Wpisy z okresu: 2.2008

O strasznie okropnych porannych godzinach, w stylu piąta.cztery, zamieniam się w Smoka Wawelskiego i wypijam Wisłę. Moja Wisła ogranicza się do tego, co akurat posiadam w mieszkaniu w formie płynnej. Omijając oczywiście płyn do płukania, naczyń i spray do mycia okien. Ale czasem jestem tak nieprzytomna, że wrodzone lenistwo bierze górę i sięgam po to, co akurat pod ręką.

Zdecydowanie muszę zapamiętać by syropy na kaszel kłaść gdzieś wysoko i maksymalnie niedostępnie. Zwłaszcza paskudne.

Budzik. Baczność. Łazienka. Szczoteczka. Ręcznik. Soczewki. Krem. Tusz. Spodnie. Reszta. Zmiana. Bo humor. Perfumy. Płaszcz. Buty. Suwak. Torba. Klamka. Pa.

Z Igorem jest cała opowieść. Ze mną samą ledwie kwadrans. No może dwa. A przed wyjściem zdążyłam usłyszeć i zobaczyć jak moje Dziecko śmieje się przez sen. W głos. Zarechotał, potem jeszcze raz i jeszcze. Aż przysiadłam z wrażenia, takie to mile niesamowite było. Otworzył nieobecne oczy, zogniskował na mnie, wykrzyknął śpiewnie mama i z błogim uśmiechem zapadł w dalszy sen. Dla takich chwil warto się spóźnić do pracy. Pewnie opowiadał sobie sprośne dowcipy o misiach ale lubię myśleć, że ma fantastyczne sny.

W poniedziałek czeka mnie batalia na linii angielski – zakupy – przedszkole – przychodnia. Wzięłam wolne. I tak jak wyjdę rano to wrócę na siódmą. W Przedszkolu mam już nadzieję wypełnić wszelkie wymagane papierki i skonkretyzować z Panią Dyr rozmowy o wrześniu i Młodym. W przychodni będę wysiadywać jajko by się dostać do Doktora Królika i mam nieśmiałą nadzieję, że uda się przed Wielkanocą.

I taki paradoks, który zawsze mnie urzeka i męczy zarazem:

Bez papierka, że zdrowy, Lokatora nie przyjmą po chorobie do Żłobka. Żeby zdobyć papierek muszę Go zapisać do Doktora Królika na wizytę kontrolną. Żeby to zrobić dzwonię dwa dni z rzędu po dwie godziny z samego rana i za żadnym razem nie udaje mi się wylosować szczęśliwego numerka. Zapisy beznumerkowe, klasyczne – dopiero na koniec marca. Soł… Wyjścia są dwa – albo kupić stosowny argument w dyskusji z pełnym magazynkiem, wystrzelać go w Przychodni i na koniec palnąć sobie w łeb z rozpędu i konieczności, albo pójść wysiadywać jajo z nadzieją, że pomiędzy czternastą.zero a osiemnastą.zero któryś z Szanownych Pacjentów nie przyjdzie i będzie można łaskawie wskoczyć na miejsce delikwenta. Dodam, że wysiadywanie odbywać się będzie w Poradni dla Dzieci Chorych, nikt mi zatem nie da gwarancji, że nie wrócimy z czymś zupełnie nowym, świeżym i nieokiełznanym. Ja bym nie dała.

Przypomina mi to gaszenie pożaru saletrą.

______________________________________________________
Ps. Gdybym urodziła się 29 lutego miałabym dopiero 7 lat. Jak na siedmiolatkę mam strasznie dużo kosmetyków w łazience i brzydkich wyrazów w słowniku.

Co jest gorsze od zastania siedzącego w niedomkniętej damskiej toalecie mężczyzny z opuszczonymi spodniami i głupią miną?

Zastanie siedzącego z opuszczonymi spodniami i głupią miną – w niedomkniętej damskiej toalecie – mężczyzny, który dłubie w nosie.

Nie wiem na czym dokładnie polega fenomen nowych notek. Moich osobistych i całkiem prywatnych. Bo w tematach obcych blogasków to się wywnętrzać nie będę. Moje powstają z reguły w mocnej okolicy północy, albo rano, albo wcale. Zdarza się i tak, że na raty. Mam w komórce urywki takich różnych co to je kiedyś pozlepiam pewnie. Obawiam się jednakowoż, że wtedy to będzie miało tyle sensu co zaczes Wujka Heniutka.

A Wy w ogóle wiecie jak wyglądał zaczes Wujka Heniutka? —- tak ubóstwiam wszelkie dygresje i odchodzenie od tematu na milę —- Pewnie, że nie wiecie bo niby skąd.

Otóż heniutkowy zaczes wyglądał okropnie. A ściślej rzecz ujmując leksykalnie jak pół dupy zza krzaka. Wątłego raczej. Fryzura miała chyba w założeniu maskować galopującą łysinę, bo polegała głównie na hołubieniu tego co jest na obrzeżach i przekonywaniu brylantyną, że grawitacja to bujda na resorach i te rachityczne włosiny dadzą radę niczym Neo w Matrixie. W praktyce nawet gdyby szanowny Wuj zaczesał sobie brwi na czoło – a przyznać trzeba, że brwi by mu sam Breżniew pozazdrościć mógł – nie odwróciłoby to niczyjej uwagi od bijącego po oczach białego placka pośrodku głowy. Poza tym Wujek Heniutek był niegroźny i sympatyczny. Chyba, że było wietrznie i akurat musiał wyjść do kiosku. Żadna brylantyna bowiem nie da rady porządnej wichurze a Henio na nawietrznej zawsze miał najdłuższe w okolicy… kosmyki.

Wracając do notek… chociaż nie, właściwie to wcale nie mam na to ochoty. Ogórka bym zjadła, albo ptasie mleczko. A najlepiej komplet. Po dogłębnym zanalizowaniu zawartości kuchennych szafek i lodówki stwierdzam cierpko, że albo wędzona makrela, albo cukier, albo nic. Mam jeszcze piwo ale nie lubię. Nie mam pojęcia skąd się wzięło ale może ktoś się kiedyś skusi.

A moja na ten alkoholowy przykład —- bo znów mam myśl na myśli i mi się zazębiają —- Koleżanka to zawsze jak sobie popije, zakłada nogę na kark i śpiewa pieśni maryjne. I tu wiem, że się każdy zastanawia którą, czy może potem chodzić i czy zdejmuje sobie tę nogę sama czy też trzeba ją dobić. A ja dla odmiany łapię się na refleksji, że strasznie trudno musi być jej wypiszczeć to wszystko z tak ściśniętą przeponą. Tak wiem, zboczona jestem.

Co poza tym?

Igorowskiemu schodzą ciapki ale dla odmiany przydzwonił dziś przy kąpieli dość ostro skronią o kran i jakby nie śpię pozostając w stanie czuwania-obserwacji a w środku mam kłębek. Mamut szykuje się do desantu a ja wczoraj straciłam górną siódemkę i ósemkę na poczet kolejnej kombinacji alpejskiej w stylu dowolnym, czyli akcja podnoszenia szczęki w toku jak co tydzień, oraz jest mi w związku z tym chomiczo aczkolwiek jednostronnie. Byłam znów postraszyć Panią Dyr w Przedszkolu i za tydzień mam wypełnić formularz. Potem dostanę formularz do formularza i manual, którym zapewne finalnie i tak będę się mogła dyskretnie podetrzeć ale, że uparłam się jak to ja, obstawiam sukces. Inaczej ktoś umrze i raczej nie będę to ja. Dostałam książkę Amy Tan o tytule podanym powyżej i myślę sobie, że ratując ryby od utonięcia można się całkiem zdrowo umęczyć. A tak całkiem na serio to bardzo lubię książki tej Pani i miło mi będzie utonąć w lekturze… jak tylko zacznę nadrabiać zaległości. Mam całkiem milutką kolejkę do obskoczenia i tylko czekam na dogodną dogodność. Umiejętność nie zasypiania ze zmęczenia po trzech zdaniach będzie dodatkowym atutem.

Nadal lubię zaglądać ludziom w okna. Wieczorami. Raz trafiłam na sobowtóra ale spłoszył się gdy pomachałam.

Pamiętam, że jak Młody był całkiem świeży i sobie nocami grzecznie spał
a mnie brakowało głośnego a ostrego dupnięcia muzycznego w kolumienki,
tańczyłam po mieszkaniu z discmanem i nierzadko ubrana byłam jedynie w
bieliznę i słuchawki. Całkiem na trzeźwo. Do dziś współczuję sąsiadom z
naprzeciwka przymusu poważnej miny gdy mijamy się przelotnie w altanie
śmietnikowej. Mnie mało co worek nie pęknie. Niebieski. Z taśmą.

Wczoraj przeciskając się pomiędzy starą walizką na pasek a gipsowym popiersiem średnio urodziwego pana doszłam do wniosku, że najcenniejsze dla archeologów znaleziska to archaiczne śmietniki i cmentarze.

Przegląd torebek już był, pora na kolejny.
Czym karmicie śmietniki?

—- spytała z głupia frant i poszła pogadać od serca z wanną

Chciałam powiedzieć, że mam absolutnie najpiękniejszy szablon na kulce*
Proszę wejść i podziwiać.

O TU

Po stopach gremialnie całujemy Jacha, któren to tak bardzo się nudził w chorobie, że postanowił zrobić mi dobrze blogaskiem. To doprawdy lepsze niż pomnik z czekolady pod męskim klasztorem.

Idę omdleć na szezlong. Spektakularnie ma sie rozumieć. A potem się zobaczy.

(* nazwa potoczna – wzięła się stąd, że w początkach początków była tam sobie fotografia małej kulki i co prawda dawno jej już nie ma ale sentyment pozostał)

W urlopach najgorsze jest to, że się kończą. Trzeba wrócić do rzeczywistości, która skrzeczy, pralki, która pęka w szwach i sąsiada, który notorycznie kopci akurat pod naszymi drzwiami. Po drodze co prawda można spędzić miły dzień wędrując bez celu i pośpiechu po słonecznym, ciepłym Krakowie, ale finalnie i tak wracamy by nastawić budzik na jakąś kosmicznie nieprzyzwoitą, z punktu widzenia nocnej sowy, godzinę, uciszyć ten skrzek, nastawić pranie i opierdolić sąsiada.

Zdecydowanie najprzyjemniejsze są wspomnienia.

W powrotach nie lubię zderzeń z cywilizacją i dworca centralnego w Warszawie. Na serio nie znajduję tam niczego co mogłoby wzbudzić mój sentyment. A bardzo próbowałam.

W powrotach najprzyjemniejsze jest gdy ktoś czeka i potem przestępujemy próg, a tam uśmiech. A im większy tym cieplej nam się robi. Przyznaję, że Lokator przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Obie z Mamutem obstawiałyśmy czy ze szczęścia pęknie wdłuż czy wszerz. Nie odstępował mnie na krok, zasypał morzem całkiem nowej a przedziwnej nomenklatury i uroczo wtulał w zagłębienie obojczyka. Oczywiście gdy już po wielu ściskach i rytualnych pocałunkach zasnął, nadal nie puszczał mojego kciuka, a ja obiecałam, że już nigdy nie zostawię Go na cału długi tydzień. Przynajmniej dopóki sam tego wyraźnie nie zapragnie.

Ociepliłam się wewnętrznie na to matkowanie. I dobrze mi z tym.

Ospowe ciapki nadal obecne ale poza wizualnymi nie stwierdzono innych niedogodności. Coraz bardziej skłonna jestem przypuszczać, że faktycznie im młodsza młodzież tym choróbsko łaskawsze. Drapania też nie odnotowano. Za to ja alergicznie zareagowałam na koniec laby i prezentuję całkiem okazałą pokrzywkę na przedramionach i lewym boku.

Myślicie, że to wystarczy by przekonać szefostwo?

______________________________________________________
Ps. W tramwaju usłyszałam, że matura jest potrzebna tylko w wypadku posiadania wybitnie małego biustu. Omiotłam badawczym spojrzeniem autorki, bo były dwie, ale anomalii w żadną stronę nie dostrzegłam. Sądząc jednak po światłości wygłoszonej tezy, tatusiowie na osiemnastkę zafundują córeczkom po komplecie odpowiednich miseczek. Może przy okazji ktoś się ulituje i wypcha im czymś głowy, bo przeciąg straszliwy.

Ekhem… | 2008/02/23 |

Proszę zarezerwować sobie w terminarzu.
Następna będzie dopiero płyta :)

Całkowite zaćmienie | 2008/02/21 |

Czy ktoś obserwował wczoraj zaćmienie księżyca? Bo ja w końcu nie wiem czy było, czy nie było i czy widoczne u nas czy w Nowej Zelandii. Na przykład.

Późnowieczorne śpiewy korytarzowe przerwał nam Kolega Paweł ze względu na wygląd i usposobienie zwany Jezusem. Orzekł z mocą, że jest zaćmienie i wszyscy mają gremialnie wylec oraz oczekiwać, naturalnie więc, że wzbudził nasze zainteresowanie. Po pierwsze okazało się jednak, że nie od razu tylko o pierwszej.trzydzieści. Jak już doczekaliśmy do pierwszej.dwadzieścia i wylegliśmy by nic nas czasem nie ominęło to okazało się, że jest po drugie, czyli w zasadzie to nikt – łącznie z autorem informacji – nie był pewien, czy Jezusowi się czasem nie pomyliły cyferki w potencjalnej godzinie potencjalnego zaćmienia. Wysnuliśmy nawet po trzecie – mianowicie, że ten cały księżyc to i może ćmi, ale niekoniecznie widać to będzie pod tymi akurat współrzędnymi geograficznymi.

Koniec końców poczekaliśmy trochę, pośmialiśmy się, że to była zorganizowana akcja wietrzenia i wróciliśmy do łóżek.

Raczej bowiem nie podejrzewam Hrabiego Księżyca o błyskawiczne zaćmienie, które akuratnie mieściło się w mrugnięciu okiem. Żaba wprawdzie twierdzi, że ją trochę zaćmiło ale myślę, że to raczej była zasługa grzańca galicyjskiego niż ciał niebieskich.

Przyznaję, że już mi nieco odwala. Trzy dni bez Młodego to całkiem przyjemne poczucie swobody ale więcej i już robi mi się smutno. Dzwonię do Mamuta i niezmiennie słyszę, że dobrze i w ogóle mam się nie martwić. No to przecież oczywiste, że zaczynam jak tylko wcisnę przycisk czerwonej słuchawki. Projektuję same najczarniejsze scenariusze. No i tęsknię. W zasadzie to do tej pory byliśmy dość nierozłączni. Teraz poczułam się jak pies spuszczony ze smyczy ale już pobiegałam z tym badylem i mi starczy. Może nie zaglądam ludziom do wózków ale pewne jest, że wszędzie widzę całe mnóstwo dwuletnich blondasów. Kupiłam dziś nawet chrupki kukurydziane. Leżą teraz i patrzą na mnie z wyrzutem. Przecież nie lubię chrupek.

Czy jest na sali psychiatra?

Żeby nie było, że ciągle tylko marudzę i marudzę to naturalnie świetnie się bawię oraz korzystam z życia w czasie, gdy nikt mnie nie ciągnie za nogawkę spodni, nie chce układać tysięczny raz tej samej układanki w obowiązkowo moim towarzystwie tudzież nie zastanawia się co właściwie by zjadł i dlaczego nie jest to coś co mamy w domu. Serio serio, uważam, że jest czarownie. Dziś na przykład był dzień wolny od prób (co roku mamy taki jeden pośrodku warsztatów), wobec tego wybrałam się na Jaworzynę. I o jak ładnie…

Co prawda częściowo umarłam w kolejce gdy wjeżdżaliśmy na górę, ale szybko się zreanimowałam i już po chwili podziwiałam piękne widoki. Potem na osłodę kupiłam sobie żelki we wszelkich smakach, kształtach i konfiguracjach kolorystycznych. Oraz grzane wino. Co prawda nie wiem czy powinno być to podstawą mojego dzisiejszego jadłospisu ale było pysznie. Co poza tym? Widziałam trzyletnie Dzieci jeżdżące na nartach. W związku z tym idę zaczerpnąć z torebki nieco coca-colowych i jedną lukrecję.

Dobra, lecę grać w mafię. Na korytarzu utworzyła się już całkiem miła drużyna. A potem będziemy śpiewać z gitarą. Znów się nie wyśpię.

Trzymajcie się ciepło.

Wywiesiłam wczoraj wieczorem sweter na balkon. Bo w Feniksie atmosfera specyficzna i jakby musiałam kationów nałapać. A rano biedaczek zesztywniał i zmienił odcień z głębokiego granatu na biel. Znaczy dostawa śniegu w toku.

Sangria oczywiście wyszła nam nieco inna niż Pascalowi Poprostu Gotuj i chyba bardziej przypominała rozbełtanego sikacza tudzież barszcz ukraiński niż apetyczny ponczyk. Może to dlatego, że On tak pięknie rozparcelował te pomarańcze, mandarynki i cytryny a nie po prostu je pokroił i wrzucił. I rozcieńczał całość gazowana wodą mineralną oraz dolał sporą część koniaku. Z braku wody z bąblami i okolic posiłkowałyśmy się litewską wódką a całość prezentowała się nader osobliwie w zupnej wazie podebranej ze stołówki ale koniec końców osuszyłyśmy naczynie do dna.

W tym roku zamiast bałwana ulepiony został przepiękny biały sedes. Jest tak realistyczny, że strach się bać co będzie jak ktoś przesadzi z procentami. Koledzy w tym celu już czają się po kątach z kamerą. Cóż. W najgorszym przypadku ktoś odmrozi sobie to i owo.

Humor wyjazdowy:

Sobota rano. Śpiącego w najlepsze faceta budzi nagły i niecierpliwy dzwonek do drzwi. Zaspany delikwent zwleka się nie bez trudu z łóżka i sunie do źródła hałasu. Chwyta za klamkę, otwiera. A tam listonosz. Listonosz patrzy na kolesia, koleś na listonosza i po chwili doręczyciel wybucha śmiechem. Śmieje się, rechocze, zanosi. W końcu facet nie wytrzymuje i pyta:
- Panie, co Pan się tak śmiejesz??
- A bo pierwszy raz widzę, że ktoś zapiął piżamę na dwa guziki i jajko.

Moja wyobraźnia mnie kiedyś zabije ;)

Znalazłam zimę | 2008/02/17 |

Podróżowanie pociągiem kształci. Bez wątpienia. Może mniej bawi i jest przyjemne za to świetnie kształci pod względem kreatywności i znajdowania niekonwencjonalnych rozwiązań przestrzennych. Jak bowiem na pięćdziesięciu centymetrach przetrwać noc i w dodatku mieć co najmniej dwa kolorowe sny, to nawet najstarsi górale nie wiedzą. A ja na ten przykład i owszem. No i świetnie taka podróż kształci naszą osobistą muskulaturę. Zwłaszcza pośladki. Przykurcz wszelkich dostępnych odnóży i cierpnięcie tyłka to jednak pikuś w porównaniu z tym co ludzie potrafią zrobić ze swoim kręgosłupem. To lepsze niż kalambury doprawdy.

A już style spania mnie powalają na kolana.

Pan Przy Drzwiach skulił się w sobie i podparł oburącz udręczone czoło – preferuje depresyjny styl Na Załamanego Psychicznie i nawet gdy chrapie to rzewnie. Z kolei Ten Pod Oknem przybrał pozycję Na Glonojada i wyraźnie sunie policzkiem wzdłuż szyby. Najbardziej rozpaczliwym stylem jest pozycja Na Dzięcioła – delikwent walczy sam ze sobą żeby nie spać, podnosi głowę, rozszczelnia powieki, ale oczywiście przegrywa, powieki same zamykają się i głowa opada mu swobodnie w gół… i tak kilkanaście razy. Najbardziej odprężony uczestnik podróży sypia z reguły Na Popielnicę, wdzięcznie otwierając usta i prezentując mniej lub bardziej bogate wnętrze. Ekstremalną zaś odmianą stylu Na Popielnicę jest Motyw Rozgwiazdy, czyli całkowite pokrycie sobą wszelkich dostępnych powierzchni i malownicze rozrzucenie kończyn. Szczęśliwcy zasiadający przy oknie z dostępem do półeczki, potrafią zwiesić się nań, zastygnąć na długie godziny i w pozycji Romantyk Z Widokiem przetrwać podróż z nosem przytkniętym do szyby. W skrajnych przypadkach pozycja ta grozi samoistnym osunięciem się ręki wyżej wzmiankowanego, złożeniem półeczki i nagłym przybraniem pozycji Upadłej Madonny. Wielki cyc nie jest wymagany.

Rano dojechaliśmy na miejsce i okazało się, że już wiadomo gdzie jest Zima. W Grybowie. Sypało całą noc i większość dnia. Teraz właściwie śnieg ma przerwę ale głęboko wierzę, że czeka na dostawę i jak tylko przyjdą nowe zapasy, spożytkuje je na poczet naszych saneczkowych wyczynów.

Pierwszy dzień pamiętam dość mgliście albowiem czas pomiędzy obiadem a próbą głównie przespałam regenerując nadwątlone siły a wieczorem czułam się tak rozespana, że o północy już chrapałam. Chyba wyłażą ze mnie wszystkie nieprzespane noce. Dziś już jednak nie mogę zawieść własnych oczekiwań i zamierzam kultywować zasady corocznych warsztatów: mało spania, dużo śpiewania, cowieczorne imprezy korytarzowo-pokojowe i jeszcze więcej wypraw do lokalnego legendarnego pubu Feniks. We czwartek szykuje się impreza tematyczna pod hasłem flanelowych koszul, trampek i ogólnego rozchełstania, więc istnieje też szansa na małe buszowanie po lumpeksach bo z wymaganych precjozów posiadam jedynie czerwone trampki. Zabawa zapowiada się przednia – w sklepie koleżanka wypatrzyła nawet siateczkowy podkoszulek w stylu Późnego Kapciowego a inna drapieżny spodzień w stylu dziura_na_dziurze_i_dziurą_pogania.

Dobra, nie ma co pitolić, za pół godziny obiad a zaraz potem druga próba, a ja tymczasem pożarłam pyszne śmiejżelki dostane od Współlokatorki Oli. Żaba mówi, że też chce być na blogu i nawet przyniosła mi drugą paczkę. Wieczorem robimy pseudosangrię i nie wiem czy będę na tyle trzeźwa by to opisać. Miałam skoczyć na spacer. Jest tak obłędne słońce, że żal byłoby go trochę nie nałapać w kaptur.

Mówię Wam… uwielbiam to miejsce.

____________________________________________________
Dzwoniłam do domu. Lokator poza białym kropkami mazidła taki sam jak zwykle i nie prezentuje żadnych zmian w zachowaniu. Mamut spokojnie daje radę i śmieje się, że gdyby Jej osobiste Dzieci tak znosiły ospę, miałaby o tabun siwych włosów mniej. Syn przez telefon powiedział mi, że halo i że Apcik tera gotuje i cyta bajke, zatem cmok cmok Matka i papa bo przeszkadzasz. Pozbyłam się ostatnich wyrzutów sumienia. Obojgu nam jest dobrze.


  • RSS