Wpisy z okresu: 3.2007

Iglaki i okolice | 2007/03/30 |

W sklepowej kolejce do kasy stały sobie dwie dziewczynki na oko czternastoletnie. Na oko powtarzam bo ubiór i tona cienia na twarzy zadziałały skutecznie maskująco i równie dobrze to mogły być jakieś dobrze odżywione papużki faliste. Jedna nawet trochę pluła fistaszkiem w lewo.

Po ludzkiej (mimo wszystko) mówie jednak wnoszę, że nie papużki. I na bank nie faliste.

Stałam sobie więc i podziwiałam charakteryzację i obcas i w ogóle całokształt gdy moich uszu dobiegło:

- A co stosujesz na okolice bikini?
- Nic.
- Nic?
- Golę się na jodełkę.

Padłam przyznaję.

Hmmm. Ale to chyba od szablonu czy jak?
Bo jak na mój gust to ta mała w życiu jodły nie widziała. Chyba, że na obrazku. W książce do środowiska z czwartej klasy.

A okolice Bikini to gdzieś w podręczniku do geografii powinny być. Jeszcze.

Mało wyzwolona byłam jako czternastolatka. Niczego sobie nie goliłam i nie stosowałam do żadnych okolic, podobał mi się Wojtek z siódmej B i na szkolnych dyskotekach czerwieniłam się gdy ktoś mnie prosił do tańca. W sklepie zaś kupowałam drożdżówki i oranżadę.

Tak przynajmniej brzmi wersja oficjalna.

Nie wiem czy wszyscy mają ten feler, czy mam się czuć jakoś szczególnie wyróżniona w kwestiach skojarzeń, ale osobiście gdy zobaczę kogoś w sytuacji niecodziennie intymnej, ciężko mi potem wyobrazić go sobie w gajerku i z laptopikiem pod pachą na jakiejś super ważnej firmowej konferencji.

Zawsze będzie dla mnie w gaciach w kratkę i z laptopikiem pod pachą.

W mojej poprzedniej, nieoficjalnej pracy, były zwyczaje wspólnych sobotnich wieczorów dla szeroko pojętej pracowniczej integracji. Generalnie chodziło o to, żeby się jeden kierownik z drugim napili wódki i być może wyrwali jakąś świeżą stażystkę w celach konsumpcyjnych. Albo trzy.

Jako że w soboty z reguły miewałam ciekawsze plany – dziesięć kilo temu jeszcze studiowałam, byłam młoda i powabna, więc tańczenie na stole salsy było jak najbardziej na miejscu – olewałam sikiem prostym wszelkie integracje ze starymi pierdzielami. Do czasu kiedy do Firmy przyszedł Sztywny.

Nie wiem od czego Sztywny był sztywny ale bynajmniej nie miało to związku z tym o czym właśnie pomyśleliście.

Mówi się, że czasem ludzie zachowują się jakby połknęli kij, albo wieszak, albo usiedli na ekierce. No. To Sztywny miał w organizmie całą szatnię Filharmonii Narodowej, razem z woźnym. Sztywny z miejsca stał się obiektem daleko posuniętych obserwacji i analiz. Patrzyliśmy z zatrwożeniem czy jadąc windą nie przejdzie aby do Matrixa albo na przykład nie zamieni się w rolkę blachy falistej. Nawet dzień dobry bąkał tak mało entuzjastycznie, że miało się wrażenie, iż w jego przypadku uśmiech byłby śmiertelny. Zarówno dla wykonawcy jak i obserwatora. Kiedy wreszcie udało się go namowić na sobotni wypad integracyjny, nie mogłam sobie odmówić przyjemności zarejestrowania co tequila robi z człowieka.

Zrobiła. Więcej niż bym chciała zobaczyć nawet.

Sztywny nie bardzo wprawdzie zwiotczał i okazało się, że nawet potrafi opowiedzieć dowcip, ale za to wyraźnie zszedł z ekierki. Zwątpiłam gdy nagle okazało się, że nie tylko ja jestem entuzjastką salsy. Z tym, że ja wolę ją tańczyć w ubraniu i z reguły pomagała mi w tym Ziuta. Sztywny to był jednak ambitny typ. Prawdopodobnie do końca życia nie da rady wytłumaczyć się żonie, która musiała przyjechać po niego w środku nocy i zbierać z knajpy jego gajerek, krawacik i idealnie wypastowany obuw. Nam nie dał się powstrzymać. Tańczył z barmanką na ladzie i dumnie prezentował wibrujące slipy w kratę.

Tydzień później mieliśmy w Firmie jakieś super_hiper_mega_giga ważne spotkanie na szczycie.

Sala konferencyjna, masa sztywniaków w kołnierzykach i ęą na najwyższym poziomie. High life i orzeszki. Sztywny przyszedł jak zwykle nienagannie odprasowany i z kantem niemal wzdłuż twarzy. Odpalił laptopika, rozpoczął prezentację i z miną odkrywcy kosmosu w pomidorowym koncentracie, referował nam o Piekielnie Istotnym Projekcie Informatyczno-Ekonomicznym.

Oczywiście cały czas nie mogłam się skupić na tym co mówił i patrzeć na niego jak na przełożonego. Ciągle widziałam te gacie w kratę. Pomimo gajerka, krawacika i odprasowania.

I tak sobie myślę, że gdy teraz ktoś przy mnie omawia strategie marketingowe z miną Strasznie Sztywnego Sztywniaka, a dajmy na to widziałam go w szlafroku, czy z koperkiem na zębie, zawsze chce mi się śmiać.

Nie chcielibyście wiedzieć po czym drapią się informatycy słuchając przez telefon o Waszych problemach z serwerem ;)

Wazon | 2007/03/29 |

Dostałam wazon.
Z dostawą do pracy.

Zawsze o takim marzyłam – mogłam sobie pomyśleć. Albo chociaż – dobrze, że nie jakąś ohydę, nie wiem, paskudny plafon w kolorze majtkowego różu albo kinkiet z pterodaktylem. Ale nie – wazon nie był akurat nigdy obiektem moich westchnień. Bo kto może marzyć o wazonie? No halo!

Czytałam kiedyś w ogłoszeniach o pracę:
DMUCHACZ SZKŁA KOLOROWEGO PILNIE (NA ZAPLECZU)

Pewnie więc on.

Nie wnikam nawet kto kogo bedzie na kolorowo dmuchał na tym zapleczu. Grunt, że pilnie. Na cito to nawet wyborcza nie pomoże kochani.

Tyle, że wazon średnio kolorowy. I raczej ciężko by szło go skądś wydmuchać. Gabarytowy. Duży, szklany, przezroczysty. Sześcian klasyczny.

Do wazonu dołączony był bukiet róż. I Pani W Kufajce, która na szczęście okazała się dodatkiem chwilowym. Róże dla odmiany zostały i stoją.

Czuję się przy nich nisko cokolwiek.
I jeśli to nie kompleks małego członka to ja kurde nie wiem gdzie nadawca je zamawiał. W NASA chyba. Albo w Archiwum X. Agent Mulder wyciosał je osobiście z syberyjskiej sosny i spektakularnie umarł z wycieńczenia. A Scully zrobiła tę swoją nieprzeniknioną minę srającego bobra i poszły napisy. I motyw przewodni. I reklamy. I kurde żarówka w przedpokoju.

Nie mam pojęcia czy na Syberii są sosny. Niech ktoś to sprawdzi najpierw.

Ja bardzo przepraszam ale chyba właśnie dostałam zawału.

Czy są na sali obcęgi?

Już doprawdy nie wiem gdzie mam się uszczypnąć.

Bo ustalmy, że nie ma ludzi idealnych. Znaczy ja jestem, ale w liczbie pojedynczej. Siedząc z Katą w GreenWayu ustaliłyśmy, że musi mieć wady. Dłubie w nosie, zgrzyta zębami, ma tupecik, nie wiem co jeszcze. Pewnie w szafach trzyma zasuszone trupy sekretarek, albo kolekcjonuje paznokcie w dużym słoju po ogórkach, albo chociaż po nocach nosi damską bieliznę. Lateksową.

Ciągle podejrzliwie patrzę w kalendarz ale to wybitnie jeszcze nie Prima Aprilis. Może to przez tę zmianę czasu? Obudzę się i zadzwonię do Mamuta z tekstem:

- Słuchaj, ale miałam sen! Nie uwierzysz! Usiądź, zrób sobie herbatę albo napij się wódki i nie spadnij.

Ale nie.

Jak dotąd sen utrzymuje się na optymalnym poziomie endorfin i ani myśli przejść w fazę REM. To ja może też przestanę marudzić i poczekam na dalszy rozwój wydarzeń…

Macie może aspirynę?

Haluta szuka mieszkania, Goga marzy o masażu i ma co najmniej kilka par różowych szpilek a Małgośka zaczęła chodzić na gimnastykę i odnalazła zagubione mięśnie.

Jeszcze chwila i porzucę Lokatora w altanie śmietnikowej. Na godzinę trzy razy w tygodniu… by mieć gimnastykę. Też chcę… ale możliwości mam takie, że srał to pies. No.

Ostatnio kuleżanka do mnie rzekła, że ja to mam fantastycznie. Bo wszędzie Lokatora zabieram i w ogóle sielanka. I jakie to dobre dla Jego rozwoju.

Nie no wiem, że chciała dobrze.

Opanowałam odruch wbicia jej widelca w tętnicę. Nawet nie wie biedaczka ile bym dała za możliwość czasem pójścia gdzieś bez Niego.

Zawsze byłam chorobliwie niezależna i nie cierpiałam uwiązania. Rodzinnych spędów, na których trzeba bo coś_tam, powrotów wyliczonych co do minuty, oczekujących mnie z rozmaitych powodów ludzi, planów awaryjnych, wszelkich wypadków. Nie da się kurde. Zawsze jest coś za coś. Macierzyństwo to fajna orka jest. Dużo daje dobrego i efekty czasem powalaja na kolana. Ale dobrze gdy jest się z kim podzielić.

W chwilach gwałtownych posiłkuję się Halką, która zawsze pomaga i jest, ilekroć bym nie poprosiła. Ale to można trzy razy w miesiącu, nie? Przecież każdy ma swoje życie.

Fak.

Chcę żeby Lokator już miał 20 lat i wąsy, i żeby spierdalał w podskokach jak będę się chciała całować z gachami w korytarzu.

Zaraz potem jednak chcę żeby zawsze był taki kochany i uroczy gdy wysmaruje się z samego rana od góry do dołu czarnym pastelem, żebym była mu ważna, żeby nie miał pryszczy na plecach i żebym nie znalazła kiedyś pod Jego materacem sterty podniszczonych świerszczyków. A jak już to chociaż z fajnymi kociakami na rozkładówkach.

Doda nad łóżkiem zdecydowanie odpada.

Rozmowa | 2007/03/29 |

- Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że to jest nieprawdopodobne i w ogóle? Sytuacja. Wszystko.
- Uhm.
- Nawet bym nie wiedziała jak to opisać…
- Jeśli zrobisz z tego książkę to się zgodzę.

Sami więc chyba rozumiecie.
Taka ze mnie Chmielewska jak z koziej dupy waltornia. Se ne da.

Ale pomyślę jeszcze jak to obejść, bo oczywiście, że mnie zeżre cholera nagła jak komuś nie powiem. Nadmiar tajemniczości zabija. Taka Mata Hari na przykład to już nie żyje raczej, co nie?

Właśnie.
A tajemnicza była bardzo.
To może być jakiś argument.

Potrzebuję jeszcze kilku.
Jakieś pomysły? Sugestie? Uwagi?

Tymczasem dzień zaczęłam od kawy w Moim Nowym Kubku. Mój Nowy Kubek jest biały, ma ucho i pochodzi z Krakowa. Sądzę jednak, że tu w Firmie też sprawdzi się znakomicie.


Gdańskie szlaki | 2007/03/28 |

Całą podróż do Gdańska Lokator dokumentnie przespał. Znaczy oczywiście najpierw zdążył się jeszcze kilka razy kontrolnie rozedrzeć, podeptać w akcie desperacji starą gazetę pozostawioną w przedziale przez Poprzedniego Użytkownika Miejsca 45, skopać Matkę Uciśnioną, czyli mnie i zasnąć w ciągu 2,30 sekundy. Mistrzuniu.

Matka Uciśniona w tak zwanym międzyczasie usiłowała zaparkować wózek na najwyższej półce – co nie było proste gdyż leżały już tam bagaże współpasażerów a ich wzrok dobitnie mówił: „gdzie mnie z tym kobieto? chyba cię bóg opuścił!”, upchnąć w kącie plecak i torbę – co już było totalnie surrealistyczne, gdyż leżał już tam wózek, bagaże współpasażerów i ich niedoszłe marzenia o spokojnej podróży, oraz okiełznać Lokatora, który akurat nie mógł się zdecydować czy chce jeść, pić, kupę czy strzelić komuś fangę w nos. Ocean spokoju to przy mnie kałuża.

Siedziałam więc wciśnięta między plecak a Rudego Rajstopa trzymając oszalałego z nadmiaru wrażeń i emocji Dziecia i modliłam się o cudowny, poręczny, kieszonkowy młotek. Najlepiej z ABS-em i wspomaganiem. Rudy Rajstop siedział tuż obok i posykiwał znacząco. Najpierw myślałam, że może z biustu schodzi Rajstopowi powietrze. Ale po szybkim oglądzie sytuacji stwierdziłam – nie bez satysfakcji oczywiście – że biustu Rajstop też nie posiada. Z innych niezwykle potrzebnych rzeczy Rudy Rajstop nie posiadał bowiem tyłka, a to już wykroczenie. Bo Rajstop choć bez biustu i bez tyłka okazał się być kobietą. Całkiem jak Kopernik w Seksmisji. Z tym, że Kopernik nie miał włosów do pasa w odcieniu Duża Parkowa Wiewióra, nóg do szyi odzianych w białe rajstopy i rybaczki z cekinami ani nawet dekoltu do pępka. To wszystko miał za to Rudy Rajstop, za co go z miejsca znielubiłam. Nie będzie mi tu jakiś obcy byle Rajstop nad uchem syczał. Poza tym ustalmy cos raz na zawsze – TAKICH KOBIET NIE MA. To była projekcja wywołana zmęczeniem. Szkoda tylko, że kościste dupsko projekcji wgniatało mi się w biodro przez cztery godziny. Z hakiem.

A jakież były akrobacje przy wysiadaniu z pociągu? To trzeba było zobaczyć. Jak bowiem można się łatwo domyślić, wszelki powzięty inwentarz należało wyładować jednocześnie. Z Lokatorem przewieszonym przez ramię, plecakiem, dwoma torbami i wózkiem w zębach przedostałam się przez wąską kiszkę korytarza do wyjścia taranując po drodze jakiegoś Nagłego Desperata, który nagle poczuł zew natury i stwierdził, że wysiada na Głównym. A to Główny właśnie. 22:17.

Nagły Desperat obrzucił wzgardliwym spojrzeniem moje dobra, oszacował braki i z miną Wyleniałego Pudla Salonowego zagaił, a nonszalancja i polot prawie mnie oślepiły i znokautowały:

- A pani to tak sama podróżuje?
- Nie, z Dzieckiem.
- A to pani Dziecko?
- A nie… cudze wzięłam.
- Ha ha. No przecież wiem, że pani. Zgrywus ze mnie taki.

W istocie. Zgrywus.

- Dzielna pani jest. Tak to wszystko trzymać. To chyba ciężkie?
- Może chce pan mi pomóc?
- A nie. Nadwyrężyłem się ostatnio na siłowni.

Zgrywus. Chyba w odcinku szyjnym. Śledząc talerze biodrowe blondynki z naprzeciwka.

Na szczęście na peronie czekała na mnie Kociubińska a wraz z Nią wybawienie. Igor oczywiście z miejsca zyskał przydomek Spokojny, co w świetle nie tak dawnych wydarzeń przedziałowych stanowiło nie kontrast nie lada. Nie wiem jak On to robi ale ilekroć na horyzoncie pojawia się jakaś fajna babka, zaraz z Wrzaskuna zmienia się w uosobienie gracji i dobrych manier. Oszust i malwersant jeden. Kociubińscy okazali się jednymi z cieplejszych ludzi jakich zdarzyło mi się poznać i choć zarzekali się, że są dość powściągliwi w okazywaniu uczuć obcym, nie zauważyłam niczego takiego. Wręcz przeciwnie. Dostaliśmy wszystko czego było nam trzeba a nawet więcej. Myślę, że przybyło mi gdzieś koło serducha i takie przybieranie na wadze to akurat bardzo lubię.

Lubię patrzeć jak ludziom jest dobrze. Jak poukładali sobie tak jak lubią z tym, z kim chcieli i są szczęśliwi. Wychodzą z tego potem fantastyczne Dzieci. Szymek zapowiada się na naprawdę fajnego faceta.

I ja też przez tę podróż zaczęłam bardziej doceniać to co mam. Albo mniej zwracać uwagę na to, czego mi brak. Opcjonalnie. W końcu i mądra i piękna może być tylko Żaba.

Oczywiście, że uciekłam z Warszawy na ten weekend też po to by nabrać dystansu, przemyśleć pewne sprawy i przestać myśleć o innych. Ale o tym później.

Jak zwykle nie zawiedli starogwardziści: Towarzysz Kiszczun wraz ze swoją Lady Pazurek czekali na mnie już w piątkowy ranek przy Wyżynnej Bramie, gdzie udało mi się z Lokatorem dojechać autobusem linii 255. Powłóczywszy się nieco po dawno nie widzianych zakamarkach osiadliśmy w Herbaciarni, gdyż albowiem ponieważ pogoda niesprzyjającą spacerom być się okazała. W Herbaciarni wypiłam pyszną Mikołajkową i konwersowałam o przygodach w kraju i na świecie a Młodzież rozdawała na prawo i lewo uśmiechy wyraźnie adorując Panią Za Ladą. Pani Za Ladą miała kucyk i śmieszne dołki w policzkach gdy się uśmiechała. Nie przeszkadzały jej nawet dalekie wyprawy Lokatora połączone z otwieraniem lodówki, grzebaniem w koszu czy znaczeniem szlaków kruszonymi w pulchnych dłoniach wafelkami. Zresztą właściciel pulchnych dłoni był w siódmym niebie: biegał z radosnym kwikiem i machał przechodniom przez oszklone drzwi. Potem wpadła jeszcze na chwilę moja Poprzednia Gospodyni a potem dowiedziałam się, że zaraz idziemy po Lenkę i Awari. Zrobiło mi się niezwykle miło, że wszyscy pamiętali, że chce im się mimo, że to przecież piątek, że obowiązki, inne sprawy. Że to już dwa lata minęły nie czuć było wcale.

Gdy przyjechałam tam poprzednio, byłam jakoś pośrodku ciąży. Kiszczak z całym oprzyrządowaniem (czytaj: plecak + brzuch) zaciągnął mnie prosto z pociągu na Gradową Górę a potem zrobił taki tour po mieście, że wieczorem prawie zasnęłam w wannie. Teraz wyznał skruszony, że wyrzut prześladuje Go do dziś. Oczywiście, że piszę to właśnie po to, by obudzić Sumienie Kiszczaka – świat ponury i stargany czernią. Przecież nie mogłabym przepuścić takiej okazji. Nie no tak na serio serio, to jest to wyrzut całkowicie niepotrzebny. Prawdopodobnie dzięki Wujkowi Ka właśnie i jego samozaparciu w kwestii docierania wszędzie na piechotę Igor był teraz spokojny jak gładź na jeziorze. Mina pokerzysty i takie tam. Nigdy przecież nie wiadomo co tym razem zaplanuje ten szalony umysł Kiszczaka.

Mogłabym się założyć, że żyją w nim harpie i potwory.

Tylko w herbaciarnianej toalecie zrobił rockowy koncert połączony z graniem na perkusji i okrzykami w stylu późny heavy metal. Tu zawsze przypomina mi się opowieść Borna o tym jak poszli z kolega na taki koncert: czerń, czern i jeszcze raz darcie mordy. Stanęli sobie pod sceną i przedrzeźniali wokalistę śpiewając z zaanażowaniem: „pieeeeekłooooo!! i szczypało!” ;)

Na Lenn czekaliśmy chyba wieczność. To jedna z niewielu znajomych mi osób, która z pracą rozstaje się niechętnie. Ale na Nią warto. Gdy wreszcie wyzwoliła się z uniformów i rozliczeń, zaczęliśmy świętować. W końcu obroniła tytuł magistra. Teraz może pisać sobie trzy literki przed nazwiskiem i uśmiechać się jeszcze bardziej zagadkowo. Potem zbunkrowaliśmy się u niej w domu i popijając wino tańczyliśmy do starych przebojów lewym okiem oglądając mężczyzn w niebieskich peruczkach, pełnym makijażu i podomkach. Meksyk to mało.

W Sobotę było pięknie. Pogoda jak marzenie – wiosna panie! Kociubińscy wywieźli nas za miasto gdzie nad wodą Dzieciarnia ganiała za piłką (przynajmniej częściowo) a ja miałam sesję zdjęciową. Piękna to ja może nie będę nigdy ale za to tyle zdjęć w tak krótkim czasie nie miała chyba nawet Lejdi Di. Ach ta sława ;)

No a potem było morze, w morzu kołek…
A to nie to. Wróć!

Było morze i plażą i mydlane bańki i zacukanie Młodego i spotkania na szczycie.

A w niedziellę wesoła kompania odprowadziła mnie na pociąg i długo machała na pożegnanie. Fajnie było. Dobrze i ciepło. Mam nadzieję, że za niedługo spotkamy się w Warszawie. Albo znowu tam.

Aha… byłabym zapomniała.

Zakochałam się.

Ale to akurat niewiele ma z Gdańskiem wspólnego ;)

Młody Człowiek zobaczył morze i zwątpił. Znaczy nie wiem dokładnie, bo nasze porozumiewanie się ograniczone jest jeszcze z lekka do niesprecyzowanych pytajników, ale widać było, że Go zatkało. I to solidnie. Inka twierdzi, że to normalne i masa ludzi tak właśnie reaguje na pierwsze w swoim życiu spotkanie z Taaaką Wodą, ale nie wiem. Może to szok tlenowy?

W pobliżu nie było jednak żadnych podręcznych rur wydechowych. Przypadkiem.

Było kilka nieopodal jak przechodziłam, ale to nie wydechowych tylko tlenionych, a do tego zupełnie nie podręcznych, takich co to je łatwiej przeskoczyć niż obejść. Siedziały w Wielkim Błękicie i żarły. Każda w swoim korytku. Pomyśleć, że tuczniki mają więcej gracji, finezji i polotu. Cięta jestem bo gdy puszczaliśmy z Młodym mydlane bańki w oczekiwaniu na przyjście Sze, jedna zażądała niezwłocznego przestawienia wózka z pola widzenia gdyż albowiem psuje jej kompozycję na zdjęciu. Oczywiście niezwykle uprzejmie – jak to ja – odpowiedziałam gdzie aktualnie znajduje się jej kompozycja w moim cyklu fizjologicznym. Magiczne słowa czasem robią różnicę. W moim podejściu do kogoś na pewno.

Ale wróćmy.

Młody Człowiek zobaczył morze. A następnie stanął, pobladł i się rozdziawił. Nie zemdlał ale najwyraźniej stracił wątek.

Nie pamiętam swojego Pierwszego Razu Z Morzem ale Mamut zawsze opowiadał, że po prostu wtargnęłam do wody z dzikim kwikiem i grabkami w dłoni. Na szczęście miałam kalosze. I pierwsze co zrobiłam po tym jakże zuchwałym wtargnięciu to zasikałam spodzień. Dokumentnie. Z tej radości chyba. Potem musiałam paradować w różowych rajstopach saute i byłam z tego powodu niepocieszona oraz napchałam Mamutowi do torebki trochę plaży. Na wynos. Batycki to to nie był ale konsternacja zaistniała. Zwłaszcza kiedy się okazało, że żeby mi się ta plaża zmieściła w mamucinej torebce, opróżniłam ją z naszego prowiantu.

Już wtedy jak widać dbałam o dietę naszej rodziny.

Generalnie cała wyprawa była super. Choć oczywiście nie bez przygód. Bo przecież bym pękła gdybym czegoś nie zmajstrowała. Spokojne spakowanie się, pozostawienie mieszkania w stanie używalności, dojazd na czas i zajęcie swojego miejsca w przedziale jest za nudne. Zdecydowanie. Trzeba sobie kurde urozmaicić. Z przytupem. Zaczęło się od tego, że oczywiście pakowałam się stojąc już w blokach startowych i nasłuchując wystrzału. Pierwsza petarda wybuchła gdy Nasz Osobisty Szofer W Liberii nagle oznajmił, że czas-stop i albo jedziemy w tej nanosekundzie, albo mogę sobie zamawiać odrzutowiec. Znaczy on to dawał do zrozumienia co jakiś czas już wcześniej, ale wiecie no… przecież nikt nie traktuje poważnie tekstu: „bo spóźnisz się na pociąg”. To tak jakby Rasowiej Kobiecie tłumaczyć, że jeszcze jeden ciuch i szafa eksploduje. Bo szafy – nawet Dziecko to wie – są z gumy. A pośpiech, jak mawia stare indiańskie przysłowie, jest wskazany przy łapaniu pcheł i jedzeniu cudzego schabowego.

Nie poganiaj mnie bo tracę oddech…

Oddech straciłam przy drugiej petardzie gdy się okazało, że szarlotka, co to stała na stole od wczoraj, nagle zmieniła klimat. Na nieco bardziej zróżnicowany. I weszła w bliskie spotkania ze światem nauki. Zainteresowała ja głównie penicylina… I ja taka omszałą szarlotkę zaproponowałam na uroczym talerzyku w kwiatki niebieskie Temu W Liberii. Czujecie? I jeszcze chciałam dołożyć. Chyba kurde oranż metylowy dla lepszego trawienia. Aaaa! Masakra gorsza niż „roześmiane oczy na poduszce” u Gogi. Przemilczę może co czułam w związku z tak szczególnym deserem. Ale marzyłam o małym przytulnym kątku pod lewym kaflem terakoty.

Trzecia petarda odpaliła się samoczynnie gdy okazało się, że nagle wszyscy użytkownicy naszych wspaniałych szos, zapragnęli akurat je nieco popodziwiać. Jednocześnie. Korka nie było ale tempo wyprawy przypominało bardziej deptak w Ciechocinku niż dojazd do dworca. W efekcie z tobołami, wózkiem i Dzieckiem majtającym mi się u podgardla, uruchomiłam tryb awaryjny i dobiegłam. A Ten W Liberii razem ze mną. Chyba tylko siłą woli. Wszystkie konie w galopach mogą się schować i niech im nawet grzywka nie wystaje. A Gawliński może się co najwyżej cmoknąć w pompkę. Wygrałam o siekacz Młodego.

Nagle mnie tknęło. Nie znoszę jak mnie tyka bo to zawsze coś oznacza. I to nigdy nie jest coś dobrego. Wręcz przeciwnie. Pociągi na peronie stały dwa. Na każdym torze po jednym. Jeden z nich był do Gdańska. I co zrobiłam ja – Matka Polka Z Ambicjami? Oczywiście wsiadłam do tego jadącego do Krakowa. No jakżeby inaczej.

Fakin srał go pies szit!

W życiu nie podejrzewałam się o taki refleks. W przejściu do przeciwległego pociągu przekroczyłam prędkość światła. Nawet przez chwilę myślałam, że pojedziemy jednocześnie w obu kierunkach. To się dopiero nazywa zapewnić sobie optymalny poziom adrenaliny w organizmie. Nudzić to się nie nudziliśmy. A Nasz Osobisty Szofer W Liberii musiał pojechać z nami do następnej stacji. Całe szczęście, że to jeszcze była Warszawa a nie dajmy na to Działdowo. Nie wiem jak potem dotarł do samochodu ale podobno szczęśliwie. Za to na bank powinien mieć traumę jeśli chodzi o moją skromną osobę. Omszała szarlotka, bieg z przeszkodami na dworzec i nieoczekiwana zmiana kierunków. Nie ma jak burzliwie rozpoczęta znajomość.

Ciąg dalszy nastąpi…

Stratosfera | 2007/03/26 |

Chwilowo jestem dramatycznie szczęśliwa.
Nie pamiętam kiedy ostatnio tak się czułam.
Pozwolę sobie więc o tym trochę pomilczeć.
Przynajmniej do czasu aż mi banan zejdzie w twarzy i zacznę funkcjonować nieco bliżej ziemi.
W chmurach jest fantastycznie.
Oczywiście od razu mam przed oczyma wizję mocno obitego tyłka, bo poruszam się po omacku i bez spadochronu.
Ale… jakby to powiedzieć… średnio mnie to obecnie zajmuje.

No. Musiałam to napisać.
Szczypanie nie pomaga.

Bąszur | 2007/03/24 |

To piszę ja. Z Gdańska.

Fajnie jest i nie chce mi się wracać.
Igor przechodzi samego siebie pod względem grzeczności i obawiam się, że jak zacznie się uśmiechać szerzej to pęknie.
Szymek zaś to wzorcowy Pan Domu i nie śmiem proponować ale odlew powinno się trzymać w muzeum. Albo co.
Ja przechodzę w czwarty wymiar chyba bo na przykład dziś spałam do dziesiątej.zero.
A popołudniu jedziemy na molo w Brzeźnie i będziemy machać nogami.
Innej, bardziej złożonej aktywności nie przewiduję (chyba, że wino wieczorem jak już się Dzieciary pośpią)
Bo i tak chyba się wystarczająco zmęczę tym, że tak mi dobrze.
Pogoda dzisiaj cudna.

No.

To może tu zostaniemy, co?

Nie wiem tylko co na to Kociubińscy ;)

Ściski w pasie

Trampam parampam ole! | 2007/03/22 |

Mam już w garści bilety i czuję się prawie wolna. Muszę wyjechać, odpocząć, złapać dystans. Bo ostatnio mi się tak tu wszystko pogmatwało, że czasem to już nie wiem czy dam radę sznurówkę jeszcze zawiązać.

Wiosna tak? Hormony etcetera.

Ja pozwolę sobie mieć w głębokim poważaniu taką wiosnę, co to śnieg w niej pada. Zimy nie było bo była wiosna, to teraz bez żartów mi tutaj. Bo ja nie zgadzałam się na żadną zimę w miesiącu marcu.

Uwielbiam miesiąc marzec zapisywany w ten właśnie sposób przez rozmaite biurwy i księgowe. Podobnie jak daty w stylu 17 luty. Zawsze chciałam mieć w torebce trzy Stycznie, takie malutkie, na podorędziu. Nie wiem po co ale w torebce mam tyle rzeczy nie wiem po co, że trzy dodatkowe Stycznie nie robią akurat żadnej różnicy.

O! Okres czasu też kocham. Jak to się człowiek może jednym e-mailem służbowym nacieszyć.

Pakowałam się w nocy do późna ale naturalmą nie skończyłam. Jestem więc dramatycznie niewyspana i sfrustrowana. Na trasie Warszawa Centralna – Gdańsk Główny może więc dojść do incydentów a i być może w użyciu będą wyrazy. Bynajmniej nie uznania. Zwłaszcza gdy okaże się, że nie zabrałam czegoś piekielnie istotnego, bez czego nie jestem w stanie przeżyć dłużej niż 4 godziny. Na przykład wody toaletowej z bambusa albo czerwonych kolczyków.

W ogóle ostatnio trochę bardziej niż zwykle się dzieje. I to się dzieje tak, że o ja pergolę.

Najpierw się dzieje, że nie mogę jeść. Niby w porządku bo i tak się odchudzam ale żeby nie chciało mi się ulubionych pierogów z kapustą, to już w ogóle dramat. W Andach. I kolunia wiśniowa też mnie jakoś już nie pociąga. Nie wiem… może fryzjer by się jej przydał albo co? Nie, po namyśle stwierdzam, że fryzjer też by mnie nie pociągnął. Ani trochę. Potem się dzieje, że nie mogę spać. I mam wściek. Łażę, czytam, otwieram i zamykam synchronicznie okna – cała moja aktywność jest jak widać uboga ale jakże znacząca. Sąsiad mi nawet z naprzeciwka pomachał jak sobie tańczyłam, że rusz się, przecież nie będę tak stała. Tak mi machał, że boję się, czy się biedaczysko nie przeziębi. Potem znów jego MałŻona mnie będzie obrzucać spojrzeniem z cyklu: Ty Poczwaro Kostropata.

A jak już zasnę to śnią mi się stokrotki, albo czerwone piły łańcuchowe. Opcjonalnie. A na koniec się dzieje jeszcze tak, że czuję się jakbym jechała jakimś rollercoasterem bez trzymanki, bez pasów, bez niczego. /No może w bikini bo przecież biust by mi oszalał i zakwitł na plecach/. I właśnie jest ten moment, w którym przestałam widzieć tory.

Mamut do mnie dzwoni i pyta czy wszystko w porząku bo Jej się śniło, że poleciałam na Saturna uprawiać peralgonie.

I doprawdy nie wiem co mam Jej odpowiedzieć. Pomysł w sumie fajny, tylko czy pelargonie się tam przyjmą?

Mamut też się odchudza i w związku z tym – celem zwiększenia motywacji – zakupiłam Jej wagę. Waga jest biała w zielone żabki i przyszła zapakowana w otwarty kartonik i folię. Dziś z rana Mamut po raz pierwszy wszedł na nową wagę i z miejsca się przeraził, o czym oczywiście również telefonicznie mi zreferować pospieszył:

- 80!!!
- Ale co 80?
- 80 ważę, ponad!
- Niemożliwe.
- A jednak.
- A wyzerowałaś?
- Yyy?

Okazało się, że Mamut wagi nie rozpakował i tym samym nie dostrzegł czarnego pokrętła, którym wagę sprowadza się z wyżyn transportowo-fabrycznych na pozycje neutralne.
Waga koniec końców została wyzerowana i przerażenie okazało się znacznie mniejsze.
Świat odetchnął z ulgą.

Najlepsze jednak było jak otworzyłam pocztę: Czym się Igor aktualnie bawi? Czym najbardziej lubi?

Nie mogę odpowiedzieć gdyż albowiem się wstydzę.

Igor aktualnie najbardziej lubi bawić się spłuczką i moimi stanikami. Satynową koszulką też nie pogardzi. Majtki już Go jednak nie kręcą. Zmienny jest.

Nie mnie ktoś kopnie. Albo przytuli. Albo kurde nie wiem… podskoczy.


  • RSS