Wpisy z okresu: 1.2009

Napisała do mnie autorka Prania.

Wymieniłyśmy kilka e-maili i przyznaję, że z każdym kolejnym wpadam w coraz większe osłupienie.

Okazuje się bowiem, że ktoś podpisujący się jako Basia Ratajczak stworzył sobie z mojego i Jej bloga własną blogową rzeczywistość na nieistniejącej już dziś stronie. Teksty pochodziły z radzieckiego-termosu, zdjęcia z prania. Na temat żenującego charakteru takich kompilacji wypowiadałam się już nie raz, bo chamskie kopiowanie notek i prezentowanie ich jako własne zdarzyło się już zarówno radzieckiemu jak i wierszom z bikersgirl. Mało to przyjemne i zawsze powoduje we mnie mało humanitarne odruchy, ale takie chyba mamy czasy, że kradnie się wszystko i zewsząd. Szacunek to chyba tylko w słowniku pod literą S. I tylko wielki niesmak mam na to wszystko bo co innego mieć mogę.

Tutaj mamy do czynienia z bardziej wysublimowanym typem czubka. Bo otóż
ów ktoś założył sobie konto mailowe na podobieństwo mojego

- moje konto: pasztetowa_raz@gazeta.pl
- konto tego kogoś: pasztetowa_dwa@o2.pl

i z tego to konta prowadził ożywione dysputy z różnymi ludźmi wkręcając ich we własne już, zmyślone historie. Podpisywał się jako Basia, Bajka, Makota, Oesh i pewnie jeszcze jakoś ale do tego nie dotarłyśmy. Śledztwo trwa.

"w dużym skrócie: ktoś kradł twoje teksty i  foty z
mojego bloga. złożył z tego historię "swojego" życia,
prowadził
bloga na tej podstawie pod adresem www.oesh.ownlog.com  i korespondencję z ludźmi,
których wkręcał w to co pisał.
po co to robił – nie mam pojęcia zielonego."

Przyznam, że ja również nie mam. Nawet seledynowego. Mam za to nieodparte wrażenie, że ludzie są znacznie bardziej popieprzeni niż mogłoby się komukolwiek wydawać.

Sprawa dziwnego miksa wyszła przypadkiem, kiedy to do Prania napisała zaniepokojona Ajwona, Pranie nie miało o niczym pojęcia, jakimś cudem dotarło do mnie i ja oczywiście mam równie szeroki wytrzeszcz jak Pranie. Przeczytałam cytat z e-maila jaki ten ktoś przesłał Ajwonie. A tam to co pisałam do Lokatora, takie moje bardzo osobiste przemyślenia i o tym jak mocno Go kocham i jak ważny jest w moim życiu. I dołączone zdjęcie Prania z Synem. Nie wiem jakim celom e-maile takie służyły ale bardzo mi się ta cała historia nie podoba. Nie wiem też jak czuje się w tej sytuacji Pranie, ale ja niezbyt komfortowo. Całkiem jakby mi ktoś grzebał w szufladzie ze wspomnieniami. I mam ochotę zdetonować temu komuś obie ręce. Przy samej dupie.

Fajnie co?

———————————————————
Update:

"w sumie mamy trzy blogi:
1. oesh.ownlog.com
(archiwum
jest niedostępne, hasło jak już wiemy brzmiało lucy)

2. makota.blog.onet.pl ale ten prowadzony w 2007, nie obecny !!!
(wirtualnej
"basi" z tekstami z radzieckiego-termosu i fotami z prania)

3. tomkowo.blog.onet.pl
("męża" "basi" z fotą z prania, na której jest brat Prania
- jego wizerunek przywłaszczył sobie "tomek" i tekstami pobranymi
z radzieckiego-termosu)
"

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie… proszę o kontakt.

——————————————————–

ciąg dalszy nastąpi

Niedawno w szpargałach archiwalnych okołolokatorskich znalazłam przecudnej urody Karty Żywienia Noworodka. Z pieczołowicie i drobnym – aczkolwiek średnio wyraźnym niekiedy – maczkiem wypełnionych rubryk tabelek wynika, iż w okresie od października do grudnia 2005 spałam tygodniowo nie więcej niż 10 godzin. Dziesięć. Yyy.

Przykładowe godziny karmienia:
…21.00, 22.06, 23.20, 23.58, 01.15, 02.34, 03.09, 04.00, 05.30, 07.15, 08.24…

Tu zeszłam śmiertelnie pod biurko i zreanimowało mnie dopiero poczucie zdumienia.

Że to Dziecko jeszcze żyje to cud jak pragnę podskoczyć.

Cały wachlarz uczyć macierzyńskich miałam w tamtym momencie na zawołanie. Przeważał jednakowoż ośli upór. I mój i Jego. Młody bowiem urodził się bez odruchu ssania i nie miał zamiaru tego zmieniać, a ja postanowiłam, że będzie po mojemu i basta. Na kiego grzyba? Nie mam pojęcia. Satysfakcji mi to dało prawdopodobnie zero, raczej notoryczne zapalenia oraz stan zbliżony do lekko przechodzonej świtezianki, ale jak widać dopiero teraz osłupiło mnie to na tyle, by mieć refleksję inną niż "ja pierdolę".

Nie, sorry, nie mam innej.

Doprawdy mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że rodzaj ludzki przetrwał wyłącznie dzięki sile rozpędu.

Tym bardziej nie powinno mi przeszkadzać, że od piątku śpię po trzy godziny na dobę, nie? Bo to już mi daje dwanaście. Sukces. W tych ostatnich trzech śniło mi się, że własnoręcznie usunęłam sobie migdałki blenderem. Oraz grałam na ukulele siedząc okrakiem na tadżyckiej owcy i machając nogami obutymi w czerwone kalosze. A następnie wstałam, otrzepałam zgrzebny fartuch (wszak tadżycka owca i ukulele zobowiązują) i wypowiadając się oględnie: "a właśnie, że polecę i możecie mi nagwizdać" oraz teleportując w jakimś bliżej nieokreślonym okamnieniu, uczepiłam się samolotu i poleciałam.

Nie pamiętam czym się uczepiłam ale całkiem możliwe, że zębami, gdyż obudził mnie dotkliwy szczękościsk.

Mamut twierdzi, że próbował gwizdać – zgodnie z życzeniem – ale nie potrafi. Poza tym ponoć miałam zaciętą minę i mord w podtekście.

Całkiem niewykluczone.

Jest zajebiście | 2009/01/26 |

Ponieważ zostałam – ależ w jakże subtelny i zawoalowany sposób – napomniana, że nie powinnam pisać kolejnych notek o stanie zdrowia domowników ani o tym, że nie mam na nic czasu, opcjonalnie siły…

…nie napiszę o Miss Scarlet, czterdziestce w zasadzie constans na wyświetlaczu termometru, pawiach całkiem nie z ogrodu w Łazienkach, chłodzeniu w wannie i nieustannym masowaniu bolących lokatorskich nóg.

Bo przecież życie jest piękne i generalnie jest zajebiście.
I zdecydowanie są ciekawsze tematy do opisania. Ależ.
Może jak znajdę moment pomiędzy "mamo pić" a "bzusek pomasuj mamo" opiszę najnowsze trendy włoszczyzny w zieleniaku.
Czy sezon zima 2009 to bardziej w nylonowej siateczce czy też seksownie pod folią?
I co na to Tomasz Jacyków?

???

Napiszę za to o tym, że mamy z Agą zsynchronizowane we wszystkim Dzieci i olbrzymią nadzieję, że ten tickerek jednak jest jeszcze aktualny. W końcu czegoś trzeba się trzymać a pozostała nam tylko nadzieja. Opcja jest taka, że wesoła gromadka ma tydzień na cudowne ozdrowienie, a my do bagażu dopakowujemy antybiotyk i syrop na kaszel. Wariantu numer dwa brak. Jak nie pojadę to zwariuję. Serio.

Ps. Czy przy szkarlatynie tak bardzo bolą nogi, że Młode nie może wytrzymać i nic na to nie pomaga tylko 20/24 masowanie? Czy to bóle wzrostowe? Czy też to coś jeszcze innego?

Znaki czasu | 2009/01/19 |

Pamiętacie satyryczne obrazki Raczkowskiego? Jest taki jeden, z chłopczykiem w kapturku i z wiaderkiem, do którego ów chłopczyk coś zbiera. Na drugim obrazku pojawia się Pan oraz pytanie w chmurce: – Co robisz chłopczyku? Chłopczyk odpowiada: – Zbieram psie kupy. Pan zauważa: – A to bardzo ładnie ale tu jedną ominąłeś. Chłopczyk na to: – Taką już mam.

Swego czasu rozwalał mnie ten dowcip całkowicie.

Wczoraj zrobiliśmy sobie z Lokatorem dzień rysunkowy. Myśl przewodnia: spacer po parku. Pozlepiałam kartony w jeden olbrzymi i mieliśmy wenę. Tu drzewko, tam wiewiórka, tam dziewczynka na rowerku i Pomnik Ku Czci, tu starsza pani karmiąca ptaki…

- A to co Igorku? – spytałam widząc, że Młody z wielkim namaszczeniem sadzi na trawniku jakieś bure plamy.

- To kupy psie som mamo! – objaśnił wnikliwie artysta z zapałem montując dwa precle u stóp pomnika.

.
.

.
Mamut zawsze powtarza żeby szukać pozytywów.
.

O! Mam. Cudownie. Tadaam!

Okresowe badanie wzroku mamy z głowy, nie?

Bo my z koleżanką z pracy nie wiemy. Ale wygląda jakby nie miał. Tym
niemniej nie przeszkadza mu to zupełnie w niczym, bo i tak wygląda jak
milion dolarów. Albo nawet pięć. Tak więc jeśli o mnie – i całkiem
sporą część żeńskiej populacji – chodzi, może sobie nie mieć tej górnej
wargi. Górne wargi są przereklamowane.

Jeśli chodzi o reklamę,
to zdecydowaną mistrzynią jest autorka anonsu towarzyskiego
zamieszczonego w windzie jednego z bloków warszawskiego Mokotowa:

Mam mały biust i krótkie nogi ale wielkie serce. Sprawdź. Madzia.
Numer telefonu znany redakcji.

Sądząc po dopiskach mamy wielu kardiologów z zamiłowania.

——————————————————————————–

Tymczasem ja mam permanentny niedoczas. Niedosyt też mam. Spania, jedzenia, drapania
się gdziekolwiek… jeśli bym zechciała na ten przykład. Wszędzie jest
mnie za mało, bo jak się okazuje powinnam sprawić sobie klona i
obarczyć go częścią obowiązków a i tak żadne z nas by się nie nudziło.

Swoją ścieżką, to słówko permanentny sprawiało mi kiedyś mnóstwo
kłopotów. Nigdy nie byłam pewna jak to cudo zapisać czy wymówić, bo
zawsze wydawało mi się, że coś w tym nie gra. Podobnie miałam z
remanentem i portmonetką. Ale ja wówczas byłam w szkole podstawowej i
właściwie wszystko, co nie wiązało się z wdrapywaniem się na drzewa
tudzież bieganiem po podwórku z bandą równoletnich chłystków,
nastręczało mi masę trudności. Natomiast z licznych pisanin różnej
maści, które zdarza mi się spotykać w sieci i poza nią wnoszę, że jest
cała masa osób, które nadal mają z tym problem a wiek szkolny mają już
dawno za sobą.

Ale odkąd w sklepie zobaczyłam "porponetkę"… nic nie jest w stanie mnie zadziwić w kwestii poprawności językowej.
No może jeszcze metka bardzo popularnego producenta, na której jak byk stało "spudnica".

——————————————————————————–

Koncert
bardzo się licznie zgromadzonej publiczności podobał. Gdyby w kościele
było nieco cieplej, pewnie podobałby się i nam. Jednakowoż straszliwie
trudno śpiewać kiedy się całkiem konkretnie szczęka zębami. A i tak
wystąpiłam w pełnym rynsztynku, czyli spódnicy założonej na spodnie,
bluzki zaś na dwie inne. Będzie nagranie to posłuchamy. Tymczasem
opieramy się na opiniach słuchaczy.

Do domu wracałam uzbrojona w
nalepki z serduszkami i miecz świetlny, jarzący się najmodniejszym
odcieniem czerwieni. Te pierwsze z okazji siedemnastego już finału
Wielkiej Orkiersty Świątecznej Pomocy – pomyśleć, że trzeci i czwarty
finał, w którym to ja biegałam po mieście z kartonową puszką, był tak
dawno temu. Ten czas to przesadza doprawdy. Jeszcze trochę a zamiast
zegara będę miała wentylator. Miecz świetlny zaś rozkochał mnie w sobie
gdy go tylko ujrzałam i niestety nie miał wyjścia – musiał wrócić ze
mną do domu. W poniedziałek w przedszkolu bal karnawałowy, więc Lokator
wystąpi przebrany za Lorda Vadera. Przynajmniej nie będę miała problemu
by Go zlokalizować w bandzie Księżniczek, Wróżek, Supermanów i Kowbojów.

——————————————————————————–

Ostatnio
prowadzimy z Synem ważkie rozmowy na temat przyszłości. Myśl przewodnia
- kim będzie On jak już będzie duży oraz kim będę ja jak już duża być
przestanę (bo wyjaśnił mi już, że najpierw się rośnie a potem maleje) -
przechodzi najprzeróżniejsze metamorfozy.

- A wies mamo, ze ja bendziem krotodylem? – obwieścił Młody po powrocie do domu
- Chyba kroKOdylem? – poprawiłam odruchowo
- No mówiem psecies… kroTOdylem. – zniecierpliwił się Igo
- Rozumiem. – zrozumiałam – A czemu akurat krokodylem chciałbyś zostać?
- Ojeju – ze zbolałą miną wytłumaczył mi Syn tę oczywistość oczywistą – No bo jestem chopcyk i nie mogiem być pistolakiem.

Naturalnie,
że nie może. W końcu historia zna jak dotąd tylko Pinokia, który to
zmienił się z kawałka drewna w chłopca. Zamiany chłopca w broń palną
nie odnotowano.

- A krokodylem możesz być? – wolałam się upewnić
- Tak bo duzo zembóff mam!  – uradował się Lokator, po czym z dumą zaprezentował mi pełen garnitur mleczaków

Niezaprzeczalnie. Może. Bo ma.

- Ty bendzies rypkom mamo. – przepowiedział Młody – Rypkom bendzies.
- Świetnie Synu. – rozmarzyłam się – Będę kolorowa i będę sobie pływać po całym świecie.
- Niee. – Syn dość szybko naprostował mi poglądy – Bendzies rypkom bo ja mogiem być głodny psecies.

Proste.

Mantra wyjazdowa | 2009/01/08 |

Jeszcze tylko dwadzieścia sześć dni.
I będzie mi ciepło, miło, kolorowo i daleko.

Na serio uwielbiam ten tickerek.
Ożenię się z nim.
Albo nie, lepiej!
Wyjdę za niego za mąż.

Wszystko mi się miesza
odkąd moje Dziecko upiera się, że mam siusiaka.
Publicznie. Oraz stanowczo.

dwadzieścia sześć
dwadzieścia sześć
dwadzieścia sześć

dwa-dzieś-cia-sześć

Przepiękna liczba.
I z każdym dniem zyskuje na urodzie.
Pomimo, że maleje.
Wot zagwozdka.

Dobra, pędzę na próbę.
Bo o 19.30 zamykają kościół i będę musiała się podkopywać.

Ktoś w ogóle się wybiera na koncert?

Kto zamawiał zimę? Przyznać mi się tu zaraz. Wczoraj wyszłam z domu i zamarzłam. Dziś to samo. Masakra jakaś po prostu. Ja zamawiałam w miarę bezproblemowe przeczekanie do wiosny z miłym przystankiem na Maroko. A tu śnieg i minus fefnaście stopni z tendencją niebezpiecznie rosnącą. Chciałabym złożyć reklamację.

Poproszę natychmiast o 27 stopni po tej przyjemnej stronie termometru i drinka. Palemkę możemy sobie darować. Jeszcze sobie wsadzę w oko.

W tramwaju zaatakowała mnie Kobieta Yeti. Ba! Ona zaatakowała cały tramwaj. Wpłynął futrzany toczek, galeon futra i gdzieś z tyłu Ona. Duża Pani w ogromnym futrze, tramwaj niezbyt obszerny i jeszcze ludzi w nim na centrymetr sześcienny mnogość. Dramat i groteska. Najpierw poczułam, że nie mogę oddychać, bo całe dostępne mi powietrze wypełnia ten biedny martwy zwierz skąpany w naftalinie. Potem nacisk na organy wewnętrzne zmusił mnie do reakcji:

- Dalej już jest tylko mój żołądek – wysyczałam przechodząc z półzwisu do ćwierćpadu
- No wie Pani? – oburzyła się wielka góra włosia z twarzą
- Wiem.

Bo faktycznie wiedziałam.
Zresztą sporo z współpasażerów wiedziało tak samo jak ja.

Na szczęście Kobieta Yeti wysiadła dwa przystanki dalej. Znów mogłam oddychać, z ćwierćpadu powróciłam do półzwisu a po kilku minutach mogłam nawet prawie całkiem się wyprostować. Zaskakujące ile szczęścia potrafimy czasem odnaleźć w zwyczajnej jeździe środkiem komunikacji miejskiej. Następnym razem osiągnę zen na sam widok trzynastki. Jeśli temperatura nadal będzie spadać, to kto wie, czy nie jutro. Gdy przymarznę do chodnikowej płyty a malowniczy sopel ozdobi moje oblicze nadając mu zupełnie nowy wyraz. Zapewne będzie to wyraz bardzo niecenzuralny.

Wtem.

Tak, tak, notka bez wtem notką straconą, dlatego też podkreślmy moje ulubione słowo.


- Dryyyń, dryyń!!

Rozległ się charakterystyczny dźwięk dzwonka telefonu komórkowego i Pan z Teczką zwisający bluszczem przy oknie poruszył się nerwowo.

Prawie tysiąc gałek ocznych łypnęło złowieszczo dając Panu z Teczką do zrozumienia, że próba podjęcia rozmowy mogłaby go bardzo niebezpiecznie zbliżyć do owej teczki. Albo raczej teczkę do niego. Albowiem sardynki w puszce miały przy nas gęstość zaludnienia Antarktydy. Pan z Teczką błyskawicznie odgadł ten niewerbalny przekaz, co zdecydowanie otwiera przed Nim karierę w służbach śledczych. Na szczęście był rozsądny i postanowił nie sprawdzać jak głęboko i gdzie moglibyśmy ową teczkę wepchnąć.

Co poza tym?

Dawno nie byliśmy chorzy, nie? No to aktualizujemy rankingi. Ciągłość utrzymana. Na prowadzeniu tym razem Lokator oraz jego dźwięczny kaszel. Kaszel gra jak cała orkiestra, zatem możemy sobie w tym miesiącu odznaczyć udział w imprezach kulturalnych. Aktywny jak wszyscy diabli. Noc z soboty na niedzielę Lokator przeleżał na mnie przechodząc płynnie z jednego ataku duszności w drugi. Z nebulizatorem zżyłam się niesamowicie. Rano czułam lekkie niedotlenienie i niedowład ale od czego mamy podróże. Celem naszej była pobliska przychodnia, w której wspaniałomyślnie zorganizowano nocną oraz świąteczną pomoc lekarską. To pewnie w zamian za wycofanie ostrego dyżuru ze szpitala dziecięcego i strajku na ostrym w tym dla dorosłych. Niedzielę spędziliśmy więc oczekując w ogonku wymieniających rozmaite szczepy i skupiska szczęśliwców, którzy za punkt honoru postawili sobie spotkanie z lekarzem.

Było bardzo rodzinnie.

Najpierw tłum emerytów, rencistów, kombatantów oraz diabetyków rozniósł recepcję domagając się przyjęcia poza kolejnością, bez magicznych numerków i w ogóle teraz zaraz. Potem atak przypuściły rozszalałe mamusie, które wlokąc za sobą mężów z potomstwem zwisającym z mężów w rozmaitych pozach, postanowiły wybić w pień frakcję emerytów, rencistów i kombatantów. Frakcja diabetyków przezornie się rozpadła i postanowiła jednak swoje odstać. Rozszalałe mamusie z kolei poległy z kretesem w utarczkach słownych z ciężarnymi i ich rozszalałymi mamusiami. Ha! Marynarze mogliby się wielu rozmaitych kombinacji nauczyć od takich przyszłych babć. A wszystko wokół kwiczało, rzęziło i radośnie rozsiewało płyny ustrojowe.

Na koniec jeden Doktor wychynął gniewnie z gabinetu i wypalił ostrzegawczo, że ma dość i zaraz wychodzi. Na to otrzymał raz w kolano i dwa w potylicę. Raz, że Pan w Swetrze ma w dupie i nie po to tyle czeka żeby ten miał dość, a dwa, że jak tylko ten Doktor spróbuje wyjść, to frakcja przyszłych babć idzie za nim. A wyglądały na takie co niejedną pielgrzymkę zaliczyły. Potem Pan bez Swetra odszczeknął się Panu w Swetrze, że w dupie to owsiki i zrobiło się wesoło.

Uważam, że telewizja powinna poważnie pomyśleć o programie rozrywkowym na żywo z przychodni rejonowej.
I koniecznie z audiotele.

Czy Pan w Swetrze powinien:

a. zdjąć sweter
b. skuć mordę Panu bez Swetra
c. poprosić o pomoc publiczność

Głosuj teraz. Nagrodą jest absolutny hit – Joker – przebija wszystkie numerki i zapewnia natychmiastową randkę ze specjalistą poza kolejnością. Oraz poniżej, drobnym druczkiem, że producent nie ponosi odpowiedzialności za obrażenia poniesione w wyniku reakcji otoczenia. A następnie walnąć reklamę gazu pieprzowego i paralizatora. Sukces murowany.

W całej tej niedzielnej sielance z NFZ
my z Igo oraz jego kaszlem pozostaliśmy w zacisznym końcu kolejki, co sprawiło, że odczekaliśmy swoje jak finalnie cała reszta, tyle, że bez zmian w ciśnieniu. Na szczęście zapalenie płuc, czego obawiałam się najbardziej, to nie jest ale tydzień w domu mamy na bank. Co dalej – się okaże. Przyjechał Mamut wobec czego tym razem obędzie się bez zwolnienia, ale w związku z wybitnym słuchem Młodego, oraz rewelacyjnej póki co pamięci nieźle się trzeba napocić by Jego zasób lingwistyczny nie powiększył się trwale o ten bogaty materiał dydaktyczny zdobyty w przychodni.

- Mamo, co to jes złamas? – zagaił ni z tego ni z owego Lokator znad klocków
- Eee, to takie bardzo nieładne określenie niegrzecznego Pana. Ale to bardzo brzydko i my tak nie mówimy. – odparłam pospiesznie przeszukując w pamięci ostatnie wydarzenia w nadziei, że nie natrafię na osobiste użycie złamasa
- A jak mówimy? – zainteresował się Igo
- Eee eee my nie mówimy bo nie mamy nigdzie niegrzecznego Pana. – to było pierwsze co przyszło mi do głowy zaraz po wszystkich niecenzuralnych określeniach jakich bogaty wachlarz cisnął mi się na usta
- Mamy samich gzecnych Panóff Mamo, plawda? – upewniał się Młody
- Tak, Synku, samych. – przytaknęłam skwapliwie

Wchodzi Mamut.

- Babciu, Babciu, a my mamy samich gzecnych Panóff! – wykrzyknął radośnie Lokator na powitanie Babci i rzucił Jej się na szyję
- Tak? – zdziwił się Mamut i dwoma olbrzymimi pytajnikami spojrzał na mnie
- Aha. – potwierdził Lokator – A co to jes jibi uj?

.

Czy już wspominałam, że do twarzy mi w czerwieni?

Słuchowisko | 2009/01/04 |


  • RSS