Wpisy z okresu: 1.2010

Jestem trudna. Złośliwa, pyskata, nadwrażliwa i zbyt dumna by komukolwiek powiedzieć, że boli. Jeśli nie zauważył, znaczy nie był wart. Każdego, kto zbliżył się na niebezpieczną odległość, poddawałam próbom – sprawdzałam ile może wytrzymać, aż skapituluje i odejdzie. I akurat pod tym wględem mogłabym obstawiać gonitwy na Wielkiej Pardubickiej – prędzej czy później odchodzili wszyscy a ja zyskiwałam kolejny raz pewność, że ludzi, poza grupą krwi, przeziernością tęczówki, liniami papilarnymi czy sekwencjami alleli w łańcuchu kwasu deoksyrybonukleinowego, nie różni wiele. Nie oszczędziłam nawet znajomych, choć w tym przypadku całkowicie przypadkowo – po prostu mam taką przypadłość, że jak jest źle, to się zamykam, okopuję i tak sobie tkwię nie odbierając telefonów, nie odpisując na esemesy czy e-maile. Mało kto o tym pamięta, jeszcze mniej rozumie, ale trudno się dziwić, więc nigdy nie miałam do nikogo pretensji, że przestał próbować. Sama bym chętnie przestała. Tylko jestem jakby na siebie skazana. Ludzie zaś mają swoje sprawy w swoim życiu i nie wymagam by im się chciało bawić się ze mną w kucanego berka. Została Hal i kilkoro innych, ale sądzę, że są po prostu tak samo zawzięci i pogmatwani jak ja, więc mamy szałową koegzystencję i spełniamy swoje wzajemne potrzeby wzajemnego się_powkurwiania.

Spora część znajomych ulotniła się gdy ujawniłam, że jestem w ciąży i w dodatku sama, bo ojca Dziecka nie będzie a ja zamierzam w tej ciąży być, to Dziecko urodzić i wcale nie czuję się z tego powodu gorsza, słabsza czy upośledzona. część z nich nie wiedziała jak się zachować, reszta chyba uznała, że to jakiś absurd i sama nie wiem na co się porywam. Okres ciąży i początkowe kilka miesięcy z Lokatorem już uzewnętrznionym było prawdziwym poligonem, jesienią średniowiecza w miejskim szalecie i jednym wielkim wytrzeszczem ze znakiem zapytania w jednym, ale stałam się dzięki temu tak silna, jak nigdy przedtem. Nigdy przedtem nie sądziłam, że potrafię przechodzić przez takie rzeczy czy dokonywać takich wyborów, ale po wszystkim okazuje się, że owszem było strasznie, ale było warto. I gdybym, znając wszystkie konsekwencje, miała ten wybór jeszcze raz, byłby nawet pewniejszy. Aczkolwiek w audiotele pewnie liderem bym nie była.

Nigdy nie chodziłam z życiem na kompromisy i nie zadowalałam się półśrodkami. Albo albo. Jeśli nie może być tak jak chcę, to odwracam się na pięcie i adieu. Co nie znaczy, że przestaję chcieć – raczej przestaję okazywać, że mi zależy. Pewnie, że czasem żałuję, że o to czy owo nie powalczyłam, że za mało się starałam, czy za szybko odpuściłam, ale to jest za bardzo we mnie pod skórą. Taka jestem i nawet nie mam cienia wątpliwości czy chciałabym się zmienić. Oczywiście, że nie. Przecież wtedy nie byłabym sobą, byłabym kimś zupełnie innym. A to już zupełnie inna bajka.

Chciałam napisać notkę o tym, że Igor poszedł na sanki z Halą i wrócił zaróżowiony od frajdy. Że po raz kolejny nie odezwałam się do Katy, Lukrecji, Lenn, Gogi, Papierówki, Meg… choć przecież miałam na to ochotę. Że Alty urodziła dziś Syna i jest szczęśliwa. Że życie nam się rozeszło jak mój ulubiony sweter na szwach a wciąż go trzymam bo kocham, bo jestem sentymentalna i miękka jak wosk, tylko w środku, a do środka nikogo nie dopuszczam. Że kiedyś rozmawiałyśmy ze sobą codziennie a potem skasowałam setki e-maili nie wysłając żadnego i nidy w końcu nie wybrałam tego numeru telefonu, choć chciałam i choć powinnam. Że dla wielu osób, z którymi wchodzę w interakcję, jestem nikim istotnym, dość dalekim znajomym, którego rzadko bierze się na poważnie, a do tych, którym na mnie zależało, nie potrafię odnaleźć drogi. Bo tak mocno się zatrzasnęłam, że gdy w końcu udało mi się otworzyć, byłam już zupełnie gdzie indziej.

Jestem trudna. I chwilami ledwie sama ze sobą wytrzymuję. Ale to wcale nie znaczy, że chciałabym użerać się z kimś innym. Bo na szczęście mam też kilka całkiem pozytywnych cech. Na przykład nie chrapię. Albo po prostu o tym nie wiem.

Tak to ja. Jestem nałogową sobą. Gdy się uśmiecham, to w policzku robi mi się dołek, mam piegi na ramionach, czasami lubię przeklinać, gdy wybucham w ruch idą talerze, ale szybko mi przechodzi, późno chodzę spać i w poprzednim wcieleniu byłam zapewne leniwcem, poczucie obowiązku mam jednak równie silne co samoupierdliwość, w związku z czym wstaję dla odmiany wcześnie, nigdy nie wbiję się w garsonkę a do emerytury planuję dojechać motocyklem, który kiedyś w końcu kupię, nadal głaszczę kubki po brzegach, piszę wiersze, marzę o prawdziwej miłości i płaczę na filmach, chciałabym podróżować ile wlezie i marzy mi się zdobycie jakiegoś innego poza szczytem arogancji wierzchołka wielkiej góry, najbardziej chciałabym jednak by mój Syn Igor był w życiu szczęśliwy i by mógł kiedyś powiedzieć, że poza alfabetem oraz kilkoma śmiesznymi wierszykami nauczyłam Go bycia dobrym człowiekiem. Nie uprawiam wyczynowo sportu ani nie tresuję dzikich zwierząt, ale dość często publicznie i na cały głos śpiewam nie posiadając żadnego muzycznego wykształcenia i kompletnie nie znając nut oraz czerpię z tego całą masę przyjemności. Nie wiem czy można żyć bardziej na maksa, ale jeśli tak, prawdopodobnie i o tym się przekonam.

Pożar w burdelu | 2010/01/29 |

Jestem i żyję.

Ostatnio w pracy mam to co w tytule. Cały świat kocha tłumaczenia. Zwłaszcza ekspresowe z terminem na przedwczoraj. Medyczne głównie i prawne. W styczniu specjalizuję się w miażdżycy i urazach śródgałkowych, choć i psychiatrią nie pogardzę. A na deser aneksy, wyroki, postanowienia i policyjne notatki. Nie, nie jestem tłumaczem – raczej daję pracę innym. Ale jeśli ktoś myśli, że to proste i przyjemne, powinien spróbować rozdysponować kilkaset stron technologii maszyn na teraz_zaraz_natychmiast, zwłaszcza gdy wszystkich potencjalnych tłumaczy ma zajętych a reszta albo się kompletnie na tym nie zna, albo nie nadaje, albo wyjechała i się_urlopuje, albo jest chora, albo aktualnie rodzi razem z żoną, albo nie żyje. Bezcenne.

Bywa doprawdy czarownie.

Gdy wracam do domu mam siłę jedynie na przelotny prysznic i mycie zębów. Zasypiam dokładnie w momencie spotkania się z poduszką. W efekcie przeszłam na odżywianie praniczne i pobieram energię z kosmosu – dieta cud. Ostatnio obudziłam się o trzeciej w nocy z taką strasznie uwierającą w tył czaszki myślą, że o czymś waznym zapomniałam. Nie ma nic gorszego niż nagłe przypomnienie sobie, że o czymś człowiek zapomniał. Żelazko na gazie i odebranie Lokatora z przedszkola wykluczyłam (chrapał w naklepsze i nie dało się nie słyszeć), rzeczy pracowe szybko przebiegłam myślą, ale też wyszło mi, że wszystko gra, rachunki popłacone, książki do biblioteki oddane, reszta świata na swoim miejscu. Po dłuższej refleksji przypomniało mi się, że miałam zrobić sobie w pracy kawę. Do śniadania. I nie zrobiłam. Ale w zasadzie to i tak nie byłoby do czego bo całkiem zapomniałam o śniadaniu. I tylko pomarzyłam sobie o zielonym ogórku, żółtym serze i bułeczkach nadal leżących grzecznie na kuchennym parapecie w zakładzie a następnie zasnęłam i śnił mi się uciekający kotlet schabowy. Miał odnóża i wołał coś po meksykańsku do goniącej go czerwonej fasoli. Takiej z zalewy.

Nie wiem co na to sennik egipski, ale rano prawie rzuciłam się na kocie chrupki, Na szczęście godność osobista mi na to nie pozoliła, A że była ona mocno wspierana oburzonym spojrzeniem PanKota to już naprawdę nieistotny szczegół.

Oraz byłam w Operze na Fauście. Przez trzy godziny zdążyłam wysłuchać kilku przenikliwych rozmów z sąsiedztwa i zapoznać się z dzwonkami telefonów niektórych odbiorców kultury wysokiej. Zazwyczaj proste komunikaty działają. Na przykład na małpy. Nie wiem natomiast jak ciężkim kretynem trzeba być, by pomimo piktogramów, komunikatów i zwyczajnej przyzwoitości pozostawić telefon w trybie głośnym. Nigdy nie wyłączam komórki, z zasady, zwłaszcza odkąd mam Dziecko, ale mam sprawny kciuk i potrafię dość szybko wybrać opcję "milczy" przed rozpoczęciam imprezy. Czy to takie trudne? Nie wiem skąd się biorą ci kinowi, teatralni i operowi komórkowcy, głośnomlaskacze czy dyskutanci, ale chętnie przeciągnęłabym ich tyłkiem po żwirze. Niejednokrotnie.

Z okazji zbliżającego się wyjazdu i kręgosłupa pod szczególnym nadzorem – mój plecak i torba niestety powinny nieco dłużej odpoczywać – poszukuję walizki na kółkach. I tu zonk. Wszystkie są albo drogie, albo paskudne, albo drogie i paskudne. A nie, przepraszam – są jeszcze drogie, snobistyczne i paskudne. Używanych i nieuszkodzonych mało i też drogie. Chyba nadam swój bagaż pocztą. Obawiam się, że gołąb o tej porze roku raczej mnie wyśmieje.

Pomyśleć, że kiedyś w ogóle nie przeszło mi przez myśl, że w okno wyszukiwarki na allegro wpiszę: walizka. Pominę, że kiedyś nie było allegro, bo jeszcze bardziej kiedyś nie było internetu (tak, proszę mi wierzyć – kiedyś nie było internetu i nie był to prekambr). Chodzi mi bardziej o to, że kiedyś walizka kojarzyła mi się wyłącznie z dojrzałymi paniami w futrach albo panami biznesmenami, równie dojrzałymi. Ja nie potrzebowałam wielu rzeczy – zmiana bielizny i szczoteczka do zębów mieściła mi się podręcznym plecaku obok książki czy discmana. Teraz wprawdzie nadal pakuję niewiele więcej dla siebie – ręcznik musi być jeszcze i kilka kosmetyków, wiadomo – ale trzy czwarte bagażu stanowi zawsze własność Lokatora. Ma strasznie dużo Absolutnie Niezbędnych Rzeczy i jest zdecydowanym zaprzeczeniem powszechnego przekonania, że faceci pakują się zawsze oszczędniej. Obawiam się, że jeszcze parę lat Mu zajmie osiągnięcie wakacyjnego ideału Żorżyka – karty płatniczej i prezerwatyw. Chociaż właściwie po głębszym namyśle stwierdzam, że nie będę Go popędzać :)

Weekend spędziłam razem z innymi biurczyńcami na szkoleniu, na które wysłała nas Firma. Pominę oczywiste wyrazy błogosławieńst, które jażdy z nas wypowiadał w stronę lustra bladym świtem. Tak, przebudzenia bywają bolesne. Na szkoleniu, prócz fascynujących doświadczeń z prezentacjami nagrywanymi na kamerę i scenkami odgrywanymi przed resztą towarzystwa, było całkiem znośnie i gdyby nie fakt, że uciekła mi gdzieś przez to sobota i niedziela, byłabym nawet zadowolona. Przynajmniej atmosfera była dobra, no i można było dowiedzieć się interesujących rzeczy o samym sobie, zwłaszcza w sytuacjach stresujących i kryzysowych.

Teraz odbiorę sobie za to dwa dni i zrobię sobie prywatny weekend w środku tygodnia. Super. Przy okazji chciałam zaznaczyć, że mam pięćdziesiąt dni urlopu, z czego piętnaście do wykorzystania do końca marca i zero pomysłów co z tym zrobić. To znaczy pomysłów mam tryliadr, tylko funduszów jakby brak. Zawsze oczywiście mogę sobie posiedzieć w domu, tylko, że niestety nie jestem typem domatora i po dwóch dniach dostaję kolki z przytupem. Na razie zaplanowałam lutowy wyjazd do Grybowa z chórem i lipcowy do Danowskich z Halutą. Resztę zaplanuję jak uda mi wreszcie skok na bank.

W niedzielę po szkoleniu śpiewaliśmy z chórem koncert w kościele ogrzewanym wyłącznie modlitwą i dobrymi uczynkami wiernych. Dość łatwo można sobie wyobrazić jak głośno szczękaliśmy zębami. Skupiałam się głównie na tym by nie trzęsły mi się kolana, ale podobno wyszło bardzo efektownie. Podejrzewam. W końcu jako śpiewacy w ostatnim stadium delirium i z barwą sino_brąz_koperek na twarzach musieliśmy wyglądać zjawiskowo. Potem ksiądz zaproponował wszystkim herbatę i odtajałam nieco ale rozgrzałam się dopiero w wannie z bardzo ciepłą wodą.

Obecnie sączę właśnie grzane wino z pomarańczami i jest mi coraz milej. A jutro Młody ma w przedszkolu bal, na którym wystąpi w charakterze Rogatego Diabła. Wprawdzie Diabeł ów jest nieco połyskujący w pelerynie i ma całkiem dizajnerski – jak na kopytnego z odwiecznych ludowych wierzeń – ogon, ale przebranemu wieszczę olbrzymi sukces oraz moc damskich westchnień. Z wyborem kreacji skorelowanej z osobowością trafił wszak w sedno.

Z rzeczy przyziemnych acz interesujących – ostatnio na gadu_gadu zaczepił mnie Nieznajomy. Przedstawił się i już w drugim zdaniu rozwinął przede mną wachlarz swoich możliwości. A były one oczywiście ogromne. Napisał, pośród innych superlatyw, że jest hojnie uposażony, bardzo ale to bardzo dużo może i byłby przeszczęśliwy mogąc wykonać wszystko, co tylko zaproponuję. Wiadomo, pewnych rzeczy nie trzeba mi powtarzać. Zaproponowałam by umył mi okna, wyczyścił kocią kuwetę, zrobił zakupy i wytrzepał dywan, na początek. Hmm, niestety wygląda na to, że w wyposażeniu czegoś mu jednak zabrakło, bo więcej się nie odezwał. Biedaczek, pewnie szuka trzepaczki.

A czy Wy wiecie, że Biżuteria agI jest sławna??
Nie? No to spójrzcie tylko co mają na szyjach i w uszach te modelki?

A te kolczyki, które zdobią Panią Kichającą w Maskę, mam całkiem prywatnie dla siebie.

Normalnie mam je w uszach i mi się dyndają i noszę je bezkarnie tyle czasu i nawet o tym nie wiedziałam, że one takie ąę są? Matko kolorowa, gdzie paparazzi?? Muszę pilnie zdecydować, który profil mam lepszy. I czy walnąć sobie przydymione oko, czy też może lepiej nie, bo będę wyglądać jak panda?

Szynka z przeszkodami | 2010/01/11 |

Nie lubię supermarketów. O ile tylko mogę, unikam ich i staram się nie zapuszczać za głęboko. Człowiek zawsze pójdzie po papier pierwszej potrzeby i proszek do prania a wyjedzie z obłędem w oku i koszykiem pełnym absolutnie niezbędnych rzeczy, których normalnie by nie kupił, bo wcale ale to zupełnie nie przyszłyby mu do głowy. Następnie ów człowiek obwieszony siatami – gdyż na ten przykład tak jak ja nie posiada samochodu – lewituje w kierunku przystanku, usiłuje zachowując pion przytrzymać się nosem barierki w autobusie a następnie doczołguje się do domu i umiera. Po czym wstaje, upycha sprawunki gdziebądź, sarka, że znów wydał za dużo pieniędzy i umiera ponownie. Potem podrywa się gwałtownie, gdyż właśnie uzmysłowił sobie, że nie kupił tego po co poszedł a w dodatku jak na złość jeszcze jajko mu się zgniotło pokrywając równomierną mazią wszelkie pobliskie produkty i oto ogarnia go wielopoziomowy wkurw masowego rażenia. Po czymś takim jest za bardzo wkurzony by umrzeć w związku z tym robi naprędce coś wściekle kalorycznego i natentychmiast to zżera. A następnie jest zły, że to zeżarł, bo jest noc a po nocy się nie żre tylko śpi a teraz nie zaśnie, bo będzie trawił. I pójdzie mu w boki a on pójdzie w cholerę.

Zakupy to dzieło szatana.

Kiedyś próbowałam nawet robić sobie listy produktów, które powinnam nabyć, ale po pierwsze zawsze o czymś zapominałam, po drugie zawsze się coś dodatkowego napatoczyło i wołało "weź mnie", a po trzecie najczęściej wybierałam się na zakupy całkowicie zapominąc o zapisanej kartce, która spokojnie czekała sobie na stoliku i dla odmiany nie wołała franca nic.

Całe szczęście wymyślono internet i zakupy w sieci. A całą resztę sprawunków wolę robić w pobliskim spożywczaku, mięsnym czy budce z warzywami i owocami. Każdy tam każdego zna, Pani Tereska zawsze odkłada dla Młodego słodkie bułki, a Pani Gienia dla mnie pierogi z kapustą i grzybami, domowe. Starszy Pan z budki doskonale wie, że jabłka kupuję twarde, banany lekko niedojrzałe, a kwaszonej kapusty zawsze może nałożyć trochę więcej.

Supermarkety pozwolę sobie zostawić superludziom. Ja jestem całkiem prosta i zwyczajna a gdy mam za duży wybór to się gubię jak dziecko we mgle. Przed ścianą z jogurtami stałam kiedyś dobrych kilka minut a i tak wybrałam ten, który znam i zawsze jem. Nie potrzebuję ściany. I nie lubię mieć za dużo. Bo przesyt i nadmiar męczy.

Mój Ojciec, zwany pieszczotliwie Zdzichem, jest z zawodu cukiernikiem. Komukolwiek bym o tym nie powiedziała, zaraz rozlega się westchnienie i następuje komentarz, że aaaaale mi dobrze. Pewnie gdybym sama nie była po tej słodkiej stronie też reagowałabym podobnie, ale tak się składa, że po iluś tam latach wszystko się przejada. Wobec czego ze słodyczy to ja najchętniej śledzie.

Czasem trudno Mu zrozumieć, że ukochana córeczka niekoniecznie wyskoczy ze skóry na widok przywiezionej eklerki czy ptysia, a na torcik z owocami może patrzeć tylko raz w roku i to też tylko przez kilkanaście minut. Ale się stara. Z ciast i ciastek jadam tylko takie domowe, których smaku dotychczas nie znałam i z niczym mi się nie kojarzy. No i ponieważ szanuję ojcowskie uczucia, nie delektuję się nigdy w jego towarzystwie żadnym ciachem, które jest dziełem obcych rąk. Choć mam ulubione – zupełnie nie domowe, świeże, czy pachnące. Bardziej w konsystencji kitu do okien, ale szaleję za nim. To torcik Almondy z Ikei z czekoladą Daim. Odkrycie takich preferencji byłoby dla Zdzicha prawdziwą katastrofą, dlatego skrzętnie ten fakt ukrywam. A ponieważ do Ikei raczej mi nie po drodze Almondy, choć pobudza moje ślinianki do granic absurdu, gości w mojej lodówce niezwykle rzadko.

Chciałabym kiedyś wytłumaczyć Ojcu, że to nie tak. Że doceniam to co robi, widzę ciężką pracę, wiem ile to dla niego znaczy i jestem pewna, że wszystko jest doskonałe, wspaniałe i rozpływające się na podniebieniu. Tylko może po prostu mam ochotę na nieco bardziej przyziemny rodzaj doskonałości. Albo zwyczajnie na inny smak. Prawdziwy szampan też mi nie smakuje – zdecydowanie wolę przyziemną kadarkę, rakiję, czy śliwowicę. Ale to jedna z tych rzeczy, o której nie rozmawiamy. On wie, że ja wiem, że On wie. Ja wiem, że On wie, że ja wiem, że On wie. I tyle.

W pracy z koleżankami uskuteczniamy od jakiegoś czasu Tour de Bajadera. Jeśli któraś z nas pojawi się w pobliżu cukierni, kupuje cztery bajaderki. Okrągłe koniecznie. Potem je gremialnie konsumujemy i dokonujemy oceny. W ten sposób utworzyłyśmy dość interesujący ranking warszawskich bajaderek. Zadzwoniłam do Ojca z pytaniem czy robią takie ciastka. Robią, czemu by nie. Ale czy okrągłe? A pewnie, że okrągłe. Bo my tu z dziewczynami, widzisz Tato, tak sobie wymyśliłyśmy i zastanawiałam się czy byś nie przyniósł nam czterech kiedyś tam w wolnej chwili. Tu nastąpił taki specyficzy rodzaj dumy, który niemal poczułam przez słuchawkę. Powiedział, że się rozejrzy po pracowni, ale nie wie czy coś im zostało, więc nie obiecuje. Po powrocie do domu – akurat tego dnia moi rodzice odbierali Igora z przedszkola – na kuchennym parapecie oczywiście czekał na mnie spory pakunek. W środku było dziewięć dużych bajaderek, część obtoczona w wiórkach kokosowych, część w orzechach, dokładnie tyle, ile zmieściło się w pudełku. W naszym rankingu dostały dwa miejsca pierwsze i dwa drugie oraz całe mnóstwo wyrazów uznania od pozostałych poczęstowanych współpracowników. Nieco później Mamut wygadał się, że nie mieli już, ale gdy zadzwoniłam Ojciec sam zrobił. Gdy zadzwoniłam do Niego by podziękować, słyszałam jak się uśmiecha.

I uwielbiam tłuste czwartki, kiedy rano budzi mnie zapach ciepłych pączków, czekających na mnie na blacie w kuchni. Bo akurat wracał z nocy i postanowił zahaczyć, a oboje wiemy, że nieszczególnie Mu po drodze i po 20 godzinach pracy musiał być upiornie zmęczony. I wiem, że największą frajdę sprawię Mu kiedy zadzwonię w południe i powiem, że właśnie jem ostatniego.

W wojsku był kucharzem. Czasy były dość trudne, więc do tej pory potrafi zrobić coś z niczego i niewiele mu trzeba do szczęścia. Opowiadał kiedyś, że radzili sobie różnie, ale jakoś zawsze. Biały ser, nieodzowny w większości śniadań, nazywali białym szaleństwem, bardziej wyczekiwana kaszanka po obsmażeniu robiła za kawior a salceson to była szynka z przeszkodami. Mój Ojciec potrafi przyrządzić mięso czy ryby w taki sposób, że prawie zjadam talerz wraz z obrusem, zna milion pięćset sposóbów na warzywa i za każdym razem wszystko wygląda jak uczta bogów. Sam najbardziej jednak lubi smażoną kaszankę prosto z patelni albo salceson zagryzany świeżym chlebem. Biały ser jada tylko w formie awanturki z rzodkiewką i szczypiorkiem, na słono-ostro. I nie za często.

Myślę, że gdzieś tam pod skórą doskonale się rozumiemy. I kochamy. Może nawet kiedyś sobie o tym powiemy.

W końcu nie ma drugiego faceta, który w środku zimy dokładnie o czwartej nad ranem zbaczając z drogi do pracy (która zajmuje bez zbaczania dokładnie półtorej godziny pomiędzy dwoma krańcami miasta, z przesiadkami) i przekopując się przez olbrzymie zaspy, dostarcza mi dwie dorodne główki kapusty i jeszcze robi herbatę. Dokładnie cztery lata temu była zima stulecia, minus trzydzieści za oknem, na klatce sąsiadowi przymarzł do barierki schodów rower a ja miałam małe Dziecko, czterdzieści stopni gorączki, ostro zapalony biust i wybór pomiędzy cogodzinnymi karmieniami z zaciśniętymi zębami albo chirurgiem. Pamiętam, że marzyłam o tym by zawinąć się w dywan i umrzeć. Mój Ojciec ma olbrzymi wkład w to, że dywan nadal leży na podłodze a ja czytam na dobranoc pewnemu rezolutnemu czterolatkowi o przygodach "Babci na jabłoni". I rozczulam się patrząc jak spokojnie zasypia zawieszając w przestrzeni jakieś niesłychanie ważne pytanie.

Bajtki Małe Dwa | 2010/01/03 |


Północ zmieniającą nam daty w kalendarzu – że tak wstydliwie wyznam – przespałam.
Usypiałam Dziecia… i tak mi zostało. Obudziły mnie fajerwerki i karaoke, które ktoś
po sąsiedzku włączył i mało litościwie uskuteczniał wokalne próby do rana.
Postanowień noworocznych nie robię podobnie jak porządków na pawlaczu,
w myśl zasady: nie widziałam – problemu nie ma.

Ale żeby nie było… będą życzenia dla buszujących w tym lokalu
- czasami nawet kilka lat – Czytaczy (nawiasem pisząc zawsze mnie zastanawia
skąd, od kiedy oraz kto tu zabłądził i został – może przy okazji zaspokoicie
moje ciekawskie żądze i zdradzicie co nieco?)

W całkiem nowym roku dwa tysiące dziesiątym
życzymy Wam mnóstwa kolorów i powodów do uśmiechu

Bajka, Lokator, PanKot i resztka cytrynowego sernika
________________________________________________

     
________________________________________________

Żebyście zawsze, gdy zajdzie taka potrzeba, znaleźli bezpieczne schronienie
- choćby była nim akurat pluszowa niebieska torba na ramię :)


________________________________________________

Żebyście zawsze potrafili uchwycić i zachować w pamięci to, co najważniejsze

     
________________________________________________

Żebyście poczuli, że nie istnieją dla Was rzeczy niemożliwe

      
________________________________________________

A lądowania niech będą miękkie i ukazujące nowe perspektywy


________________________________________________

Żebyście zawsze doceniali samych siebie i cieszyli się z własnych sukcesów

     
________________________________________________

Żebyście zawsze potrafili znaleźć co najmniej trzy powody do uśmiechu

     
________________________________________________

I żeby noc zawsze była dobra a sen spokojny


________________________________________________

Fajnie, że jesteście – serio, serio :)


  • RSS