Wpisy z okresu: 5.2010

Dzień Mamuta | 2010/05/26 |

Kochane Mamy,



z okazji naszego święta życzę Wam z całego serca


byście zawsze miały mnóstwo powodów do uśmiechu


a od swoich pociech dostawały nieustające wyrazy uwielbienia…


nawet jeśli wyglądałybyście przy tym tak jak ja w oczach Igora


 - pomarańczowa i z jedną nóżką bardziej  ;)))






Zacznijmy od tego, że mamy już gdzie mieszkać. A wszystko dzięki imprezie dla pięciolatków. Ale po kolei…

Lokator niedawno dostał zaproszenie przyjęcie urodzinowe kumpla z przedszkola. Kumpel ma na imię Szymon i trzyma z Igo sztamę odkąd obaj trafili do Maluchów. Obaj chłopcy rozrabiają strasznie, wszędzie jest ich pełno i świetnie się razem bawią. Ostatnio zawiązali paczkę i rozrabiają już grupowo z raźną gromadką innych dzieci. Właściwie tylko Panie Przedszkolanki notorycznie mają jakieś uwagi – bo biegają, śmieją się, psocą i inne takie – ale zarówno Rodzice Szymona, jak i ja wyznajemy zasadę, że Dzieci z Obrazka to tylko w Erze, zatem mało nas pociąga wizja wychowania cichutkiego chłopczyka tkwiącego w kątku i czeszącego dywan w ramach porządków. Zdecydowanie wolimy naszych szczęśliwych i nie zawsze grzecznych młodych mężczyzn. Zresztą, zachowują się identycznie jak my w ich wieku, a jak widać przeżyliśmy zarówno my oraz nasi rodzice jak i reszta świata.

Na urodzinach u Szymona było głośno, kolorowo i radośnie. Dzieciaki pokwikując ochoczo biegały po specjalnie wynajętym na tę okoliczność lokalu, buszowały w basenie z piłeczkami, zjeżdżały na zjeżdżalniach, urządzały wojnę na poduchy i generalnie rzecz ujmując miały szczery zamiar rozebrać wzmiankowany lokal do gołej cegły i roznieść w pył. Na szczęście oraz ku nieukrywanej uldze Pań obsługujących imprezę i doglądających trzódki, w porę oczom rozentuzjazmowanej młodzieży ukazał się czerwony tort w kształcie ZygZaka McQueena. Cała pięcioletnia banda z oczyma wielkimi jak spodki bacznie obserwowała każdy moment krojenia słodkiego idola z kreskówki i rozgłośnie domagała się to koła z marcepanu i czekolady, to znów przedniej szyby, czy bagażnika. Dalej już było z górki.

Mnie dostało się w spadku koło i fragment karoserii. Pychota.

Tymczasem, podczas przyjaznej i niezobowiązującej konwersacji z pozostałymi na placu boku Rodzicami, od słowa do słowa przeszłyśmy z Mamą Szymona najpierw na ty, a później na temat mojego usilnego poszukiwania nowego adresu. Okazało się, że zupełnym przypadkiem Dziadek Szymona chciał sprzedać mieszkanie po swoich rodzicach jeszcze, ale właściwie to nie chciał, bo ma sentyment i wcale mu się z tym nie spieszy, za to bez sensu, by mieszkanie stało puste i choć dotychczas nie wynajmował go nikomu, bo nie chciał by mieszkał tam ktoś obcy, to jak się dowie, że my potrzebujemy, z pewnością zmieni zdanie. Już na drugi dzień miałam esemesa z numerem Dziadka Szymona i informacją, żeby dzwonić, bo mieszkanie na nas czeka.

Potem było oglądanie, szereg głębokich oddechów i właściwie to naprawdę trafił się nam los na loterii.

Mieszkanie jest piękne, widne i wysokie, czyli igorowe łóżko na antresoli również poczuje się w nim świetnie i wcale nie trzeba będzie mu skracać długich kończyn – łóżku, nie Igorowi. Z każdego okna jest widok na zieloność, w dodatku jedne okna wychodzą na plac zabaw i ten właśnie pokój wybrał sobie Lokator na swoją twierdzę. Nowe eM jest dokładnie dwa razy większe od tego, które wynajmujemy obecnie – ma trzy pokoje. Trzy pokoje, rozumiecie? TRZY. Sześdziesiąt metrów. Dla mnie to przestrzeń wręcz niewyobrażalna, kosmiczna. Normalnie będziemy chyba jeździć tam na rowerach i nawet PanKot dostanie swój pokój. I chociaż właściwie nic poza parkietem i kuchenką w tym lokalu nie ma, to i tak jesteśmy szczęśliwi. Zresztą koleżanka z pracy, z okazji remontu i zmiany wyposażenia, pozbywa się niedługo sędziwej acz sprawnej lodówki i właśnie zgłosiłam chęć by tego, wszak chłodnego ale z jakże pełnego innych walorów, 180-centrymetrowego przystojniaka marki Polar adoptować. Kto wie, może i pralka się znajdzie w okolicy albo jakiś materac, bądź krzesło czy kawałek stołu. Z nowej chaty jest w dodatku jeszcze bliżej do przedszkola, parku i wszystkiego co tak z Igo lubimy a koszty wynajmu będą zbliżone. Lądujemy tam od lipca a ja już nie mogę się doczekać, o Lokatorze to nawet nie wspomnę, bo gdyby mógł zamieszkałby już w piaskownicy pod swoim całkiem nowym oknem.

No i nie byłabym sobą gdybym na koniec nie wspomniała, że będziemy tam mieszkać w zestawie powiększonym. I bynajmniej nie o paprotkę się tu rozchodzi. Wszystko fajnie, tylko tabliczkę z drzwi muszę przeprogramować na "Bajtki małe dwa + 1" a nie mam czarnego pisaka :)

No. To by było na tyle w tym odcinku. Proszę nie regulować odbiorników. Cd pewnie n.

I oddaliła się chichocząc w nieznanym nawet sobie kierunku…

Przerywnik muzyczny | 2010/05/21 |

Najbliższy koncert Chóru Akademickiego Politechniki Warszawskiej odbędzie się 23 maja 2010 roku o godzinie 19.30 w Kościele Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny ul. Przyrynek 2.

Wspólnie z orkiestrą Szkoły Muzycznej nr 1 w Warszawie wykonamy Requiem Johna Ruttera. Zadyryguje nami Narciso Perera Antúnez.

Koncert odbędzie się w ramach XII Spotkań Chórów Warszawskich CANTATE DOMINO.

Wstęp wolny.
Serdecznie zapraszamy!

Aaaa!!! | 2010/05/17 |

Czy wspominałam już, że moje życie przypomina telenowelę?
Ale taką trzymającą w napięciu, czyli raczej nie "Moda na sukces" a skrzyżowanie "Flash Forward" z "Dexterem".

Nagle wprawdzie okazuje się, że Richardo jest kobietą i o tym zapomniał bo przed laty miał czołowe zderzenie z ciągnikiem, zmienił płeć, stracił pamięć i ocknął się już z szetlandem na klacie… a Antonio jest właściwie dla swojej nieślubnej córki stryjecznym dziadkiem oraz ma na sumieniu napad na zakon Karmelitów Bosych w celach rabunkowo-abstrakcyjnych… ale finalnie i tak jest "wtem", wszyscy lądują w jednym ciemnym, ciasnym, dusznym pomieszczeniu, gdzie coś podejrzanie a przenikliwie pipa i czekają na bum albo opcjonalnie na inne odgłosy.

Wspominałam?
Nie?

Hmmm.
No to właśnie wspominam! :)

Oddycham do torebki, oddycham do torebki, oddycham do torebki…

Chwilowo przeszedł mi wiosenny nastrój. Wybitnie.

Na warsztatach, na które wyjechałam z chórem do Wilgi, było okrutnie zimno i deszczowo, zatem prawdopodobnie temu mogę zawdzięczać postępującą w galopującym tempie anginę. Mam w gardle cały Teksas ze wszystkimi kaktusami prerii i Lucky Luckiem w ostrogach. Wszystko smakuje jednakową tekturą – przynajmniej tak jak przypuszczam smakuje tektura – a głos mam niczym kokota w rococo i to mocno o czwartej nad ranem.

Nie wiem jak to zrobię ale 23 maja mamy koncert i planuję na nim zaśpiewać. Do tego czasu będę prawdopodobnie przechodzić mutację, również charakterologiczną, gdyż aktualnie oscyluję pomiędzy kwiatem lotosu na tafli jeziora a wściekłą wiewiórką skrzyżowaną z rotweilerem. A we wkurwie do setki rozpędzam sie w trzy sekundy.

Wszystko to jednak nie stanowi większego problemu w moim – jak dotychczas sądziłam – względnie uporządkowanym świecie.

Zdecydowanie kluczowym problemem jest obecnie widmo spania w namiocie na dowolnie wybranym trawniku bądź, opcjonalnie, zasiedlenie arkad któregoś z mostów, bo w Mamutowie od dawna planowany remont właśnie się rozpoczął i nie ma co myśleć o powrocie tam w jakimkolwiek innym niż worek cementu charakterze. Właściciele mieszkania, które wynajmuję, muszą je pilnie odzyskać i w związku ze związkiem mam dwa miesiące na znalezienie nowego adresu. Pod koniec czerwca muszę oddać klucze i powiedzieć bezpowrotnie adieu tym dość kolorowym, blisko pięcioletnim wspomnieniom.

Najbardziej przeżywa wszystko Lokator, który ma tu nieopodal swoje ukochane przedszkole, swoich najfajniejszych kumpli, swój ulubiony park i swoje wszystko, ale i mnie łatwo nie jest, bo najgorsze jest przecież nie wiedzieć co będzie a niestety teraz nie wiem. I nie potrafię udawać, że jest w porządku oraz uśmiech numer pięć – kostium superbohatera przetarł mi się na szwach. Bo najłatwiej jest powiedzieć, że przecież to było do przewidzenia skoro się wynajmuje i że nie wolno się przyzwyczajać. Nieco trudniej niestety spakować wszystko w karton i pójść nigdziebądź.

Szukamy więc nowego adresu, na razie na Woli, bo byłoby najlepiej ograniczyć zmiany do absolutnego minimum – nie wyobrażam sobie trochę ponownego starania się o przyjęcie Igo do przedszkola – ale już widzę, że łatwo nie będzie…

Gdyby ktoś, coś – piszcie proszę na pasztetowa_raz@gazeta.pl


  • RSS