Wpisy z okresu: 10.2008

Występują:

- 1 kg ziemniaków
- 2 jajka
- mąka ziemniaczana
- bułka tarta
- szpinak
- czosnek
- sól, pieprz, gałka muszkatołowa
- ser żółty
- masło, oliwa

Obrane ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie, by je następnie odcedzić, odparować, utłuc i pozostawić do ostygnięcia. Do wystudzonych ziemniaków dodajemy odrobinę czosneczku, nieco więcej gałki muszkatołowej, roztrzepane jajko, 4-5 łyżek bułki tartej, sól i pieprz do smaku. Wszystkie składniki zagniatamy aby efekt konsystencją zaczął przypominać ciasto na kopytka (tu moi drodzy jest miejsce na mąkę ziemniaczaną, ewentualnie), a kiedy już zacznie, chowamy do lodówki na godzinkę i bierzemy się za Maestro Spinacci.

Szpinak siekamy bardzo drobno. Jak nam się wydaje, że już go drobno posiekaliśmy, siekamy jeszcze ze dwa razy. Potem siekamy czosneczek. Na patelnię wlewamy odrobinę oliwy i podsmażamy ten nasz czosneczek. Dodajemy szpinakową paciajkę i przez chwilę pozwalamy się jej tam rozgościć. Na sam koniec dodajemy przyprawy, masło i starty ser i odstawiamy z ognia. Przykrywamy.

W międzyczasie wyjmujemy z lodówki ziemniaczaną kulkę i robimy przecudnej urody rulonik, który następnie potniemy na kawałki by z każdego uformować coś na kształt kotleta. W kotlecie robimy kieszonkę i upychamy w niej masę szpinakową, której część zdążyliśmy już wyżreć ale jeszcze znaczna większość dobrze się trzyma. Zalepiamy wszystko dokładnie, taplamy moment w pozostałym na pobojowisku jaju, obtaczamy w bułce tartej i smażymy na rumiano.

Kotlety można podawać z czym tam kto lubi aczkolwiek ostrzegam, że zanim zdążycie je z czymś podać, znikną w niewyjaśnionych okolicznościach pozostawiając smutek, żal i ogólne mlaskanie. Dobrze wchodzą zawsze i każdemu a zwłaszcza jak właśnie mają zamiar się skończyć.

Powoli się odmrażam | 2008/10/24 |

Wróciłam na chór. I znów mam chęć na śpiewanie. Telefony odbieram. Mam w pięknym czerwonym płaszczyku z kapturem dwie kieszenie, w których mieści się całkiem dużo kasztanów i jeszcze wejdą obie dlonie. Mam w pięknej fioletowej torbie w kratę płytę z kopią zapasową do mrocznego świata Dextera. I zapas popcornu do wyprażenia. Lada chwila zbiorę się o odgruzuję skrzynkę mailową. Może nawet napiszę dwa ciepłe słowa Panu od viagry, że chętnie, ale pod warunkiem, że On tampony. Wtedy tak.

I ogólnie chyba jakoś to będzie. W końcu przecież zawsze mogłoby być gorzej.

Mogłabym na przykład nosić złotą torebusię i mieć kilometrowe tipsy, na imię Rajmunda, na głowie pięć włosów z czego trzy na tapir a dwa w balejażu i od rana do nocy zastanawiać się, którym tipsem podrapać się za uchem żeby mi make-up z twarzy nie odpadł. Albo spędzać weekend w solarium, bądź wpatrzona w kanał Romantica. Stanowczo wolę thrillery i kiszone ogórki krótkimi paznokciami prosto ze słoika. A koło solarium to przechodzę codziennie, kilka razy miałam nawet chęć by tam zabłądzić bo blada jestem jak córka młynarza w ostrej fazie anemii. Jednakże skutecznie odstraszają mnie zawsze pracujące tam kobiety.

Może to dziwne, może niesprawiedliwe i może nawet krzywdzące, ale nie kupię wędliny od ekspedientki w tłustym czepku i z brudnymi dłońmi, w których dopiero co trzymała papierosa i klamkę od drzwi, nie usiądę na fotelu u fryzjerki, która na głowie ma kokon, który przerazi nawet najwytrawniejszych horrorooglądaczy, oraz nie zapuszczam się w miejsca dresem i dramatycznie tlenionym blondem płynące. Z zasady. Tak mam. Jestem maksymalnie nietolerancyjna w tych kwestiach i trudno. Nie każdy musi być wzorcem i dać się zamknąć w gablocie. Mnie kręci zupełnie co innego i o wiele bardziej wolę przebywać wśród ludzi bliższych mi mentalnie, energetycznie, estetycznie i światopoglądowo. A otaczam się głównie obrazem i dźwiękiem, dobrym, literą też lubię.

Potrafię na przykład rozpłakać się ze szczęścia słuchając perfekcyjnie dostrojonej do mojego wnętrza muzyki. Albo ponad miesiąc przeżywać jedną z filmowych scen… bo zdjęcia takie były piękne. Bywa mi smutno gdy kończy się książka, z którą podczas czytania zdążyłam się całkiem dobrze zaprzyjaźnić. I lubię gdy spieszę się okrutnie, bo jak zawsze jestem wszędzie spóźniona – a ze mną musi spieszyć się mój Syn, lat trzy, Igor – i drepcze tak by nadążyć, że zawsze mimo wszystko znajdujemy chęć i czas by zaśpiewać o zielonym garniturze Pana Ogórka albo o szkiełku, co wszystko potrafi, albo znaleźć kamyk szczęśliwy. A gdy wracamy objaśnia z namaszczeniem, że "to co telas tam o jeździ to skipacz, nie kopala mamo", albo że celebruje dokładność w układaniu klocków, chowaniu na miejsce zabawek gdy bawimy się w "kto pierwszy do wanny" i wymawianiu "jabłka" z obecnym w środku a nie zjedzonym ł. A najbardziej to lubię to, że zawsze wieczorem przytula się do mnie mocno i mówi, że mnie kocha. Tak po prostu.

Taak. Zdecydowanie jestem zadowolona ze swojego zwyczajnego-niezwyczajnego życia.

I nawet jeśli mój Syn czasem bywa nieznośny do imentu, bo w końcu to trzyletni mężczyzna z silnym charakterem oraz cechami oślego uporu, a nie bobas z plakatu 5-10-15, to wiem, że już porafi coś, co dla mnie determinuje dojrzałość emocjonalną w przyszłości. Przytulić się do mnie, powiedzieć, że lubi jedno a nie lubi drugiego, że jest zły, albo zmęczony, albo, że się teraz obraża, potrafi drzeć ze mną koty i bawić w łóżkowe gilgotki, ale najbardziej rozwala mnie, że gdy widzi mnie nie w tym co trzeba sosie, to podchodzi, wdrapuje mi się na kolana, patrzy w oczy, po czym głaszcze po policzku mówiąc "moja mamunia kochana", głośno całuje mój policzek i bardzo bardzo mocno cały się do mnie przytula.

W takich chwilach Delma kanapkowa to przy mnie żelazobeton.

Filozofia o poranku | 2008/10/22 |

Lokator nie próżnuje. Widocznie zna sprawę szkolnictwa i jego problemów. Postanowił zatroszczyć się o swoją edukację i nadać jej tor już teraz. Wybór był oczywisty – filozofia. Po pytaniach z cyklu "mamo a dlaczego czemu?", "a czemu dlaczego?", oraz "a dlaczego dlaczego" nie czułam się zdziwiona. Nic a nic.

Wściekle rano. Na dworze szaro, buro i kosmato. Choć najbardziej to jednak zimno. Sezon na jesień trwa. Trzylatek w zielonej wiatrówce i czarnej czapce z czaszkami rozgląda się bacznie wokół, minę ma zadumaną, złożony proces myślowy uzewnętrzniony wybitnie w postaci sporej żyły na czole. Czyli standardowa droga do przedszkola. Jakieś błyskotliwe spostrzeżenie wisi w powietrzu – strzygę więc uszami i w oczekiwaniu ukradkiem ziewam. Wszak jest wściekle rano.

Błyskotliwe spostrzeżenie materializuje się i melancholijnie zagaja:

- O. Popacz. Liście spadły.
- Masz rację. Liście spadły bo mamy jesień. Będzie ich teraz spadać coraz więcej i będzie coraz chłodniej a jak spadną już wszystkie i zrobi się całkiem zimno, przyjdzie zima i wtedy spadnie śnieg. Ale to jeszcze trochę, teraz jest jesień.
- Jesień tak?
- Tak właśnie.
- Hmm… tak bywa.

Rośnie mi filozof. Pewnie za chwilę będzie czytał Sartre’a, zapuści brodę i zrobi PanKotu wykład o dualiźmie dusz. A mnie wyśle po absynt.

Bałagan mnie przerósł i pokonał. Zważywszy na fakt, że lubię się czuć czasem taka malutka i drobniutka, powinnam być szczęśliwa jak dzika świnia w dżdżysty dzień. Przyszła, usiadłam, rozejrzałam się wokół – dobrze, że siedziałam, bo wyglądałabym po chwili dość horyzontalnie – i postanowiłam olać wszystko raźnym strumieniem. Mam to gdzieś, w dodatku tak głęboko, że nawet sonarem z turbogumonapawarką się nie zlokalizuje. Mój bałagan i niech sobie mieszka. Co prawda jutro mam gości ale myślę, że nie oczekują niczego innego. W końcu znamy się od lat. Trzech ponad.

Wszędzie piętrzą się stosy i stosiki ubrań rozmaitych ale przynajmniej będzie miękko siadać, krzeseł mam raptem dwa i pół. Czyli nie ma tego złego. Ciekawe co powiedzą na wiatr w lodówce. Albowiem w lodówce mam światło, pudełko z sorbetem cytrynowym, którego zawartość za chwilę radośnie pochłonę i samotny zielony groszek.

Ale przecież jest pięknie bo pralka naprawiona. Za jedyne sto trzydzieści w biletach NBP posiadłam jakże cenną informację, że po jakimś czasie użytkowania to normalne, że wężyk się przeciera i się sączy i się coraz bardziej aż zaczyna przeciekać i wreszcie wylewa. Miły Pan zakleił, załatał, otulił gąbeczką, pobrał i poszedł precz. Hałda tekstyliów zgrupowana w łazience odetchnęła z ulgą.

I tylko Pan Kot wnerwił mnie dziś do białości bo zmusił do niezamierzonej acz żmudnej aktywności fizycznej. Mianowicie zaczaił się na Fikusa Kwiatkowskiego z parapetu i go bezczelnie obeżarł. Cham, prostak i troglodyta. Najgorsze jednak, że jak obżerał to najwyraźniej nóżka mu się biedaczysku omknęła – niestety Pan Kot mistrzem gracji raczej nie zostanie – i w efekcie na podłodze w kuchni spokojnie mogłabym sadzić rzodkiewkę. Gdyby sezon był na. A tak posadziłam szczotkę w duecie z szufelką a następnie ścierę flanelową wielokrotnego użytku i odtańczyłam na niej fokstrota. Jury z pewnością byłoby zachwycone i zabrakło by im tabliczek. Zwłaszcza gdy moje osobiste nogi, poślizgnąwszy się na kitikecie w smakowitej galaretce, podjęły ważką decyzję o rozpoczęciu kariery solowej w przeciwnych kierunkach estrady. Nie powiem ilu siniaków i gdzie dokładnie oczekuję, ale nietrudno sobie wyobrazić.

Dzisiejsze życzenia mnie wzruszyły, ubawiły, rozczuliły i ogólnie trąciły taką nutę we mnie, która uśmiecha się miękko i jej dobrze. Serdecznie dziękuję za pamięć. Strasznie to miłe wszystko. Serio serio. Z różnych tam powodów jest mi też oczywiście trochę smutno, ale cóż… nie zawsze i nie u każdego jest dzień dziecka. Z życzeń, które powaliły mnie na kolana i wywołały rechot wielopłaszczyznowy, zapamiętam zwłaszcza: "Bike, z całego serca życzę Ci suwmiarki" oraz "włosów za dupę". Bezcenne.

Teraz tak z grubsza po cienkim póki pamiętam, bo nie chciałabym wyjść na buca i sklerotyka. Za zresztą też nie ;)

Wszystkie cukrowe saszetki podocierały całe i zdrowe ciesząc się żywym zainteresowaniem w firmie – niniejszym serdeczne dzięki od niżej podpisanej oraz zainteresowanej cukrozbieractwem rodziny – teraz już na bank projekt semestralny w szkole zaliczony będzie i to obstawiam, że na szóstkę. W ramach ciekawostek Syn koleżanki zamierza kontynuować zapoczątkowane hobby i powiększać kolekcję ku chwale przemysłu cukrowniczego i przetwórstwa buraczanego. Howgh!

Na wszystkie maile poodpisuję ale ostatnio nie mam kiedy sprawdzić poczty, więc uprasza się o cierpliwość i nie zgrzytanie. Jak poodsiewam zaproszenia do powiększenia penisa od absolutnie mi niezbędnych nowinek geriatrycznych i powiadomień z allegro – dam głos. Obiecuję donośnie.

Dla mnie… bo tak | 2008/10/17 |

Haaaapi beeeeeerzdej tu mii
haaapi beeeeeeeerzdej tuuuu miii
haaaaaaaaaapi beeeeeeeeeeerzdeeeeeeej dir Anuuuulkaa
haaaaaaaaaaapi beeeeeeeeerzdej tuu mi

zaśpiewałam sobie do lustra
obiecałam być dla siebie lepsza
i zdmuchnęłam świeczkę przy wannie
karmelową

potrafię objąć się sama
ale oczywiście będzie mi miło jeśli ktoś się dołączy
bo sięgam tylko do połowy pleców :)

Czekam. Siedzę, tupię nóżką i czekam. Czekam sobie ot tak, nie to żebym lubiła, raczej zmuszona się do czekania czuję, więc jestem – wdech_wydech – i czekam. Aż spadnę chyba. Albo na trzęsienie ziemi. Przemarsz wojsk i sraczka już byli u wszystkich znajomych oraz krewnych sąsiadów. Mnie szczęśliwie ominęli. Nie prosili by coś przekazać.

Czyli generalnie nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji.
Oraz wielu innych jakże uroczych zjawisk.

Bo czyż nie jest cudownym nagłe wezbranie kuchni? Niby jest, ale pod warunkiem, że kuchnia byłaby rzeką a wezbranie miałoby charakter wyłącznie badawczy i nie zaszkodziłoby niczemu ani nikomu. Tymczasem nasza kuchnia rzeką nie jest. Jednakowoż stoi w niej pralka, która to bez ostrzeżenia, podania na stosownym formularzu zgodnym z najnowszymi wytycznymi ISO, zatwierdzenia przez odpowiednie albo nawet nieodpowiednie czynniki oraz bez znaczków skarbowych… przeciekła. I tak jej zostało.

Ja rozumiem, że wszystko ma swoje granice i niemal trzyletnia mało_ustanna eksploatacja robi swoje, ale na litość wszelaką przecież mogła najpierw porozmawiać. Bez sensu zupełnie. Ja jej nie wypominałam, że jak przyjechałam ze szpitala z małym zawiniątkiem pod tytułem Noworodek, to olewała mnie przez trzy miesiące, bo miała przecięty przez poprzedniego wynajmującego kabel. I że dopiero po upływie tych trzech miesięcy wymieniłyśmy uściski, spostrzeżenia oraz pierwsze pranie lokatorskich tesktyliów.

No ale…

Bo czyż nie jest malowniczym, nagłe i niespodziewane a całkowite zapchanie kanalizacji? W weekend? Ba! Marzy o tym co trzeci dorosły osobnik w wieku produkcyjnym. Zwłaszcza jeśli co drugi jest kretynem, a co piąty dodatkowo ma nerwicę natręctw. A ja mam na składzie upartego Za Chwilę Trzylatka z upierdliwością godną sfrustrowanego księgowego tropiącego przejawy swojej nadchodzącej dojrzałości. I szczękościsk też mam. Od niedawna.

- Mamo, siusiu kcem. – dość donośna artykulacja dość istotnej potrzeby przerywa mi aktualne przemyślenia w kwestii czy ktoś (czytaj: małoletni tymczasowo zamieszkujący mi życie Lokator) czasem nie wrzucił Pan Kota do sedesu.

Dobra nasza – Pan Kot zostaje zlokalizowany gdy tylko miseczka… z rybką, błękitna, z białym denkiem… szczęknie o podłogę. Grunt to mieć zestaw Niezawodnych Sygnalizatorów Dźwiękowych. Teraz przystępujemy do trybu realizacji Matka vs Problem Lokatora.

- No to masz tu nocnik przecież kocie? – wskazuję na przedpokój, aktualne miejsce pobytu plastikowego ekhem naczynia.
- Mamo-o, siusiu do kibelka kcem! – rażący błąd rodzicielki zostaje wytknięty w trybie natychmiastowym, bo przecież Za Chwilę Mam Trzy Lata oznacza, że jestem prawie dorosły i gdzie mnie tu z nocnikami i Kubusiem Puchatkiem, paszła wręcz.
- Kochanie, kibelek ma dziś urlop na żądanie i na razie mu nie przeszkadzamy – argumentuję wartko drugą myślą jaka przychodzi mi do głowy, pierwsza bowiem była niepoprawna politycznie, stylistycznie, lingwistycznie i w dodatku wulgarna.
- Nie, niee, NIE! Nieeeeeeeee… – czarna otchłań rozpaczy połyka mi latorośl i wypluwa oślizgłe himeryczno-histeryczne stworzenie wijące się w spazmach po podłodze.

Podłoga dyplomatycznie milczy. Dywanik wchłania potok łez. Kula ziemska wykonuje jakąś_tam część obrotu wokół Słońca oraz własnej osi i obligatoryjnie ma kwestię lokatorskiej prawie dorosłości oraz ograniczającej ją problematyki głęboko w odwłoku.

- Możemy pójść na spacer do parku i zrobisz siusiu na trawkę. Co ty na to? – w zamierzchłych czasach banalnie prostego rodzicielstwa był to niezastąpiony wabik w procesie przestawiania Małoletniego z trybu Pielucha na tryb Nocnik – na trawkę było fajnie i przy okazji można było obsikać sobie buty a Mama wtedy tak śmiesznie przewracała oczami, że boki zrywać. Serio.
- A-A-AAA!!! Ja kcem do kibelkaaa!!! – dramat, dramat, dramat. W trzech aktach, bez antraktu i bez wejściówek. Tragifarsa wręcz.
- Synku, a może pobawimy się dziś w Piratów i na nasz statek zupełnie wyjątkowym przypadkiem zabierzemy pieluszkę? – tonący chwyta się wszystkiego…

Ostatnio mieliśmy fazę na wystawianie niepotrzebnej już wczesno_lokatorskiej wanienki na środek mieszkania, pakowania do środka dobytku w postaci Lokatora, jamnikowatych pluszaków: Krokodyla oraz Hipopotama, garści kamyków, kasztanów i miedzianych monet w charakterze skarbu, słodkiej bułki i butelki z sokiem w charakterze zapasów, Pan Kota w charakterze Rozbitka (nawiasem mówiąc to pierwszy rozbitek nawiewający z taką niewdzięczną częstotliwością z naszej łodzi) oraz jednej mojej nogi w charakterze motoru napędzającego akcję. Druga noga oraz obu nóg powyższość się już w pirackiej łodzi made in Ikea niestety nie zmieściła, co zresztą było do przewidzenia.

- A po co w Pilatów pieluskem?? – bezbrzeżne zdumienie wypełniło oczy mego Syna i wgapiło się wyczekująco we mnie.
- Bo to będzie odcinek o tym jak Piraci trafiają do Biedronki! – kapitulacja rzuciła mi się na mózg i przygniotła. Oraz przyparła do ściany wózkiem widłowym obsługiwanym przez ciężarną w drugiej dobie jej nieprzerwanej pracy.
- Do Biedlonki??? – ha! zadziałało, aj em de łan oraz fanfary

Tu nastąpiła opowieść o tym, jak to Piraci trafili na tajemniczą Wyspę Biedronek, gdzie zostali uwięzieni przez Złą Biedronę, która wyzyskiwała ich i zmuszała do żmudnego sprzątania zabawek podczas wieczorynki, zamykała sam na sam z cukierkami i kategorycznie zabraniała choćby polizania przez papierek, oraz generalnie była straszna. No i nie puszczała Piratów nawet na siku, więc sprytni żeglarze dalekomorscy postanowili przechytrzyć tyrana i lać w pieluchy bo te akurat zupełnie nieoczekiwanym przypadkiem mieli na składzie. Było to wprawdzie całkowicie poniżej ich godności, swobód obywatelskich, uczuć religijnych a ponadto niezgodne z piracką konstytucją, ale czego się nie robi mili Państwo na morzu. Otóż na morzu robi się wszystko. Ze szczególnym uzględnieniem tak palącej a raczej cisnącej potrzeby jak siku. Zwłaszcza gdy okazuje się, że to dopiero preludium. I to temu ten kibelek był taki niezbędny.

Koniec końców kryzys został zażegnany. Fachowcy przyszli, dwa razy, pogmerali, naprzynosili różnych ustrojstw, powarczeli maszynerią, nastraszyli mi kota jak nie wiem co i zainkasowali w sumie 400 złotych. Z fakturą wybieram się do właścicieli, administracji oraz wreszcie Mieszkańca Parteru, którego to stara sparszywiała uszczelka zatkała cały pion – bo jak fachowcy ongiś piony wymieniali – wszyscy wtedy solidarnie zaciskalismy zęby, gromadziliśmy w wannach wodę bo przez większość dnia jej w kranach nie było, ścieraliśmy pył nawet z masła w lodówce, sprzątaliśmy tysiące razy to samo oraz własnym sumptem glazurowaliśmy luki i wyrwy w aranżacji łazienkowych wnętrz – to delikwent się zaparł i nikogo nie wpuścił… bo przecież on ma tak ładnie a mu napsują. Mieszkaniec Parteru niech teraz lepiej będzie bardzo bardzo starym oraz schorowanym inwalidą i najlepiej kombatantem w widocznej ciąży, albowiem w przeciwnym razie zrobię mu kuku i będzie zajebiście bolało.

Z tego wszystkiego nie napisałam, że lada moment – czyli w piątek jakoś po czternastej – dramatycznie się postarzeję i skończę te magiczne trzydzieści lat. Ale właściwie to i tak nie miałabym nic odkrywczego do napisania, bo to urodziny jak każde inne. Nie planuję w akcie desperacji skoczyć na główkę z szafy ani nie spodziewam się nagłego ataku wolnych rodników i zalewu głębokich zmarszczek. Bilansów też nie będzie. Nie mam męża, ani nawet absztyfikanta, sąsiad jest żonaty a z drugiej strony mam sąsiadkę i to w zbyt podeszłym na cokolwiek wieku, nie mam swojego mieszkania, mam nieswoją pracę i swoje Dziecko, kota nie liczę bo jest zdrowo popierdolony. Ha! Przypomniało mi się, że nie mam nawet worków na śmieci a miałam kupić już w poniedziałek, bo kończą mi się foliowe reklamówki. Mam za to umówionego fachowca na randkę z pralką, więc jedyne czego mogę się spodziewać to rozległego zawału. Oraz nieprzeniknionej próżni w portfelu.

Czyż można optymistyczniej zakończyć?
Ale oczywiście, że można.

Zrobiłam kotlety szpinakowe.
Myślę o nich nieustannie. Wyszły diabelnie smaczne.
I właśnie planuję zmasowany atak na lodówkę.

______________________________________________________
Ps. Dora – ucięło adres mailowy i nawet gdybym chciała napisać,
to mogę słać co najwyżej… na Berdyczów

Piątkowy wieczór | 2008/10/10 |

Lojalnie uprzedzam, że jak już wyjdę z pracy – co mam nadzieję uczynić za chwilę – wezmę porządny rozbieg, zamach i trwale uszkodzę tego palanta, który od godziny drze mi się pod oknem do jakiejś Jolki przez domofon.

Jolka, kobito, weź znajdź sobie w lesie kawał drewna. Więcej z niego pożytku będzie i mniej dziamgotania paszczą. Nic mnie bardziej nie wkurwia niż faceci, którzy kłapią dziobem więcej niż bazarowe baby. No może bardziej tylko jeśli piskliwym dyszkantem.

A rozbieg i zamach wezmę sobie po primo hobbystycznie, po secundo temu, że bydlę ma ze dwa metry i to nie licząc czapki oraz kaptura a tertio, albowiem jak już napotka go moja wściekła a naga pięść… musi być widać ślady hamowania. Jak mnie już kto zdrapie z tego chodnika.

Miłego i inne wyrazy


Przyjechaliśmy późno i zanim się nie obejrzeliśmy już był poranek.
Ciotka Halka próbowała jeszcze łapać resztki snu pod poduszką
ale stado pędzących kotów i dwoje goniących je dzieci,
przebiegających z gromkimi okrzykami po lędźwiach, skutecznie wytrąca z fazy REM.

Kiedy już udało się wszystkim zwlec z posłań, dokonać niezbędnych ablucji,
pochłonąć śniadanie, opowiedzieć o tym wszystkim co wydarzyło się od ostatniego spotkania,
obejrzeć z dziećmi Misia Uszatka, popatrzeć przez okno, pogłaskać kota, albo trzy
i wreszcie wyjść na planowaną uroczystość w ogrodzie…

postanowiliśmy ubrać się kolorowo i niemal ukłonić.

Niektórzy byli bardzo głodni…

… straszliwie, okropnie, potwornie, wściekle głodni…

… inni zaś się lansowali, w wolnych chwilach głaszcząc się po smukłych szyjach
i zabawiając otoczenie ożywioną konwersacją…

… ale spokojnie, my też się lansowaliśmy
i w dodatku bezczelnie podrywaliśmy fotografa przy pracy…
wprawdzie fotograf był kobietą, zamężną i dzieciatą w dodatku,
ale w związku z zawężeniem pola widzenia przy taki słońcu, uznajmy to za sukces.

Koniec końców wyżarliśmy wszystko, oblizaliśmy brwi
- albowiem serwowane dania były przepyszne –
i tyle po nas zostało.

Oczywiście przezornie zostawiliśmy sobie ukryte zasoby żołądka
na wspaniały oraz jakże urokliwy deser agowej roboty.
Proszę bardzo – Państwo pozwolą, że przestawię – Pan Urodzinowy.
Tort Urodzinowy.

Zofia była przeszczęśliwa…

…obecna wokół roślinność również zdawała się pałać radością…

…nawet moja osobista Torba Na Ramię przeżyła swoje pięć minut chwały,
kiedy to stała się obiektem zainteresowania
obiektywu aparatu fotograficznego
oraz owego obiektywu sympatycznych przyległości…

Stefania również wyglądała na zadowoloną, może i względnie,
bo pomyliła tubki i zamiast kremu do opalania użyła kleju z brokatem,
ale postanowiła szeroko otwierać oczy i się nie przejmować konwenansami.
W końcu nikt nie powiedział, że mruganie jest obowiązkowe.

Panie zażywały relaksu z dobrą książką w przytulnym namiocie…

…bądź też prowadziły rozmaite badania naukowe…
na przykład wpływu decybeli na okoliczne sąsiedztwo.

Panowie celowali w doświadczeniach z pogranicza fizyki i prawego sierpowego
- prezentowana mina p.t.: "spróbuj no mie podskoczyć maleńki" mówi wszystko.

Oczywiście w przerwach zawsze znalazła się chwila dla paparazzich…

… albo dwie…

… ale koniec końców i tak zawsze lądowanie jest u Mamy.

No dobra, przytulać możesz ale nie całuj, dobra? Umowa stoi?
Ech, te kobiety mnie już męczą po prostu…

Oczywiście nadeszła wreszcie ta upragniona chwila,
kiedy to nawet Kot Zwany Zuzanną odetchnął z ulgą i spokojem…

… bo naszym słodkim dziateczkom wreszcie siadły baterie …

… i to – fenomen na skalę światową – synchronicznie!

Niestety drzemka trwała krótko, zdecydowanie ZA krótko
i według obserwacji uczestniczącej wielu świadków, w tym narratora,
miała charakter wysoce regeneracyjny. Godne pozazdroszczenia.
Młodzież obudziła się z nową energią i jakże fantastycznymi pomysłami.
Kota zdążyła nawiać, my przezornie przemieściliśmy się pod dach,
gdzie nieco łatwiej było tę powietrzną trąbę dwojga trzylatków
i jednego nieco młodszego absztyfikanta ogarnąć,
jednak żadnego zdjęcia nie udało się już nikomu zrobić.

No dobra, to powyższe udało się Zoji. I to jeszcze jak.
Zwraca uwagę interesujące kadrowanie, symboliczny motyw ruchu
oraz jakże plastyczna forma kompozycji na stole.

I tak o.

Mam ciepłe wspomnienia, masę zdjęć i wiele nowych planów.
Na przykład taki chytry plan, by za rok połączyć siły
i zgrać zojkowe i igorowe święto w jedno… lublińskie.
Bo tam i jest gdzie i jest z kim i jest po co.
I taką historię tu teraz mam, do przytulania oczami.
AgA, Michał, Zosiu – dziękujemy :)


Fotografowała agA, Asia oraz Zofia

Ważny apel | 2008/10/03 |

Haluta szuka pracy.
Sprawa jest bardzo pilna.
Mamy dwa tygodnie.

Jeśli ktoś, coś, gdzieś… to proszę o znak.
Wszystko przekażę.

Branża HR i okolice.
Miejsce pracy – Warszawa.


  • RSS