Wpisy z okresu: 11.2009

Kij w mrowisko | 2009/11/26 |

Niby nic. Przecież to oczywiste, że skoro strona publiczna, to wszystko do wzięcia, bo to pewnie niczyje. Przeciez to blog. Zakładając go musisz się godzić z dowolnym wykorzystaniem jego treści etc. Ale zaraz, zaraz. Czy na pewno muszę? Bo ja proszę państwa jestem niestety czuła w kwestii konwenansów i owszem, proszę bardzo, cytuj śmiało, ale skrobnij najpierw choć słowo. Tak to robią niektórzy i nie dość, że korona im z głowy nie spada, to jeszcze całkiem miłe znajomości zawrzeć można przy okazji.

Ale ja to czepliwa jestem. Taka natura no.

No to napisałam:

W artykule Samotny rodzic szuka miłości
Pani XY bez mojej wiedzy i zgody wykorzystała fragment mojej
wypowiedzi, zamieszczonej na blogu radziecki-termos.blog.pl. Cytat został wpleciony w artykuł
w sposób, który nie odzwierciedla moich poglądów i nie zgadzam się na użycie go
do takich celów. Autorka – jeśli nawet nie zadała sobie tyle trudu, by tę
wypowiedź zautoryzować – powinna przynajmniej poinformować mnie o tym, że i do
czego jej użyje.

W oczekiwaniu na reakcję
Właścicielka bloga

Nie liczyłam na odpowiedź. Napisałam, bo tak mam, że jeśli się na coś nie zgadzam i coś mi się nie podoba a bezpośrednio lub pośrednio mnie dotyczy, to reaguję. Ze wszystkich porządków najlepsze jest bowiem bycie w porządku. I tyle.

Autorka artykułu odpisała. Nie powiem, miło, że jednak:

Witam serdecznie,
pozwoliłam sobie zacytować fragment Pani
wypowiedzi,
ponieważ wydała mi się ona ciekawa i odpowiednia w tym właśnie miejscu.
Wypowiedź ta, jak i cały Pani blog, wywarł na mnie bardzo pozytywne
wrażenie i
w takim też świetle został przeze mnie przytoczony ten fragment. Cytat
został zamieszczony w porozumieniu z redakcją Bloga.
Pragnę też zaznaczyć, że zakładając bloga, wyraziła Pani zgodę na
zamieszczanie publikowanych w nim treści w całym portalu Onet.pl, jak
również ich skracania
czy modyfikacji w celu dostosowania tych treści do wymogów portalu.
Jeśli nadal jednak chce Pani, aby fragment ten został
usunięty z artykułu, oczywiście mogę to na Pani prośbę uczynić.

Pozdrawiam
XY
Redaktor serwisu Sympatia.pl

Wprawdzie nie napisałam nigdzie czego chcę, zwłaszcza nadal ale nie to jest istotne.

Odpisałam:

Witam Panią,
nie zależy mi na usunięciu fragmentu mojej
wypowiedzi z artykułu Pani autorstwa i wiem co niesie za sobą publiczne
prowadzenie bloga, jednak dotychczas w każdym przypadku tego typu
publikacji – a trochę już ich było – jej autor kontaktował się ze mną
za pomocą e-maila i informował o swoich zamierzeniach. Tę praktykę
wolałabym utrzymać. Autor strony internetowej oczywiście musi być świadomy, że jego
wypowiedzi mogą być cytowane, jednak one nadal pozostają jego
wypowiedziami i nie przestają być chronione prawami autorskimi tylko
dlatego, że strona internetowa to miejsce publiczne. Zwykła ludzka uprzejmość i szacunek to czasem o wiele więcej niż paragrafy.
Z pozdrowieniami
Właścicielka bloga

Ludzie przyzwyczaili się, że wszystko co napotkają w sieci jest ogólnie
dostępne i nie trzeba nikogo pytać o zdanie, prosić o zgodę, czy choćby
informować, że sobie to kopiujemy, bo nam się spodobało. Dlatego z
uporem maniaka uczulam, by to jednak robić. Wiele razy odbierałam i
nadal odbieram e-maile z pytaniem, czy ktoś może sobie gdzieś_coś. Jak
dotąd odmówiłam tylko raz, ponieważ wyraźnie nie zgadzałam się z
ideologią strony, na której miałam być cytowana. Pozostałe pytania
zawsze uzyskiwały odpowiedź a pytający zgodę. I było miło i
sympatycznie. Jak podobno na wzmiankowanym serwisie.

Artykuł jest
ciekawy, porusza na pewno istotny temat i w innych okolicznościach
byłabym dumna, że ktoś zdecydował się mnie w nim zacytować. Zabrakło
tylko jednej krótkiej wzmianki przed. Ot tyle.

Wasza Czepliwość Bajka

Poradca dodatkowy | 2009/11/25 |

W drodze do pracy mijam osobliwą dość bramę w stylu typowo miejskim – butelki po żołądkowej gorzkiej, balsamie pomorskim, kocie aromaty w tle, stare plakaty wyborcze dopełniają całości. Za każdym razem śmieszy mnie wystający nieśmiało spod tego wszystkiego elegancki jak ąę szyld Pana Doradcy Podatkowego. Nawiasem mówiąc ten tytuł za każdym razem chce mi się w głowie przekręcić na Poradcę Dodatkowego i właściwie w moim przekonaniu bardziej odpowiadałoby to rzeczywistości.

Właściciel szyldu i olbrzymiej wiedzy, którą chętnie przekaże reszcie ludzkości, dwa razy w miesiącu bladym porankiem wychodzi z wiaderkiem i pucuje swoją wizytówkę z zapałem aż metal błyszczy. Oczywiście gołym okiem widać, że w towarzystwie choćby tych starych plakatów, jego szyld wygląda śmiesznie, wręcz groteskowo. Oczywiście za każdym razem słyszę jak sarka na te ogłoszenia, że wiszą i wszą, że nikt ich nie zdejmie a to przecież wstyd wisieć obok niektórych w jednej bramie. Oczywiście też nigdy nie przyszło mu do głowy by papierzyska po prostu stamtąd pozdejmować. No ale wtedy przestałby mieć powód do narzekania.

Ja mam niestety chwilowo całkiem inne powody do narzekania. Ale – wierzcie mi – zdecydowanie wolałabym pogęgać sobie teraz, że plakaty. Albo, że balsam, a raczej butelka po.

Weekend spędziliśmy w Lublinie. Zosia nie mogła się doczekać Igora, Igor tęsknił za Zosią, zatem zakochanym trzeba było dopomóc. Zresztą dorośli też chyba lubią swoje towarzystwo, więc w piątek po pracy wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy. Byliśmy polansować się brakiem lansu w Kazimierzu a poza tym to głównie chłonęliśmy i trawiliśmy. A że były to same dobre rzeczy, atmosfera była przyjazna, a młodzież mało upierdliwa, udało mi się wreszcie wypocząć.

Póki co wszystko w porządku, prawda? Sielana, miód i orzechy.
Oraz Banda Niszcząca Gofry poniżej…

Przejdźmy dalej.

Jestem szczęśliwą posiadaczką włosów w kolorze blond i takiejż to jasnej oprawy oczu. W związku ze związkiem bycia blondrzęsym z wrażeniem chorobliwości bladej, zwykłam co rano po porannych ablucjach wzmiankowane rzęsy traktować tuszem i wrażenie chorobliwości bladej znika, a ja przy okazji wiem, gdzie mam oczy – co, gdy jestem akurat przeraźliwie zaspana, nie bywa bez znaczenia. Przy tuszowaniu poranno-sobotnim spostrzegłam tuż pod powieką czerwoną plamkę. Ot, pękło mi naczynko – pomyślałam i natychmiast o tym zapomniałam. Zwłaszcza, że wcześniej kilka razy pęknąć mu się zdarzyło i zawsze parę dni później po czerwonej plamce nie było śladu.

W niedzielę rano czerwona plamka okazała się być dość ekspansywną a ponadto przybrała postać Elvisa.

Wszystko fajnie, tylko czemu na moim osobistym oku?

Do Warszawy wracałam już ze szczerym postanowieniem nawiedzenia lekarza okulisty w trybie pilnym. Pamiętna wydarzeń z okresu bycia w dwupaku z Lokatorem i tego, że wada wzroku z minus dwóch nieodwracalnie zwiększyła mi się do minus czterech dioptrii, a w karcie ciąży odnotowano mi wskazania do cięcia z okazji odwarstwienia siatkówki, zaczęłam odczuwać pewien dyskomfort, w niektórych kręgach zwany pietrem a w innych cykorem.

W poniedziałek Elvis założył kapelę i razem z nią ruszył na turnee po gałce a ja zaczęłam wyglądać jakbym w ciemnym zaułku spotkała nagą pięść Bruca Lee. Na Halloween mogłam spokojnie ruszać bez charakteryzacji… tyle, że trochę się obsunęłam z terminem. Nie myśląc wiele zatelefonowałam do przychodni i zreferowałam Pani Z Rejestracji moją historię. Jednakowoż Pani nie wydawała się być nią urzeczona ani przez chwilę. Poinformowała mnie za to, że pierwszy wolny termin przewiduje pod koniec stycznia, ale – teraz moje ulubione – zapisy od nowego roku, więc "proszę dzwonić i się dowiadywać". Taaa. Przy kolejnej przychodni oko zaczęło mnie już boleć. Kolejną Panią z Rejestracji upewniłam, że nic nie dźwignęłam, nikogo ostatnio nie urodziłam, nie doznałam nagłego wytrzeszczu ani nawet nie cierpię na dotkliwości gastryczne. Po prostu mam w miejscu oka krwisty befsztyk i potrzebuję pochwalić się tym widokiem Panu Dochtoru. Cierpki głos z drugiej strony słuchawki doradził ostry dyżur okulistyczny i się rozłączył.

Nie wiem jak jest w innych miejscach, ale w Warszawie codziennie ostry dyżur jest gdzie indziej. Poniedziałki na ten przykład są przyporządkowane do Szpitala na ulicy Czerniakowskiej. No to sru. Wysiedziałam tam jajo, albo nawet tuzin. Znam na pamięć wszystkie rysy na drugim krześle z lewej a w automacie obok kawy, herbaty i wody z jeziora mają tam parówki. Kosmos.

Kolejka miała tempo jak para zbiegów z geriatryka, ale za to trafili mi się sami wytrawni współwysiadywacze. Starsza Pani z
Laseczką to absolutna mistrzyni w dziedzinie ciętej riposty, a już w momencie, w którym osobnik z drugiego końca ogonka zaczął rozgłośnie chrapać, zaczęłam rozglądać się za ukrytą kamerą. Nie było. Zamiast tego były inne atrakcje. Gdy wreszcie osiągnęłam zen i udało mi się dostać do okupowanego z taką zapalczywością gabinetu numer 6, przemiła Pani Doktor zajrzała mi głęboko w oczy, pooślepiała latareczką, poobmacywała i orzekła, że mam wylew podspojówkowy. Na szczęście to tylko groźnie wygląda ale za dwa-trzy tygodnie powinno się wchłonąć i przestanę wyglądać jak pół-albinos. Dostałam receptę na Dicloabak, jeszcze jakiś siuwaks, wskazania, żeby odpoczywać, spać oraz absolutnie ale to absolutnie nic nie dźwigać i tyle. W tak zwanym międzyczasie z siedemnastej zrobiła się dwudziesta druga a ja ze zmęczonej, zrobiłam się przepuszczona przez maszynkę do mięsa.

W domu czekała na mnie niespodzianka. Jakże urocza, ach. Mój osobisty Syn Igor oraz jego 39 stopni, biegunka i haft w mordę jeża richelieu. Pożegnajmy upragniony sen, powitajmy rotawirusa.

!@#$%^***&^%$#@!!!

Kilkanaście godzin, dwie zmiany piżam i pościeli oraz trzy wstawione prania później, gdy nie udało mi się wpompować w Młodego żadnego płynu na dłużej niż dziesięć minut, udało mi się za to wezwać Doktora Królika do domu – Igor bowiem był już tak osłabiony, że nie mógł chodzić a ja z okazji befsztyku w oku nie mogłam go podnieść nawet na dwie sekundy – dostaliśmy skierowanie do szpitala.

I tu nastąpił mój wewnętrzny sprzeciw i wkurw. Oczywiście zawzięłam się bo szpital to akurat wybitnie nie był w moim scenariuszu. Oczywiście się udało, bo przecież jak się zawezmę to słonia wciągnę nosem, a będzie tak jak chcę. No i udało nam się ominąć tę jakże przykrą scenę. Wszak akcja była mimo to wartka niczym łazienkowy dolnopłuk.

Kryzys minął. Dziś Igor zarządził wyścigi żuków po dywanie – wycięliśmy z papieru rozmaite indywidua, w tym robale, nadaliśmy im imiona i szaleńczo realizujemy się na podłodze – a nawet wykłócał się o liczbę nóg u Euzebio, czyli zdrowieje. Mój Horche nie przeżył spotkania z PanKotem. No ale ofiary muszą być.

Weszliśmy w nożyczki, więc pewnie jutro pobawimy się w chirurgów i powycinamy trochę nerek.

Śpijcie dobrze.

Stresujący dzień? | 2009/11/16 |

Drogi Czytelniku,

jeśli miałeś dzisiaj stresujący dzień, z jakiegoś powodu masz ochotę nawrzeszczeć na swój ulubiony kubek a opcja: wyjście z siebie połączone z trzaśnięciem drzwiami jest w tym momencie nieosiągalna… mam dla Ciebie technikę relaksacyjną Siedmiu Punktów, zalecaną we wszystkich najnowszych testach psychologicznych.

Najlepsze jest to, że ona naprawdę działa.

Zresztą…
usiądź wygodnie i spróbuj sam.

__________________________________________________________

1. Wyobraź sobie, że stoisz obok cichego strumienia,
który łagodnie szemrze pośród skalistych zboczy.

2. Dobiega się miły i spokojny śpiew okolicznych ptaków,
które leniwie unoszą się w górskim powietrzu.

3. Nikt nie wie o Twojej tajnej kryjówce i nikt Cię tu nie szuka.

… …

4. Jesteś całkowicie chroniony przed nieustannie pędzącym światem.

… … …

5. Kojące dźwięki pobliskiego wodospadu przepełniają Cię błogostanem.

… … … …

6. Woda jest krystalicznie przejrzysta.

… … … … …

7. Wyraźnie widzisz twarz osoby, którą przytrzymujesz pod wodą.

Widzisz?
Już się uśmiechasz.

:)))

A na deser mój osobisty faworyt do programu Mam talent…

KLIK

Jestem, żyję i mam się. Nie porwali mnie kosmici, nie wchłonęła czarna dziura ani nawet nie zapadłam na świńską grypę, choć kolega w przedszkolu kiedyś nazwał mnie prosięciem. Oczywiście nie jestem przekonana czy udało mu się w końcu skutecznie rozmnożyć, gdyż spotkała go straszliwa kara i moje wściekle rozpędzone kolano, ale ufam, że współczesna medycyna świetnie sobie radzi z przypadkami znacznie gorszymi niż sześcioletnia furiatka, zatem jest nadzieja.

Nie lubię jesiennej szarugi, poniedziałków pod górkę, chamstwa, różowości wszelakich, dymu papierosowego wdmuchiwanego wprost w moje nozdrza, wredoty i złośliwości mojego kota oraz muzyki biesiadnej. Pech chciał, że ostatnio ilekroć miałam już w pełni zsynchronizowaną wolę, chęć i możliwość napisania tu czegoś nowego, nadarzała się któraś z wyżej wymienionych okoliczności, albo też wszystkie nadarzały się na raz i z miejsca traciłam zapał.

Jesieni nie zapraszałam. Sama się napatoczyła i wcale nie jest mi z nią dobrze. Nie mam czasu ani pieniędzy na depresję, możemy więc uznać, że to chandra. Wygodniej i nie trzeba się tłumaczyć. Co prawda nieco już przewlekła się robi od zeszłego chyba roku ale gdzieś czytałam, że warto mieć w życiu coś stałego. Więc mam. Stały mam jeszcze cukier w cukrowym słoju, gdyż albowiem się cham skawalił. Ostrzegam zatem ewentualnych śmiałków, którzy chcieliby wprosić się na herbatę (tak, tak Tomaszku, to do Ciebie – nie róbmy ceregieli z zapraszaniem, przecież zawsze można do mnie wpaść jak za dawnych czasów i poobgadywać rzeczywistość za jej plecami), że albo będą słodzić konfiturą, albo skamieliną, albo wcale.

Poniedziałki toleruję tylko z górki, bo te pod górkę nieustająco mnie wnerwiają. Jak większość upierdliwości zresztą. W poniedziałek trzeba wejść z powrotem w ramki i w dodatku mamy tę przykrą świadomość, że to dopiero początek i cały długi tydzień przed nami. Najbardziej lubię sobotnie poranki, gdy budzę się, odruchowo spoglądam nerwowo na zegarek, po czym ogarnia mnie błogość i zanurzam się głębiej pod koc. Nawet Lokator wszedł wreszcie w ten wspaniały wiek, w którym już bardzo dużo rozumie. Na przykład zasadę pierwszą: Mamut drzemiący to Mamut dobry, a Mamut przedwcześnie z łóżka przy sobocie czy niedzieli zerwany, to jedna z egipskich plag, o której zapewne z wielkiej trwogi nie wspomniano w żadnym ze zwojów, ale warto to zakodować w tych aktualnych, mózgowych. Młodzież wybornie więc zabawia się przez blisko godzinę tworząc skomplikowane konstrukcje architektoniczne z klocków, samochodów, książek i kota a ja z pełną premedytacją chrapię.

Co do chamstwa, różowości wszelakich i dymu papierosowego wdmuchiwanego wprost w moje nozdrza, celują w nich naturalnie środki komunikacji miejskiej i masowej. Po pierwsze – Starszy Pan z wybitnie roszczeniową postawą, który jak taran brnie przez zbity tłum do wyjścia a przez gardło nie przejdzie mu magiczne słowo "przepraszam", za to świetnie mu idzie syczenie, cmokanie tudzież wymowne spojrzenia. Po drugie – różowa Barbie z grzechoczącą landrynką w miejscu mózgu ćwierkająca głupawo przez bite pół godziny o uśmiechu nowego aktora w nowym serialu z zapewne również całkiem nową koleżanką Cindy odzianą w podobny odcień – obie niestety w wieku daleko wskazującym na ukończenie obowiązkowych klas edukacji podstawowego stopnia. Po trzecie – Dziunia w Tipsach, która wsiadając do tramwaju zaciąga się jeszcze papierosem i już w środku wydmuchuje zawartość płuc wprost na mnie, co sprawia, że mam wyjątkową ochotę by przegryźć jej tętnicę albo przeciągnąć wypudrowanym policzkiem po żwirze. To tylko przykłady, ale wybitnie wzmagają we mnie chęć nagłego mordu. Choć oczywiście na co dzień niespotykanie spokojny człowiek jestem.

Wredota i złośliwość mojego kota są już słynne. Raz nawet PanKot zniknął był w niewyjaśnionych okolicznościach, czyli prawdopodobnie wymknął się ku przygodzie wprost na klatkę schodową gdy zamykałam mieszkanie. Chodziłam, szukałam, cisza. Jestem pewna, że był w którymś z mieszkań w moim bloku, bo wywieszona kartka z ogłoszeniem została zerwana tak błyskawicznie, że prawie wezwałam ekipę z rekordów Guinessa. Ale, że dobrze kocura znam, byłam przekonana, że tylko ja potrafię tolerować to niewdzięczne bydlę, które prędzej czy później wywinie komuś jeden ze swych popisowych numerów, zostanie wystawione za drzwi i tak skończy sie jego światowa kariera obieżyświata. Zgadnijcie kto następnego dnia miauczał pod drzwiami? Hmm… to nie ptak, to nie samolot, to PanKot uciekinier! Od tamtej pory wredny charakter nie zmienił mu się ani na jotę, ale unika już podobnych eskapad nad podróże w nieznane przedkładając pełną miskę i swój własny wygodny koszyk.

Muzyką biesiadną rozbrzmiewa mi głowa co weekend w okolicach bicia kotletów u sąsiadów po powrocie z niedzielnej mszy. Oczywiście z miejsca podrywam się do tańca i krzesząc hołubce kołuję po izbie… w poszukiwaniu siekiery. Potem przestaję kląć pod nosem i robimy sobie z Synem kontrfestiwal, czyli Metalmanię. Głośniki mamy nośne, toteż reakcja jest błyskawiczna, karna i z reguły starcza na kolejny tydzień spokoju. A spokój to coś co tygrysy zdecydowanie cenią sobie najbardziej.

Oraz weszłam w barszczyk, więc jest nieco buraczanie, ale za to czosnkowo, pieprznie i z majerankiem.

I tak o.
Nuda, Panie.


  • RSS