Wpisy z okresu: 3.2010

Olśnienia | 2010/03/31 |


http://www.kuskabrothers.art.pl/

odsłuch

Po co ludziom Dzieci? | 2010/03/30 |

Pytanie z tytułu notki wcale nie jest przewrotne. Nie zwiastuje również lekkiej, łatwej i przyjemnej opowieści z interesującą puentą o rozrywkowym charakterze. Pytanie to nie daje mi spokoju od kilku dni, odkąd zdarzyła nam się z koleżanką agĄ gadulcowa pogadanka o tym i o owym a ściślej rzecz ujmując o podejściu niektórych ludzi do Dzieci.

Porusza mnie do granic wkurwu stosunek roszczeniowo-władczy. Albo oskarżycielski – maskujący bądź też tłumaczący naszą własną i prywatną życiową niezaradność, niespełnienie i/lub zupełne nieprzystosowanie do praktycznego stosowania haseł typu dojrzałość czy odpowiedzialność. Nie rozumiem jak można pomyśleć a co dopiero powiedzieć czy napisać o własnym Dziecku, że Jego pojawienie się (które de facto z reguły wymaga mniej lub bardziej zaangażowanego ale udziału dwóch osób, nie zaś grządki z kapustą czy bociana) a przez to Ono samo zmarnowało nam życie. I podkreślać to oraz podobne deklaracje wielokrotnie przy każdej nadażającej się okazji. No po prostu mam ochotę potrząsnąć takim kimś tak mocno żeby mózg mu wreszcie zagrzechotał i zaczął pracować. Nie znajduję wytłumaczenia i nawet nie jest mi z tego powodu przykro. Zawsze uważałam, że nie wszyscy powinniśmy się rozmnażać bo nie wszyscy ludzie zasługują na to by mieć Dzieci. Niestety sprawiedliwość znajduje się wyłącznie w słowniku pod literą S i szanse na pozostawienie po sobie potomka rozdzielane są pomiędzy nas najwyraźniej metodą chybił-trafił. Znam co najmniej kilka osób, które za możliwość urodzenia i wychowania Dziecka oddałyby wszystko. I bardzo żałuję, że w przeciwieństwie do autorki (bo to pewna matka ma takie poglądy) tych wypowiedzi, nie mają takiej szansy.

Kiedy czytam, że wzmiankowana Pani (jej zdaniem) jest sama dlatego, że ma Dziecko i przez to Dziecko nie ma swojej szansy na szczęście, na poznanie kogoś, na miłość… doprawdy wzmaga mi się perystaltyka jelit. Mam przemożną ochotę produkować wyłącznie bardzo brzydkie wyrazy. Szkoda, że owej Pani nie przyjdzie do głowy, że wcale nie przez Dziecko jest samotną i zgorzkniałą jędzą o nudnym jak sos z torebki życiu. To przez to jaka jest. I oczywiście najprościej jest obwiniać za wszystko co nam nie wyszło innych, najczęściej właśnie tych, których mamy najbliżej, bo są pod ręką i to wygodne bardzo, ale czasami dobrze byłoby otworzyć oczy i spojrzeć na siebie w lustrze. Najgorsze jest to co ta kobieta robi własnemu Dziecku i fakt, że to Dziecko w końcu kiedyś ją samą znienawidzi. Szkoda, że zanim to nastąpi, zdąży być bardzo nieszczęśliwe. Tylko dlatego, że jest.

Mój Syn wywrócił mi życie do góry nogami, ale dopiero teraz to życie jest naprawdę super. W porównaniu z tym poprzednim – takim tylko dla siebie, płaskim – wygrywa bezapelacyjnie. Moje życie jest kolorowe – nie składa się wyłącznie z samych sielankowych wiązanek okolicznościowych, ale też zdecydowanie częściej czuję, że jest mi dobrze tu gdzie jestem i nie zamieniłabym się z nikim nawet za milion galaktyk cytrynowych lodów. Denerwują mnie ludzie, którzy twierdzą uparcie, że odkąd mają Dzieci nie mają na nic czasu, nie mogą robić tego co dawniej, podróżować, spotykać się ze znajomymi, chodzić na koncerty czy do kina. Ja mam teraz zdecydowanie więcej czasu – kwestia organizacji – bycie mamą zupełnie nie przeszkadza mi w rozmaitych wyjściach, imprezach czy podróżach. A do tego mam swoją pasję – śpiewanie – którą pielęgnuję i dokarmiam dwa razy w tygodniu przez trzy godziny. Teraz mam to wszystko komu pokazać, mam dla kogo się starać i mam z kim dzielić się wszystkim co mi buzuje gdzieś pod skórą.

Igor jest fantastyczny. Jest mądrym, ciekawym świata, pogodnym, pełnym energii, wiecznie uśmiechniętym – z krótkimi przerwami na sporadyczne marudy pospolite – po prostu fajnym chłopcem. Nie powiedziałabym, że wychowywanie Go należy do najprostszych ról, jakie przyszło mi zagrać w sztuce pod tytułem życie. Wręcz przeciwnie – nie raz i nie dwa przywołuję wizję kwiatu lotosu na tafli jeziora aby nie oszaleć w podskoku. Ale wiem, że skoro za moją sprawą i decyzją pojawił się w moim życiu, jestem za Niego odpowiedzialna i powinnam stanąć na rzęsach by był szczęśliwy. Jeśli komukolwiek przyszedłby do głowy pomysł ze zmarnowanym życiem, obwinić o taki stan rzeczy można wyłącznie samego siebie. Bo to my kierujemy własnym życiem, to my podejmujemy takie a nie inne decyzje i to sobie ewentualnie należy dać po pysku w razie niewypału. Nigdy w życiu nie chciałabym przeczytać niczego podobnego o sobie i nie chciałabym czegoś podobnego zafundować swojemu Dziecku.

Dzieci są po to by je kochać, otaczać opieką, pokazywać świat i objaśniać wszystko po kolei, bo to od nas zależy, jakimi kiedyś będą dorosłymi i co będzie dla nich ważne. Dzieci są po to by uczyć się od nich prawdziwości, radości z życia i takiej miłości, od której cierpną paznokcie. Dzieci są po to byśmy z egoistów stali się lepszymi ludźmi, byśmy potrafili odnaleźć w sobie takie wewnętrzne Dziecko, które śmieje się do słońca i zawsze znajduje czas by zobaczyć tęczę.

A Państwo jak myślą? Po co są Dzieci?

Mam zapalenie oskrzeli.

Piramidka lekarstw na stoliku, L4, kołderka, herbatka i "Miasto Śniących Książek" Moersa. Ponadto szczekam kaszlem słyszalnym w promieniu kilometra i porozumiewam się z otoczeniem basem o niezwykłej głębi.

Uroczo, nieprawdaż?

Z plusów blogowych – prawdopodobnie notki będą teraz częstsze.

Krótko | 2010/03/26 |

Włosy mają tę właściwość, że rosną. Pomyślałam sobie, że jak już tak rosną, to może nie będę im przeszkadzać i pozapuszczam się trochę, prawda? Ale za to grzywkę mam znów krótką jak mini Avril Lavigne. I asymetryczną. Bo lubię.

Moja fryzjerka ma na imię Jola i ma ode mnie tyle nowych a już stałych klientek, że czuję się prawie jak stręczycielka. Na szczęście prawie całkiem często robi dużą różnicę. Przychodzę do niej bo mam do niej zaufanie i zawsze wiem, że nie muszę nawet patrzeć na to, co robi. Wiem, że spodoba mi się wynik jej pracy i będzie mi wygodnie. Priorytet to zero pracy. Jestem typem leniwca, w dodatku leniwca o sowim usposobieniu, zatem włosy ma się umyć a potem one same powinny się układać jak trzeba i wcale nie powinnam o tym myśleć. I tak właśnie mam i lubię.

Fryzjer przed pracą to strasznie fajna sprawa.
Prawie jak zapach napalmu o poranku :)

Koncert charytatywny | 2010/03/23 |

Serdecznie zapraszamy na imprezę charytatywną i koncert naszego Chóru na
rzecz Fundacji Nyatri, która opiekuje się dziećmi z Tybetu – w wiosce
Dholanji w indyjskich Himalajach mieści się obóz uchodźców
tybetańskich. Mieszka tam około 1 tys. Tybetańczyków, z czego połowa to
dzieci – sieroty, półsieroty lub pochodzące ze skrajnie biednych rodzin.

Wpadnijcie – Wasza obecność też pomaga :)

Impreza odbędzie się 28 marca o godzinie 16.00 w klubie Turkusowa Lampa
przy ul. Żeromskiego 77 w Warszawie.

Wstęp wolny!

No to jestem | 2010/03/22 |

Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, łatwiej cyckami zagrać Mozarta niż przewidzieć przyszłość, nie mogłam się spodziewać, że mój blogowy apel będzie właściwie epilogiem przygody z brakiem internetu. Jak widać jednak – jestem i piszę sobie spokojnie z domu, z kanapy brązowej w cienki prążek – albowiem gdyż Hirołsi z Działu AjTi też czytają radziecki termos. I niezwykle to miłe odkrycie. Nieprawdaż?

No to jestem. Wróciłam dziś z pracy. Zaliczyłam pocztę, dwa prania, kąpiel Młodocianego z pianką, a jakże, wreszcie nastała chwila, w której stało się jasne, że zapuszczę "Umieraj stąd" Hey’a a sama zasiądę po turecku przed ekranem i spróbuję zmierzyć się z zapuszczonymi już wspomnieniami o urlopie. W końcu kiedy to było? Już wiosna a tam śnieg w Grybowie jeszcze padał i padał, potem leżał, znów padał i trochę jeszcze leżał zanim stopniał.

Po pierwsze Kraków i Chuda.

w drodze do Grybowa zaliczyłyśmy z Halutą i Iggym gościnne progi Chudych. Było cudownie i gdybym mogła zostać na trochę adoptowana w tak dojrzałym wieku, ta krakowska rodzinka stanęłaby w szranki z pewną lubelską i jeszcze inną gdańską. U Chudej spotkalismy się również z Kwiatkowskimi – takie blogowe spotkania przekładane na całkowicie namacalną rzeczywistość to zresztą niesamowita sprawa i aż trudno sobie wyobrazić, że internet według niektórych oddala ludzi. Spędziliśmy sobotę na rozmowach wszelakich i trawieniu głównie, gdyż Dorka za punkt honoru postawiła sobie upodobnienie nas do postaci w stylu Rubensa i napełniła smakowitościami wszelakimi po kokardki. Kwiatkowską wypytaliśmy skwapliwie o szczegóły blogowego półświatka od kuchni, w tym konkursu na blog roku (w który tylko raz miałam naiwość uwierzyć, ale na szczęście już nigdy później nie przyszło mi do głowy, że aż tak się do tego nadaję) gdyż jest jak ja to nazywam Wszechadminem Galaktyki. Dzieci natomiast – czterech młodych mężczyzn w wieku przedszkolnym i prawie – kulturalnie badały wytrzymałość materiałów rozmaitych wyrobów przemysłu zabawkowego. Przyszłość na uczelniach o charakterze politechnicznym rysuje się przed nimi dość wyraźną i pewną kreską.

Po drugie podróż i urlopowanie się z Dzieckiem to fantastyczna sprawa.

Różne znam poglądy bliższego i dalszego otoczenia na temat ferio_wakacji z progeniturą, nie zawsze są one naznaczone entuzjazmem – częściej słyszałam teksty w stylu: "Jedziesz z chórem i z Dzieckiem? Współczuję…". A tymczasem wystarczy trochę zorganizować rzeczywistość i już można śmiało ruszać na podbój świata. My pierwszy raz ruszyliśmy z Igorem w Beskid Sądecki jakoś strasznie wcześnie, Młody miał trzy miesiące i pamiętam, że kąpałam go w małej plastikowej misce albo w umywalce, wymiennie. Ale było fajnie. Zawsze było wokół nas grono znajomych, bo co warsztaty chóralne, to warsztaty, zawsze znalazły się jakieś ręce do pomocy i jakieś nogi, które akurat szły na dół do miasteczka do sklepu i mogły zrobić nam potrzebne zakupy. Co roku lądujemy również w tak zwanym "głośnym" blokhausie, który do późna tętni muzyką – w efekcie Igor nigdy nie miał problemów z zasypianiem i do dziś potrafi usnąć w każdych okolicznościach przyrody, po prostu nagle odłącza sobie bateryjkę i ucina komara. A to przydatka umiejętność, bo dla przykładu sąsiadów w miejscu zamieszkania mamy różnych.

Po trzecie a nawiązujące do drugiego – pomysły i udogodnienia.

W tym roku do Grybowa pojechaliśmy silną grupą z czwórką Małoletnich. Jedna z koleżanek dzieciatych zabrała wprawdzie Męża, ale nadal pozostawała otwarta kwestia co zrobić z pozostałą trójką (moim jednym i dwójką koleżanki) – a o ile w poprzednich latach też obie zabierałyśmy Młodzież, o tyle wówczas było to prostsze, gdyż Dzieci były młodsze i łatwiejsze do ogarnięcia. Obecnie niestety nie tak łatwo okiełznać przedszkolaków, z których każdy ma własne zdanie i z reguły jest ono odmienne od zdania pozostałych uczestników tej telenoweli. Wcieliłyśmy zatem z koleżanką jakże wspaniały pomysł zatrudnienia opiekunki. Godziny prób są zazwyczaj wcześniej ustalane, łatwo więc przewidzieć na ile godzin potrzebna byłaby nam taka osoba. A że oczywistą oczywistością jest, że ekonomiczniej jest zatrudnić jakiegoś autochtona, niż wyszukać i wieźć kogoś z Warszawy, koleżanka uprzednio wynalazła na stronie internetowej miasta Grybów stosowne ogłoszenie młodej dziewczyny, która właśnie chętnie podjęłaby się pracy z dziećmi. I to był mili Państwo strzał w dziesiątkę. Dziewczyna okazała się miłą, odpowiedzialną i przy tym fajną osobą – a nasza urocza gromadka cieszyła się na codzienną zabawę z nią jak stado dzikich świnek w dżdżysty dzień. Rozwiązanie takie ma same plusy – być może zabrzmi to jak paradoks, ale trójkę Dzieci prościej jest ogarnąć niż jedno, gdyż świetnie potrafią się bawić w grupie i rzadziej są momenty nudy, a dodatkowo opłatę też dzieliłyśmy z koleżanką na trzy, co wydatnie uradowało mój portfel. Przy czterdziestu godzinach prób – a tyle właśnie wychodzi na jedne warsztaty – nie są to kwestie to zbagatelizowania.

Po czwarte – czas wolny.

Wszystko organizacyjnie banglało jak trzeba – Igor pod opieką, ja mogłam się skupić na śpiewaniu i nie martwiłam się nic a nic, że siedzi w kącie znudzony, jedzenie mieliśmy podstawione pod nos, okolica sprzyjała spacerom, śniegu było pod dostatkiem co zaowocowało przecudnej urody bałwanem z prawdziwym nosem z prawdziwej marchewki, zjeżdżaliśmy na sankach, urządzaliśmy bitwy na śnieżki, dla chętnych były rozmaite zabawt w terenie oraz wycieczki i ogólnie było super. Wcale ale to zupełnie nie chciało nam się wracać.

Po piąte – bagaż oraz impreza tematyczna.

Spakowałam nas ekonomicznie, wychodząc z założenia, że im mniej tym lepiej a jeśli o czymś zapomnę, znaczyć to będzie, że akurat właśnie tego nie potrzebujemy. I to było bardzo dobre założenie. Zaopatrzyłam się nawet w zakupione wsześniej na allegro balony w liczbie stu (za całe 7,90 pln) a wszystko to na zapowiadaną imprezę. W tym roku motywem przewodnim były artykuły spożywcze, czyli rozwijając wątek, należało przebrać się za coś do jedzenia. Myślałam o czymś, co nie zajęłoby dużo miejsca w walizce, było stosunkowo proste i szybkie do zmontowania na miejscu oraz było przy tym efektowne. I wymyśliłam, że oboje z Igo będziemy winogronami – dwie kiście wynogron, jedna większa, druga mniejsza. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Balony zakupiłam w kolorze burgund, do dmuchania zagnałam kilka osób i w dość błyskawicznym tempie nasze przebrania były gotowe. Wprawdzie Igor finalnie skapitulował i wybrał objęcia Morfeusza, ale ja – owszem, owszem – wystąpiłam w przebraniu i efekt osiągnęłam. Niestety mój strój chyba najszybciej został rozparcelowany po okolicy a balony w całości wytrzymały jakiś kwadrans, albowiem największą frajdą dla współtowarzyszy zabawy okazało się ganianie za nimi z zamiarem "wypękania" największej ich liczby. Ogólnie jednak bawiłam się świetnie i wcale nie było mi ich szkoda. Tylko Młody nazajutrz trochę kręcił nosem, że w całości zostały tylko dwa. Nie chciałam wyjaśniać, że ocalały tylko dlatego, iż schowały się pod łóżkiem i nie brały udziału w imprezie.

Po szóste – powrotność, czyli trudna sztuka przywykania pourlopowego.

W końcu poszłam po rozum do głowy i wzięłam sobie dodatkowo dwa dni wolne na tak zwaną rozbiegówkę przed powrotem do pracy. W związku z tym spokojnie zdążyłam nas rozpakować, uprać co trzeba, doprowadzić do ładu mieszkanie, wymaćkać należycie wielceobrażonego na naszą długą nieobecność PanKota i zwyczajnie jeszcze sobie odpocząć. Przyjemnie było odprowadzić Lokatora do przedszkola a samemu wrócić, przygotować leniwe śniadanie i spokojnie z kawą doczytać gazetę. Taak. Ten urlop zaliczam do niezwykle udanych.

Po siódme – ludzie.

Nie od dziś wiadomo, że wspólne wyjazdy integrują. Jadąc gdzieś z grupą ulubionych i podobnych nam zapaleńców, możemy liczyć na dobrze i mile spędzony czas, wspólne przeżycia, ciekawe wspomnienia. Lubię mój chór, bo lubię ludzi, którzy się nań składają i to dla nich głównie się przychodzi na próby, dla atmosfery, którą tworzą, dla chęci wspólnego śpiewania dobrej muzyki. Fajnie jest potem powspominać. I zawsze te nasze wyjazdy sprawiają mi dużo frajdy a i Igor wyglądał na szczęśliwego. W końcu gdzie idziej miałby tyle fantastycznych Ciotek i Wujków :)

Uprzejmie informuję, że wróciłam już dawno i mam się i w ogóle… ale nie piszę, gdyż albowiem jestem odcięta i nie mam dostępu do internetu. Miałam ale się skończył był i chyba żaden Hiroł z mojego pracowego Królestwa AjTi nie może mi pomóc. Wprawdzie fakt posiadania dostępu do sieci jest istotny i dość mnie radował, jednak dawałam też sporo z siebie – żeby nie było – na przykład będąc osobą awaryjną w przypadku rozmaitych wyryp nagłych a dla pracy istotnych.

Aktualnie jestem po pracy i właśnie, zwijając się na próbę chóru, kończę notkę wyjaśniającą to moje długie milczenie. MMS-ami – jak drzewiej bywało – już nie chce mi się pisać. Musi za stara jestem.

Dopóki więc któryś z królewiczów nie uzna, że internet jest mi potrzebny, blog będzie jak sądzę pustoszał i wiał nudą. Nikt bowiem, nawet najbardziej zapalony zapaleniec, nie będzie tu zaglądał codziennie by pooglądać piękny Jachowy layout i stare notki.

Miejcie się zatem ciepło i do zobaczenia
w bliżej nieokreślonej przyszłości


  • RSS