Wpisy z okresu: 5.2007

Ponieważ jestem chora a jak chora to zła a jak zła to jeszcze gorsza… postanowiłam sprawdzić trzy_razy_Ce, czyli Celność Całkowitą Czytaczy.

Przy okazji może być sporo zabawy.
A może nawet jakiś zawał?
Kto wie ;)

No to jedźmy z koksem…



SONDA
Czy autorka tego bloga…?

zmieniła pracę
wygrała w totka
jest w ciąży
wychodzi za mąż
zaraz wraca
wszystkie odpowiedzi są prawidłowe
eee… którędy na pocztę

Teraz można wybrać sobie bramkę albo zadzwonić do przyjaciela.
Po nervosol.

Włamanie drugie… | 2007/05/31 |

Tym razem na zlecenie.

Prosimy nie regulować odbiorników, za chwilę dalszy ciąg programu.

Baj zachorzała. Nie poważnie, bo nie obłożnie i bez prątków. Poważnie, bo nie mówi i bardzo rozbita. Generalnie z racji bezruchu dostęp do bloga ograniczony. Stąd brak informacji na bieżąco – a dzieje się, oj dzieje :-)

Prosimy nie zmieniać programu – obiecuję, warto zaczekać.

N.

Kartka formatu A4, papier biały, gramatura standardowa, czcionka Arial Black, dziesiątka, marginesy, akapity, podpis. Mój.

Marzyłam o niej od bardzo dawna. Zbyt bardzo.

Czekam na szefa.
Czekam na szefa.
Czekam na szefa.

Mam dla niego niespodziankę… ;)

Siedzę w pracy przy biureczku, macham lewą nóżką i najspokojniej na świecie popijam kawę. Piąteczek. W perspektywie wieczorne spotkanie ze znajomymi (po tym Ważnym, w intencji którego kciuki potrzebne), jutrzejszy wieczór panieński i niedzielny wypad z Nowym i Lokatorem do Mamutowa.

Co mi właśnie przypomina, że muszę skoczyć do sex-shopu…

Nie żeby do Mamutowa pejczyk. O nie, nie. Dla Maliny na ten jej wieczór chciałam coś wyszperać. Prezeski w panterkę, tiulowy peniuar i kajdanki może. Hmmm. Nie wiem.

Jakieś pomysły?

A czy ja już wspominałam, że kiedyś miałam przygodę z sex-shopem?

Znaczy nie, że przypadkiem zabłądziłam bo myślałam, że to piekarnia. Tylko taka błyszcząca i różowa, z neonami. Po prostu kiedyś byłam z J. i Ojciec J. był właścicielem kilku podobnych przybytków i gdy Dziewczyna pracująca w jednym w charakterze kasjera (a przy okazji moja koleżanka) poszła na urlop, zastępowałam ją przez dwa tygodnie.

Nowy twierdzi, że powinnam to sobie wpisać w CV. Moja ścieżka kariery prezentowałaby się wówczas niezwykle interesująco.

Nie wpisałam różnież opiekunki dziecięcej, roznosiciela ulotek, wyprowadzacza psów, sprzątaczki, modela malarskiego i wielu innych, ale to chyba nie przyniosłoby aż tak piorunującego efektu.

W każdym razie na tle różów, tiulów i podwiązek oraz sztucznych cycków i penisów ja sama prezentować się musiałam zgoła kuriozalnie. Zwłaszcza, że był to cudowny czas studiów, gdy douczałam się notorycznie na zajęcia z opasłego trzeciego tomiszcza „Historii filozofii” Tatarkiewicza i chrupałam słone paluszki.

No ale jak wiadomo petunia non oret. Pamiętam, że za przygodę z sex-shopem zainkasowałam całkiem miłą wypłatę. I całą wydałam na bieliznę ;)

Baba no.

Ale śmiesznie bywało, nie powiem. Na przykład wchodził sobie cichcem do sklepu Pan. Początkowo Pan zglądał po ścianach i na boki, coś tam gmerał przy filmach, powymarszczał się, pocmokał aż wreszcie zebrał się w sobie i wypalił takim z deczka rozpaczliwym falsetem:

- A czy pani tańczy?!

Z lekka mnie zamurowało i prawie udławiłam się sławetnym wyrobem Lajkonika, bo jak w mordę strzelił było widać, że czytam a nie tańczę ale na szczęście szybko przestawiłam się na tor myślenia Pana – ty zbereźniku jeden, ty – i odparłam uprzejmie acz stanowczo:

- Nie, nie tańczę.

Pan był niepocieszony i pełen energii a pytanie ponawiał niejednokrotnie ale pozostawałam nieugięta. Sytuacja powtarzała się przez cały pierwszy tydzień. Po upływie tego czasu w końcu nie wytrzymałam i nieco mniej uprzejmie poinformowałam Pana, że jeśli jeszcze raz mnie spyta czy tańczę, osobiście odstepuję mu kankanem rodowe klejnoty. A buciki zaprezentowałam konkretne – zwyczajowo jak to ja – glany.

Pan spłonił był się natentychmiast jak młoda dziewoja i jął tłumaczyć coś tam zawzięcie. Jąkał się, dukał, przepraszał i w ogóle majordomus w pigułce. Dopiero po pięciu minutach zorientowałam się, że mówi o ogłoszeniu wiszącym na drzwiach, które niedawno powiesił nasz znajomy.

Że kurs tańca towarzyskiego…

Taki oto piękny tytuł mam właśnie przed sobą. To książka, jakby kto jeszcze się nie domyślił.

I teraz pytanie konkursowe:

Czy ktokolwiek nie będący Studentem Który Musi to przeczytać bądź Autorem, który to cudo wysmażył, czytałby to z własnej i nieprzymuszonej woli a nawet z chęcią?

No?

Oczywiście, że tak.

Wystarczy odpowiednia dawka stosownego preparatu i można w tym znaleźć nawet całkiem humorystyczne wątki.

A jak znam życie, to Amerykanie zrobiliby z tego scenariusz komedii romantycznej. Albo dramatu obyczajowego. Albo reality show z jedzeniem robali i cyckami na wierzchu.

Mam jeszcze inne tytuły na składzie:

- Słownik budownictwa infrastruktury wyposażenia.
- Choroby otępienne jako implikacja
zaburzeń poznawczych i psychicznych.
- Miniatury matematyczne numer 21.
- Aspekty diagnostyczne i terapeutyczne neurozwyrodnienia w przypadkach klinicznych.
- Rozprężenia zwrotne w systemach linearnych.
- Paleografia łacińska w świecie ciszy.

Zrozumiałe więc, że na pytanie: co dziś u mnie słychać? odpowiadam z nieobecnym wzrokiem: alternatywny szelest.

Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze małym chłopcem, zastanawiałam się czasem czy jest taki specjalny zawód: Wymyślacz Tytułów. I wyobrażałam sobie, że ludzie przychodzą do takiego Kogoś i mówią Mu: - Te Staszek, weź mi to jakoś zamotaj i przekomplikuj. I Staszek mota i komplikuje, żeby brzmiało mądrze, ładnie i egzotycznie nawet czasem.

I drogą analogii z etatu Sprzątaczki powstaje Konserwator Powierzchni Płaskich a z krawata – Zwis Męski Prosty Ozdobny. A miast popularnego wulgaryzmu potknąwszy się Staszek rzekłby: - Emocje mną targnęły gdy wstąpiłem na nierówność chodnika.

Bo sądziłam, że tak właśnie powstaje naukowy bełkot.

A potem poszłam na studia.

Nauczyłam się przekładać z ichniego na nasze i z naszego na ichnie, i jeszcze sześć razy po drodze, pisać prace i rozprawy, kompresować i rozwlekać – zależnie od oczekiwań, robić bardzo mądre miny i czytać Kanta.

I co?

I nic. Nadal śmieję się z tytułów. Jak dziecko. Działają mi na wyobraźnię ;)

A wczoraj z Halutą widziałyśmy tak zakręcone buty, że długo nie mogłyśmy się zdecydować czy rechotać od razu, czy z odroczeniem. Z butów raźno wystawała Elegancka Paniusia a wraz z nią jej fiok upięty w stylu nieodłącznie kojarzącym mi się z przemiłym zwierzątkiem kopytnym znanym w niektórych kręgach jako tapir. Pal sześć fioka. Obiecałyśmy sobie, że kupimy takie ciżmy z czubkami wzwyż i też będziemy wyglądać jakbyśmy chodziły w skrzypcach.

Trzymajcie się krzeseł ;)

Biegnę, pędzę, lecę | 2007/05/24 |

Nie mam czasu. A jak mam czas to nie mam siły bo zasypiam na siedząco. Na stojąco też daję radę. W kolejce czekają zaległe e-maile i list, na który zaczęłam odpisywać już z tydzień temu…

Wstyd i hańba.

W domu też… klimakterium mam chyba bo już nie wiem co. Od dwóch dni planuję zrobić barszczyk. Od dwóch dni kupuję kurze cycki z zamiarem wciepania ich do zupy w charakterze wkładu. Od dwóch dni w okolicach północy, gdy budzę się po tym jak zasnęłam zwinięta w kłebek na kanapie, przekładam kurze cycki z dolnej lodówkowej półki do zamrażalnika.

Nowy stwierdził, że jak skończy się miejsce w zamrażalniku, trzeba bedzie kupić nową lodówkę.

Bardzo zabawne doprawdy ;)

Kciuki z wczoraj zadziałały, pozytywne myśli i energia też. Dzię-ku-je-my.
Jutro po południu przyda się kolejna dawka. Taka z turbodoładowaniem.
Dacie radę?

Potem wszystko napiszę… jeśli się powiedzie.
A na to liczę.
Choć nie powiem żebym nie miała cykora.

Matko… dodajcie mi jakoś odwagi, co?
Bo się trochę czuję jakbym na słońce z motyką i w gumiakach szła.

Nie wiem, może pójdę boso.
Boso ale w ostrogach.
Czy są na sali ostrogi?

Tymczasem Marillion i zaległy Kult. Dla oczu.

Aha i dla uszu – spotykamy się dziś na koncercie w Małej Auli.
Nawet Mamuty przyjadą ;)

Zdziś | 2007/05/22 |

Dziś jest jeden z tych dni, kiedy wszystko się generalnie gmatwa. Umyślnie użyłam słowa generalnie, gdyż plątanina zaistniała z reguły ma charakter ogólny, całościowy i maksymalnie uprzykrzający najbardziej nawet nudne dni. Moje dni ostatnio do nudnych nie należą a i te co dopiero nadejść mają nie wydają się być pozbawione sporej dawki adrenaliny na dzień dobry.

Zatem w związku z powyższym, a także bez związku żadnego, dziś jest ten dzień, kiedy złośliwość przedmiotów martwych osiąga apogeum i gdyby nie to, że owe przedmioty są martwe z samej swojej przedmiotowej natury, umartwiłabym je na wieki jakąś wymyślną torturą. Nie wiem, parasol w tyłku otworzyła komu albo co… Oczywiście przy założeniu, że którykolwiek z takich przedmiotów posiadałby tyłek. W przeciwnym wypadku musiałabym posiłkować się przygodnie napotkanym przechodniem. W końcu frustracji nie należy tłamsić i kolekcjonować.

Ale po kolei.

Zacznę od tego, że w późnych godzinach nocnych, bądź wczesnych porannych – opcjonalnie – Mój Osobisty Telefon stwierdził, że solidaryzuje się ze służbą zdrowia – która akurat (jak średnio co trzy miesiące chyba) ogłosiła strajk – i nie będzie działał. Kaput i caług go tam gdzie styki nie dochodzą. Wyświetlacz pokazuje mi bardzo dobitnie gdzie mnie aktualnie mają wszystkie urządzenia elektroniczne zaniedbywane przeze mnie dokumentnie na przestrzeni tych dziesięcioleci użytkowania. Ciemność widzę! Widzę ciemność!

Jestem prawie pewna, że mój stary walkman rechocze wewnętrznie do rozpęku.
Dziad jeden cmentarny.

Najgorsze, że wszystko jest w sumie bardzo względne ale bez telefonu to ja teraz trochę jak bez ręki. Ani zegarka, ani terminarza z notatkami, ani telefonu, który miałam koniecznie dziś wykonać, ani odbioru wiadomości od osób, którym mogę być potrzebna. Czarna dziura. Przekichane. Chcę być człowiekiem pierwotnym i mieć jedyne zmartwienie pod tytułem sarna czy łoś… a może korzonki? Choć jak sobie pomyślę, że dylemat czy zejdę na kaszel czy zje mnie miś mógłby być mi nieco mniej bliski.

Następnie rano w poszukiwaniu pasty do zębów natknęłam się na wszystko – łącznie z zaginioną w niejasnych okolicznościach skarpetką (mam swoją teorię o pralkach złośliwie ukrywających pojedyncze skarpetki i zwracających je po ok siedmiuset praniach, bądź kilku odbarwieniach na skutek wieokrotnego sąsiedztwa czarnych farbujących jak oszalałe spodni, opcjonalnie)
- tylko nie na obiekt poszukiwań. Gdy wreszcie zrezygnowana umyłam zęby lokatorską świecącą galaretką o smaku moreli ze śladową ilością fluoru w sam raz dla Twojego Bobaska puci puci za to z wodotryskiem chyba… pasta odnalazła się na brzegu umywalki. Stała sobie spokojnie jakby nigdy nic i ironicznie łypała nakrętką.

Jestem pewna, że sprawdzałam umywalkę.
I to wielokrotnie.

W pracy jeszcze lepiej.

Winda w naszym budynku odkąd tu pracuję (czyli jakieś siedem lat z przerwami na inny budynek) zrobiła Nieoczekiwane Stop Z Zawartością tylko cztery razy. Wiem bo kiedyś gdy na rzeczoną czekałam zdybał mnie Człowiek O Szerokim Karku, który poza rozwijaniem życiowej pasji: 300 panoramicznych w jeden dzień oraz ochroną mienia i osób jest bardzo towarzyski i spragniony kontaków. Nie miałam sumienia wysłać go do sklepu z elektroniką, więc chcąc nie chcąc dowiedziałam się o wszystkich wpadkach i wypadkach ostatniej dekady. Budynek bezpieczny być musi, bo odwiedzają go głównie Mamusie: Mamusie z Dziećmi, Mamusie bez Dzieci za to z Tatusiami, Mamusie przyszłe, przeszłe i zaprzeszłe… generalnie Meksyk na szczudłach. Zatem nie może być mowy o niebezpieczeństwie windy do stanęła i stoi między piętrami narażając taką Przyszłą Mamusię na ryzyko niekomfortowego i średnio rodzinnego porodu a sklep na dożywotni rabat dla pozyskanego w ten sposób Klienta.

Zatem dotychczas winda stanęła li i jedynie cztery razy.
Łatwo się domyślić kto był tym szczęśliwcem, który dostąpił razu piątego.
Było nas dwoje.
Ja i moja klaustrofobia.

Od teraz zaiwaniam schodami.
W dupie mam.
Przynajmniej schudnę.

A jakby tego było mało ktoś w Biurze zajumał mi pióro. Wygodne, ładne, pamiątkowe i przede wszystkim MOJE. To powinno być poza wszelkimi wątpliwościami. Nie wiem kto się nie bał ale jak znajdę, przysięgam, że poleje się krew. Niewykluczona tętnicza.

Mam nadzieję, że w kategorii NIESPODZIANKI NA DZIŚ pióro wyczerpuje limit.

W ramach odreagowania wybieram się za to wieczorem na koncert Marillion. Będę skakać, śpiewać i wydzierać się przy kawałkach, które pamiętam z kuchni Najlepszej Koleżanki, w której bunkrowałyśmy się pod stołem z białym rzężącym nieco w kwestiach głośnikowych magnetofonem marki Grundig i przy pomocy anteny zrobionej z misternie utkanego łańcucha spinaczy biurowych w liczbie nieprzeciętnej, łapałyśmy za nogi Boga słuchając piątkowej Trójki w czasie, w których dawno już powinnyśmy tkwić w łóżkach. A ja to nawet kilka ulic dalej.

Dziś w Stodole kobiety w każdym wieku drzeć będą gęby i staniki. Sama nie wiem co gorsze. Dlatego chyba w wieczornej garderobie pominę stanik. Nie wiem tylko co na to Nowy. Nowy, który dyskwalifikuje Bluzkę Do Pracy tylko dlatego, że ma głęboki dekolt. Doprawdy… przecież każdy wie jak wygląda cycek. Albo dwa. Nie musi wypatrywać moich. W końcu ustalmy, nie wszyscy noszą w podręcznym bagażu lupę.

No halo!

No… To chyba tyle z dziś.

Jak coś się jeszcze wydarzy będę uzupełniać. Ale uprzedzam, że urozmaiceń mi starczy. Zwłaszcza tych piekielnie wkurzających. Jeśli mogę wybierać, to poproszę o caffe latte machiato i masażyk. I tydzień snu do wykorzystania bezterminowo.

Ach, byłabym zapomniała…

Jutro będzie Dzień Próby. Taki turbo_mega_giga ważny.
Potrzebuję całej masy pozytywnej energii, wiary w siebie i zaciśniętych kciuków.

Tak piszę, bo może ktoś akurat ma w nadmiarze i mu wystaje ;)

Na jednej z bardziej ruchliwych ulic w Warszawie trwa nieustający remont. Wszystko tam remontowali a czego jeszcze nie remontowali to aktualnie remontują. To nawierzchnia, to wierzchnia wierzchniość nawierzchni, to znów, wiercenie w świeżo wygładzonej bo ktoś zapomniał, że tak właściwie to tam jakaś rura chyba była i należało ją wymienić. Innym razem prawie znaleźli skarb ale prawie jak wiemy robi wielką różnicę, zatem okazało się, że nie prawie a z pewnością, nie skarb a maszynę i nie znaleźli a ktoś ukradł. Nie wiem po co komu ubijarka do żwiru ale ok, niech ma. Może chce sobie rabatki wyobdrębnić w ogrodzie.

Obecnie zajęli się chodnikiem.
Ci tajemniczy Oni.

Wejścia na trotuar dzielnie strzeże solidnej maści ogrodzenie i żółta tabliczka, na której czarnym wytłuszczonym drukiem stoi:

PRZEJŚCIE DRUGĄ STRONĄ ULICY

Niby wszystko fajnie.

Z tym, że po drugiej stronie ulicy znajdują się całkiem wyraźnie widoczne i mocno eksploatowane z dawien dawna tory tramwajowe.

To chyba część kampanii społecznej pod tytułem: lotem bliżej.

Najlepiej koszącym ;)

Słuchajcie, no więc jestem. Znaczy byłam już wczoraj ale wybitnie nie chciało mi się włóczyć po sieci i wybrałam obiad w Mamutowie (biteczki są absolutnie poza wszelkim konkursem – będą mi się znów śniły przez dwa miesiące póki Zdzich nie zdecyduje się na repetę) a następnie spacer po parku do późnych godzin wieczornych.

Młody szalał. Aczkolwiek później wszystko wróciło niestety do przykrej ostatnimi czasy normy pod tytułem: Mamo, wychodzą mi całkiem nowe zęby, umieram! Biedak straszliwy z Niego, bo nie je, nie śpi i w ogóle oraz generalnie nie, ale po cichu liczę, że wyjdzie znów kilka na raz i potem będzie kilka odcinków świętego spokoju. Jeśli nie to uroczyście przysięgam, że oszaleję.

Tu śmiem napomknąć, że otrzymałam przemiłego e-maila, a w nim stoi jak byk, że działam prorodzinnie. Nie wiem co na to Piękny Roman i kiedy zainkasuję stosowną sumkę za to działanie, ale mam na piśmie: jak czytam Zochę to mi Dzieciów się nie chce i w ogóle won a jak czytam Ciebie to mi się chce. Czy jakoś tak.

I w związku z tym może nie powinnam pisać o ząbkowaniu, albo o konkursie: po ilu próbach pięć łyżek kaszki w końcu znajdzie się w lokatorskim żołądku zamiast panoramicznie rozpościerać się po okolicy. Ale liczę na to, że nawet tak drastyczne sceny batalistyczne nie odstraszą prawdziwych śmiałków.

Poza tym czy ja już pisałam, że nie lubię Dzieci? ;)

Mało ekonomiczne są. Kosztowna i długotrwała hodowla, maksymalne zużycie energii i środków a post faktum przychodzi taki smród i gada: Co Ty matka w ogóle wiesz… No ale jak już zabrnęłam to idę dalej. W końcu teraz wyszłoby tylko z 5 kilo bez kości.

Gwałtowna zmiana tematu.

Co do Hajnówki to przyznam szczerze, że byliśmy chyba najbardziej zaskoczonym zespołem w historii tego konkursu.

Z przesłuchania pamiętam niewiele, gdyż jednak albowiem byłam tak stremowana, że skupiałam się głównie na tym żeby malowniczo nie wyłożyć się jak długa przed komisją, nie zaplątać w kieckę, ustać na obcasach i generalnie wydobyć z siebie cokolwiek, choćby oddech. Głos mi drżał ale życzliwe dusze donoszą, że było czarownie, drżenie było tylko w mojej głowie i nawet było mnie całkiem wyraźnie słychać. Pamiętam za to, że jak popłynął dźwięk to dałam mu się ponieść zupełnie bezwiednie i w zasadzie to śpiewało się samo. Zupełnie jakby dopiero w tych murach i w tych okolicznościach przyrody, odblokowała mi się odpowiednia zapadka. Tam kluczyk pasował. Pasowało wszystko. Nie powiem żebyśmy byli super zadowoleni z występu bo my perfekcjoniści i zawsze masę potknięć i pomyłek wychwycimy, ale to akurat według mnie bardzo dobra cecha. Nawet Nowy, który zrobił mi super-niespodziewankę i przyjechał z Warszawy na to nasze pół godziny, twierdził, że wszyscy pytani przez Niego chórzyści zgodnie marudzili, a Jemu podobało się bardzo. I chyba nie tylko Jemu…

Potem było już z górki.

Co prawda koncert plenerowy wyszedł tak, że wolę go nie pamiętać, bo nie był najlepszą wizytówką naszego chóru, ale z drugiej strony w takim zimnie i bez przygotowania to tylko kaczorowi w Zimnej Wodzie staje…

Jeszcze na studiach na zajęciach z logiki prowadzący je profesor podał nam przykład typowego błędu. W formie żartu z nazwą pewnej miejscowości w tle. Na przystanku PKS zdyszana kobiecina otwiera drzwi szykującego się już do odjazdu autobusu i woła do kierowcy: – Panie! Staje w Zimnej Wodzie? Na to kierowca: – Chyba kaczorowi.

W ogóle to miejsce urzeka. Małe miasteczko, w którym co krok strojna cerkiew i wszyscy zdają sie żyć tym corocznym konkursem chóralnym. W końcu jest tam organizowany od lat idących już w setki. Organizatorzy zresztą spisali się na medal. Byliśmy już w wielu miejscach ale Dni Muzyki Cerkiewnej w Hajnówce pozostawiły w nas najlepsze wspomnienia. Nie tylko z uwagi na werdykt jury. Noclegi, posiłki, opieka nad naszą grupą – wszystko było dopięte na ostatni guzik i pyszne. A do Dworku, w którym nocowaliśmy warto będzie powracać na całkiem prywatne wakacje, bo okolica przepiękna a warunki lokalowe wybitne. Nawet łóżeczka dziecięce w pokojach. Tylko brać znajomych i wyruszać.

Najmilej patrzyłam jednak na ludzi. Żyją tam obok siebie w całkowitej zgodzie katolicy i wyznawcy prawosławia, mieszają się języki i akcenty, nikt nikomu nie wadzi i nie poucza, że moja racja mojsza a moja religia lepsza. Każdy wierzy w to co chce i żyje jak chce i potrafi. Tam po prostu jest to naturalne. Bo tak było od zawsze. Takie obrazki zawsze uczą mnie pokory i tolerancji.

Na sobotnie ogłoszenie wyników poszliśmy z przeświadczeniem, że naprawdę super byłoby dostać wyróżnienie. Choć po cichu każdy liczył na to trzecie miejsce… Myśmy przecież pojechali tam za przygodą bardziej niż po laury, zobaczyć jak to jest, zmierzyć się z chórami, dla których cerkiewne brzmienie to druga skóra a cyrylicą piszą notatki w nutach, które nie miały dylematu czy wymawiać jewo czy jego i nie spierały się co może oznaczać ten dziwny znaczek po n, które nie istnieją dopiero sześc lat… a kilkadziesiąt i wreszcie, których członkowie są po akademiach muzycznych, albo w trakcie. Startowaliśmy w kategorii chórów akademickich i mieliśmy bardzo mocnych przeciwników. W zasadzie tylko jeden z tych „naszych” chórów wydawał nam się ciut gorszy. Ciut. Inne zdecydowanie mocniejsze.

Gdy odczytywano wyniki chyba wszyscy wstrzymaliśmy oddech. Nie było wyróżnień. Trzecie miejsce przyznano Chórowi Politechniki Gdańskiej, który śpiewał dzień przed nami i ponoć występ miał bardzo dobry – był jednym z naszych poważniejszych konkurentów. W tym momencie nieco zrzedły nam miny. Ale jakimś zupełnie absurdalnym marzeniem wciąż koncentrowaliśmy się, że może stał się cud i mamy drugie. Profesor Sokołowska wyczytała, że są dwa drugie miejsca ex aequo. Była szansa. I co? I nic. Gdy odczytano, że dostają je Chór Państwowej Akademii Nauk Ukrainy „Zołoti Worota” oraz Iwanowski Chór Kameralny z Rosji straciliśmy nadzieję. Słyszeliśmy ich. Zwłaszcza ten z Kijowa. Za wysokie progi. Siedzieliśmy tam i powoli zaczynało do nas docierać, że wrócimy z pustymi rękami, nawet bez wyróżnienia… gdy nagle z głośników padło: Pierwsze miejsce otrzymuje Chór Akademicki Politechniki Warszawskiej.

Ludzie kochane!!!

Takiej radości chyba dawno ta sala nie widziała. Piski, ogólna wrzawa i łzy wzruszenia. I my z Anią telefonujące do Arsena, który leżał w szpitalu z chorym sercem. Że wygraliśmy, że mamy pierwsze miejsce i że dziękujemy… bo bez Niego tego wszystkiego po prostu by nie było. Zryczeliśmy się wszyscy jak bobry. Naprawdę. Nikt się nie spodziewał…

Grand Prix całego festiwalu dostał Chór Państwowego Kolegium Sztuk z Białorusi. Absolwenci i studenci Akademii Muzycznej. Oni byli w ogóle poza konkursem. A my? A my z niedowierzaniem przyjęliśmy, że w śpiewaniu muzyki cerkiewnej jesteśmy najlepszym polskim chórem akademickim. Najlepszym w ogóle z naszej kategorii. I to, że wygraliśmy z Ukrainą, czy Rosją w „ichniej” muzyce, jest dla nas wielkim wydarzeniem. I pomyśleć, że większość z nas bardziej zna się na budowie głośnika albo opornikach niż na czytaniu nut czy akordach. My bez muzycznych szkół. My tylko pasjonaci.

Na koncercie laureatów już nie drżał mi głos. I koleżanka twierdzi, że widziała jak siedzący w pierwszym rzędzie zwierzchnik kościoła prawosławnego arcybiskup Sawa wycierał mokre oczy gdyśmy śpiewały solowe trio wozniesu tia boże moj… I słyszałam swój głos. Prawie mogłam go dotknać.

Zanim zaczęliśmy śpiewać konferansjer zapowiedział, że nagrodę dedykujemy Arsenowi Szkurhanowi, w podziękowaniu za przygotowanie i pracę. Tak chcieliśmy. Co prawda on powiedział występ a miał powiedzieć nagrodę, bo tak mu pamiętam na kartce napisałam, ale i tak wiem, że Arsen się wzruszy. Zasłużył. Gdy przyjechaliśmy do Warszawy była 23. I kto nas powitał pod siedzibą? Właśnie On. Nowy mówi, że gdy przyjechał, Arsen już czekał. Tego dnia wyszedł ze szpitala i stał tam powtarzając raz po raz: najlepszy zespół, najlepszy zespół

I być może obudziliśmy kogoś na Koszykowej, jeśli tak to przepraszamy ale musieliśmy tam na środku ulicy zaśpiewać Arsenowi. Bo przecież nas w Hajnówce nie słyszał.

Nie wiem, nie umiem tego wyjaśnić ale w takich chwilach właśnie czuję, że warto było to wszystko robić, poświęcać, zdzierać i wymęczać. Pakować siebie i Małego dwa razy w tygodniu w środki lokomocji w obie strony, nawet zimą, taszczyć toboły i wózek (dwa razy po czterdzieści dwa schodki i tak we wtorki i czwartki plus dodatki środowe – właśnie policzyłam) wyjeżdżać na warsztaty gdzie kilka godzin dziennie śpiewania i notoryczny deficyt snu, ogarniać jedną ręką nuty a drugą niemowlę, kąpać Lokatora w plastikowej misce na środku małego pokoiku gdzieś w górach i usypiać Go przy dźwiękach Rammsteina oraz zaangażowanych pieśni Dużego płynących z korytarza nawet w najodleglejsze zakamarki kosmosu. Że warto mieć swoją pasję i o nią walczyć. O prawo do niej, o organizację z samym sobą i zmęczeniem, o czas z resztą świata. O możliwość przychodzenia na próby z Dzieckiem już chyba walczyć nie mam prawa ani siły, więc pewnie na tym zakończę swoją karierę wokalną, trochę szkoda ale trudno. Warto było choć tyle tej miłości muzycznej mieć. Zupełnie na własność. I nieważne, że pojechałam z gorączką i katarem. Nieważne. Bo ostatnio taka dumna czułam się gdy Igor powiedział mama.

A potem wieczorem kasując ze skrzynki esemesy trafiłam na swój jeden do Nowego:
- Mam takie marzenie… żebyśmy wygrali…
I dostałam odpowiedź:
- Trzymam kciuki za Twoje marzenie.

Spełniają mi się.
Spełniają.

________________________________
A dla tych co jeszcze chcieliby, koncert ostatniej szansy w Warszawie. Czwartek, godzina 19.00, wstęp wolny.
Namiastka ledwie, bo nie w cerkwii a w Małej Auli PW ale zawsze.
Szczegóły

A TU linka od Majeczki – można posłuchać tego co było w Cerkwii Marii Magdaleny tydzień przed Hajnówką. Jak będzie nagranie z Hajnówki – wrzucę.

Włamanie… | 2007/05/18 |

Było jak poniżej. Moim zdaniem było co najmniej dobrze, ale ja się nie znam ;-)

Proponuję – trzymajmy kciuki.
N.

_________________________________
Apdejt autoryzowany „z ostatniej chwili”:

Jak donoszą bardzo wiarygodne źródła ta oto grupka wspaniałych:

WYGRAŁA HAJNÓWKĘ !

G R A T U L A C J E ! ! !

N.

_______________________________
Ajm back!

Już wszystko wiecie.
Fajnie co? Ja nadal nie mogę w to uwierzyć podobnie jak blisko czterdziestka innych zapaleńców… ale się udało.

Dziękuję, dziękujemy nawet za wiarę i za kciuki. Było warto. Mamy pierwsze miesce. Fanfary i w ogóle makong delta :)))

No a tu bonus w nagrodę – GALERIA


  • RSS