Wpisy z okresu: 12.2009

Świąteczne ekscytacje | 2009/12/27 |

Święta kojarzą mi się:
- po pierwsze w coraz wcześniejszym atakiem speców od marketingu z wybujałymi targetami na nasze synapsy,
- po drugie z obłędem, w który – z niewytłumaczalnych bliżej przyczyn – wpadają osobnicy dotychczas postrzegani jako inteligentni i pozornie nieszczególnie ulegający wpływom czy szałowi masowego wietrzenia portfeli,
- po trzecie ze wzmożoną upierdliwością otoczenia,
- po czwarte z czerstwym pieczywem, nudną ramówką w telewizji, zdecydowanym nadmiarem kolęd, upiornymi myślami na temat i bez tematu, systematycznym wyjadaniem zawartości lodówki, uporczywym leniem i tumiwisizmem,
- po piąte z choinką, uśmiechami, prezentami i takimi tam.

Jak widać mój stosunek do świąt jest krytyczny i raczej oziębły. Jeśli do tego dodać koszmarne przeziębienie, którego nabawiłam się na ostatniej prostej, czyli w przedświątecznym tygodniu, pluchę za oknem, która w połączeniu z moim stanem zaglucenia skutecznie uniemożliwiła jakiekolwiek wyjście z domu i osobistego Czterolatka, którego ewidentnie rozpiera energia a także liniejącego kocura z zanikiem choćby cienia gracji, a co za tym idzie zrzucającego wszystko i zewsząd, gdziekolwiek się tylko nie pojawi… można sobie zwizualizować ile razy w ciągu doby miałam ochotę wybić w pień kilka wsi, oddać się grabieżom, rozbojom czy tresurze wściekłych piranii przy wydatnej pomocy PanKota.

Dobrze, że nie mam choinki, bo musiałabym ją przybić gwoździem do ściany. Albo rozwiesić na niej kota. I przybić oboje.

Nie no, żeby nie było, żem taka zgorzkniała i tylko marudzę, to oczywiście, że są i fajne momenty świąteczne i okołoświąteczne:
- przedszkolne jasełka, w których Lokator wystąpił w roli choinki a my z Halutą na widowni w roli przykładnego małżeństwa (tylko z nieustaloną do końca kwestią, która z nas ma być ojcem, skoro obie jesteśmy obrzydliwie heteroseksualne a ja w dodatku jestem matką),
- opłatek na chórze i Bajka spełniająca się jako naczelny piroman, dekorujący wszystko w promieniu 5 metrów świeczkami,
- wigilia w Mamutowie, troje taaakich już dużych wnucząt i rodzice z oczami w mokrych miejcach, a potem rozdzieranie kolorowego papieru, rumieńce dzieci i farby, które trzeba absolutnie natentychmiast wypróbować,
- a potem w nocy Igor śpiewający przez sen kolędy.

To oczywiste oczywistości, ale potem my wracamy do siebie, które wcale nie jest naszym u siebie tylko cudzym. Wszystko jak wiadomo ma swoje plusy i minusy. A święta chyba po prostu mnie przygnębiają, bo dodatkowo i całkiem niepotrzebnie podkreślają coś, o czym sama doskonale i namacalnie wiem – mam trzydzieści jeden lat, czteroletniego Syna, wkurzającego kota i nawracającą depresję, którą staram się zaśmiać bo inaczej bym oszalała, ocipiała i zeszła (w dowolnej kolejności), mieszkam w wynajmowanej kawalerce, pracuję ale ledwie wiążę koniec pierwszy z drugim, czasem piszę, czasem śpiewam, czasem robię biżuterię, czasem gotuję, czasem czytam na głos "Dzieci z Bullerbyn" albo coś innego, albo tańczymy w ręcznikach i wtedy jest wesoło, czasem spotykam się z ludźmi ale coraz rzadziej bo zdziczałam. No bo ileż można mieć do mnie cierpliwości skoro sama jej do siebie nie mam.

Ponadto dziś śmiertelnie przestraszyłam zarówno Igora jak i siebie. Pamiętam bowiem, że najpierw siedziałam i postanowiłam pójść po coś do kuchni a potem zrobiło się wtem, ktoś zgasił światło i już leżałam na posadzce. Igo siedział na mnie i usiłował mnie obudzić, potem się rozpłakał ale dzielnie i przytomnie przyniósł z pokoju telefon. A ponieważ nazbyt gwałtowne zmiany pozycji z pionowej na horyzontalną nie wróżą dobrze i do tego wszystkiego zlokalizowałam na czaszce potężnego guza a zaraz potem pojawił się mało fajny ból głowy a żyrandol w kuchni na dłuższą chwilę zawirował, zawezwaliśmy pogotowie. Panowie zjawili się we dwóch, dość szybko nawet, zbadali mnie oraz obejrzeli mi głowę, wstrząśnienia mózgu na szczęście nie stwierdzili, zaaplikowali igłę przeciwbólową i przykazali by na siebie uważać – brak innej osoby dorosłej nieco ich zmroził w wiadomych okolicznościach ale nie wdawałam się w szczegóły. Jeden z nich wziął za to mój numer telefonu i później zadzwonił by zapytać czy wszystko w porządku, bo jak sam stwierdził: "niby potrzeby hospitalizacji nie ma ale nie darowałby sobie gdyby coś się stało". Miło, nie powiem.

I tak oto moje podświadome parcie na szkło w konkurencji na najpiękniej wywiniętego orła na kuchennej posadzce zostało zapokojone. Mam nadzieję, że nie mam innych podobnych a nieujawnionych pragnień, gdyż albowiem w przeciwnym razie będę musiała własnoręcznie przykuć się do kaloryfera a kajdanki mam tylko z różowym futerkiem i cholernie nietwarzowe.

W Nowym Roku już teraz życzę sobie braku podobnych przygód. Oraz mam ostrzeżenie by pilnie nauczyć Młodego dzwonienia pod 112 i alarmowania sąsiadów (który to pomysł przy okazji jako polecam uwadze wszystkich rodziców do przećwiczenia z własnym potomstwem). Ale nie ma to tamto – dzielny był, ten mój mały-duży Syn. Ech. Idę odpoczywać. Tylko proszę nie wpadać w panikę – tak się chciałam tylko nadmiarem adrenaliny podzielić, bo mi wystawała. Oraz tradycyjnie pomarudzić, bo święta świętami ale wszystko musi być na swoim miejscu. Reszta dnia minęła bezproblemowo i nawet PanKot był podejrzanie grzeczny, za co najbardziej jest mu wdzięczny naokienny fikus… a raczej jego pozostałości. Nuuuda, Panie

Kochani,

bądźcie dla siebie dobrzy na Święta.
Zwłaszcza dla siebie samych :)

A poza tym…

Zabieganym – przystanku, Yyy_niezdecydowanym – ograniczenia, Wyjątkowym – pospolitości, Uczonym – wiary, Trudnym – instrukcji, Samotnym – ramion, Rozważnym – adrenaliny, Przyjaciołom – gwiazki z nieba, Odważnym – refleksji, Nieszczęśliwym – przyjaciół, Mądrym – niezdecydowania, Łatwym – wyzwań, Leniwym – powodów, Hojnym – nieskończoności, Gniewnym – konfrontacji, Fatalistom – pana, Emocjonalnym – ziemi , Dzieciom – marzeń, Ciekawym – odpowiedzi, Biednym – możliwości, Ambitnym – celu.

Całusy wspak_alfabetyczne

W rolach głównych:

- biust kurzy, parzysty
- oscypek słusznego rozmiaru
- zapuszkowane pomidory (z racji pory roku i braku tych "na wolności")
- papryka w kolorach wielu
- czosneczek zębaty
- 4 pyry w mroku (zwane ziemniakami)
- 2-3 łyżki bułki tartej
- oliwa z oliwek
- oregano, rozmaryn, sól, pieprz, papryka ostra i co kto tam lubi
- wykałaczki

Akcja:

W odcinku pierwszym poznajemy Pana Noża i jego Ostrze Prawdy. Po spotkaniu z nim Ziemniaki zamieniają się w talarki, Pomidory z puszki w sporej gramatury pomidorową kostkę, a Czosneczek zmienia się z zębatego w siekany. Przestrach, trwoga i góralska muzyka.

W odcinku drugim Drobna Tarka świetnie radzi sobie z Herr Oscypkiem. Pan Nóż natomiast kontynuuje swoją szaleńczą misję i hobbystycznie załatwia Kurze Cyce. Nacina je tak, by postały kieszonki, zboczeniec jeden. Oscypka też nie żałuje i kroi jego część w plastry. Ulega również Papryka. Nadal nie wiadomo o co chodzi ale przynajmniej nie ma przerwy na reklamy.

Odcinek trzeci upływa nam pod hasłem Sprytnych Ruchów. Jednym Sprytnym Ruchem wypełniamy kieszonki w Kurzym Biuście startym Oscypkiem (uprzednio trochę z tego startego kopczyka odłożyliśmy jednak przezornie na później). Drugim Sprytnym Ruchem spinamy kieszonki Wykałaczkami. Trzeci Sprytny Ruch to przyprawianie Mięsa w sposób dowolny, byle solidnie.

W odcinku czwartym mamy upał i skwierczenie na Patelni. Kurra rumieni się na małym ogniu, po kilka minut z obu stron. Duszą się również, lekko bo lekko ale zawsze, Kolorowe Papryczki. Po dłuższej chwili napięcia towarzystwo z Patelni przenosi się na Talerz gdzie zażywa relaksu i plotkuje bez opamiętania.

Odcinek piąty rozpoczyna gorsząca scena mezaliansu grupowego. Bułka Tarta miesza się z dwiema łyżkami Tartego Oscypka (z posostałego kopczyka), Odrobiną Oliwy i Połową Czosnku. Wrażliwi widzowie przysłaniają oczy, Pani w rogu sali mdleje. Najgorsze jednak dopiero przed nami. Kurzy Biust kładzie się do Żaroodpornego Naczynia, posypuje tą grzeszną mieszaniną i Podduszonymi Kawałkami Papryki. Ostateczne Plastry Oscyspka lądują na górze. Sodomia i Gomoria.

W odcinku szóstym mamy już paznokcie obgryzione po opuszki ale nadal mamy nadzieję na opamiętanie głównych bohaterów. Obserwujemy jak w dużej ilości oliwy smażą się na złoto Ziemniaczane Talarki, następnie zaś osączają się z tłuszczu i posypują solą. W tym samym czasie Cyc Drobiowy wraz z Naczyniem i całym tatałajstwem ląduje na wczasach w rozgrzanym Piekarniku. Tam zapieka się na chrupko i po kwadransie z okładem nasze nozdrza szaleją z zachwytu a PanKot kręci ósemki pod nogami.

Siódemka rozgrzewa Oliwę na Patelni, dodaje Oregano, Rozmaryn, Pomidory i smaży je na dużym ogniu tak by się nie rozpadły. Potem gasi płomień miłości a zawartość Patelni soli i doprawia resztą Czosnku. Ziemniaczane Talarki wykładają się na talerze, pośrodku sadowią się smażone pomidory a na nich Kurzy Biust przykryty apetycznie zapieczoną pierzynką.

Odcinek finałowy spędzamy na wchłanianiu, umieraniu z rozkoszy i bitwie pod Rapacholin.

Kurtyna.

Nie mam cierpliwości | 2009/12/14 |

Nie mam cierpliwości do niektórych ludzi. Do złodziei zwłaszcza. Wiem, że powinnam, w końcu przecież po coś w zamyśle kończyłam tę resocjalizację. Ale to mi się gryzło zawsze. Bo to z reguły wcale nie ktoś, kto jest biedny i głodny – tacy kradną bułki ze spożywczego. To nie smarkacz, który chce sprawdzić jak to jest poczuć zastrzyk adrenaliny i pakuje słodycze do kieszeni – takich czasem wystarczy porządnie nastraszyć i nigdy więcej po nic nie sięgną. Nie mam cierpliwości, szacunku ani choćby odrobiny zrozumienia dla złodziei, którzy żerują na ludzkiej naiwności, na ich trosce o innych.

Jakiś czas temu zadzwonił dla mnie przerażony Mamut. Odebrała dziwny telefon i dopiero po zakończeniu rozmowy coś ją tknęło. Męski głos w słuchawce przedstawił się jako Paweł i nazywał ją ciocią. Mamy w rodzinie Pawła, więc Mamut nic nie podejrzewając dała się wciągnąć. Prawie. Na szczęście prawie. "Paweł" zatelefonował bo nie miał się do kogo zwrócić a pilnie potrzebował pomocy. Materialnej oczywiście. Naturalnie chciałby pożyczyć i zaraz jak tylko zarobi oddać. Naturalnie okrutnie przepraszał i było mu głupio, ale nie wiedział już co robić, nie chciał bowiem martwić rodziców ani żony – oni podobno i tak mają masę problemów. Mamut zgodnie z prawdą wyjawiła, że nie ma dużo, jakieś sto złotych może, nie więcej. "Paweł" błyskawicznie temat podchwycił i zagadnął czy może wpaść, bo akurat jest w okolicy, zapytał też czy adres się zgadza. Tu Mamutowi zapaliła się lampka ostrzegawcza, gdyż Paweł, z którym – jak sądziła – rozmawiała doskonale wiedział gdzie mieszkają i że nie mają żadnego innego lokum. Męski głos w słuchawce spytał czy jest sama…

Rozłączyła się i zadzwoniła na policję. Potem do mnie. Podobno policja ma masę takich zgłoszeń. Od starszych Pań, które głosy w słuchawce, nazywające ich ciociami, babciami i matkami, biorą na litość. Które wpuszczają do domów obcych ludzi, bo chciały pomóc. Oczywiście naoglądały programów i nasłuchały się opowieści o naciągaczach… ale to przecież ich nie dotyczy. Przecież one zawsze są rozsądne, ostrożne. Zawsze myślimy, że takie rzeczy spotykają tylko innych, nie nas, zawsze są jacyś inni. Scenariusz zwykle wygląda tak samo – męski lub damski głos odzywa się: - Mamo? a kobiety same naprowadzają oszustów na dobry tor - To ty, Kasiu? Tak, to oczywiście jest Kasia, a głos ma zmieniony chorobą. Pilnie potrzebuje pieniędzy, nie może długo rozmawiać, jest w szpitalu. Wyśle kolegę. Później wszystko wytłumaczy.

Mamut zawsze należała do bardzo nieufnych ludzi. Tym razem dała się nabrać. Bo ktoś działał z zaskoczenia, bo miał podobny głos, bo wydawało się to prawdopodobne – w końcu bardzo był przekonujący w swojej roli. Radiowóz wiele razy przejeżdżał pod oknami domu w Mamutowie kilka razy, ale ona nadal boi się zostać sama.

W zeszłym tygodniu zatrzymano "Kasię". Przed sądem usłyszy zarzuty. Podobno zaczęła sypać. Policja ścigała szajkę blisko rok.

Chciałabym spotkać tych ludzi. Nie łudzę się, że kiedykolwiek zrozumieją ile zabrali innym. Nie chodzi mi o pieniądze, choć kilka osób straciło dorobek życia, bo na wieść o chorym dziecku w potrzebie zapożyczyli się, podjęli wszystkie oszczędności, coś sprzedali. Zabrali wszystkim oszukanym o wiele więcej – poczucie bezpieczeństwa, wiarę, godziny czy całe dni pełne troski, przerażenia, nerwów. Chciałabym spotkać tych ludzi by napluć im w miejsca, w których powinni mieć twarz.

Dousznie i naocznie | 2009/12/12 |

Wczoraj list do Zosi został wysłany. Lokator z emfazą podyktował treść, a gdy wszystko zapisałam, nagryzmolił z wywalonym jęzorem IGOR. Wprawdzie G wygląda bardziej jak szóstka, ale z okazji braku w jej towarzystwie dwóch pozostałych, z egzorcystą się jeszcze wstrzymałam. Oprócz zamaszystego podpisu Młody powziął zamiar artystycznego się spełnienia i rzucił się na farby plakatowe made Ikea. Jestem przekonana, że PanKot jest obdarzony wybitną dozą cierpliwości, albo coś wciąga na boku. Nie wiem, może proszek do prania. W końcu nie każde chyba domowe zwierzę pozwoliłoby pomalować sobie ogon na żółto i spokojnie wróciło do przerwanej na moment drzemki. A PanKot wrócił. Poza charakteryzowaniem kota na kanarka Igor wykonał również landszaft przedstawiający choinkę (prawdopodobnie), słońce (chyba, że to wielki pokraczny, żółty krab) i stado niebieskich chmurek (z pewnością). Przed bezbrzeżnym wzruszeniem i rozmazaniem pracochłonnego efektu smoky eye uchronił mnie widok dywanu i podłogi. Jak również parapetu, półki z książkami, stołu i komody, gdyż słodziutki futrzasty pieszczoszek – menda przebrzydła – lubi sobie poskakać niezależnie od świeżo malowanego ogona.

Lokator był wniebowzięty. Ja nieco mniej. Na szczęście szanse wyrównały się, gdy Młody został uzbrojony w gąbkę i dostał polecenie wyczyszczenia feralnych miejsc.

Dziś Ciocia Hal, która miała przyziemność odebrać moją Latorośl z przedszkola, przywitała mnie historią mrożącą krew w żyłach, herbatę w filiżance i płyn Borygo w starych Ikarusach. Otóż Igor był dziś… niegrzeczny. Panie Przedszkolanki pracowicie wycinały, malowały, kleiły i konstruowały królicze uszka na dziecięce głowy oraz gwiazdki w celach dekoracyjnych, a Młody na koniec zgarnął wszystko jednym sprytnym ruchem, pogniótł i zadowolony umieścił w koszu. Następnie Pani na niego nakrzyczała, zatem usiadł w kątku i klasycznie się rozbeczał. Bo nie chciał nic złego. Wypytałam go gdy Haluta już poszła i okazało się, że owszem pomagał, owszem Pani pozwalała mu wyrzucać wszystkie ścinki do kosza i owszem nawet się cieszyła bardzo z takiego pomocnika, zatem owszem Młody grzecznie poczekał na koniec prac i postanowił jedną spektakularną niespodzianką uszczęśliwić kobietę. W końcu i to cięte i to cięte. Miało być super a wyszło… wiadomo.

Przypomina mi to opowieść Ziuty, której to absztyfikant postanowił zaszaleć i zafundował jej w ramach niespodzianki masaż z olejkami aromatycznymi, które sam dla niej wybrał kierując się znakiem zodiaku, znaczeniem imienia, numerologią, fazami księżycia oraz innymi temu podobnymi bredniami. Pech chciał, że zamiast uczucia błogostanu i totalnego odprężenia graniczącego z ekstazą (o czym zapewniał foler reklamowy pozyskany przez rzeczonego absztyfikanta), Ziuta dostała takiej mega_alergii i wysypki na wszystkim, łącznie z butami i torebką, że przez zejściem do krainy Wiecznych Wyprzedaży uratowała ją tylko wściekła furia.

Ale miłość jak wiadomo jest ślepa, głucha i ma słabą pamięć. Ówczesny absztyfikant awansował i stał się obecnym ukochanym, sielanka trwa, świat jest pełen szczęścia, a w powietrzu unoszą się różowe bąbelki. I tylko olejkami już się nie traktują. Na wszelki wypadek.

Mnie również z okazji miłości i daleko posuniętego poczucia obowiązku czeka zatem weekend malowanek, wycinanek i misternych papierowych konstrukcji. W końcu wypadałoby przynajmniej postarać się tę jasełkową dekorację odtworzyć.

Aktualnie waham się między oklejeniem wszystkiego wokół folią malarską ze szczególnym uwzględnieniem PanKota, a nagłą dezercją byle jakim pociągiem do pierwszego z brzegu miasta.

Byli my we Wilnie | 2009/12/10 |

Wystąpiły: Ola, Kropka, Bajka
Fotografowała: głównie Żaba

Zakrętasy | 2009/12/02 |

Elvis zakończył gościnne występy, pobladł i powoli zanika. Igor stwierdził, że znudziło mu się chorowanie i postanowił wyzdrowieć. Co postanowił to zresztą z powodzeniem zrealizował. Teraz codziennie wraca z przedszkola rozpromieniony jak muchomory z Czernobyla bo może opowiadać kolegom jak wymiotował.

Urocze dziecko.

Niezmiernie cieszy to mnie, panie przedszkolanki i PanKota, który wprawdzie odwzajemnia gorące lokatorskie uczucie, ale najchętniej na nieco dalszą niż pięć centymetrów i z palcem w oku odległość. Czyli wszyscy szczęśliwi.

Igor nawet dostał pierwszy w swoim życiu list od dziewczyny.

Wzruszyłam się jak galaretka na wietrze, doprawdy.
Tym kotkiem zwłaszcza.

Tymczasem, by nie było za różowo, ponownie postanowili mnie nawiedzić Panowie Z Wiertłami, albowiem gdyż ponieważ dwa lata temu przy okazji wymiany pionów niezmiernie mądre głowy ze spółdzielni mieszkaniowej zupełnie zapomniały o demontażu piecyków gazowych i montażu rur do ciepłej wody. W związku z tym dopiero co załatana łazienka, zyskała znów nieco surowy dizajn i trochę świeżych dziur. Nie zdążyłam jednak pozastanawiać się czy i tym razem fachowcy zapomną o przymocowaniu umywalki, bo zaraz po kurtuazyjnym dzień dobry i zabezpieczeniu przeze mnie folią malarską reszty mieszkania, Panowie przystąpili do borowania i nastąpił nagły gulgot połączony z chlupotem. Nagłe gulgoty połączone z chlupotem z reguły nie występują w przyrodzie bez powodu. Z jakąż to nagłą emocją obserwowałam w łazience całkiem prywatną fontannę możecie się drodzy Czytelnicy jedynie domyślać. Otóż bowiem Panowie Z Wietłami przebili się do pionu, alleluja.

Wychodząc do pracy i mijając powiększającą się wilgotną plamę po drugiej stronie ściany na klatce schodowej pomyślałam tylko, że w sumie dobrze, że ja tylko wynajmuję ten apartament od jego właścicieli. W przeciwnym razie musiałabym tych wszystkich robotników zabić, poćwiartować, spalić, zakopać i posadzić na nich kwietne rabatki. A ja w ogrodnictwie raczej średnio się spełniam.

Natomiast nieodmiennie pociąga mnie kariera grabarza.

Praca spokojna, klienci nie awanturujący się, ruch na świeżym powietrzu zapewniony i jeszcze nadrobiłabym zaległości czytelnicze.


  • RSS