Wpisy z okresu: 6.2010

Uwaga, pisze się | 2010/06/25 |

No dobra, bez jaj – powiedział struś z atakiem czkawki na betonie.

Stwierdziłam, że chyba najwyższa pora napisać coś zanim mnie Szanowne Czytelnictwo pochowa i zasadzi kwiatki. Otóż nie jest prawdą, że wyrzekłam się bloga albo mam Was, drodzy Czytacze w różnych dziwnych miejscach. W różnych dziwnych miejscach mam jak się bowiem okazuje na przykład klucz do piwnicy, albo zapas baterii alkalicznych 1,5V dla pułku wojska i ich wyczerpanych latarek, albo miecz świetlny made by ChRL prawie jak Jedi, ale z pewnością nie Was.

Aktualnie w planach mam niezwykle ekscytujący weekend w trzech aktach. Czarownie jak w mięsnym po prostu.

Akt pierwszy – zapełnianie kartonów.
Występują: nieziemski pierdolnik, ja i wszechświat z tektury.

Człowiek dramatycznie obrasta w przedmioty. Najczęściej całkowicie zbędne, ale o tym przekonujemy się dopiero przy okazji zmiany domku ślimaka albo zalania łazienki przez sąsiadów. Nagle okazuje się, że mamy rzeczy, o których istnienie nie dość, że podejrzewaliśmy samych siebie, to jeszcze inny nigdy by nas nie podejrzewali. Dla przykładu – ja i druty do robótek ręcznych. Niezły dowcip jak pragnę podskoczyć. Owszem w ramach planów mordu mogłabym sobie takie druty w ramach narzędzia zbrodni zwizualizować, ale z pewnością nie umiałbym z nich udziergać czegokolwiek. I oczywiście nie mam pojęcia skąd się wzięły. Jeśli więc ktoś kojarzy, że mógł u mnie zostawić – nie wiem, może planowaliśmy akurat obrzędy voodoo? – to zachęcam do odbioru. Tymczasem pieczołowicie zapełniam wolną przestrzeń piamidą tekturowych prostokątów, opisuję i oklejam wszystko taśmą. W tym amoku prawie spakowałam PanKota i Lokatora… do jednego kartonu… a przecież to oczywiste, że powinnam do oddzielnych.

Akt drugi – opróżnianie kartonów.
Występują: obłęd i labilność emocjonalna.

Póki co nie chcę o tym myśleć. Ale z pewnością będzie wesoło. Należę bowiem do tego paskudnego gatunku osób, które pakują się z wyraźnym bólem i wstrętem, a rozpakowują z jeszcze gorszym. Potrafiłam wrócić z podróży, poprać co trzeba i resztę zostawić w torbie czy walizce nawet do następnego wyjazdu. Taki dyżurny bagaż podręczny, w sam raz dla logistycznych niechciejów. Teraz czeka mnie jeszcze oprócz opcji: wyładunek nadanie tym wszystkim przedmiotom całkiem nowej lokalizacji. A to przecież okropne, bo niby skąd mam wiedzieć czy górna półka szafy w przedpokoju to będzie dobre miejsce dla odkurzacza? Jak mi się na tym czasoprzestrzeń nie zakrzywi i nie ucieknę z wrzaskiem to będzie sukces. W razie totalnej klęski decyzyjnej ułożę wszystko na środku, podpalę i pośpiewamy przy ognisku.

Akt trzeci – jazda figurowa na szmacie.
Występują: głównie brzydkie wyrazy.

Tu zdecydowanie bardziej od opisów przyda się minuta ciszy. Kto przeżył, ten zrozumie. Będę po tym dochodzić do siebie co najmniej tydzień i niewykluczone, że jedyne, do czego dojdę, to wniosek o votum nieufności dla Pronto Przeciw Kurzowi. Tyle.

Do tego lodówkę mamy u jednego znajomego, stół i krzesła takoż, łóżko Igo i wściekle ciężką komodę nadal w starym mieszkaniu, materac jeszcze w sklepie, inne rzeczy w sferze wyobrażeń a pralki wcale.

Droga Kasiu, czy pranie na tarze może być fascynujące i pełne przygód?

No co, szukam plusów, bo włączył mi się marud-panikarz. Nie wiem, może zostanę amiszką i będę uśmiechać się łagodnie a głupkowato oraz nucić przy haftach na tamborku? Taa… chyba kurde pod wąsem. Aaaaaa!!! Help! ახმარება! Apua! मदद करो! Ndihmë! Bantuan! مساعدة! Hjælp! Ayuda! Βοήθεια! Tulong! Msaada! Помош! Marzę o chwili katatonii w jakimś klaustrofobicznym kątku. Czy jest na sali schowek na szczotki?

I poszła robić czystkę etniczną w hałdzie z zabawkami…

Mili moi, komentarze pod notką o mieszkaniu zwaliły mnie z nóg i przytrzymały w przykucu dobry kwadrans. Zwłaszcza przypuszczenia o mojej zmianie orientacji albo o Dziadku. Wprawdzie w ciągu naszego długoletniego związku z Halutą zdarzało nam się w niektórych głowach z bliższego lub dalszego otoczenia występować jako para, ale tych z Państwa, którzy oczekują sensacji na tym gruncie, muszę zmartwić – nasz biały związek nigdy nie został skonsumowany i nawet w stanie najwyższego upojenia alkoholowego nasze zamiłowanie do płci przeciwnej było niezachwiane… w przeciwnieństwie do nas samych. Ale dawne to dzieje, gdyż ponieważ albowiem obecnie obie jesteśmy starsze, mądrzejsze i wiemy, że czasami ruch obrotowy naszej ukochanej planety jest wyczuwalny dopiero po zmianie pozycji z siedzącej na stojącą.

No ale wróćmy bo mam sygnały, że niektórzy ogryźli paznokcie do łokci i zabierają się za stołowe nogi.

Plus Jeden wspomniany i zapowiedziany jako nowy uczestnik imprezy zwanej Życiem to mężczyzna. Zdecydowanie i niewątpliwie pełnoletni, dość równo zważony, inteligentny, z poczuciem humoru w stylu, który lubię najbardziej, bez obciążeń charakterologicznych i personalnych w postaci byłej bądź obecnej Żony, gromadki Dzieci, psa, kota, kanarka, uzależnionej od pomocnej dłoni czy innej części ciała sąsiadki i ogólnie rzecz ujmując w porządku. Nie ma tendencji psychotycznych, nie morduje przygodnie napotkanych staruszek w bramach kamienic, nie obnaża się w przyklasztornym parku i nawet nie zbiera obciętych paznokci do słoika na parapecie. Wprawdzie kiedyś zarzucałam mu patologiczny związek z Matką, ale chwilowo i wyraźnie w celach przekomarzająco-drażniących. Jest normalny i ma coś co zawsze było mi bardzo potrzebne by poczuć się dobrze – spokój. Dla mnie, rasowego choleryka z rodowodem i miliardem stłuczonych talerzy czy trzaskających drzwi na koncie, to prawdziwa nowość ale i konieczność by móc w ogóle ze mną wytrzymać. A Plus Jeden proszę, nie dość, że wytrzymuje, to jeszcze wydaje się być całkowicie z takiego obrotu spraw zadowolony i niejednokrotnie sam z własnej, nieprzymuszonej woli to potwierdza a nawet ostrzega, że zamierza wytrzymywać dalej. A najfajniejsze jest to, że właściwie to jest w moim i Igora życiu od bardzo dawna, choć przyznaję, dopiero od kilku miesięcy w nieco zmienionym i zdecydowanie bliższym charakterze.

Z Plus Jednym znamy się jakieś osiem lat. Poznaliśmy się na urodzinach kolegi Katy, na który to jubel mnie owa Kata wyciągnęła i właściwie od razu staliśmy się dobrymi kumplami – zawsze mieliśmy podobne poglądy, podejście do większości spraw, zainteresowania, słuchaliśmy tej samej muzyki i tylko ja nigdy nie pomyślałam, że coś z tego mogłoby być. Bo On jak się okazuje pomyślał. Mało tego, że pomyślał, to jeszcze podobno wielokrotnie próbował się ze mną umówić, tylko ja oczywiście jak na złość niczego nie zauważałam, bo otóż Plus Jeden przez te wszystkie lata się we mnie kochał. Bardzo i nieodwołalnie. Zakochał się – jak twierdzi – w ciągu kilkunastu minut i tak Mu zostało. Zakochał się kiedy odwoził Katę i mnie do domów, do Katy było bliżej, więc siłą rzeczy potem byliśmy skazani na swoje towarzystwo, zaczęliśmy rozmawiać, ot tak po prostu o życiu, mniejszych i większych pierdołach, jakichś tam przemyśleniach. I tyle. Dla mnie był kolegą, potem kumplem, z czasem stał się przyjacielem, ale nigdy nie myślałam o nim w kategorii bycia z. Po prostu otwierały nam się różne zapadki – mnie ta przyjacielska, która automatycznie zablokowała wszelkie inne. Nawet mój numer telefonu musiał zdobyć od Katy. Najpierw nie odbierałam, bo taki mam zwyczaj, że raczej nie odbieram połączeń z właścicielami numerów, których nie znam. Potem owszem, fajnie nam się rozmawiało i umawialiśmy się w jakimś większym gronie to do kina, to na koncerty, na koncertach to nawet wielu byliśmy razem, ale wszelkie próby umówienia się ze mną podobno wyglądały tak samo – odpowiadałam, że świetny pomysł i kiedyś oczywiście, ale teraz nie mam czasu, zaganiana jestem i ogólnie jutro. To "jutro" do dziś przyprawia nas o rechot.

Plus Jeden odkąd pamiętam zawsze chętnie mi pomagał, gdy było mi źle, wpraszał się na herbatę i próbował mnie rozweselić, podrzucał płyty z fajną muzyką i dobre filmy, przychodził na koncerty chóru choć muzykę chóralną to on wcześniej nieszczególnie i raczej lewym zębem, odwiedzał mnie w kolejnych szpitalach, gdy do nich trafiałam i ze zmartwioną miną dowcipkował o tym, że znów podrywam lekarzy. Pocieszał, gdy Pablos po latach przyjaźni zniknął z naszego życia, przynosił pieluchy zamiast tulipanów na Dzień Kobiet i robił mi zakupy żebym jadła cokolwiek kiedy Nowy powiedział adieu a ja głównie płakałam i nie wstawałam z łóżka. Twierdzi, że podobałam Mu się zawsze – gdy mnie poznał, gdy zachorowałam, gdy wypadły mi włosy i byłam łysa jak kolano, gdy spuchnięta od łez przypominałam bardziej królika albinosa niż kobietę i gdy chlipałam mu w rękaw, gdy byłam w ciąży i nawet gdy odwiedził mnie następnego dnia po tym jak urodziłam Igora i wyglądałam jak upiór zmiksowany z całą operą. I zawsze chciał ze mną być, tylko u mnie stale było "tak, tak, świetny pomysł… jutro". Oczywiście, że próbował ułożyć sobie życie beze mnie. Wyjechał na Mazury, miał kogoś, mieszkali razem, ale nie wyszło. Nie chciał oszukiwać ani Jej ani siebie, to nie mialo sensu. Bo – jak powiedział mi wreszcie wyznając całą prawdę po tylu latach – nie było dnia by o mnie nie myślał. Twierdzi, uparcie odpierając moje nieustające niepokoje, lęki i
wątpliwości, że jestem kobietą Jego życia i dopiero teraz jest
szczęśliwy. Jest też absolutnie zakochany w Lokatorze, ale w końcu zna
Go od etapu fasoli. W ogóle chłopaki mają ze sobą tak świetny kontakt,
że dech mi czasem zapiera. Igor chwilami świata poza Nim nie widzi.
Nawet PanKot zaakceptował Plus Jednego i łasi się jakby ten mieszkał z
nami od lat – niestety akurat to uczucie jest jednostronne z uwagi na
alergię, ale obaj dzielnie sobie radzą i chyba nawet PanKot pogodził się
już z tym, że nie wszyscy w tym uroczym zakątku będą go nieustannie
miziać za uchem i nosić na szyi w charakterze etoli.

Plus Jeden zawsze był, a teraz po prostu stał się bardziej i bliżej. Pewnego wieczoru po prostu coś w nim pękło i wszystko mi opowiedział – mówił i mówił (normalnie do dziś śmieję się, że nigdy nie powiedział tyle na raz bez przerwy na sen) a ja miałam oczy coraz bardziej okrągłe ze zdziwienia i z przerażenia. Oboje zdaliśmy sobie chyba wtedy sprawę, że po tej rozmowie nic nie będzie takie jak przedtem, że możemy nigdy więcej już się zobaczyć i nie usłyszeć i to może być właśnie koniec naszej fajnej przyjaźni. Poprosił o szansę, o to bym Mu zaufała a On zajmie się resztą, a ja pamiętam, że pomyślałam, że to się nie dzieje naprawdę i takie rzeczy to się opisuje w książkach a nie przeżywa w prawdziwym życiu pomiędzy klopsem a czytaniem Dziecku bajki na dobranoc. No ale przecież zawsze miałam skłonności do ryzyka i sprawdzania co jest za rogiem, nie byłabym więc sobą gdybym nie zjechała z tej zjeżdżalni bez trzymanki, bo im bardziej nieprawdopodobne i absurdalne, tym bardziej moje.

Jest inaczej ale nie straciłam przyjaciela – mam Go nadal a dodatkowo zyskałam kogoś, z kim mogę podzielić smutek i pomnożyć radość. Mieszkamy razem kilku miesięcy. Nie wspominałam, wiem… ale jakoś wolałam poczekać, nie zapeszać, pooddychać sobie spokojnie do tej torebki, upewnić się, że naprawdę tego chcę. Od jakiegoś czasu Igor mówi do Niego i o Nim Tato – to był całkowicie lokatorski pomysł a jednocześnie niesamowicie przemyślana i pierwsza poważna decyzja tego Młodego Człowieka. My oboje dość długo byliśmy w szoku. Któregoś dnia Igo po prostu zapytał: – "Mogę mówić do Ciebie Tato?" a mnie zatkało. Po chwili ogólnego oszołomienia Plus Jeden odparł: – "Pewnie" i potem dodał, że będzie Mu bardzo miło tatować takiemu fajnemu chłopczykowi. Od tamtej pory Panowie trzymają sztamę – wychodzą razem na rower, pograć w piłkę czy porozmawiać o niesłychanie ważnych sprawach, budują tory wyścigowe dla resoraków, urządzają wieczorami łazienkowe bitwy przy użyciu ludzików z Danonków (zwanych Legolasami) i wyjaśniają sobie nawzajem dlaczego Mama jest Najfajniejszą Mamą na Świecie – a ja pielęgnuję całą kolekcję bardzo szerokich uśmiechów i czasem macham sobie nóżką, bo lubię.

Jest super. Jest normalnie. Jest dobrze. I mnie i nam. A w bonusie Igor dostał Drugą Babcię, która za Nim szaleje i absolutnie ubóstwia oraz ostatnio powiedziała mi jak bardzo jest szczęśliwa, że pojawiliśmy się w ich życiu, bo przynosimy wszystkim mnóstwo radości.

Lubię swoje szalone i totalnie nieprzewidywalne życie. Bywa trudne i męczące, ale nie zamieniłabym go na inne. Bo tylko to jest naprawdę moje. Cieszę się nim i czerpię garściami ile zdołam unieść. Upycham po kieszeniach i gdy mam gorszy dzień, zaglądam, przesypuję wspomnienia między palcami jak piasek z piaskownicy, którą zrobił dla mnie mój Tato, gdy byłam w wieku Igo. Kąciki ust same się wtedy unoszą do uśmiechu. I teraz też pomimo tego, że nie wiem co za rogiem oraz co będzie w następnym odcinku tej mojej telenoweli, lubię ten stan.


  • RSS