Wpisy z okresu: 7.2010

26 lipca | 2010/07/26 |

Wszystkim Annom, Aniom, Aneczkom, Anulom i Andziom a nawet Ankom życzę spełnienia marzeń oraz całej masy powodów do radości a sobie tych nieustających motyli w brzuchu i żebym zawsze o tym, że jest dobrze pamiętała.

No, to dziś przyjmuję życzenia a składać wyjaśnienia i kontynuować opowieści wakacyjne będę później :)

Wróciłam oraz wróciliśmy. W ogóle wszyscy wrócili i to na raz. W niedzielę na wszystkich drogach prowadzących do Warszawy można było śmiało rozegrać światowe rozgrywki w budowaniu wież z kart do gry – nic się nie ruszało. Niektórzy kierowcy nawet przestali mrugać, żeby czasem nie przegapić tego wyjątkowego ułamka sekundy, w którym to będzie można musnąć pedał gazu by zaraz później znów przyglądać się z ponurą miną zderzakowi sąsiada. Ale my byliśmy dzielni – nic w korku dziwnego nie widzieliśmy, nie trąbiliśmy bez sensu na powietrze, nie wściekaliśmy się, po prostu zen – w końcu co może być w piękny letni koniec weekendu jak nie sznur samochodów i masa ludzi. Zdziwiłabym się gdyby było pusto. Hal odstawiliśmy elegancko wcześniej na stację bo chciała być jak najwcześniej w domu a potem meldowała z pociągu, że parametry ludzkie w PKP też osiągnęły zenit i za chwilę eksplodują bo wszędzie jest wszyskich pełno a ludzie siedzą na sobie. U nas przynajmniej nic się nie działo. Pełne, okrągłe i wysmażone na oleju silnikowym nic. W pewnym momencie nawet dość wyraźnie zaobserwowałam ruch obrotowy Ziemi ale zaraz potem sznur aut przesunął się o dwa milimetry i z radości straciłam wątek a razem z nim obserwacyjne zacięcie.

Koniec końców dojechaliśmy do domu, przeczekaliśmy spektakl oburzonego tak długą naszą absencją PanKota, wymaćkaliśmy i wygłaskaliśmy co się dało aż foch ustał, oszacowaliśmy straty w postaci strąconego haniebnie z parapetu kwiatka, mojej szczotki do włosów oraz ogryzienia drewnianego aniołka z przedpokoju do gołego skrzydła. Następnie jako zwyrodniałe potwory a nie rodzice, przy wtórze piekielnych wrzasków, zmyliśmy z Lokatora ochronną warstwę brudu, którą to wzmiankowany pieczołowicie a z mozołem zdobywał i gromadził przez calutki dzień oraz na domiar złego wbiliśmy Go w piżamę, co już w ogóle było okrucieństwem najwyższych lotów i… o zgrozo… położyliśmy spać. Zadziwił mnie doprawdy brak brygady antyterrorystycznej zawezwanej przez zaniepokojonych sąsiadów i ośrodek pomocy społecznej. Poza tym to złote Dziecko i naprawdę jestem pod wrażeniem, że tylko na koniec wycieczki dał wyraz zmęczeniu swemu, gdyż ja tyle razy miałam ochotę grabić, mordować i przegryzać tętnice przygodnie napotkanym rodakom, że aby to rozsądnie policzyć, musiałabym zastosować jakieś miłe równanko. Generalnie rzecz ujmując w podóży nieziemsko pragnęłam czołgu, walca, bazuki i drinka z palemką – w kolejności dowolnej.

Umarłam gdzieś w drodze do poduszki.

Torby leżą odłogiem. Rozpakuję jak zejdzie mi opalenizna i przestanę się kretyńsko uśmiechać. Albo i nie. W końcu w sierpniu wybieramy się z chórem na warsztaty to może akurat się przyda. W końcu takie spakowane i gotowe bagaże dla osoby, która organicznie nie znosi się pakować i rozpakowywać to gratka nie lada. Nieprawdaż?

No a potem to już było rano i zmasakrował mnie atak budzika na płat skroniowy. Niniejszym skończyło się rumakowanie i trzeba iść do pracy. Mrucząc pod nosem "jeszcze się hrabina ponajeżdża" przywdziałam kiecę wew kwiaty, namalowałam sobie oko i drugie nawet, wskoczyłam w obcasy i grzecznie z laptopikiem biurwować marsz. Myśl tę przywitałam szorstko i bez wyraźnego entuzjazmu, ale w końcu po tylu dniach spędzonych na dmuchanym krokodylu podczas podglądania rybek w wodzie czystej jak szaleństwo można odczuwać pewien dyskomfort wracając do codziennych zajęć i szarej rzeczywistości. Poziom endorfin musi wrócić do normy i wymieszać się z poziomem zwyczajowego rozdrażnienia ale zanim to nastąpi chwilami można dostać pierdolca. Z przytupem.

Kategorycznie domagam się pourlopowego okresu ochronnego. Pierwszy dzień po urlopie w pracy i do tego jeszcze poniedziałek to podwójny koszmar w ciapki. Zanim odgrzebałam się z e-maili już zapomniałam, że przez ostatnie dwa tygodnie o tej porze dnia akurat jedynym moim zmartwieniem był dramatyczny wybór: kąpiel w jeziorze i wylegiwanie się na rozgrzanym w słońcu pomoście, wycieczka rowerem przez las czy też może arbuzowy tymbark w barze na wzgórzu? Hmmm… No cóż. Nawet najwspanialsze wakacje kiedyś się kończą, ale na szczęście mam masę fantastycznych wspomnień i baterie naładowane pozytywną energią. Odnawialną i z łupków bo to teraz trendi. Mam całkiem jasne od słońca włosy i myśli, mam całe stado zupełnie nowych piegów wszędzie, mam dwie wciągające książki zaczęte i czytam po równo każdej bo nie mogę się zdecydować, którą skończyć najpierw, mam też bardzo dużo powodów do uśmiechu. No i mam Wam też sporo do opisania, żeby nie było :)

Na deser przed obiadem zagadka:
Co robi facet z bukietem róż w przeraźliwie upalną sobotę w okolicach trzynastej na plaży w Danowskich po spędzeniu całej nocy i kawałka dnia w podróży autem bez klimatyzacji?

Znalazłam świetny sposób na koszmar z pakowaniem i rozpakowywaniem rozmaitych dóbr mniej lub bardziej osobistych. Chcecie wiedzieć jaki? Ha! Urlop, urlopik, urlopuńcio. Po prostu zamiast zawartość kartonów upchnąć na półkach, pawlaczach, w szafie i w komodzie oraz jeździć na szmacie i myć okna, część rozparcelowałam a część załadowałam do podróżnych toreb i – pozostawiwszy PanKota w opiekuńczych rękach Brata Karmiciela – zakrzyknęłam: komu let’s temu go!

Aktualnie właśnie siedzę w przedziale z Halutą, Miętkiem – psem Haluty oraz Zakonnicą i macham nóżką. Pociąg się kołysze, Miętuś i Jego Pani ucinają sobie kulturalnego komara, Zakonnica w sumie też, koła miarowo turkocą sobie po szynach a ja przyglądam się przez okno jakie śliczne mamy lato. Czarownie jak w mordę strzelił. Panowie jadą sobie oddzialnie, samochodem, gdyż auto Plus Jeden posiada jedynie trzyosobowe a nas jest jakby nadkomplet, ale wcale nie marudzimy z Hal z tego powodu. O nie, nie, wręcz przeciwnie. Z pełną premedytacją możemy gawędzić na tematy wszelakie i rozwiązywać krzyżówki a żaden Młodzian nie ogłasza publicznie swoich potrzeb i nie kwęka, że nudno, że za mało wziął resoraków i że Pan Król jest w sumie fajniejszy niż Zygzak McQueen bo ma spojler. Czyli jest absolutnie i niezaprzeczalnie BOSKO! :)

Za pół godziny będziemy w Augustowie a stamtąd już kurs na Danowskie i wielka dwutygodniowa laba. Będę kąpać się w jeziorze, leżeć na pomoście, czytać książki, piec ziemniory w ognisku, śpiewać z Halutą do późnej nocy pod gwiazdami, jeść sieję w barze, jeździć na rowerach i grać w piłę. Albo będę robić wielkie obrzydliwie upragnione nic. W każdym razie z pewnością będę robić to, na co akurat będę miała ochotę, podobnie jak Lokator i reszta wycieczki – i to jest właśnie w tym wszystkim najlepsze.

Uszanowania Państwu oraz do zobaczenia wkrótce, gdyż zamierzam wreszcie odpajęczyć Radziecki Termos i częściej go odkręcać w celach konsumpcyjno-poznawczych.

Wracam do machania nóżką i okiennej ekspozycji :)


  • RSS