Wpisy z okresu: 9.2007

Idą wybory.
Nie da się tego ukryć.
Trzeba uratować ten Kraj.
Dlatego powstała akcja „Schowaj Babci Dowód”.

Uprasza się o natychmiastowe przekazanie tej wiadomości dalej.
I do schronu.

Lokator prócz tego, że uroczy jest osobliwie i podrywa wszelkie Przygodnie Napotkane Staruszki, zdaje się mieć głęboko w poważaniu prawidła naszego narzecza. Śmiem twierdzić, że robi to specjalnie albowiem doskonale potrafi powiedzieć pewne słowa – na czym został niejednokrotnie przyłapany – a z uporem maniaka ignoruje istnienie innych. Na spory zasób leksykalny ma zaś własne odpowiedniki.

Generalnie mówi bardzo dużo we wspominanym już niegdyś przeze mnie na blogu dialekcie kantońskim skrzyżowanym z suahili. Z lekką nutką mandaryńskiej dekadencji. Po polsku mało i bardzo wybiórczo. Ot, pojedyncze słowa.

Pocieszam się, że istnieje posibilitacja, że po prostu za lat kilka spyta „gdzie kompot?”.

Do tego czasu staram się przewalczyć przynajmniej podstawy:

- Igorku powiedz piesek – namawiam Dziecia z miną łagodną a troskliwą.
- Hau hau – odpowiada pogodnie Potomek.
- Kochanie… pie-sek… – artukułuję cierpliwie.
- Hau-hau… – ze skupieniem odpowiada Igor.

:)

Ale nie żeby jogging czy coś. Raczej przez płotki, na przełaj i z językiem powiewającym na wietrze jak sztandar. O tak patriotycznie. Tak tak.

No więc – bo ja uwielbiam zaczynać zdanie od „no więc” – najpierw biegam na te konsultacje, a z konsultacji na rentgeny, bo nowe być muszą, a z rentgenów znów do Dochtora i od Dochtora do pracy.

Czyli zwyczajowo ostatnio wygląda to tak, że się wstaje o tej piątej, o szóstej.trzydzieści Obywatela zakwaterowuje się w Żłobku i biegnie się na autobus, który zawiezie nas do… no niestety nie do Włoch a na Włochy ale stojąc w malowniczym korku mam nieodparte wrażenie, że to taka sama odległość. Jak już o ósmej melduję się na miejscu, uprzejmy pan Dochtor – nie no kochany jest, że się podjął i obiecał nie spierdolić jak kilka poprzednich osób za granicę albo się zwyczajnie wycofać – doprowadza mnie do bólu głowy i okolic wiercąc mi dziury w szczęce. Ale poza tym jest czarujący. I w sumie dobrze bo będziemy się widywać przynajmniej raz w tygodniu (choć na początek po dwa) przez ładnych kilka miesięcy, dobrze byłoby więc się przynajmniej tolerować. Ale miły jest i w ogóle. I zawsze bardzo przeprasza, że z tymi odwiertami ale wiadomo – musi.

Generalnie jest czarownie.

Dobrze, że wymyślili te wszystkie środki znieczulające. W życiu nie sądziłam, że będę wzdychać z ulgą na widok strzykawki…

Potem wracam do świata żywych bo wsiadam w autobus – jeden z trzech – który dowozi mnie do metra, metrem jadę minut pięć i już jestem prawie prawie w Firmie. W tak zwanym miedzyczasie schodzi znieczulenie i zaczyna się ostra jazda bez trzymanki.

Wtedy faktycznie robi się jakby gorzej. I chodzę sobie z tymi dziurami i mam w nich takie metalowe ćwieki i czuję się jak Arnie Terminator. Tyle, że nie mogę nikogo dwadzieścia pięć razy zastrzelić, następnie spalić, zrobić mu z losowo wybranej części ciała jesieni średniowiecza i na koniec powiedzieć czegoś zabawnego, co by potem mogły powtarzać pokolenia narwańców science-fiction. Albo sobie łypiąc to jednym do drugim zaspanym okiem jeżdżę na retgeny do WCS tuż przy Wiśle – piękne widoki zaiste – i znów na Włochy. A z tego wszystkiego najbardziej dramatyczna jest niemożność normalnego jedzenia. Kanapki w strzępkach, kaszki dla niemowląt, jogurty, kisielki. Matko! Minęły dopiero dwa dni a ja już marzę o kotlecie. Już zapomniałam jak to jest. W końcu od poprzedniego razu minęło parę lat. No ale nic, damy radę.

Po pracy biegnę już tylko do domu, gdzie czeka stęskniony Lokator i trzy bramki do wyboru: pranie, prasowanie, obiad na jutro.

Albo trasa Żłobek-Chór, w zależności od dnia tygodnia.

Miałam tego wszystkiego nie pisać bo jakoś wcześniej się nie wywnętrzałam zabiegowo – taka super_hiper_dzielna chciałam być – ale pomyślałam sobie, że może taki jeden lub drugi ktoś nie ma bladego pojęcia jak to wygląda. A chciałby. Bo w końcu chcieć może. Niestety próbek bólowych nie zamieszczam. A akurat tego niezmiernie żałuję bo sporo fajnych gmerań robi się bez znieczulenia. Jest na ten przykład takie miejsce gdzie końcy się światło kanału i następuje przebitka do okostnej. I bynajmniej nie chce mi się śpiewać w takich momentach pląsając niczym rącza łania „merci, że jesteś tu”, tylko całkiem inne rzeczy chce mi się robic i to z udziałem różnych dziwnych narzędzi. Widzi się wtedy całe galaktyki i czuje się człowiek jak w obserwatorium.

Zawsze chciałam studiować astronomię…

Ach… powinnam jeszcze znaleźć sobie w trybie pilnym czas na angielski, Firma chce mi zafundować z ramach funduszu szkoleniowego i ja oczywiście bardzo chętnie. Tylko jak Milutka Pani zez Recepcji Jednej Szkoły zadzwoniła żebym się z nią umówiła na rozmowę i spytała kiedy mam czas, to zachichotałam szpetnie. Bo co jej miałam powiedzieć? Między pierwszą a czwartą mam.

W nocy.

Na sprzątanie jakoś chwilowo nie mam siły. Roztocza czują się zapewne jak w niebie. Czyli u mnie ogólna sielanka. Uśmiecham się jak ta cizia w „Dźwiękach muzyki”, głaszczę jelonki i zrywam na łące kwiaty. Ach, och.

Co u Was?

Zmęczenie materiału | 2007/09/21 |

To zdecydowanie nie był mój dzień.
Głównie wahałam się czy bardziej mam ochotę gryźć i pokątnie dźgać widelcem na oślep, czy spektakularnie się rozryczeć w toalecie a potem wyjść i dalej udawać Super Mamę.
Nie znoszę takich dni.
I siebie takiej.

Rzucam kurwami i przyglądam się czy równo dźwięczy kaloryfer. I warczę na listonoszy. Oraz rozważam pracę na poczcie. Można przynajmniej wyżyć się napierdalając stempelkiem w paczuszki. Taką refleksję mam albowiem przyszła książka…

… do strony 50 ma wgniecenia. Priorytetowe.

Tak, nadal nie mam swoich rzeczy, od czasu do czasu odbieram głuchy telefon i śni mi się, że jestem szczęśliwie zakochana. A potem wstaję o piątej i zapełniam sobie dzień maksymalnie po brzegi. Taki mój podskórny sposób na sobie_radzenie.

Czasem żałuję, że nie wylosowałam normalnego życia.

Dialogi pracowe | 2007/09/20 |

Gadulec.

Magda – BAJUŚ XXX JUŻ GOTOWE. JEST W MOIM FOLDERZE.
Bajka – Dobrze, dzięki. Tylko nie krzycz tak ;)

Na żywo.

Sylwia – A to do mnie mówisz?
Kapusta – No do Ciebie córko, trukam od dobrych kilku minut…
Sylwia – Bo mnie to trzeba zauważyć wzrokiem.
Reszta pokoju – ???
Sylwia – Jak zauważysz ruch gałki znaczy, że czuwam.

Mamy na pokładzie cyborga ;)

19 września | 2007/09/19 |


„We will have a land and a homeland as long as we have ships and seas.”

Czy ktoś zna polski przekład tej sentencji?

Najlepiej z podaniem autora.

W tym mieście… | 2007/09/17 |

- W tym mieście nie ma najpiękniejszych miejsc – zaśmiał się kierowca taksówki – Są tylko mniej lub bardziej dziwne.

- Wobec tego proszę w najbardziej odludne. – zadycydowała cierpko.

Nie bardzo jej się podobał ten lekko drwiący ton. Całkiem jakby cofnęła się w czasie i wylądowała na lekcji geografii w podstawówce. Niemal zobaczyła swoje łokcie wsparte na odrapanym stoliku i usłyszała skrzypnięcie krzesła nauczycielki. Postanowiła nie reagować na przymilne zaczepki taksówkarza. Przegrał tym tonem. Tym jednym zdaniem. A u niej jak przegrywać to na całej linii. Bezszansie, jak mawiała czasem wyniośle.

Tak, była wredną zimną suką. I głaskała w sobie to uczucie jak ulubiony rudy golf po mankiecie. W końcu nie każdy może tak o sobie powiedzieć, prawda? Ludzie z reguły są letni, nijacy, mija się ich obojętnie i czasem spamięta się czyjeś imię albo wyraz twarzy, a czasem nie. Najczęściej to drugie. Ona była chłodna i ostra jak krawędź żyletki.

- Lata pracy – mawiała do lustra uśmiechając się ironicznie w cienki przecinek.

Przystanęli pod Dworcem. Brudny, szary budynek wyglądał jak kpina pośród okolicznych stalowo-szklanych wieżowców. Miało się wrażenie, że wejść tam można tylko na własną odpowiedzielność. Bo albo cię zabiją, albo przynajmniej okradną. I ten budynek wszystko wchłonie. Nie zostanie najmniejszy nawet ślad po nowym przybyszu. Wszystko było lepkie, odrapane i cuchnące mieszaniną, której składu nawet nie chciała się domyślać.

- Miało być najbardziej odludnie… – zauważyła z wyrzutem i wymownie zawiesiła głos.

- Nie znam bardziej odludnego miejsca. – zapewnił kierowca

- No nie wiem…

- Jeśli po wejściu tam nie poczuje się pani najbardziej samotną na świecie osobą, proszę wrócić. – powiedział ze spokojem – Pojedziemy gdzie indziej na mój koszt.

Nie wróciła. Wiedział, że nie wróci już gdy zapalał papierosa. Odprowadził ją wzrokiem. Nigdy nie wracali. Po jej wyjściu wybrał dobrze znany numer. Nie musiał nawet nic mówić. Wszystko było ugadane. Bez niedopowiedzeń i zbędnych ruchów. Jak w filmie. Miły dreszcz czegoś złego i zakazanego przebiegł mu kręgosłup. Zawsze wtedy przypominał sobie jak starszy brat topił koty w rzece. Bo kotka dwa razy do roku uszczęśliwiała ich ślepo-piszczącymi kluchami. I wtedy zawsze matka wysyłała starszego brata nad rzekę. I starszy brat płakał ale karnie szedł nad tę rzekę, wypełniał brudny jutowy worek kamulcami, wrzucał te ślepo-piszczące kluchy, wiązał rzemieniem i wrzucał. I płakał.

On nie płakał.
Tylko czekał na kolejny odcinek.
Jak w filmie.

Potem pojechał do domu i przy kolacji opowiedział Żonie, że miał dziś dobry dzień. W końcu kwestia dobra to bardzo względne pojęcie.

Czyż nie?

Napisz coś… | 2007/09/14 |

Wróciła do domu późno. Złapała się na tym, że codziennie jest tu
coraz później i wcale nie tęskni za objęciem wanny, czy miękką
poduszką. Wanna dopiero po wypełnieniu gorącą wodą robiła się na
tyle przyjazna by móc spędzic z niej przepisowe pięć minut. A
wnętrze poduszki zbiło się w nieprzyjemne wałki i bynajmniej nie
zachęcało do kolorowych snów. Jeszcze przed miesiącem mogła spędzać
w wodzie godziny, aż na dłoniach pojawiała się zmarszczona wilgocią
siateczka. A poduszka zawsze przynosiła upragnione ukojenie. Ale
jeszcze przed miesiącem dom nie był pusty…

Otworzyła butelkę wina i usiadła przed laptopem. Jeden ruch palca i
jej uszu dobiegło przyjazne mruczenie. Jakby jej cowieczorny
przyjaciel mówił: dobrze, że jesteś. Bo tylko on jest teraz jej
przyjacielem. Prawda? Tylko zbiór obwodów i ciekłych kryształów.
Jakie to płytkie.

Szybko zatrzasnęła uchylony już ekran, wyłączyła komputer całkiem
po babsku, nie tak jak trzeba i wyszła. W przelocie zgarnęła tylko
płaszcz, który nadal tkwił na oparciu krzesła i umyślnie zostawiła
służbową komórkę. Smycz łączącą całą jej aktywność z właścicielem.
Wino zwietrzeje – pomyślała jeszcze. Zaraz potem wybiegła na ulicę
i zatrzymała przejeżdżającą taksówkę.

- Ma Pani szczęście – zmęczony ale pogodny głos przywitał ją gdy
tylko zatrzasnęła drzwi – Akurat kończyłem na dziś.

Dobroduszny brodacz patrzył na nią wyczekująco. Po chwili dodał:

- To gdzie jedziemy?

Zdziwiona usłyszała swój własny głos:

- W najpiękniejsze miejsce jakie Pan widział w tym mieście.

ORMO czuwa | 2007/09/12 |

Zawsze podobała mi się instytucja Życzliwego. To taka osoba co to zawsze czuwa by wszyscy byli odpowiednio doinformowani a jak ktoś przez przypadek nie jest, to Życzliwy szybko to naprawia. Na wypadek gdyby ktoś był zbyt mało inteligenty albo spostrzegawczy, albo zwyczajnie gdyby trzeba mu było naprostować poglądy na własne. Ale oczywiście najczęściej z czystej bezinteresownej życzliwości.

Najczęściej donosi się o żonach, mężach i kochankach. Ale z braku dostatecznie interesującego tematu można donosić o wszystkim. To taka misja chyba. Ja misji nie mam i chyba mi żal. Bo gdybym miała o ile przecież moje życie stałoby się ciekawsze. A tak dupa sałata.

Ale przynajmniej mogę się stać obiektem misji kogoś innego.
Doprawdy pękam z dumy :)

Najpierw do Człowieka Od Książki napłynęła życzliwa informacja o tym jak wielką jestem oszustką i jak prędko go okradnę a może nawet zabiję jego, jego rodzinę, sąsiadów, psa, kota i tuńczyka z puszki. I generalnie wyłudziłam ponoć kilkadziesiąt tysięcy złotych polskich. Matko! To co ja robię w pracy? Powinnam się dawno wygrzewać na Seszelach czy innych Bahamach. Halu przypomnij mi proszę, którego merca za to kupiłyśmy bo mam sklerozę?

No i a propos pracy to Prezes też dostał list od Życzliwego. Z linkiem do bloga. Wysłany, żeby było śmieszniej z adresu bajka2007@poczta.onet.pl. Nie muszę dodawać, że to nie mój adres, prawda? :)

Także z tego miejsca serdecznie dziękuję i kłaniam się nisko za propagowanie Radzieckiego Termosu. Dobra robota towarzyszu! Prezes był zachwycony – strasznie mu się spodobało jak piszę i zyskałam chyba nowego czytelnika. I za książkę trzyma kciuki. Bardzo miło słuchało mi się pochwał, nie powiem. A całą Misterną Intrygą ubawiłam się setnie. W końcu mogę się poczuć VIP-em. Jeszcze kawior do wanny poproszę. A szampana proszę postawić o tam, między hałdą do prasowania a rajstopami Młodego do zacerowania. Będzie bardziej światowo.

Cała sytuacja do złudzenia przypomina mi ujadającego gdzieś pod nogami ratlerka. Nie sięgnie by ugryźć to sobie przynajmniej podziamgocze.

:)

_______________
Ps bez związku:

Uwielbiam suczą Geenę w „Długim pocałunku na dobranoc”. Nosz jak ona rzuca tym nożem to normalnie mam biathlon mrówek po kręgosłupie. Mrau…

Albo jak Samuel leży sobie na ulicy i pali. Ot tak.


  • RSS