Wpisy z okresu: 10.2009

Po_urodzinowo | 2009/10/26 |

W kalendarzu siedemnasty i dziewiętnasty dzień października mam zawsze zakreślony kolorowym kółkiem. Ściśle rzecz ujmując dwoma. A to co pomiędzy aż się prosi o dorysowanie kilku kresek, do rowerka. Różnie bywa ze ścieżkami, czasem trafią się kałuże, albo rozkopany chodnik, no i jedno z nas nadal nie umie zawracać, ale nasz rowerek pruje dalej. Dobry jest. Najlepszy.

Pamiętacie?

wszyscy robią klik

No, to ja też pamiętam :)
Oglądam i mam oczy w mokrym miejscu i w ogóle…

Była środa i strasznie było mi smutno. I strasznie i smutno w jednym. Polecono mi przyjechać we wtorek o siedemnastej.zero i pamiętam jak okropnie nie na miejscu się tam czułam mając ze sobą jedynie podręczną torbę i blady dość – nie ukrywajmy – uśmiech. Przyjechałam – oczywiście, że tak. Stałam tam z tą torbą i najchętniej rozbeczałabym się koncertowo i spłynęła na posadzkę ale przecież świetnie wychodziło mi robienie dzielnej miny i bohaterskiej pozy. Bo to, że w środku miałam parszywie rozedrganą galaretę, wiedziałam tylko ja.

Izby Przyjęć w szpitalach położniczych to bardzo rodzinne miejsce. Panie o równikowej talii patrzą głęboko w oczy swoim Rozbieganym Mężczyznom – aczkolwiek raz miłośnie a raz nienawistnie, w zależności od siły skurczu i okoliczności łagodzących – Rozbiegani Mężczyźni zaś z obłędem w oku i drżeniem w kolanach łypią to tu, to tam, wyraźnie poszukując ratunku, bądź też przyjaźnie wyglądającego schowka na szczotki i papier toaletowy. Ja byłam zakłopotana. To chyba najlepsze określenie. Przerażona i zakłopotana. Nigdzie indziej bowiem – jak to się później okazało i okazuje do dziś – nie czuć tak mocno, że jest się tak bardzo samemu. Nie no jasne, że miałam Lokatora, który przecież za chwilę się uzewnętrznił i szczelnie wypełnił mój świat absolutnie wszystkimi możliwymi do przeżycia uczuciami, to nie podlega dyskusji. Ale tamto wrażenie było dojmujące. Pamiętam je doskonale. W ogóle pamiętam do teraz to wszystko z taką ostrością, jakbym jeszcze przed chwilą wgapiała się w mozaikę kafli na podłodze marząc o tym by już ktoś mnie stąd zabrał, żebym nie musiała słuchać, ogladać, dotykać ramieniem nikogo z tej poczekalni.

Potem w dyżurce pielęgniarek przebierałam się w nocną koszulę i szlafrok. Koszula była żółta, szlafrok granatowy a wszystko dostane w spadku, gdyż jak przyszło do kompletowania okołoszpitalnych potrzebności, okazało się, że ani koszula nocna, ani szlafrok nie znajdują się w moim posiadaniu. Oczywiście zaraz po powrocie do domu pozbyłam się zarówno koszuli jak i szlafroka. Nic nie poradzę na to, że nie lubię spać w koszulach, czy innych pidżamach a jak już muszę bo jestem w podróży, gościnie, czy też goszczę kogoś u siebie, posiłkuję się tiszertami. I tyle. W szpitalu musiała być jednak koszula – i to taka, w której wszyscy mają nieograniczony dostęp do wszystkiego a współpasażerowie tej jazdy bez trzymanki mają przy okazji nieograniczony widok na wszystko co my akurat przypadkiem musimy zaprezentować. Wszystkim oczywiście. Koszmar. Nie żebym była jakaś szczególnie pruderyjna, ale nie zwykłam biegać z biustem na wierzchu po okolicy i nieco krępowały mnie pewne sytuacje czy gościnne występy. No ale i tak było klawo jak cholera, bo salę finalną – gdy Lokator był już uzewnętrzniony i prezentował się jako kwękający kokon – dzieliłam tylko z jedną Panią i jej ewentualnymi gościnnymi występami a nie z całym stadem Pań. Gdyby było stado, musiałabym wystąpić w charakterze złego wilka i je zagryźć. A tak, dało się znieść.

Zanim jednak była sala finalna i Lokator uzewnętrzniony, leżałam długo podpięta pod KTG i hipnotyzowałam się rytmem, w którym wyraźnie wyczuwałam, że Lokator boi się jeszcze bardziej niż ja. Tym bardziej starałam się więc być spokojna i nie dać się zjeść potworom. Na szczęście Panie w Kitelkach były przytłaczająco miłe i bardzo się starały żeby było mi dobrze… o ile w ogóle w takich okolicznościach przyrody można mówić o dobrym samopoczuciu. W każdym razie wprawdzie nie byłam na tyle wyluzowana by rozwiązywać szarady w Rozrywce, ale żart mi się nie stępił a wrodzonym sarkazmem wyraźnie zjednałam sobie całkiem sympatycznego anestezjologa, roboczo zwanego Panem Okularem. Nawet zażartował coś na temat tej przepięknej koszuli, którą musiałam przywdziać na okoliczność planowanego się_rozmnożenia – biały fartuch z dekoltem do pępka i kilkoma sznurkami w zastępstwie pleców, który przy każdym ruchu demaskował brak bielizny śni mi się zresztą jeszcze czasem w koszmarach. Pan Okular swój pseudonim artystyczny zawdzięcza akcji uzwnętrzniania Lokatora metodą cięcia cesarskiego, do którego zaklasyfikowano mnie z okazji odwarstwienia siatkówki, a którego przebieg mogłam – niestety – do woli podziwiać w odbiciach jego korekcyjnych szkieł. Cesarka jest zdecydowanie przereklamowana i gdybym miała wybór wolałabym nie mieć problemów z oczami, przeżyć ten naturalny poród i mieć wszystko z głowy, a tak to najpierw trzeba leżeć nieruchomo na boku, podczas gdy anestezjolog wkłuwa się między kręgi ze znieczuleniem, potem traci się poczucie bólu od mostka w dół ale doskonale czuć co robi chirurg i cała reszta, zasłaniają widok parawanikiem, no ale przecież zawsze zostają te okulary. Nic dziwnego, że momentami robiło mi się słabo. Ponadto ten, kto myśli, że w takim zabiegu Dziecko się po prostu wyjmuje, jest w błędzie. Przynajmniej mnie nikt Lokatora znikąd nie wyjął. Po zrobieniu cięcia Młody został wypchnięty siłą nacisku na moje osobiste żebra z obu stron, co zdecydowanie nie było przyjemne. Ani dla Niego, ani dla mnie. Potem już było fajnie, bo jeszcze działało znieczulenie a już miałam Syna. Pamiętam, że zaczął płakać a potem położyli mi Go na chwilę na ramieniu i przestał. Patrzyliśmy na siebie zdziwieni i wyglądaliśmy jak jakaś dziwna figura z talii kart – jedno dla drugiego było do góry nogami – ale byliśmy już spokojni. Potem położna zabrała go do obowiązkowych ablucji a ja leżałam na tym stole zastanawiając się jak bardzo zmieni się teraz moje życie.

No i się kurka siwa zmieniło. Wykonało potrójnego toeloopa z poczwórnym rittbergerem, wylądowało na lewej łyżwie i zebrało wysokie noty za wrażenia artystyczne. Taaak. Wrażeń artystycznych mamy pod dostatkiem.

Igor skończył cztery lata i od pewnego czasu nieprzerwanie deklaruje, że jak dorośnie, to się ze mną ożeni. Nie wiem co na to prokuratura, ale póki co zupełnie się tym nie przejmuję. W końcu ja też jako dziewczę młode a naiwne chciałam koniecznie wyjść za mąż za Zdzicha i zupełnie mi nie przeszkadzało, że ma już żonę – Mamuta zresztą mojego osobistego – oraz dzieci, w tym mnie. Podejrzewam, że Młodemu przejdzie szybciej niż mnie, bo ja zakochałam się dopiero pod koniec podstawówki a teraz młodzież dorasta szybciej.

Igor skończył cztery lata. Ja skończyłam trzydzieści jeden. Szczerze mnie grzeje co na to numerologia, wróżka, tarot i inne pierdoły. Wiem za to, że dobrze nam razem i to jest w tym momencie najbardziej interesująca mnie sprawa. Być może nie jestem Super_Mamą, nie pielęgnuję w ogrodzie jabłoni, by własnoręcznie ucierać memu dziecięciu kisielku ze zdrowych jabłek, pozwalam jeść deser przed obiadem, obiad na kolację, albo łazić w parku po kałużach, czy wyzbierać okoliczne kamienie i wybrudzić się po pachy – ale w końcu przycisk "start" w pralce też musi mieć swoje pięć minut. Być może nie pracuję nad genialnym dzieckiem, które czyta, deklamuje i gra na skrzypcach lewym uchem, być może bowiem o wiele większą frajdę sprawia mi spędzenie z nim połowy niedzieli na oglądaniu bajek z mojego dzieciństwa, które mu objaśniam po swojemu, albo robieniu toru przeszkód na naszych prywatnych wyścigach resoraków. I być może mam gdzieś te wszystkie niezbędne umiejętności, które część znajomych równieśników wykonuje już z wielką wprawą. Ale za to z pewnością świetnie się przez ten czas bawimy. Na resztę świata przecież i tak przyjdzie pora.

Młody jest wrażliwym, myślącym i rezolutnym przedszkolakiem, który właściwie stale się uśmiecha i robi psikusy, który bywa marudny i zły, ale potrafi te emocje nazwać i kiedy trzeba opanować, który codziennie mówi mi, gdy wracam, że za mną tęsknił, a na dobranoc, że mnie kocha. Ja zaś staram się być najlepszą Mamą i najlepszym Tatą jakimi tylko być potrafię i choć czasami bardzo trudno jest pogodzić te dwie role w jednym scenariuszu – zwłaszcza, gdy trzeba być twardym i konsekwentnym a cierpliwym, oraz jeszcze jest się do tego piekielnie zmęczonym po x godzinach w pracy – wierzę, że robię to dobrze. Nie muszę być Super_Mamą a Igor nie musi być Super_Dzieckiem – ważne, że dla siebie nawzajem jesteśmy najlepsi.

Znajdźcie mi gdzieś drugą tak doskonale dobraną parę :)

LUBLIN

17 października (sobota), godz. 19.00

NADZWYCZAJNY KONCERT SYMFONICZNO-CHÓRALNY z cyklu „Fryderyk Chopin – zbliżenia”, sala koncertowa Filharmonii Lubelskiej

 

ORKIESTRA SYMFONICZNA FILHARMONII LUBELSKIEJ
VLADIMIR KIRADIJEV – dyrygent
MARTA BOBERSKA – sopran
KATARZYNA HOŁYSZ – alt
RAFAŁ BARTMIŃSKI – tenor
ANDRZEJ KLIMCZAK – bas
GABRIELA KLAUZA – organy
CHÓR AKADEMICKI POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ
DARIUSZ ZIMNICKI – przygotowanie chóru
AKADEMICKI CHÓR UNIWERSYTETU MEDYCZNEGO W LUBLINIE
MONIKA MIELKO – przygotowanie chóru
 
Program:

K. Penderecki – Chaconne
F. Chopin – Preludia op. 28 nr 4 i 6
F. Chopin – Marsz żałobny z Sonaty b-moll op. 35 (wersja orkiestrowa)
W. A. Mozart – Requiem d-moll KV 626

szczegóły


 



RZESZÓW

6  listopada (piątek), godz. 18.00

Kościół O.O. Bernardynów w Rzeszowie

ORKIESTRA SYMFONICZNA FILHARMONII RZESZOWSKIEJ

CHÓR AKADEMICKI POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ
DARIUSZ ZIMNICKI – przygotowanie chóru
AKADEMICKI CHÓR UNIWERSYTETU MEDYCZNEGO W LUBLINIE
MONIKA MIELKO – przygotowanie chóru
 
VLADIMIR KIRADIJEV – dyrygent
IWONA SOCHA – sopran
ANNA LUBAŃSKA – mezzosopran
RAFAŁ BARTMIŃSKI – tenor
PIOTR NOWACKI – bas

Program:

J. S. Bach – III Suita orkiestrowa D-dur BWV 1068 

W. A. Mozart – Requiem d-moll KV 626

szczegóły

  • RSS