło, ze szczególnym wskazaniem na igorowe pieluchy, igorowe kaszki, igorowe kosmetyki kąpielowe i w ogóle igorowe wszystko, a Jej też całkiem sporo. W ogóle to okazuje się, że w moim domu najwięcej to zużywa Młody, bo chyba nie Ksiądz Proboszcz. Sobie kupiłam papier toaletowy, makaron, przyprawy i pastę do butów. Niezły zestaw. A paragon miał chyba z metr.

Przyjechałyśmy i zrobiłam pomidorówkę. Z dużą ilością pomidorów z puszki, z pieprzem, bazylią, oregano i czosneczkiem. Mniam. Gadałyśmy nad tymi talerzami do północy. I chciałam tym samym powiedzieć, że moje postanowienie o kategorycznym nie jedzeniu po 19, to już chyba poszło w krzaki. I nawet nie szeleści. Nie no na serio to ustalmy, że to była dyspensa. Za karę zrobię sto brzuszków. Tylko kto mnie później doholuje do łóżka?

Hmmm. To może po prostu zrobię je w łóżku. Z czystym sumiemiem potem sobie padnę.

Miłego wieczoru.

Na mój zapowiedział się kolega Rybak. Zsynchronizujemy zegarki i policzymy kto ile ma się jeszcze pokatować dietą. Ale to chyba w takim razie nocna pomidorowa odpada.

A najbardziej to się cieszę na jutro. Haluta zabiera mnie na koncert Comy. Zamierzamy dobrze się bawić. Raczej nie przewiduję trudności w realizacji zamierzeń ;)

_________________
Dla Issue:

Pomidorowa to taki kulinarny samograj, najprostszy chyba, zatem nigdy nie zastanawiałam się nad przepisem. Ale proszę bardzo. Ale podkreślam, że to moja wersja (z wpływami zresztą) i jak komuś nie pasuje, to nie robi – proste. Do gara wlewamy wodę, wrzucamy listek laurowy i ziele angielskie, albo dwa, w międzyczasie kroimy kurzy cyc (chyba, że akurat wolimy wersję wegetariańską) i dodajemy. Gdy woda się zagotuje ładujemy włoszczyznę (marchewka potem zostaje, więc kroimy ją w słupki – reszta wyjeżdża), kostkę drobiowo-pomidorową i trochę Warzywka z suszonymi pomidorami. Jeśli chcę pomidorówkę z ryżem to w tym miejscu wsypuję go do wywaru (zagęści zupę i się miło rozgotuje), jeśli z makaronem – gotuję go na drugim gazie (świderki, kolanka lub rurki). Następnie do zupy dodaję pomidory z puszki (w kawałkach, Melisso) i mały koncentrat Łowicza. Sypię zioła prowansalskie, oregano, bazylię, szczyptę papryki, kolorowy pieprz i dużo czosnku (fajne są zwłaszcza te mini-kosteczki). A potem, od czasu do czasu mieszając, łypię niecierpliwie czy już można i czy aby nie mdła… bo pachnie w całym domu.

Telefonicznie | 2007/02/28 |

Rozmawiam z Ziutą (znajomą jeszcze z czasów licealnych), która jakiś czas temu wyjechała z Warszawy aby rzucić się w wir uczuć i dokumentnie zawrócić w głowie jednemu takiemu przyszłemu Doktorowi.

Ja – Co porabiasz?
Ziuta – Dziś to głównie patrzę przez okno.
Ja – Tak Ci nudno?
Ziuta – Nie, robotnikom gorąco.

Tu nastapiło wyjaśnienie, że za oknem Ziuty znajduje się rusztowanie, które prócz metalowych rurek, wsporników i drewnianych desek połączonych rozmaitymi wkrętami, zawiera blisko tuzin młodych, prężnych Górali. I Ziuta generalnie się ślini. Niczym rodowodowy buldog.

Ja – Ale to przy plus pięciu im tak gorąco? Się biedaczki przeziębią…
Ziuta – Masz rację. Zrobię im herbaty.

W słuchawce usłyszałam sygnał ciągły – znak, że Ziuta lubi wprowadzać swoje pomysły w czyn bezzwłocznie.

Po kwadransie dzwoni znowu.

Ja – I jak?
Ziuta – Fajnie. Jeden mówił, że nie pamięta kiedy ostatnio się tak ożłopali herbaty jak w tym bloku.
Ja – Znaczy masz konkurencję.
Ziuta – Wiesz… same emerytki, rencistki i matki z dzieckiem…
Ja – I ty jedna samotna i piękna…

Rechot przeciągły.

Ja – A tak a propos to co tam u Doktorka?
Ziuta – A nic. Chudy, blady, niewymowny.
Ja – I klatę jak zapadnięty tapczan ma?
Ziuta – Ma.
Ja – Fałszuje przy goleniu?
Ziuta – Jak złoto.
Ja – I beka przez sen?
Ziuta – Żeby tylko.
Ja – To co ty w nim widzisz?
Ziuta – Jak to co? Pieniądze oczywiście.
Ja – Pieniądze? Ja myślałam żeś po prostu kochliwa.
Ziuta – A czy to przeszkadza mi być fantastką?

Fantastką Ziuta faktycznie być musi gdyż ponieważ albowiem Doktorek nie dość, że przyszły to jeszcze goły w kwestiach materialnych jest bardziej niż obnażone torsy robotników zza ziutowego okna. Ale widziałam ich razem (nie robotników tylko Ziutków), gdy przyszła się pożegnać. To taka miłość… no taka wręcz namacalna. Taka, o której czyta się w książkach i w zamyśleniu głaszcze kartki, albo krawędzie kubków z herbatą, albo ust. I uśmiecha leciutko pod nosem. I cieszę się, że pognała na ten drugi koniec Polski, że miała odwagę i podjęła to ryzyko. Za każdym razem gdy z Nią rozmawiam słyszę, że było warto. Między słowami jest tyle ciepła ile zawsze życzyłam jej przy każdym zdmuchiwaniu coraz to liczniejszych świeczek. A może nawet jeszcze więcej. Pewnie, że mi czasem smutno, bo wiem, że za chwilę wyjadą razem jeszcze dalej i na stałe, i jak dotychczas widywałyśmy się raz do roku, to teraz nie będziemy wcale, ale przede wszystkim się cieszę. W końcu znalazła tę swoją laf i choćby był najbardziej chudy, blady i niewymowny, to jest zakochana. Z wzajemnością. I takich rozmów przez telefon życzyłabym sobie więcej. Nie tylko z Ziutą :)

O dziesiątej rano zwykle je się drugie śniadanie. Chyba, że akurat – jak ja – woli się jeść to pierwsze w okolicach południa, bo wcześniej zwyczajnie nie jest się głodnym. O dziesiątej rano część szczęśliwców łazi sobie jeszcze niespiesznie w pidżamach po domu i przeciąga się przy oknie, wyglądając na zapyziały świat. Chyba, że akurat – jak ja – musi wstać wcześniej. Dużo wcześniej. Dajmy na to o 6.30. Raz lub dwa razy w tygodniu o dziesiątej zaczynam pracę – nazywa się to dyżurem i niby można wtedy dłużej pospać. Niby, bo odkąd Lokator jest już na górnym piętrze, nie zdarzyło mi się wstać później niż o siódmej z minutami. Jest w końcu żłobek. W dni wolne od pracy Dzieć posiada za to nieodgadnioną właściwość aktywizacji w godzinach mocno porannych.

Przykład: Sobota. Ze snu wyrywa mnie kwękanie. Młody stoi w łóżeczku i z miną „nudzi mi się – zrób coś” kategorycznie żąda rekreacji i woltyżerki na wysokościach. Patrzę na zegarek – 4.32. Spoko, zen. Konsekwentnie nie zagaduję, nie zabawiam, nie wdaję się w bliższe relację. Zatykam smoczkiem i przytulam. Po kilku minutach Młody zasypia a ja odnoszę go do łóżka. Powtórka następuje o 5.15, 6.00 i 6.20. O siódmej śmiało we wniosku o wydanie dowodu osobistego mogę sobie wpisać kolor oczu: czerwony i jeszcze w uzasadnieniu podać godzinowy wykaz nerwowego zaciskania szczęk. Ale nadal jestem zen. Uroczo, nie?

No, a jeszcze fajniej jest jak ma się do pracy na 10.00 ale wcześniej Lokator ma umówioną wizytę u Doktora Królika. Szczepienie. Przyznam, że gdy wstałam o szóstej (położywszy się spać o pierwszej), oporządziłam towarzystwo, odpaliłam wrotki (wózek-tramwaj znaczy), dojechałam do Przychodni, odstałam swoje wysłuchując o kupkach, zupkach i ulewaniach (proszę, pod choinkę chcę dostać zestaw knebli), przeszłam przez kolejne pokoje wtajemniczeń (w jednym ważenie-mierzenie, w drugim Doktor Królik, w trzecim szczepienie, w czwartym zapisy na kolejne randez-vous), odczekałam przepisowe dziesięć minut po szczepionce, uruchomiłam teleport do żłobka (wózek-tramwaj, a jakże), przekazałam Ciotce Etatowej niezbędne zalecenia i wytyczne, w ostatniej chwili dobiegłam do tramwaju i zrobiłam wydech… to gdy o 10.00 usiadłam za biurkiem rozpoczynając pracę, czułam się tak nieludzko zmęczona, jakbym przekopała co najmniej hektar nieużytku.

Czasami to sama się czuję jak jeden wielki nieużytek. Pod warunkiem, że w ogóle się czuję. Bo po takiej polce to niekoniecznie raczej.

Lokator za to wszelkie te czasowo-przestrzenne perturbacje zniósł dzielnie i mężnie a na samym szczepieniu, to nawet mnie zaskoczył. Pozytywnie. Bo na przykład kiedy Lady Strzykawa wyciągnęła swoje rozmaite instrumenta i powiedziała: Teraz proszę mocno przytrzymać Syna, nawet najmniejsze włoski na karku mi się zjeżyły. Bynajmniej nie z uniesienia. Nie musiała nawet dodawać: będzie bolało. Ale dodała. Głośno przełknęłam ślinę i odsłoniłam wątłe obywatelskie ramię, przyciskając Go kurczowo w przepraszającym geście. Lady Strzykawa przystąpiła do działania, Lokator skrzywił się i już już miał eksplodować wielkim rykiem… gdy drzwi gabinetu uchyliły się i do środka weszła Stażystka. A trzeba przyznać, że wejście to ona miała. Zjawiskowo piękna kobieta. Normalnie gdybym była facetem, zabiłabym się o przyszłą wizytę u niej. Nieważne, że to pediatra. Powiem szczerze, że nawet choć specjalnie po babsku szukałam jakiegoś mankamentu – jakieś grube łydki, pryszcz na czole, albo choć kurzajka na dłoni – nic nie wypatrzyłam. Zjawiskowa i już.

Gdy weszła do pokoju, Lokator, który już miał wszcząć alarm, zrobił usta w ciup i łykając w pośpiechu niedoszłą wielką rozpacz, wystosował w wiadomym kierunku najpiękniejszy z uśmiechów. Lady Strzykawa spojrzała zdziwiona na Młodego, potem na mnie, potem znów na Młodego i na Zjawiskową. Młody patrzył tylko w jedną stronę (dla ułatwienia dodam, że nie na Lady Strzykawę i nie na mnie) i emanował osobistym urokiem jakby się właśnie nażarł lubczyku i zapił fosforem. Zjawiskowa oczywiście złapała się w te sidła, pogłaskała mizerne blond-uwłosienie i przytuliła Młodocianego Amanta tuż po zastrzyku, którego wzmiankowany chyba w końcu nawet nie zauważył. W życiu nie widziałam tak szczęśliwego Dziecka.

Przyznam, że zaimponował mi Lokator. Czwórka Dzieci przed nim ryczała właśnie rozsadzając akustycznie poczekalnię, a ten – proszę – zabawia się w Casanovę. I nawet nieszczególnie martwię się, że w tak młodym wieku ogląda się za kobitkami a część nawet zwyczajnie bezczelnie podrywa.
Widzę, że ma dobry gust.

W najbliższym czasie czeka mnie mała, maleńka, tycia… przeprawa z rozmaitymi urzędami. Albowiem muszę wystarać się o paszport dla Lokatora. Kiedyś wpisywało się Dzieciarnię w paszport rodzica i po kłopocie. Teraz nie ma takiej opcji. Trzeba wyrobić Młodzieży osobny paszport. I to jeszcze jest takie fajowe, że do ukończenia 5 roku życia, paszport wydaje się na rok (tymczasowy taki), chyba, że napiszemy wniosek o wydanie dokumentu na lat 5. Na odpowiednim blankiecie ten wniosek oczywiście. Urocze, nieprawdaż?

No, zatem paszport dla Małoletniego. Odpalamy wrotki.

Nic prostszego – pomyślałby sobie przeciętny zjadacz mielonki – idę sobie do właściwego Dzielnicy urzędu – dla ułatwienia nazwijmy go Urzędem A – składam wniosek, dołączam fotografie, płacę ile trzeba i czekam aż będę mógł przyjść i Dziecięciu paszport odebrać.

Ale ale.

Żeby wystarać się o paszport dla Lokatora, do wniosku muszę (oprócz stada ważnych i jeszcze ważniejszych papierów) dołożyć odpis jego aktu urodzenia. I to nie byle jaki, żaden tam skrócony, co to się go dostaje po zgłoszeniu pojawienia się Potomstwa (po odstaniu swojego w ogonku) w Urzędzie B, tylko zupełny (to takie ułatwienie dla samotnych matek, żeby im się odechciało godzić w politykę prorodzinną państwa i zgrywać Supermanki). Żeby otrzymać odpis zupełny aktu urodzenia Dziecia, muszę wypełnić inny wniosek i złożyć go – razem z dowodem stosownej opłaty naturalnie – w innym urzędzie, Urzędzie C. Ale już opłatę muszę uiścić na konto Urzędu D. Żeby było śmieszniej. A do tego – jakby przygód było mi mało – muszę obligatoryjnie wymienić sobie dowód osobisty na nowy. Żałuję wprawdzie, że nie na willę z basenem, ale co robić.

Wymienić muszę ów dowód już teraz_zaraz, bo jak Lokator ma dostać paszport, to na wniosku paszportowym musi być numer nowego dowodu. Ze starego to się nie opłaca, bo z końcem roku traci ważność i potem trzeba by też ten lokatorski paszport wymieniać. Normalnie chyba w całym życiu tyle nie zmieniałam co teraz muszę. Pominę już, że fotografie muszą być biometryczne i tak dalej, bo to już wszem i wobec wiadomo. Biometryczne czyli takie specjalnie porozciągane i pospłaszczane i robione tylko gdzieniegdzie za stosowne pieniądze. Pominę również, choć może nie do końca, że wniosek o wymianę dowodu osobistego powinnam złożyć w Urzędzie E, opłatę (no bo jakżeby nie) uiścić w kasie Urzędu F a odebrać będę go mogła w G lub H, nie wiedzą dokładnie bo mają remont. Poinformują w stosownym terminie.

Jakbym jeszcze miała na przykład wyjść za mąż i zmienić nazwisko, niechybnie doszłabym do Z. W sumie więc dobrze, że jednak nikt mi się ostatnio nie oświadczył. Jak widać – i czemu niepomiernie i nieustająco dziwi się mój osobisty Mamut – w każdej życiowej sytuacji mogę odszukać jakieś plusy. Ważne, żeby nie przesłoniły mi minusów.

Minusami niewątpliwymi są godziny pracy wszystkich Urzędów. Na ogół są one takie, że ja pergolę. 10-16. Z czego rano trzeba odliczyć jakieś dwie godziny na pracę wewnętrzną (kawa, ploty, pasjans na pececie), ze środka godzinną przerwę na lunch (bo obiadowa to już passe) i z końca jakieś półtorej godziny na podsumowanie dnia (kawa, ploty, pasjans i sru do domu). Godzina trzydzieści czystej żywej pracy z petentami – w tyłkach nam się z radości poprzewraca. Do tego tak – żeby mnie nie zaskoczyli na przykład żądaniem zaświadczenia o niekaralności psa prababki, którego akurat o zgrozo mogłabym nie mieć ze sobą, przekopałam cały internet w poszukiwaniu stosownych formularzy, druków, pism i wzorów wniosków – i co najlepsze większość mam nie z oficjalnej strony Urzędu Miasta, a z całkiem innych źródeł (sprawdziłam, nie myliły się). No i adresy podane przy stosownych Urzędach to może i owszem, prawdziwe, ale telefony to albo uparcie milczą, albo są zakładem fryzjerskim, albo piszczą faksem. A USC to nawet godzin pracy nie podaje. Jednym słowem mekong delta w pigułce.

Musiałabym wziąć nie jeden dzień wolnego, ale cały miesiąc żeby to wszystko pozałatwiać. Ale nic to. Jestem ambitna i nie zamierzam wziąć nawet dnia. Możliwe zatem, że w najbliższym czasie na mieście będzie widoczne rozpędzone coś, trzymające pod pachą stertę innych cosiów, pchające wózek z jeszcze innym cosiem i malowniczo powiewające czerwonym ozorem. Bo w całym tym burdelu, to właśnie jedynie język do pasa pewny. Bo wszystko osobiście, naturalmą. Dobrze, że przynajmniej PIT-a mogę wysłać pocztą.

_____________________________
Najbardziej podoba mi się POUCZENIE z dołu Wniosku o wymianę dowodu osobistego.
Punkt czwarty.

W rubryce KOLOR OCZU należy wpisać, zgodnie ze stanem faktycznym: NIEBIESKIE, SZARE, ZIELONE, PIWNE, BRĄZOWE, CZARNE, CZERWONE, WIELOKOLOROWE, NIEOKREŚLONE”

No i mam teraz zagwozdkę. Dylemat znaczy. Bo rano to ja mam takie nieokreślone, w pracy robią mi się wielokolorowe a po południu to już na bank są czerwone…

Nie no padłam.

Generalnie | 2007/02/26 |

Lubię słowo generalnie. I choć w zasadzie to nic ono do wypowiedzi nie wnosi a jedynie podkreśla delikatnie motyw uogólnienia, ponoć stało się ostatnio wściekle modne. Hmm.. To chyba nie tylko przeze mnie. Cóż, mam najwyraźniej jakiś taki talent do kreowania nowej mody. Od zawsze, choć niechcący.

Wyszperałam jako nać małoletnia mamutowe dzwony i ufarbowałam koszulkę co to ‚złapała’ plamę nie do wywabienia – za rok był wielki powrót mody hippie i batiku (tak wiem, że moda wraca cyklicznie ale te naście lat temu był to powrót gdzieci-kwiaty numer jeden). Pomalowałam sobie farbami glany w szkocką kratkę – jeszcze w tym samym roku przy de Gauille’a sprzedawali malowane glany. Plotłam z kolorowej muliny rozmaite wzory i struktury – przynajmniej latem mogłam je z dużym zyskiem posprzedawać na Starówce, bo wielkie bum na to było. Tak było z miliardami agrafek w spodniach i koszulkach, wojskowym chlebakiem ojca, powrotem czapek-uszanek. Zawsze nieco wyprzedzałam to co miało nadejść i wybuchnąć. W ostatnich kilku latach też mam fart. Dorwałam na jakiejś wyprzedaży pomarańczowe spodnie, na które nikt nawet nie spojrzał a ja owszem, bo zawsze chciałam a z lumpeksu wyniosłam koszulkę – następnej wiosny wszyscy kurde chodzą w pomarańczu. Z Krakowa przed paru laty przywiozłam sobie czarną szturkową torebkę (za grosze) z dopiętą doń czerwoną biedronką z Sukiennic, bo tak mi się podobało – już trzecią laskę w ostatnim tygodniu widziałam z biedronką przy czarnej torebce. Od lat też trąbię o żółtych kaloszach – w końcu są, „bardzo modne będą wiosną kolorowe gumowce”. Kupiłam oczojebnie turkusową koszulkę i nosiłam ją do zielonych spodni – „to najmodniejsze zestawienie kolorystyczne nadchodzącego sezonu”. Taa.

I jeszcze do tego wszystkiego Brytnej zgoliła się na zero.

Ja naprawdę nie mam manii wielkości i zdaję sobie sprawę, że to czysty przypadek to wszystko. Wszystko. Ale sami przyznacie, że dość zabawne są takie rzeczy ;) Zastanawiam się, czy gdybym na przykład zamiast rękawiczek zaczęła nosić pluszowe misie-pacynki (no bo ciepłe są przecież), następnej zimy zamiast rękawiczek czy okrutnie też modnych mitenek (od Katy dostałam dwa czy trzy lata temu), wszyscy nosiliby pluszaki.

No, to tyle w ramach domniemanego kreowania rzeczywistości ;)

Teraz lepsze.

Dziś rano wstałam, dokonałam zwyczajowych ablucji, zrobiłam sobie nawet makijaż – z cieniami na oczach i ogólnym wodotryskiem, wypiłam kawę, ubrałam się ciepło, takoż i przygotowałam Lokatora (ino bez kawy i makijażu), Lokator jakoś wybitnie nie protestował gdy upychałam go w tekstyliach (bo zwyczajowo drażni go nawet rękaw, a może raczej zwłaszcza rękaw, a dziś cisza, spokój i Tony Halik z fajeczką), pozmywałam wczorajsze naczynia, czy jak rzecze Mamut – statki (kurka siwa zawsze się zastanawiałam czemu statki?!), zapakowałam się w kurtkę, Lokatora w kurtkę i wózek, zniosłam wszystko dzielnie na zewnątrz i pognałam do żłobka. W żłobku jedna Ciotka Etatowa. Zaskok pewien odnotowałam, bo zawsze jak przyjeżdżamy są już dwie, ale nie pytałam co się stało i czy drugiej nie zjadł może zły wilk, bo i tak patrzyła na mnie dość trzyznacznie. Nieco mnie tylko zdziwiło, że tramwajem tak szybko jadę, i taki pusty, że siedzę, nikt nie pcha mi żadnej torby między żebra i w ogóle luksus. A w radio same smęty zamiast porządnych wiadomości i cisza o korkach ulicznych. Dopiero w pracy mnie olśniło. Gdy spojrzałam na zegarek.

Dzień mi się otóż lekko przesunął i przyjechałam godzinę za wcześnie.
Braweczko.
Nie wiem jak nastawiałam ten budzik. Chyba palcem u nogi. Sąsiada.

To generalnie znów jestem Miszczuniu, co nie?

Na zamówienie | 2007/02/23 |

Lubię jak śni mi się lato. Jakiś lipcowo-sierpniowy wieczór, pachnąca rosą trawa, jeszcze ciepły od słońca pomost nad jeziorem i cicho szumiące, zapełniające się pomału swoimi zwyczajowymi nocnymi lokatorami, szuwary. Mimo ogarniającej wszystko w wolna szarości, jest kolorowo. A każde źdźbło ma srebrzystą lamówkę. Zawsze wtedy jestem bosa i idę po tej trawie, i czuję pod stopami każdy kamyk, jakby to był najprawdziwszy letni wieczór, a nie sen, skulony na kawałku kanapy, której nawet nie chce mi się rozkładać.

Siadam na pomoście i palcami wygładzam niewidoczne rysy na nagrzanej upalnym dniem desce. Pod opuszkami czuję szorstkość drewna wypalonego słońcem, zlewanego wodą, smaganego wiatrem. Heblowanego setkami stóp o różnych rozmiarach i przynależnościach. Szorstkość jest miła jak kocie wąsy. Zdziwiona uśmiecham się do tej myśli i wciągam głęboko do płuc nieokreślony zapach. Ulubiony. Jakbym chciała go tam zatrzymać, zmagazynować na sny trudne i trudniejsze. Potem zanurzam stopy w wodzie i dziwię się jaka jest ciepła. Powietrze wokół zdaje się być chłodniejsze niż jezioro. Po drugiej stronie na wodzie pojawiają się błyski, ktoś rozpala ognisko, powietrze z daleka zagęszcza się w dym i jaskrawieje. Świat staje się coraz ciemniejszy, tylko ten dym jakby pojaśniał. Przez kontrast.

No i gwiazdy. Całe morze gwiazd odbija się w wodzie i migocze tajemniczym alfabetem. Kładę się na pomoście i łączę odległe o miliardy lat świetlnych skupiska gazów, jakby były punktami z dziecięcej kolorowanki. Najlepiej udał mi się okręt. Tylko jeden żagiel już z lekka nieswój. Uciekł mu dolny rożek. Gwiazdy spadają tabunami. Nie mam tylu życzeń. Mam jedno. Wypowiadam je na głos. Nie boję się, że się nie spełni. I tak już jestem szczęśliwa. Przez chwilę chłonę to wszystko, w myślach sznuruję usta w fiołkowe wianki i otwieram głowę na polne drogi, kopce siana, szczekające psy i cembrowaną, omszałą studnię. Jest mi nieopisanie dobrze. I nie wiem skąd wiem, że to jedyny taki wieczór, że za rok wszystko będzie już inne, słabsze i pełniejsze zarazem, z tupotem i ciszą w środku, z ustami w przecinek i lasem pachnącym poziomkami, ze światem w kieszeniach i samotnie.

Za rok usiądę na tym pomoście i w milczeniu będę się przyglądać małej dłoni, wyrysowanej od środka na moim brzuchu. Tuż pod napiętą skórą. Przyłożę tam swoją i to będzie jedyny taki moment, kiedy cały ocean gwiazd znieruchomieje w jednym mrugnięciu. A szuwary zamruczą: szczęściaro. Po chwili dłoń zniknie i zobaczę ją dopiero na jesieni. Z całą resztą.

Siedzę więc na tym pomoście i śnię swój ulubiony sen o letnim, lipcowo-sierpniowym wieczorze. Potem ogarnia mnie spokój. Taki lekki, łaskoczący delikatne włoski na karku, miękki i pluszowy. Smakuje wrzosowym miodem i cierpkim jabłkiem. Pachnie smarem do rowerów i schnącym na parapecie ręcznikiem. Jest gdzieś tu. Na stałe. Budzę się ale jeszcze długo oczy mam zamknięte. W końcu pod powiekami mam wszystko czego pragnę.

I zostaje mi gdzieś na poduszce jedna myśl. Dobrze umieć w swoim życiu zauważyć, że ptaki na pięcioliniach rozpiętych pomiędzy słupami układają się w partyturę. Jak nuty. Jeszcze lepiej spotykać ludzi, z którymi nawet herbatę można z braku cukru słodzić śliwkową konfiturą, byleby tylko chcieli słuchać tej muzyki z nami. Choćby przez chwilę.

Ps. O! A tu ilustrejszyn. Danau za dnia i widok na Bajkę przez karimatę.

Właśnie przed chwilą kazałam jednemu panu spadać na drzewo. No serio. I to z pełną premedytacją. Schamiałam zupełnie jak nic.

Bosz, Synu. Ty się lepiej sam wydziedzicz od razu.

No ale sam sobie winien. Dzwoni do mnie i ani dzień dobry, ani kim jest, ani po co dzwoni tylko z pytaniem: kto ja jestem. I to takim kategorycznym. Jakby się kurka siwa szacha perskiego spodziewał a nie żeńszcziny w wieku światłowodowo nieokreślonym. Ja wiem kto jestem – pomyślałam sobie – ale co jemu do tego? Poza tym jak się do kogoś dzwoni to się powinno wiedzieć kim ten ktoś jest. Albo przynajmniej udawać.

Odpowiedziałam uprzejmie: a z kim mam przyjemność? – choć już na wstępie wcale tej przyjemności nie miałam i nawet się nie zapowiadało. Bo ja uparta jestem jak stado osłów. I generalnie jestem zdania, że to dzwoniący się przedstawia. Najwyraźniej jednak to bardzo zamierzchła i porosła mchem reguła. Ale nic – on dzwoni, znaczy jemu zależy.

Zignorował oczywiście moje pytanie kto zacz i odparł, że nalega i żebym mu powiedziała gdzie się dodzwonił. A jak powiedziałam, że też nalegam i jednak wolałabym wrócić do ogólnie przyjętych norm konwersacji, to mi powiedział, że jestem bezczelna.

Ha! Niech mi powie coś, czego nie wiem.

Pewnie, że jestem. Ale nie będzie mi tego mówił jakiś obcy buc. W dodatku przez telefon.

Poteflon jeden.

Wrażenia z ogórka | 2007/02/22 |

Drink został zaakceptowany, nawet z ogórkiem i ogólnego wrażenia nie zmącił nawet fakt, że po dorzuceniu kolejnego już plasterka cytryny i zalaniu martini, ciut przymało miejsca zostało na sprite. Ale spoko. Czego się nie robi dla ogólnych wrażeń. Upiłyśmy szybciutko – siorbiąc popisowo – połowę ze szklaneczki i dolałyśmy rozcieńczacza.

Może troszkę tempo nas zmogło, bo już po pół godzinie zdało mi się, żem piękna wybitnie i chyba zaraz skoczę wyrzucić śmieci w celach pokazowych (bo może akurat ten podrywacz śmietnikowy, co to mię rwał był przy makulaturze jak świeże wiśnie, gdzieś tam się zaszył i na mnie czeka), ale energia skończyła mi się na pomyśle. Hal z dziwną miną namierzała telewizor. Była śmiertelnie poważna i starała się mrugać. Zawsze gdy tak robi oznacza to, że już jest „zrobiona” w szpadel, tylko teraz pracuje nad tym, żeby rechotać tylko wewnętrznie.

To chyba była reklama internetu na godziny, co to się niby płaci tyle ile się wykorzysta. Facet wszedł do cukierni i uśmiechnięta ekspedientka, po zaprezentowaniu do kamery swego bufetu i śnieżnej bieli klawiatury, ukroiła mu potężny kawał tortu. Oczywiście cały czas byłyśmy śmiertelnie poważne.

Baj – Ale wielki ten tort.
Hal – No… i tłusty.
Baj – Brązowy.
Hal – Z takim wstrętnie słodkim kremem.

Blee.

Baj – O! Popa, dwa oka mu zostawiła na kawałku jednym.
Hal – Bo to cyklop.
Baj – Cyklop miał jedno oko.
Hal – To dwa cyklopy.

Logiczne.

Eleonorki | 2007/02/21 |

Z racji tego, że Walentynki chyba od początku ich usilnego przeszczepiania za wszelką cenę zza siedmiu gór i rzek na nasz rodzimy przaśny grunt, mam głęboko w poważaniu i w odróżnieniu od zakochanych, parzystych i szczęśliwych, którym i tak jest wszystko jedno czy całują się w lutym czy w sierpniu, czternasty dzień lutego zwyczajowo olewam sikiem prostym i czekam na Eleonorki.

Eleonorki są właśnie dziś a ich świętowanie rozpoczęła ongiś Malinezja (występująca w przepastych archiwach tego bloga od czasu do czasu, również jako Malina, Mal, Malinka i Flądra… bo bezwstydnie chuda). Eleonorki są fajne, nieoklepane i zawsze można poukładać sobie w ich intencji sprośne wierszyki. Eleonorki mogą świętować wszyscy – parzyście, samotnie i w trójkach albo innych karkołomnych konfiguracjach. W dodatku nikt dziś nikomu nie będzie wciskał pluszowych serduszek, kartek z love krowe, przemarzniętych tulipanów sprzedawanych za ich pięciokrotną wartość i udawał, że nas lubi. Dziś możemy się lubić po prostu. A co po niektórzy to nawet i kochać się mogą.

Jak na przykład wczoraj Szanowna Sąsiadka, do której znać, że przyjechał mąż marynarz. Ludzie. Na takie dwukreślne ce to ja nawet po nieoczekiwanym siadzie w sam środek pudełka pinezek nie wchodziłam. Pozazdrościć.

No.

To skoro formalności mamy za sobą… pora na amory skoro dziś Eleonory. W związku z powyższym zamiast wytarzać się w popiele zamierzam z Halutą rozpracować jakiś flakonik i poderwać Strucla. Do lotu.

Myślę, że Guano Apes w odpowiednim volumie powinno mu zakłócić nieco Mandarynę z przyległościami, którą ostatnio raczył okolicę do czwartej. Bynajmniej nie popołudniu.

A tak w ogóle to ten karnawał jakoś mnie minął szybko i udał, że nie zna. Nie zdążyłam się natanczyć jeszcze. No halo!

Poza tym zupełnie nie wiem co zrobić dziś na obiad bo w lodówce ino wątła bździna i echo. Ciekawe co mi odpowie jak otworzę drzwiczki i zawołam: „mitsubishi galant”?

Kiedyś w studni wyszło śmiesznie.

Może mniej o tyle, że to była wycieczka szkolna do jakiegoś skansenu i zaraz obok stał Wuefista. Ale kto by się tam przejmował szczegółami.

____________________________
A na deser wierszyk, który przed chwilą przyszedł mi do głowy i właśnie teraz ma swoją premierę. Światową.

Co roku przy Eleonorkach
Przebierał Doktor w Doktorkach.
Rude, blond oraz brunetki,
Nawet w klapkach typu szwedki.

Wszystkie ładne, wszystkie piękne,
Młode, zgrabne i ponętne.
Nocny dyżur na kozetce
Doktor sobie ważył lekce.

I zapraszał koleżanki
Na herbatkę ze swej szklanki.
Po herbatce niebanalnie
Kładli się horyzontalnie.

Co tam dalej każdy wie,
Grunt, że nie nudzili się.
Aż raz pewien, Doktor zasnął,
A jak zbudził się, to wrzasnął.

Bo to co przyniósł poranek,
Umartwiło mu sześć tkanek.
Było ciemno, było buro,
Zimno, brzydko i ponuro.

Nie pamiętał już dokładnie,
Bo się raczył czymś dosadnie,
Ale miała rudy włos,
Spodnie dżinsy, miły głos.

Poszedł więc na jej kozetkę
I zagrali tam ruletkę.
Coś tam wypił, potem padł.
A dziś rano… jasny szlag!

Nie udały się w Eleonorki
Doktorkowi te amorki,
No bo Ruda, już bez spodni,
to Krystyna… ta z gazowni.

Znajdź różnicę | 2007/02/21 |

czyli Ostatnia Paróweczka Hrabiego Barry Kenta




i w bonusie Czaruś Parkowy



  • RSS