Wpisy z okresu: 3.2008

Kawałek wiosny widzę | 2008/03/30 |

Mam nadzieję, że tendencja się utrzyma i rozwinie w więcej kawałków. Tymczasem nareszcie mogłam przez cały dzień mieć otwarte okna i nie wypielęgnować przez ten czas sopli pod nosem. To chyba dla mnie większy miernik nowej pory roku niż słońce. Mimo wszystko.

Ostatnio też z tydzień temu jak rano zobaczyłam słońce i powiedziałam adieu ciepłemu paltu oraz kozaczkom, to potem dygotałam miarowo w oczekiwaniu na tramwaj w samym kurde epicentrum gradobicia i poobiednich wyziewów. A następnie Wielka Baba, która najwyraźniej miała ambicję imitować kwadrat, bo zarówno jej długość jak i szerokość biły się między sobą o dwumetrowość, postanowiła wprasować mnie w drzwi. Albo sprawdzić czy łokieć wygina mi się także w drugą stronę. Gdyby nie przystanek, to pewnie by się nauczył.

Zatem dziś nieco poderzliwie podeszłam do słońca. Zwłaszcza, że wczoraj akurat zupełnym przypadkiem było parszywie mokro, zimno i ponuro. Oczywiście wczoraj też miałam wyprawę na drugi koniec miasta z tak zwanym Dzieckiem Na Ręku. Bo drugi chór właśnie startuje i w związku ze związkiem, że ostatnio mam mało czasu, to będę mieć jeszcze mniej. Przynajmniej w soboty. Tak zwane Dziecko Na Ręku robi się tak, że wygląda się przez okno, widzi mokrą bździnę w miejsce ładnej pogody i szuka się parasola. Szuka się, szuka, w końcu w najmniej spodziewanym miejscu się ów parasol znajduje, otrzepuje się z niego brygadę archeologów i stawia przy drzwiach. Żeby nie zapomnieć. Następnie mówi się własnemu osobistemu Dziecku o planowanym spacerze i szykuje manatki, czytaj pieluchy, picie, jedzenie, Zabawki Bez Których Absolutnie Nie Można Wyjść i wzmiankowanego Potomka. Przez chwilę odwraca się uwagę wzmiankowanego Potomka krzycząc "O, ptaszek!" i póki Dzieć jeszcze się na to łapie, jest szansa wyeliminować stado godne Arki Noego do skromnej żaby i dwóch resoraków. Następnie Potomek dobitnie odmawia zabrania wózka i nie protestujemy nawet, bo przecież jazda trzema różnymi tramwajami z kilometrem podziemnych i nadziemnych schodów pomiędzy z dodatkowym balastem to nie jest coś, co tygryski lubią najbardziej, a pech chciał, że akurat na tej trasie nie dba się o inwalidów ani kierowców dziecięcych pojazdów i wszystko trzebaby osobiście przetachać na grzbiecie. Czyli mamy wyjaśnione. Ubieramy co mamy ubrać, bierzemy torebkę, plecak, Dziecko i wybiegamy bo za chwilę będziemy spóźnieni. Parasol oczywiście pozostaje na straży drzwi. Jesteśmy jednak przyzwyczajeni do przemieszczania się po deszczu bez parasola, bo notorycznie go zostawiamy, więc nie robi to na nas zbytniego wrażenia. Zwłaszcza, że Dziecko chodzi ochoczo i wyraźnie rwie się do marszobiegu. Wszystko przebiega zgodnie z planem, docieramy na miejsce, ćwiczymy nowy repertuar, zajmujemy Potomka trzema dodatkowymi kończynami co to nam akurat na tę okoliczność wyrosły, przyjmujemy szereg pochwał jakiż On grzeczny i w ogóle. Mijają dwie godziny, zawijamy się do domu i wychodzimy na całkiem świeżą dostawę deszczu. W tak zwanym międzyczasie super_ekstra_mega_giga grzeczny Potomek włącza opcję Marud Straszliwy i kwęka, że nóżki bolą i na ręcę i ogólnie weltszmerz. Poprawiamy torebkę, plecak, wkładamy w jedną kieszeń dwa resoraki w drugą pluszową żabę (wystaje głowa i kawał nogi ale co tam) i bierzemy Wzmiankowanego na ręce. W połowie drogi na przystanek mamy zadyszkę, w tramwaju już się hiperwentylujemy, ale i tak najlepsze dopiero przed nami. Najlepsze jest bowiem to, że druga przesiadka wypada akurat w miejscu, w którym nie ma kawałka dachu, wygwizdów jest konkretny i zaraz po dotarciu tam orientujemy się, że oczekiwany środek lokomocji nam zwiał a następny będzie za dwadzieścia minut. Pikanterii niech doda fakt, że Dzieć akurat wszedł w fazę REM a deszcz w fazę mazura z przytupem. Po dziewiętnastu minutach nawet naszło mnie przypuszczenie graniczące z pewnością, że jeszcze chwila i Młodego upuszczę do jakiejś kałuży, bo za żadne skarby nie chciał się obudzić a myślałam, że nie wytrzymię… ale wytrzymałam. W końcu tramwaj spóźnił się jeszcze tylko cztery.

W sumie to dobrze, że mi Dziecko spało bo tyle wulgaryzmów mi się zewsząd wysypało, że byłby najlepiej wyedukowanym w tej kwestii podopiecznym Żłobka, a powtarza skubany wszystko jak leci.

Pewne są trzy rzeczy. Syn mi waży sporo. Następnym razem przyspawam sobie ten wózek do dowolnej części ciała. Pudzian ma konkurencję.

Po powrocie do domu myślałam, że nie wstanę. Wstałam jednak. I zrobiłam jeszcze obiad, pranie, odkurzanie, prasowanie, rundkę z konikiem na biegunach oraz zajączka z papieru. I jeszcze kolacyjkę, kąpanko, z rypkom! z rypkom mama!, usypianko, żaba! żaba jesce mama!, bajeczka i sru. Po czym oczywiście padłam na twarz. Dalej nie pamiętam czyli najwyraźniej straciłam przytomność z radości, że jednak jest mi czysto, sucho, pewnie i ten pierdzielony tramwaj przyjechał zanim wykąpałam Młodego w kałuży.

Zrobiłabym pewnie jeszcze piruecik albo dwa ale chwilowo zabrakło mi wolnego parkietu.

A rano zbudziło mnie radosne szczebiotanie w mózgu gdzieś po lewej, że bębobry i że Gigor bułećke zjesz. Było po szóstej. A jak przestawiłam zegarek na nowy czas, to po siódmej. Tak czy inaczej na całkiem wolną i swobodną niedzielę to barbarzyńska godzina. No ale nikt nie mówił, że będzie lekko. Fakt. Na szczęście mój osobisty Potomek uwielbia układać puzzle i oboje czerpiemy z tego mnóstwo radości. A ja dodatkowo mam pół godziny snu. Gorzej jak Młody ma dobry dzień i strzeli wszystkie dostępne puzzle w dziesięć sekund i do góry nogami, a następnie zagłębia się w mieszkanie w poszukiwanie nalepek. Bo nalepki to druga ukryta pasja Igorowskiego. Zdrapuje je zewsząd i o każdej porze a największym powodzeniem cieszą się ceny z produktów poupychanych troskliwie w lodówce oraz przylepce z paczek chusteczek higienicznych. Wystarczy chwila nieuwagi a już na podłodze w kuchni malowniczo pośród kubeczków z jogurtami rozmarza kurzęca pierść w celofanie a na wszystkim spoczywa spora kupka zbędnych chustek.

Po tej półgodzinnej drzemce obudziłam się równo ometkowana. Moja lewa noga pochodziła z Ekwadoru, prawa podawała się za wyrób przemysłu mleczarskiego o ograniczonej zawartości tłuszczu a na czole miałam złoty dziewięćdziesiąt dziewięć w otoczeniu oczojebnej zieleni. Komoda za to kosztowała cztery dwadzieścia. Przecena znaczy. Wczoraj była po sześć pięćdziesiąt.

Zabrakło czwartego do brydża…

więc zagraliśmy w pokerka… na rozbierane ;)

A może Wy macie jakiś pomysł na hasło do tego zdjęcia?

Kupiłeś marchewkę? | 2008/03/27 |

Powiem tak… jak to jest wiosna to ja poproszę kurde na Seszele. Bo coś mi się zdaje, że tam najgorsza zima wygląda lepiej niż nasz koniec marca. Poza tym, że do Żłobka jechałam dziś wykopując się z hałd śniegu siłą woli, gdyż wózek był odmówił posłuszeństwa i współpracy i jak już dotarłam to byłam tak czerwona na obliczu, że bez charakteryzacji spokojnie mogłabym zagrać hoże dziewczę z Mazowsza po sztafecie 4×400 na żużlu.

Ale przecież jest czarownie.

Igorowski na szczęście wyzdrowiał i generalnie gorączka okazała się jak do tej pory tajemnicą o niewiadomej etiologii – mam cichą acz gorącą nadzieję, że nie powróci nagle i niespodziewanie jak jakaś podstępna wyrwa w moście. W święta dzwony w kościele obudziły mnie o szóstej, a położyłam się spać o trzeciej z hakiem i jak się wtedy wkurwiłam, tak mi do tej pory nie przeszło, więc bez kija lepiej do bliższych kontaktów nie zachęcam.

Poza tym biegam, latam i szeleszczę.

I zaprawdę uwielbiam reklamę, której przewodni element umieściłam w tytule. Motyw z kapciem sprawia, że za każdym razem rechoczą mi widelce w szufladzie. Laczek cudny jest!

A dziś o 19.00 w gmachu głównym Politechniki mamy z chórem całkiem miły koncert. Tak jest, moja doba nie dość, że z gumy to jeszcze z balonowej. Gdyby ktoś miał wolny wieczór i nie wiedział jak go spędzić, zachęcam. Wstęp wolny.

Myślę jeszcze o kilku zajęciach dodatkowych, nie wiem… może korespondencyjny kurs chirurgii naczyniowej? Albo liczenie borsuków w dolinie Warty. Albo się w końcu na tę salsę zapiszę. Kiedyś. Bo sobie obiecuję i obiecuję. Tylko nie wiem czy z Dziećmi przyjmują. Chyba, że mają gdzieś przechowalnię dwulatków. Jakby co damy radę.

Był koncert i było wzruszenie. Było mnóstwo uczuć, których opisywać nie będę, bo jestem samolub i lubię mieć je w środku. Byli goście, którzy przyszli tam specjalnie dla nas i nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej czułam się kimś tak bardzo wyjątkowym. Przynajmniej jeśli chodzi o coś co wyszło spod moich palców i myśli. Był nawet element rodzinny w postaci Siostrzycy z Córką, które zrobiły mi absolutnie niespodziewaną niespodziankę. Igor brylował w towarzystwie rozdając czarujące uśmiechy i klaskał
wtedy kiedy trzeba. Jest boski i absolutnie doskonały. Matczyna duma
wzrosła we mnie niczym osobista zamia na parapecie a goście wyrażali
permanentny zachwyt. I rozdałam trzy autografy. Matko!

Co tu gadać po prostu wspaniale było. Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim, którzy znaleźli trochę czasu i spędzili ten wieczór razem z moimi marzeniami :)

Czy będzie jeszcze jakis koncert? Nie wiem. To już chyba pytanie do Seweryna. Ja jestem za. Bo na płytę to chyba przyjdzie trochę poczekać.

To tyle miłego.

Mieliśmy jechać do Mamutowa, by spędzić święta z rodzicami, ale niestety aktualnie mamy już na stanie 40 stopni na lokatorskim termometrze i świadomość, że nie wiadomo co się z tego rozwinie bo to dopiero piętnasta. Więc posiedzimy sobie sami w domu i zapoznamy się z telewizyjną ramówką. Idę trzymać rękę na pulsie, syropki i czopki w bliskiej okolicy oraz chłodne kompresy tu i ówdzie.

Zdrowych i pogodnych życzę.

__________________________________
Ps. Meg… bardzo Ci dziękuję :*

Tyle się dzieje | 2008/03/19 |

Tyle się dzieje, że nie nadążam. Wiosna, lato i jesień przemknęły jakoś tak niespodziewanie szybko, że nie zdążyłam tego odnotować i już znowu mamy zimę. Tym nawet zaskoczeni są wszyscy bez wyjątku, nawet sama zima, bo wszyscy mówią na nią wiosna a śniegiem sypie jak złoto. Poza tym zmienna jest ta aura jak w górach, tylko widoki kiepskie jakby bardziej.

Facet z miną pod tytułem Bardziej Zielone Nie Będzie obtrąbił mnie na przejściu, bo on stoi i ja stoję i jak to może tak być. Ano może, bo ja się proszę faceta zagapiłam. Na śmiałka. Śmiałek w tej zamieci i wygwizdowie szedł sobie chodnikiem oraz raźnym krokiem. Niby nic szczególnego ale jak się ten obraz uzupełni o siateczkowy podkoszulek i spodnie typu bermudy oraz temperaturę oscylującą na granicy marcowej przyzwoitości i wicher jeżący spacerowe psy, to już jakby robi się niezły hardcore. Po szlaczku jakim szedł wnioskuję, że na wszelką ewentualność wirusową zdezynfekował się wewnętrznie. Zapobiegliwy taki.

W pracy mam młyn, albo raczej cały kombinat i wciąż mam wrażenie, że niczego nie ogarniam ale na szczęście póki co to tylko wrażenie. Wynika prawdopodobnie z faktu, iż nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tym, czym się teraz zajmuję, a wnioskuję, że cała reszta świata ma to w małym palcu lewej nogi. Na początek reaguję więc lękiem i "o matko nie dam rady", bo najbezpieczniej. Pewnie jak się już wezmę i zbiorę, okaże się nieco mniej straszne i skomplikowane. Uznajmy, że to chwilowy atak paniki. Wrócę do normy.

Igor w nowej grupie zachowuje się identycznie jak w starej i gdyby nie zmiana strony budynku, numeru szafki i Ciotek Etatowych pomyślałabym, że nic nie zaszło. Nadal mnóstwo ekscytacji przynosi lokatorski słownik nowych odkryć i wszelkie zabawne przekręcenia wyrazów. Dziś po południu na przykład Młody ochoczo wybiegł na korytarz, po czym z radością oznajmił:

- Ciocia dała dupy!

Konsternacja zapadła wśród reszty obecnych dorosłych taka, że tylko bardzo ostrym nożem możnaby kroić to powietrze wokół. Wzmiankowana ciocia oblała się rumieńcem i w absolutnej ciszy naprostowała Dziecku poglądy:

- Obiad dała. Zupy. Igorku…

- Taak, dupy – grzecznie powtórzył Igorek

Wczoraj drugi czy trzeci raz w życiu, odkąd nie mam siedmiu lat, zasnęłam o dwudziestej pierwszej. Z reguły idę spać po północy i to raczej znacznie niż tylko nieco po. Cały dzień czułam się jakby mnie kto wyżął razem z kolorami. W odcieniu zielonym. Współpracownicy obstawiali kiedy złączę się w gorącym uścisku z wykładziną. Byłam jednak twarda. Po zażyciu szuflady różnych musujących świństw barwę z zielonkawej zmieniłam na sino_brąz_koperek. Może to również wina całej torebki orzeszków w czekoladzie w miejsce śniadania, obiadu i kolacji? Nie wiem. I tak mam na nie alergię, więc nie powinnam ani jednego. I tak jednak wciągam wszystkie, bo lubię. Do wieczora dociągnęłam.

Orzeszki mają na imię Monti, kosztują w Biedronce jakieś niecałe 4 złote za 250g i mam cichą nadzieję, że nie każą ich tam targać po półkach wątłym kobietom w zaawansowanej ciąży. To mój drugi zakup w tym sklepie. Wcześniej odmawiałam współpracy z powodów jawnego społecznego wykorzystywania a teraz podobno jest normalnie. Do Media Marktu się jednak nie przekonam. Nie ma mowy. Tak, jestem skrzywiona pod pewnymi względami i potrafię się obrazić na sklep choćby za reklamę.

W tramwaju widziałam jak Pani rozmawia ze swoją torebką. Nieco otrzeźwił mnie ów widok, ale po bliższym i dokładniejszym łypnięciu zaobserwowałam jednak wystający ze środka telefon. Najwyraźniej w swojej torebce ceni dobrą nagłośnię. Albo nie wiem. Pewnie są też tacy, co żeby zjeść ogórki muszą włożyć głowę do słoika. Wniosek nasuwa mi się jednakowoż, że raczej sobie nie podjedzą. Był jeszcze Pan, który mówił do swojego plecaka, ale niecenzuralnie i jednorazowo. Bo plecak jak cham nawiązał sobie supełków i zadowolony. Ale Pana nie wliczam. Reszta bez uniesień. Pełne siaty, nadąsane miny i siąkania nosem.

A ja z narastającą gorączką i błyskiem w oku. Wprost szałowo.

Po wysłuchaniu dość osobliwej i urywanej relacji z pierwszego dnia w Nowej Grupie w wykonaniu Lokatora, położyłam Go spać i dalej nie pamiętam. Spałam jak cały skalniak w ogródku przed domem mamutowej sąsiadki. Obudziłam się w pozycji dokładnie takiej, jaką przybrałam kładąc się i nakrywając kocem. W jakimś tak zwanym międzyczasie przybył mi w łóżku Syn – czego totalnie nie byłam świadoma – i spał sobie smacznie z naręczem misiów, żabek i innych pluszaków. Obudziłam się z kocim kuprem na wysokości czoła i oddalonym o centymetr, albo pół. Kot na szczęście równie pluszowy jako i reszta nocnych partyzantów ale co się obśmiałam to moje.

Dziś wcale nie było lepiej. Jestem chora i najchętniej zakopałabym się na tę wątpliwą wiosnę w jakimś plażowym piasku nad miłym, mało humorzastym i ciepłym morzem. Pragnę zaznaczyć, że jak bardzo chcę to potrafię mocno się zwinąć w kłębek i zmieścić w bagażu podręcznym o standardach unijnych. Sprawdzałam niedawno z szafką kuchenną, z której w trybie pilnym musiałam wyjąć czerwoną kauczukową piłeczkę. Dam radę. Więc jakby co to bardzo proszę o mnie pamiętać.

Ps. Czy da się wjechać na krześle obrotowym do metra?

Cierpię na permanentny niedoczas. Na wszystko brakuje mi doby, jestem przemęczona i pękło mi w oku naczynko. A raczej cały zespół naczynek. Nie mam pojęcia czy czerwień jest w tym sezonie trędi ale nawet gdyby to szczerze wątpię czy nosi się ją w bliskim otoczeniu tęczówki. Myślałam, że to zwyczajnie z niewyspania ale Mamut upiera się, że czegoś mi musi brakować i to poważne. Naturalmą, że tak powiem. Brakuje mi strasznie wielu rzeczy – od nowych butów po willę z basenem i to jest piekielnie poważne, ale nie wiem czy dokładnie o to Mamutowi szło. Poszłam na kompromis i łykam rutinoscorbin. To i tak wyżyny dbałości o siebie ostatnimi czasy.

We czwartek miałam dzień z gatunku tych, które zwykłam określać mianem Na Wysokości. Zasuwa się podówczas na wysokości lamperii z prędkością światła a i tak końca nie widać. Taka rzeźba w tężejącym betonie przy użyciu wafla. Rano nie bez trudu zderzyłam się z budzikiem i rzeczywistością. W lustro przezornie za długo nie patrzyłam. Po odprowadzeniu Lokatora do Żłobka i napotkaniu Pani Kierownicy doszłam do wniosku, że ona najwyraźniej również. Ośmielona zagadnęłam nieśmiało o kwestię ewentualnego przejścia do ewentualnie wyższej ewentualnym poziomem i starszeństwem grupy mego ewentualnego Dziecka. Bo to już czas najwyższy, że tak powiem, w obecnej Lokator już z nudów gryzie podeszwy i za chwilę wróci o raczkowania żeby się coś działo, a różnych obserwacji wnoszę, że zbliżeni wiekiem Małoletni właśnie przeszli. Bo ich jakby nie ma tu a są tam. Pani Kierownica zmierzyła mnie zmęczonym wzrokiem rannego bulteriera i odrzekła, że nie ma miejsc. Napomknęłam, że może dlatego nie ma, bo już trochę tych Małoletnich tam przyjęła. Usłyszałam, że skąd ja to mogę wiedzieć i że w ogóle to nie moja sprawa. Fakt. Aczkolwiek póki zostawiam w jej metalowej kasetce na kluczyk dwa poważne banknoty ewry fakin miesiąc, to już robi się poprzez współudział nieco moja. Jakby. Poza tym już pół roku temu rozmawiałyśmy na dokładnie te sam temat i wtedy sama zadeklarowała, że jak tylko się coś zwolni to przechodzimy. Zmilczałam jednak. Ograniczyłam się do cierpkiego "do widzenia". Obie wiemy, że zwyczajnie zapomniała.

Potem pojechałam do pracy, potem pojechałam śpiewać na koncercie co to nie miał kiedy być tylko o piętnastej akurat, potem ubierałam się w pośpiechu na schodach zamieniając szpilki na bardziej przystające do zimnej pluchy za oknem obuwie, potem jechałam metrem i potem znów pracowałam, potem mentalnie popędzałam tramwaj, żeby pomimo wszechpanujących w mieście dróg krzyżowych zdążyć na ostatnią chwilę, w której mogę odebrać Igora bez uwag w stylu, że może dla mnie to tylko dwie minuty ale nie zmienia to faktu, że to dwie minuty PO czasie, potem pobiłam rekord w jednoczesnym ubieraniu i pojeniu Dziecka oraz pędzeniu na autobus, potem dotarliśmy na próbę i już można było zwolnić. Bo potem już tylko trzy godzinki i autobus powrotny do domu. Straszliwie dużo tych potemów jak tak sobie patrzę. Zabieganie, zabieganość i inne zabiegi. Wieczorem nie pamiętam co było bo po wykąpaniu Lokatora i nasennym utuleniu zapadłam w śpiączkę. Ocknęłam się o trzeciej ze szkłami boleśnie przyklejonymi do wewnętrznej strony powiek i malowniczo wygotowaną zupą w garnku stojącym na – szczęściem w nieszczęściu – małym gazie.

W piątek rano okazało się, że miejsce z czwartej żłobkowej grupie znalazło się bez trudu i najmniejszego problemu. Od poniedziałku zapraszają nas z drugiej strony budynku i do nowej szafki. Ech, te szczęśliwe przypadki. Bo nie wierzę, że to Bilobil tak szybko zaczął na Panią Kierownicę działać. Tak czy siak jesteśmy spakowani.

Reszta piątku minęła szybko i w miarę bezboleśnie. Wieczorem zajęłam się praniem, sałatką na urodziny Mamuta, zakupem na allegro puzzli dla Lokatora, który wykazuje znaczne zainteresowanie tym typem mentalnej rozrywki i męczy mi dupę o coraz to nowe i inymi niezwykle twórczymi zajęciami. Nie wyobrażają sobie zapewne Państwo na jak wiele sposobów można odpowiedzieć na pytanie: a co tu piesek?

- tu piesek szczeka
- tu piesek obsiusiał drzewko
- tu piesek aportuje
- tu piesek biegnie
- tu piesek wygląda
- przegląda
- rozgląda
- tu piesek robi w budzie parapetówkę
- tu piesek odebrał pilny telefon z pracy i ma wytrzeszcz
- tu piesek odciął sobie ogon żeby merdaniem nie prowokować kolejnych pytań

W sobotę rozjechałam się na wszystkie strony usiłując zapakować do wózka Lokatora, wszelkie dobra, o których akurat sobie w danej nanosekundzie przypomniał… oraz sałatkę. Kupiliśmy jeszcze kwiaty i w drogę. Dwie godziny niestety są obecnie dla Młodego bardzo trudne do zniesienia. Zwłaszcza gdy mowa o dwóch godzinach, które powinien przesiedzieć w wózku. Na szczęście zupełnym przypadkiem nie miałam w kieszeni granatu. Poćwiczyłam za to cierpliwość i struny głosowe na ciepłym, aksamitnym i miłym w obiorze alcie. W Mamutowie było już lepiej. Igor czarował, ja głównie spożywałam oraz grzałam się przy piecu.

Dziś za to pojechaliśmy z Młodym odwiedzić Ciotkę Chóralną, która bardzo niefortunnie poparzyła sobie nogi, by nieco umilić jej niedzielę, zająć myśli i wspólnie popełnić ciasto. Ciasto było z torebki i nazywało się Krówka i smakowało wyśmienicie. Lokator ganiał psa Foresta, pies Forest biegał po mieszkaniu w poszukiwaniu schronienia, mieszkanie zaś pozostało niewzruszone. Ale to chyba akurat całkiem miło z jego strony.

A Wam jak minął weekend?

Cytacik | 2008/03/14 |

- Jest miła, urocza i ma tyłek w dokładnie tym samym miejscu,
w którym miała go na studiach.
- To zdzira!

Kobiety :)

Noc. Środek w zasadzie. Śpię sobie w najlepsze nakryta kołderką i nic
mi się nie śni bo zasnęłam zbyt zmęczona by skupić się na czymkolwiek
poza poduszką. Dzień był wyczerpujący. Lokator pochrapuje z cicha
zbunkrowany w swoim łóżeczku, szczelnie owinięty kocykiem jak poczwarka
kokonem, sąsiad nieco głośniej zza ściany, paprotka całkiem bezgłośnie
rośnie na okiennym parapecie, w komórkach wydziela mi się resztka
kolagenu i to nie wiem na jaką cholerę, bo zaraz zeżrą go zapewne wolne
rodniki. Myślę o tym by zapłacić za żłobek, kupić ziemniaki, pójść na
pocztę i w kolejkę po zdrowie do przychodni rejonowej co już dawno nie
rejonowa ale panie recepcjonistki swoje wiedzą. I taka to zwyczajna,
spokojna noc. Środek w zasadzie.

Wtem…

Budzi mnie szelest za drzwiami. Takie ni to szuranie ni skrobanie,
jakby kto paznokciem przesuwał wzdłuż framugi. W okamgnieniu cała
powierzchnia mojej skóry zmienia temperaturę i właściwości. Gęś jak w
mordę strzelił. Oskubana. Czuję jak robi mi się zimno i gorąco na
zmianę. Ze strachu boję się mrugać. Z takim wytrzeszczem trwam dobrych
kilka sekund. O matko! Co robić?! Aaaa!!!

Chrobot klucza w drzwiach sprawia, że bezszelestna niczym duch w ułamku
ułamka stoję na baczność. Po omacku usiłuję wydobyć z otoczenia coś, co
sprawiłoby, że poczuję się lepiej, bezpieczniej. A tu jak na złość same
lokatorskie tekstylia i pluszaki. Jest! Mam! Żelazko. Dobra nasza. W
drugiej ręce trzymam telefon. Niech to szlag! Oczywiście rozładowany…
Staję przy drzwiach i z żelazkiem wymierzonym w dość oczywistych
zamiarach w bliżej nieokreśloną przestrzeń czekam. Kątem myśli już
wizualizuję w co trafiam potencjalnego włamywacza i żałuję, że nie
posiadam lakieru do włosów. Ponoć lakier do włosów w oczach nie jest
tym co włamywacze lubią najbardziej. Ciekawe czy mają coś do żelazek.
Chwila zdaje się nie kończyć. Czas zwalnia i rozciąga się jak wyżuta
balonówka pod butem. Oczywiście już prawie umarłam i normalnie już bym
zemdlała ale adrenalina tak mi pompuje tętno, że jestem pewna, iż
obudziło nawet sąsiada zza ściany. Nagle drzwi uchylają się a ja przez
chwilę umieram jakby bardziej…

Budzę się w przedpokoju.
W uniesionej ręce mam żelazko.
W drugiej tkwi widelec.

Kurtyna.

Pora chyba przestać czytać kryminały przed snem ;)

Notka uprzejma | 2008/03/10 |

Uprzejmie informuję osobę, która trafiła na mój blog poszukując odpowiedzi na pytanie:

CO ZROBIĆ ABY DOBRZE WEPCHNĄĆ?

że to zależy…

Sądząc po pojemności szafek w moim mieszkaniu nie trzeba robić nic szczególnego – dobrze wypychają się same i w dodatku nie wiadomo kiedy.

Jeśli chodzi zaś o przesyłki polecone upychane w skrzynce to mistrzem na mistrzami jest mój Pan Listonosz – potrafi tak wcisnąć nawet największy format, że przesyłka nie dość, że dramatycznie zmienia kształt, to jeszcze daje się ją wyjąć tylko etapami, dzieląc na fragmenty. Nie wiem czy ktoś jeszcze jest posiadaczem dzieł tak bardzo zebranych jakiegokolwiek autora. Ja jestem.

Natomiast jeśli problem dotyczy Dziecka i piekarnika, to z przykrością muszę zauważyć, że w pewnym wieku się już nie da. Przynajmniej nie w jednym kawałku.

Kolejnym szczęśliwcem będzie dziś człek, który zawitał do mnie przeszukująć sieć pod kątem zagadnienia:

KOBIETA FATALNA CZY ZLEWOZMYWAK?

Jeśli mogę doradzić, to zdecydowanie zlewozmywak. Zdecydowanie. Ładny, miły, małomówny i jeszcze garnki pozmywa. Kobiety fatalne z reguły nie robią nic dobrego a jak już im coś przez przypadek wyjdzie to z reguły są to włosy, które jak wiemy z upodobaniem dzielą na czworo albo ratują w SPA i innych biologicznych odnowach za grubą kasę… Zdecydowanie zlewozmywak.

W przypadku zaś hasła-klucza:

MAJTKI PRZEZ GŁOWĘ

Rzec mogę tylko tyle, że z żarówką w ustach jest ponoć zdecydowanie łatwiej. Przynajmniej można się potem skupić na czymś innym. A i niech na ostrym dyżurze mają ubaw. Należy im się.

W następnym odcinku mili Czytelnicy może odpowiemy sobie wspólnie na pytanie:

CZY GAŚNICĄ MOŻNA ZROBIĆ DOBRZE?

Bo ja przyznaję, że po światłym acz wewnętrznym spostrzeżeniu – chyba koniowi – usiadłam i rżę.

I tak oto nieustannie instytucja blogowych statystyk wprawia mnie w dobry nastrój :)


  • RSS