Wpisy z okresu: 4.2010

Dziś wieczorem śpiewamy całkiem sympatyczny koncert na Polibudzie.

W programie utwory z różnych epok i stron świata – od renesansu, przez gospel, plemienne pieśni weselne Zulusów… aż po "Tolerancję" Stanisława Soyki :)

Koncert odbędzie się w Małej Auli Politechniki Warszawskiej o godz. 19.00.
Gmach Główny PW, Plac Politechniki 1

Wstęp wolny.

Serdecznie zapraszam

W biegu | 2010/04/25 |

Uprawiamy zdrowy styl życia. Absolutnie. Młody praktycznie zsiada z rower tylko wtedy, kiedy już naprawdę musi, czyli na wieczorynkę, kąpiel, spanie, siku i inne atrakcje. Sądzę, że jeśli ktoś kiedyś opracuje metodę wygodnego spania na rowerze, będzie to właśnie mój prywatny Syn. Prawdopodobnie do tego czasu osiwieję, oszaleję i będę przechadzać się peronami Dworca Centralnego burcząc pod nosem co myślę o każdym z mijanych ludzi… no ale czegóż nie robi się dla Dzieci. Sprint po żwirze? Nie ma sprawy kochanie. Polka kurcgalopka na przełaj przez zaminowany trawnik? Z ochotą! Cwał przez kałuże? O dzięki Ci, Synu mój, że tak dbasz o moją kondycję.

Przedwczoraj śniło mi się, że startuję w wyścigu. Z rekonsytukcji zdarzeń i domysłów wynika, iż pół nocy rozgrzewałam mięśnie łydek a poranny budzik niemal przyprawił o zawał PanKota – tak szybko znalazłam się w łazience. Najwyraźniej tam była meta.

W zeszłym tygodniu Lokator przy użyciu osobistego nosa prowadził inspekcję stopnia intensywności zapachu magnolii, które właśnie rozkwitły i szczelnie wypełniły sobą przestrzeń dla zmysłów w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie. Równie silnie, co magnolie, zajęły go skałki z roślinnością wysokogórską oraz szklarnie z cytrusami i roślinami egzotycznymi. Fascynująca była zwłaszcza kawa, której czerwone owoce w niczym nie przypominają ziaren znanych z pięknego aromatu i cudownych właściwości, błogosławionych przez trzy czwarte ludzkości zwłaszcza przy okazji poranków w pracy.

Wczoraj w towarzystwie przybyłych specjalnie na tę okoliczność z Lublina Zosi, Agi i Michała oraz Ciotki Haluty – przybyłej specjalnie z warszawskiej Pragi – zwiedzaliśmy Muzeum Fryderyka Chopina. Rozwiązania multimedialne fantastyczne acz działające bez zarzutu i przestojów byłyby jeszcze ciekawsze, wnętrza piękne ale przylepienie na schodach antypoślizgowych pasków wydaje się tam absolutną koniecznością, gdyż można sobie bez zbędnych starań zrobić całkiem sporą krzywdę. Igorowi i mnie najbardziej podobał się fortepian, który wygrywał różne utwory, w zależności od tego, jaką partyturę położyło się na pulpicie, sala odsłuchów, w której przy każdym stoliku można było posłuchać innych form muzycznych pióra Fryderyka oraz szuflandia – jak określiliśmy salę, w której po wysunięciu jednej z szuflad, można było obejrzeć rękopisy nut poszczegolnych utworów, a z głośników dobiegały ich dźwięki.

Po takiej dawce kultury wysokiej mogliśmy wylądować tylko w KFC – równowaga musi być. Potem goście z Lublina zwinęli się do domu zahaczając o zakupy w IKEI a my z Halką rozjechałyśmy się do domów. Młody padł jak kawka. Oczywiście jednak bladym świtem powstał rozgłośnie prezentując pełnię swoich możliwości i zamieniając pokój w wyścigowy tor przeszkód.

Dziś sprawdzaliśmy wytrzymałość populacji niedzielnych spacerowiczów, rozmaitość nawierzchni Łazienek Królewskich i słuchaliśmy jak pawie drą ryja. A trzeba im przyznać, że darły zawodowo. Do własnego ogrodu takiego bym nie zaprosiła, gdyż odczuwam przypuszczenie graniczące z pewnością, że długo by w nim nie pożył. Jak sądzę bowiem paw trafiony drewniakiem kończy karierę dość szybko i mało efektownie. Bardzo efektowne stroje można natomiast było spotkać dziś w Łazienkach i nawet gdzieniegdzie dało się zauważyć również właściciela stroju. Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że ludzie dzielą się na klasycznych psychopatów, nieszkodliwe pierdoły i uciekinierów z oddziału zamkniętego psychiatrii. Wrażenia estetyczne tyleż malownicze co bezcenne.

Ponadto popełniłam pyszną pomidorówkę z kawałkami pomidórów i czarnymi oliwkami oraz pieczoną kurę po marokańsku. I na tym zdrowy styl życia się zakończył. Resztę weekendu spędziliśmy na wchłanianiu i trawieniu, a na dodatek zupełnie przypadkiem (chyba same wpakowały się do koszyka i przyniosły do domu, gdyż ja oczywiście nie robię tak nieodpowiedzialnych kalorycznie rzeczy) w zamrażalniku znalazłam grycanowe lody orzechowe, śmiało mogę więc powiedzieć, że dość ochoczo i pewnym krokiem weszliśmy w fazę jamochłona. Aktualnie czuję się jak wąż, który połknął słonia, choć naturalnie wolałabym się czuć jak kapelusz, który w rysunku Małego Księcia widzieli zwykli śmiertelnicy.

Cisza | 2010/04/16 |

Prawie tydzień minął a ja jakoś nie mogłam się zebrać by napisać cokolwiek wcześniej. Albo nie chciałam.

O katastrofie samolotu dowiedzieliśmy się w autokarze. Jechaliśmy z chórem na Litwę, gdzie mieliśmy zaśpiewać trzy koncerty, dobrze się bawić i zmęczeni weekendem ale szczęśliwi wrócić do domów. Wyruszyliśmy o szóstej rano, więc tragiczna wiadomość dotarła do nas jeszcze w kraju.

Ktoś powiedział, że rozbił się samolot, na pokładzie którego leciał do Katynia prezydent i cała delegacja polityczna Polski. Ktoś inny, że nikt nie przeżył. Na początku sądziliśmy, że to wyjątkowo niesmaczny medialny dowcip. Potem mieliśmy nadzieję, że to jakaś pomyłka, że ktoś się jakoś z tego wytłumaczy i sprostuje. Było niedowierzanie, wiadomości strzępami płynące z radia, goraczkowe przeszukiwanie serwisów internetowych w komórkach, zmienna liczba ofiar, sprawdzanie kto był na pokładzie. Niestety to była prawda.

Pamiętam ciszę. Taką nieznośną i namacalną. Nikt nie wiedział co powiedzieć. I tylko to radio, z którego raz po raz podawano nowe informacje. Dziewięćdziesiąt sześć osób. Cała masa ludzi. Zostawili rodziny, przyjaciół, znajomych, wszystkich.

Trzeba było podjąć decyzję – wracamy czy jedziemy dalej? Na miejscu wszystko było przygotowane, czekali na nas organizatorzy festiwalu, postanowiliśmy więc zmienić repertuar i kontynuowac podróż. Jechaliśmy w tej ciszy przerywanej kolejnymi doniesieniami z eteru. Koszmar.

Litwini przywitali nas bardzo ciepło i z olbrzymim współczuciem. Zaśpiewaliśmy te trzy koncerty. Ludzie stali, były czarne opaski na rękach, na wielu domach polskie flagi. Gdy śpiewaliśmy "O magnum misterium" Mortena Lauridsena, wielu z naszych słuchaczy nie potrafiło ukryć łez. Na "Lux aurumque" Erica Whitacre’a oczy w mokrym miejscu mieliśmy już wszyscy z dyrygentem włącznie. Poprosiliśmy o minutę ciszy i brak oklasków. Ze sceny schodziliśmy w ciszy. Słychać było tylko szelest długich spódnic i nasze kroki na posadzce.

Do Polski wróciliśmy w niedzielę wieczorem.

Jedną z ofiar była Justyna Moniuszko – na pokładzie samolotu pracowała jako stewardessa. We wrześniu skończyła MEL na Polibudzie. Cztery lata temu śpiewaliśmy koncert na wyborach Miss Politechniki. Wygrała i dodatkowo została Miss Publiczności. W lipcu skończyłaby 25 lat.

Podobno wszystko co przeżywamy i czego doświadczamy czegoś nas uczy. Nie
wiem czy te kilka dni z czarną wstążeczką w rogu ekranu telewizora, czy na popularnej stronie w internecie nauczą nas jako społeczeństwo czegokolwiek. Wiem natomiast, że bardzo bym chciała żebyśmy nauczyli się przeżywać smutek bez konieczności wymieszania go z błotem w tym naszym polskim piekiełku. Wówczas miałoby to sens.

Za oknem wybuchła wiosna. Po pięciu miesiącach zimy jest to nie byle jakie wydarzenie. Nareszcie można chodzić w lekkich płaszczykach, powiewać na wietrze włosem lub apaszką, buciory zmienić na buciki i uśmiechać się do coraz mniej nieśmiałego słońca za oknem. Dni robią się coraz dłuższe, trawa litościwie porasta psie kupy a w Powsinie lada chwila zakwitną magnolie.

W tych uroczych okolicznościach przyrody Lokator nałogowo ujeżdża rower strasząc w parkowych alejkach kaczki, gołębie i mniej lub bardziej dziarskie staruszki, PanKot z całkiem nową werwą pogryza dostępne choć zakazane rośliny doniczkowe oraz wykazuje olbrzymią rozrzutność w kwestii ziemi z tychże. Ja zaś odczuwam dość przyjemny tumiwisizm połączony z absolutnym brakiem poczucia, że coś muszę czy powinnam.

Jak filozoficznie mawia Zdzich: musi to człowiek umrzeć. Bardzo mi to życiowe podejście rodziciela odpowiada i pielęgnuję je w sobie ile wlezie. A to co powinnam i tak zawsze miałam w tak głębokim poważaniu, że aż zapomniałam gdzie konkretnie.

Z okazji wiosny ćwiczę i pogłębiam zmarszczki mimiczne – te od śmiechu. Słucham sobie okrutnie przyjemnej memu uchu piosenki Gossip "Heavy cross". Ta duża kobieta ma w głosie żyletki i hektolitr czegoś wysokoprocentowego. Ulubiam ją.

No i z okazji wiosny naturalmą mnie nosi. Jedziemy zatem z chórem na Litwę pośpiewać sobie na festiwalu. A co! Wyjazd jutro o szóstej rano a powrót pewnie w niedzielę późno w noc. I wiecie co? Nawet ta jutrzejsza dramatyczna godzina mnie nie przeraża, choć oznacza pobudkę w okolicach czwartej.

Cóż… zarówno życie z PanKotem jak i z pasją wymaga poświęceń ;)

Łot de fak? | 2010/04/07 |

Gdzie się podziały notki??
O co chodzi i komu należy się wpierdol?
Czy ktoś coś wie?

Powrót do pracy po tygodniu zwolnienia i świętach w bonusie powinien być poprzedzony kwarantanną. Albo czymś co ułatwiłoby płynne i bezbolesne przejście z kanapy, kocyka i miski popcornu na najwyższe obroty i pełen serwis. W każdym razie ja miałam dziś dzień z gatunku tych trudniejszych.

Na deser wczorajszy wieczorny dialog międzypokoleniowy o sprawach damsko-męskich:

- Wiesz mamo? A jak będę duzo jadł to urosnę.
- Tak kochanie, to prawda. Jak będziesz dużo jadł zdrowych rzeczy to urośniesz i będziesz przystojniakiem.
- I będe miał muskuły?
- Prawdopodobnie.
- I dziewczyne?
- To na pewno.
- A ja jusz mam dziewczyne. Zosie mam.
- Tak Synu, masz. Uwielbiam Twoją stałość w uczuciach.
- Cy wszyskie dziewczyny som fajne?
- Nie wiem kochanie, pewnie są takie bardziej fajne i mniej fajne. Jak ludzie w ogóle.
- To ja znam same fajne.
- Tak?
- No tak… Zosie znam.. Ciocie Magde.. Babcie tesz.. i mame Zosi Age.. i Ciocie Kate. Ale wiesz co?
- Co słonko?
- Ty jesteś taka.. najmocniej fajna.
- Chwilowo Synku, chwilowo :)


  • RSS