Wpisy z okresu: 8.2010

Powrotność | 2010/08/31 |

Wróciliśmy. Znad ciepłego Adriatyku i upalnego Zadaru wprost w sam środek jesiennej pluchy. Kto zamawiał taką pogodę? Przyznać się. Sierpień, nawet kończący się, kojarzył mi się zawsze z miłą, słoneczną aurą, rowerowaniem po lesie i bieganiem w szortach i krótkim rękawku. Tymczasem to co widzę za oknem przyprawia mnie o dreszcze. Nie wiem, może ktoś gdzieś się pomylił i skrócił nam rok przechodząc płynnie do późnego października? Uprasza się o oddanie sierpnia i poważne podejście do września. Ja sobie jeszcze nie życzę jesieni. Mam jeszcze taką ładną opaleniznę do zaprezentowania. No, to jakby co czekam. Nawet nóżką nie macham bo od tego wcale nie jest cieplej. Najchętniej zaszyłabym się teraz pod puchatym kocem i poprosiła o pobudkę jak wszystko wróci już do normy.

Pogoda marna, nastroje chwiejne i ponurość ogólna, Haluta struta i nawet nie daje się nigdzie wyciągnąć, Lokator siąka nosem i nawet PanKot jakiś niemrawy. Czy ktoś to kontroluje? Bo na serio mam dość i kategorycznie domagam się powrotu lata. Natentychmiast.

Z wieści domowych.

Wyjeżdżałam w samym środku domowej apokalipsy. Klasycznie punkt ósma wkroczyli Panowie z Wiertłami i rozborowali wszystko co w miarę stabilnie i samodzielnie stało. Przezornie czmychnęłam do pracy mówiąc Panom "bry" i "dzenia" oraz pozostawiając na posterunku Plus Jednego z Lokatorem. W okolicach obiadu odebrałam wiadomość mms o tytule "U nas wszystko super" z obrazem naszej łazienki, który bliższy był zdecydowanie obrazowi nędzy, rozpaczy niż pomieszczenia, które zapamiętałam. Po pracy zaś wraz z Lokatorem pojechaliśmy na wakacje. Plus Jeden został z tym wszystkim sam i przyznam szczerze, że wracając miałam mocno mieszane uczucia w kwestii tego co zastanę w mieszkaniu. Zwłaszcza, że Panowie z Wiertłami malowniczo przebili się z łazienki do pokoju Młodego tworząc jakże uroczy podgląd wprost spod prysznica.

Tymczasem wróciłam a tu wszystko na miejscu i posprzątane i nawet okna umyte. "Nic tylko jeszcze przed ślubem znalazł sobie kochankę i trzeba Go będzie zabić oraz zakopać w lesie a jak na złość nie mam szpadelka" – pomyślałam obmyślając skrycie coraz wymyślniejsze tortury. Okazało się jednak, że to nie kochanka tylkopolecona przez przyszłą teściową Pani wspomogła program odzyskiwania ukrytego pod toną pyłu metrażu i zręcznie zajęła się sprzątaniem. Przyznam szczerze, że w chałupie błysk. Tak to można z wakacji wracać, czemu nie.

Jedyną kwestią pozostającą w sferze zagadek nie do rozwiązania była… woda. Tak, znowu woda – jakieś fatum chyba na serio. W poprzednim wcieleniu byłam Wodnikiem Szuwarkiem i marnowałam hektolitry na beztroskie się_pluskanie czy jak?

Otóż Pan Hydraulik działający w naszym domu najwyraźniej był z plakatu i znał się na swojej robocie tak jak ja na chińskim balecie, czyli wcale. W efekcie Jego śmiałych poczynań cały pion w bloku miał zamienioną ciepłą wodę z zimną i niby nic z tym strasznego ani upierdliwego, ale gdy dodamy do tego niemożność uruchomienia pralki, która po powrocie z wakacji zazwyczaj bardzo ale to bardzo jest przydatna, albo ledwie ciurkającą wodę pod prysznicem, to nagle robi się z tego ciut większe halo. Z ciekawostek – mieliśmy przez kilka dni ciepłą wodę w sedesie. Tak właśnie, w sedesie. Taka nowa moda – gorące bicze w porcelanie. Na bogato, kurka siwa, nie ma co. Chwilowo wszystko wróciło do normy ale już zastanawiamy się co jeszcze nas czeka w najbliższej przyszłości. Zasuszona mumia w szafie? Rezerwat czapli siwej pod klepką? A może zestaw sublokatorów na pawlaczu? W całym tym remontowym rozgardiaszu kwestia ślubu to pikuś. Pan Pikuś.

No bo co? Obrączki odebrane, zaproszenia w druku, knajpa na obiad dla najbliższych zarezerwowana, sukienka po Mamucie na wieszaku w szafie, fryzjerka Jola umówiona. Pora poszukać czegoś dla Lokatora no i może jakieś buty by się przydały, bo w sumie w japonkach mogłoby mi być z lekka przewiewnie zbyt. Idę się pozaprzyjaźniać z Allegro.

Praha | 2010/08/20 |

Ahoj!

Pozdrawiamy z Pragi :)
Bajtki małe dwa

—————————————————————————

Prihrazy były głównie deszczowe. Okolice przepiękne i widok z łóżka na skalne urwiska, ponad którymi unosi się mgła – bezcenny. Ale brak ciepłej wody i jedzenia, które dałoby się zjeść bez dodatkowej motywacji, oraz nieustająca wilgoć w powietrzu to trochę za dużo cennych wrażeń jak na te kilka dni. We środę zawitaliśmy do Pragi i głównie wędrujemy. Jest tu tyle ciekawych miejsc i fascynujących ulic z niesamowitym klimatem i historiami, które same się piszą w głowie, że ciągle mamy oczy i usta szeroko otwarte to w zachwycie to w zadziwieniu. Tylko turystów mogłoby być nieco mniej, bo na Starym Mieście można zostać stratowanym ;) Ale daliśmy radę. Jutro od rana praskich wędrówek ciąg dalszy – ruszamy do dziecięcego raju, jakim z pewnością jest Detsky Ostrov. Wieczorem zaś czeka nas podróż do Chorwacji. Bardzo jestem ciekawa, jakie niespodzianki niesie nam Zadar, bo w Pradze pierwszego wieczoru również w kranach mieliśmy orzeźwiający górski strumień a w toalecie było bardzo nastrojowo… gdyż nie działało oświetlenie. Na szczęście przyszedł Miły Pan z uśmiechem oraz z torbą pełną narzędzi i wszystko naprawił, ale już zaczęliśmy się zastanawiać czy to czasem nie jakaś klątwa.

Trzymajcie kciuki, żeby przynajmniej w Zadarze ciepła woda była od razu i najlepiej bez ograniczeń.
Jak widać czasami marzenia ograniczają się do bardzo prozaicznych spraw :)

Przerwa techniczna | 2010/08/13 |

W chałupie dziura na dziurze i w tym durszlaku już drugi dzień stado Panów z Wiertłami nadal radośnie zwiększa asortyment.

Grunt to mieć fart i po raz kolejny trafić na mieszkanie przed wymianą pionów, poziomów i innych rur wszelakich oraz kaloryferów. Nieźle co? Ale żeby nie było to właśnie pozostawiam dobytek wraz z całkiem nowym dizajnem pod opieką Plus Jednego, zabieram Lokatora i autokarem pełnym chórzystów i kompletów nut udajemy się na warsztaty do Czechochorwacji. Tak, tak – nazwa nieprzypadkowa, gdyż najpierw stacjonujemy w Prihrazach, potem nawiedzamy Pragę a finalnie lądujemy w Zadarze. Będziemy śpiewać, śpiewać i jeszcze raz imprezować a Młody przyswoi wszelkie naganne zachowania, jakich jeszcze nie wiedzieć jakim cudem nie zdołał wyłapać od autorki, w trybie maksymalnie przyspieszonym.

I nawet spakowałam się dzien wcześniej… albowiem z okazji Panów z Wiertłami wszyskie szafy, szafki i szudlady znalazły się pod folią w charakterze inspektów.

Wracamy za dwa tygodnie.

Trzymajcie się ciepło i tęsknijcie przynajmniej umiarkowanie ;)

Żar tropików lał się z nieba i przyklejaliśmy się do atmosfery niczym obcisłe szorty z lycry do musculus gluteus maximus naszego pracowego Kuriera Rowerzysty. W innych okolicznościach mogłoby to być wielce inspirującym doznaniem, wówczas jednak wszyscy razem i każde z nas z osobna skupiało się głównie na potrzebie odseparowania się od lepkiego, gęstego powietrza a następnie bezwładnego runięcia w chłodną i orzeźwiającą toń. Natentychmiast. Jezioro zatem wraz z pomostem i niewielką plażą były absolutnie najbardziej pożądanymi obiektami w promieniu kilku kilometrów.

Lokator był cudownie bezproblemowy gdyż gdyby tylko Mu na to pozwolić nie wychodziłby z wody wcale. W kółku z żółwiem, bądź też z pingwinem – opcjonalnie – i w dmuchanych rękawkach mógł spędzać długie godziny tropiąc podwodne szlaki ślimaków i małżowych rodzin. Od czasu do czasu dosiadaliśmy wspólnie nadmuchiwanego krokodyla, którym fantastycznie bawi się w wodną taksówkę, gdyż sporo pasażerów się na niej mieści i praktycznie nie trzeba tankować. Tylko szofer musiał od czasu do czasu przyjmować trochę płynów, gdyż powożenie dmuchanym krokodylem po kąpielisku z młodzieżą to arcyodpowiedzialne i niezwykle męczące zajęcie. A jak powszechnie wiadomo odpowiedzialność i zmęczenie wymagają zwielokrotnionego podlewania. Najchętniej oczywiście lekko schłodzonym tymbarkiem arbuzowym przyniesionym do rąk i ust własnych przez parę opiekuńczych nóg. W chwilach zmęczenia absolutnego operatora krokodyla, czyli mnie i bardzo bolesnego rozstania Lokatora z jeziorem, co choćby na chwilę nie jest prostym i łatwym do zrealizowania przedsięwzięciem logistycznym, do łask wracało wiaderko z łopatką, grabkami i zestawem wielofunkcyjnych foremek. Wtedy na brzegu podstawały zamki, skalne podmurówki, fosy i inne tyleż ciekawe co trudne do zidentyfikowania arcydzieła architektury bardzo współczesnej. Wtedy też Mamut, czyli ja, oddawał się całkowicie błogostanowi z krzyżóweczką, kocykiem i słoneczkiem przygrzewającym w plecy.

I tak mijały dni urlopu, było nam doskonale obojętne, która jest godzina, jaki mamy dzień tygodnia, albo kto kogo czym obrzucił telewizji. Życie było proste, lekkie i przyjemne a w barze nieopodal za niewielkie pieniądze można było najeść się do syta samych pyszności, opić po kokardę co tam kto lubi, doprawić lodzikiem i modlić się o szybkie trawienie albo lektykę – inaczej można było nie dodreptać do kwatery. A jeszcze jak się trafił na deser placek z owocami, to już w ogóle można było od razu prosić o wywóz taczką. No ale przecież nie od tego są wakacje by sobie czegokolwiek odmawiać, zwłaszcza jeśli to coś słodkiego, tuczącego i pobudzającego ślinianki jak waleriana kota sąsiadki. Trzeba wszak dbać o linię… żeby była gruba i wyraźna.

Były oczywiście jeszcze inne poza jedzeniem i opalaniem się aktywności. A jakże. Pewnego dnia wybraliśmy się nawet całą ekipą na rowery. Wszystko było fajnie i chęci w narodzie jawiły się olbrzymie, jednak w upale i zmęczeniu, spowodowanym olbrzymim skupieniem uwagi jednocześnie na pedałowaniu i trzymaniu się prawej strony szosy, część z nas przypomniała sobie, że właściwie to jest jeszcze mała i cznia wszystko w czapkę. A jak już sobie ta część przypomniała to rozbeczała się i to był koniec rowerowej wyprawy całej ekipy. Ujechaliśmy z Danowskich do Tobołowa i tyle. Potem były już tylko mniej lub bardziej odległe przejażdżki w dość przypadkowych podgrupach albo trasy indywidualne. No ale próba pokonania przez Młodego pierwszej samodzielnej szybkiej jazdy szosowej dzielnie została podjęta i w ogólnym rankingu liczy się na plus. Sądzę, że za rok będziemy już śmigać wszyscy razem a trasy będą już coraz dalsze i bardziej skomplikowane. Ja rowerowałam się bardzo mało gdyż za pierwszym razem parszywa łajza czyli giez ugryzł mnie boleśnie w łydkę a za drugim w kolano. Na trzeci raz szkoda mi było kończyn i wolałam się poskupiać na kontaminacjach i kontemplacjach pomostowych oraz podziwianiu łabędzich rodzin, które nawiedzały nas ochoczo w nadziei na spontaniczny poczęstunek i nastraszenie czyjegoś psa w razie braku tejże spontaniczności.

Z okolicznych zwięrząt zaprzyjaźniliśmy się także z Czesławem zwanym przeze mnie Czesławem Apiecionkiem (przepraszam Panie Czesławie, tak mi się wdrukowało i nie ma siły). Czesław to przecudnej urody koń. Koń ów stał sobie całkowicie zapomniany przez wyrodnego właściciela na ogołoconej przez siebie do cna łące, bez wody, w dramatycznym skwarze naprzemiennie z tnącym niemiłosiernie deszczem i właściwie pamiętam, że jak go zobaczyłam po raz pierwszy, przestawiał obraz nędzy i rozpaczy. Czesław mianowicie ledwie stał, słaniał się na nogach i głównie klęczał. Już nawet nie rżał, że jeść i że pić, bo chyba nie miał siły. Niewiele myśląc przepięliśmy go w inne, zielone miejsce łąki, nanieśliśmy wody, przynieśliśmy kilka marchewek oraz jabłek. Nazajutrz Czesław witał się z nami już a daleka, rżał donośnie, machał ogonem i w ogóle był nie do poznania a w trzy dni później mieliśmy już w nim oddanego kumpla. Dawał się głaskać po pysku i patrzył tymi swoimi pięknymi ślepiami tak, że az się serce ściskało… a z myślą o właścicielu same zaciskały nam się pięści. Przyjechał, owszem, przyjeżdżał raz na trzy czy cztery dni, przepinał konia trochę dalej i odjeżdżał z powrotem. Bardziej jak nam się zdawało przyjeżdżał po ziemniaki, które tam sobie obok uprawiał niż do zwierzęcia ale najwyraźniej koń jest na tyle duży, że Pan zauważał i sobie przypominał. Szkoda tylko, że ani razu nie przypomniał sobie o wodzie. A zaznaczam, że dzień w dzień temperatury były około trzydziestostopniowe. Żałuję, że nigdy nie natknęliśmy się na tegoż właściciela Czesława, gdyż mieliśmy mu bardzo dużo różnych wyrazów do przekazania. Ani jeden z tych wyrazów nie byłby wprawdzie wyrazem sympatii czy uznania, ale kilka mogłoby go choć trochę ocudzić a ze dwa to i może nawet przestraszyć. Niestety przybywał tak samo szybko jak i spierdalał. Inaczej tego nie nazwę, bo to najbardziej adekwatne określenie.

Z osobliwości różnych mieliśmy jeszcze towarzystwo. Towarzystwo było rozmaite, jak co roku i jak co roku poza tymi normalnymi, fajnymi, już właściwie znajomymi – bo się każdego lata widzimy, witamy i integrujemy – ludźmi, przyczaił się i przybył niestety nieobjęty granicami nie tak wąskiej ale jednak normy element buractwa absolutnego. Buractwo absolutne podróżuje z reguły stadami, na ogół wpada gdzieś na weekend i słychać je z daleka, gdyż wyznają zasadę instant. Zasada instant głosi, że absokurwalutnie należy wykorzystać te swoje wolne trzy dni do imentu a najlepiej zmieścić w nich całe dwa tygodnie i jeśli się tego nie zrobi to się umrze, zapadnie pod ziemię i nawet całe tabuny archeologów z przyszłości nie odkopią naszych szczątków. Więc baw się, baw ile wlezie, bo na urlopie jesteś! W myśl zasady instant należy być zatem tak głośnym by wszyscy w bliższej a także dalszej okolicy zazdrościli nam umiejętności wydobycia z siebie takiego natężenia decybeli, tak chamskim by wszystkim ewentualnym współurlopowiczom odechciało się współurlopowania i pozostawili okolicę tylko nam, mieć tak obrzydliwie rozpieszczone, hałaśliwe i rozbiegane po wszystkim potomstwo by całej populacji postronnych obserwatorów odechciało się choćby myśli o rozmnażaniu oraz – co czasem zdaje się być dla niektórych na takim przyspieszonym urlopie najważniejsze – wlać w siebie tyle oktanów alkoholu ile w najlepszego ziomala zmieściłoby się w te wspomniane dwa tygodnie. Powitaliśmy więc nasz taras oblegany całodobowo, w tym również podsiadanie na bieżąco gdy odeszło się na chwilę, radosne pozostawianie po sobie całego syfu z nocnej imprezy tak by nikt nie miał ochoty przysiąść tam choćby na chwilę, nieustające darcie japy własnej albo potomstwa, całodobowe testy wytrzymałościowe futryn na trzaskanie drzwiami i inne radosne upierdliwości. Szczytem szczytów było rozgłośne szczytowanie dwie noce z rzędu na wspomnianym tarasie w atmosferze grillowania i chrapiących małżonków. Bo trzeba dodać, że osoby szczytujące były owszem w związku ale każde z nich było związane z kimś innym i podówczas ich połówki przebywały nieopodal w objęciach Morfeusza, choć u licha nie mam pojęcia jakim cudem, gdyż Pani z taką częstotliwością wchodziła na wysokie C, aż baliśmy się, że może jej zabraknąć skali. Razem z Plus Jednym wprawdzie początkowo myśleliśmy, że kogoś mordują i dlatego się tak przeraźliwie ów ktoś wydziera, ale potem doszliśmy do wniosku, że mordowanie musi brzmieć nieco inaczej, przede wszystkim krócej i z pewnością nie tysiąc z razy z czego ostatnie dwieście szybciej i bardziej piskliwie.

Całe szczęście, że były tylko dwa weekendy a poza tym było już tylko fajnie :)

Podczas jednej z wycieczek do Augustowa wybraliśmy się na przykład do Portu Katamaranów i popłynęliśmy Kanałem Augustowkim do Doliny Rozpudy. Przepięknie było i malowniczo. A taka wyprawa to wielka przygoda nie tylko dla małego Igorka, ale i dla nas, dorosłych również. W końcu nie w każdą środę zdarza się taka okazja. Na rejsy katamaranem zaprasza Flota Blues Brothers w Augustowie. Tamtejszy Port Katamaranów ma cztery maszyny: Blues Brothers, Elwood, Jake i Ray. Na pokład Elwooda wbiegliśmy jako ostatni pasażerowie, więc już wszystkie miejsca były zajęte ale Kapitan znalazł nam bardzo dobre miejscówki. W efekcie usiedliśmy tuż za nim i nie dość, że Igor mógł obserwować dokładnie i ze szczególami jak prowadzi się taką maszynę, to jeszcze mieliśmy najlepsze widoki. No i na koniec dostaliśmy oboje z Młodym po stemplu z napisem KAPITAN na własnych przedramionach. Ha! To dopiero zaszczyt.

A teraz będzie ta część notki, na którą niektórzy mocno już niecierpliwie czekają ;)

…tu jest miejsce na chwilę oszałamiającego napięcia, które jako autor z rozbuchanym do granic nieprzyzwoitości ego, mam nadzieję zasiałam w myśli Statystycznego Czytelnika i teraz skupia się ów Statystyczny wcale nie na tym, żebym wreszcie przestała ględzić, ale na niezwykłych i absolutnie przecież zaskakujących wszystkich wydarzeniach, które dopiero przed nami

Co do zagadki sprzed trzech notek, to moi drodzy z przykrością stwierdzam, że nikt nie trafił. Pudło z tektury.

Otóż bowiem na pytanie:

- Co robi facet z bukietem róż w przeraźliwie upalną sobotę w okolicach
trzynastej na plaży w Danowskich po spędzeniu całej nocy i kawałka dnia w
podróży autem bez klimatyzacji?

Odpowiedź brzmi:

- Spokojnie oraz z uśmiechem czeka aż skończę poławiać małże i zejdę z krokodyla.

…tu dajmy jeszcze chwilę przedłużającego się napięcia gdyż jako znany
autor-sadysta nie mogę zbyt szybko zdradzać zakończenia, a dla tych
niecierpliwców, którzy spróbują czytać od końca, mam cały zestaw
wyjątkowo wymyślych tortur, połączonych z dzierganiem na szydełku przy
wtórze muzyki biesiadnej w wykonaniu pijanych saren i głośnym czytaniem
"Cierpień młodego Wertera" w oryginale przez hobbystycznie jodłującego Węgra

Plus Jeden oświadczył się bowiem już dawno a teraz tylko przywiózł z Warszawy pierścionek, który strasznie długo sprowadzali dla nas gdzieś z kraju i ze świata. W końcu mam jak sądzę najmniejsze palce jakie znam u dorosłego człowieka i żaden normalny salon jubilerski nie prowadzi sprzedaży pierścionków z diamentami w rozmiarze przedszkolnym. Same oświadczyny odbyły się ponad miesiąc wcześniej w dość zaskakującej i mało romantycznej scenerii, gdyż byliśmy świeżo posprzeczani o jakąś zupełnie nieistotną pierdołę i pamiętam, że zamiast powiedzieć "tak" spytałam tylko "kiedy?". I już było wesoło :) Parę dni później wybraliśmy się po pierścionek. Chłopaki wspólnie wybrali mi naprawdę śliczny ale niestety najmniejszy z tamtejszego asortymentu mogłam sobie z powodzeniem nosić na kciuku, więc zapisaliśmy się na odpowiedni rozmiar i czekaliśmy aż zadzwonią, że to już. Zadzwonili akurat jak byliśmy na urlopie. A że nie mogliśmy się doczekać, Plus Jeden wsiadł w auto, pojechał… i przywiózł wprost nad jezioro. I tak to na brzegu przy pomoście pierścionek błyszczał w słońcu oślepiająco pięknie, kwiaty miały jak wyznał Plus Jeden najpiekniejszą kokardę jaką znalazł w całych Suwałkach, ja w bikini na krokodylu wyglądałam tyleż dziwacznie co groteskowo, więc całości dopełniły małże, piszczący z podekscytowania Lokator i już mamy przecudnej urody obrazek dla ewentualnych wnucząt na zimowe opowieści przy kominku.

Pierwszego października bierzemy ślub. W piątek, bo jak wszyscy w sobotę, to my w piątek chcemy. Punktualnie w samo południe na Starym Mieście prawdopodobnie będę chciała błyskawicznie nawiać i ukryć się w schowku na szczotki, ale Plus Jeden twierdzi z mocą, że da mi radę i przezornie weźmie ze sobą smycz. Oczywiście Halutę zaprosiliśmy w charaterze świadka, żeby nie było. A przyjaciel Plus Jednego będzie drugim. Będę miała sukienkę ślubną Mamuta (nawet z tego samego miejsca), która tak strasznie bardzo mi się zawsze podobała a nigdy nie znalazłam odpowiedniej okazji by ją założyć. Biżuty zaoferowała się zrobić agA – wybieram białe perły naprostsze na świecie i mam w głębokim poważaniu wszelkie przesądy. I tak sobie myślę, że będzie fantastycznie. Październik to w ogóle bardzo fajny miesiąc jest. Urodziny mam w październiku, Igor też dostał świat w prezencie w październiku i jeszcze do tego za mąż sobie wyjdę w październiku. Aż mi się plakat przypomniał propagardowy, który głosił, że koty w marcu a Lenin w październiku.

Co prawda jak dotychczas mamy tylko ustalony z Miłą Panią z Urzędu termin i zamówione u jubilera obrączki a całą resztę jeszcze w fazie mało zaawansowanych w realizacji planów, ale w końcu jak już wrócę z wyprawy z chórem i skończy nam się wymiana wszystkich pionów i grzejników w tym nowo wynajętym mieszkaniu, to może znajdziemy chwilkę i spreparujemy jakieś zaproszenia :)

A bo nie wspominałam chyba ale w czwartek wchodzą nam do chaty Smutni Panowie z Wiertłami i będą borować dziury oraz psuć łazienkę, kuchnię i kaloryfery w pokojach, w piątek zaś zabieram Dziecia i wyjeżdżam na trzy tygodnie do Czechochorwacji (jakieś pięć dni w Czechach a potem reszta w Chorwacji) pozostawiając Plus Jednego z PanKotem i zgliszczami mieszkania na karku. Obiecał podlewać kwiatki i bardzo tęsknić. Plus Jeden, nie PanKot naturalnie. Całe szczęście, że to wynajęte a nie moje własne mieszkanie, gdyż jedną wymianę pionów już przeżyłam w poprzednim i z okazji własnego dostałabym pierdolca z przytupem. A tak to i spokojna będę, i daleko i jeszcze wrócę na gotowe i już posprzątane. Grunt to się dobrze ustawić ;)

Dobra, lecę pod prysznic i napatrzeć się na łazienkę.
Takiej ładnej już jej nie zobaczę.

Wyszło nam z Halutą, że od dziewięciu lat jeździmy razem na wakacje do Danowskich. Ona tam była zresztą już rok wcześniej, z Maliną zwaną Malinezją, ale nie było mnie, więc nie liczy się nam do pożycia. Tak czy inaczej uważam, że to przemiły zwyczaj i w zasadzie nie wyobrażam sobie podróży do Danau bez Niej. Podobnie jak nie wyobrażam sobie lata bez byczenia się nad jeziorem Blizenko. Wsiąkłam i już. A teraz dodatkowo niezwykłą i magiczną atmosferą tego miejsca nasiąka Lokator oraz Plus Jeden. Obaj zgodnie potwierdzili po powrocie, że już nie mogą się doczekać następnego lata i powrotu. Cieszę się bardzo bo zależało mi by się tam dobrze poczuli – Igor w końcu z pełną świadomością i własnym zdaniem Pięciotelniego Człowieka, Plus Jeden z zupełnie nowym spojrzeniem na znane już sobie z własnego dzieciństwa miejsca.

W tym roku postanowiliśmy podarować sobie odrobinę luksusu i całą bandą zakwaterowaliśmy się w pokoju w tzw. słupku – nowo odremontowanym i urządzonym z wszelkimi wygodami piętrowym domu. Dotychczas zamieszkiwaliśmy w budynku, który ongiś pełnił funkcję stodoły, a potem na przestrzeni lat i potrzeb letników zmienił się w zestaw pełnych uroku acz skrzypiących na każdym kroku to okiennym zawiasem, to drewnianą podłogą pokoików. Na dole była kuchnia z jadalnią, w której odbywały się niezapomniane zapoznawcze śniadania i wieczorne gry w karty czy scrabble a toalety i prysznice znajdowały się na zewnątrz, po drugiej stronie podwórza. Do dziś pamiętam poranne kolejki ze szczoteczką do zębów, albo wieczorne polowania na ciepłą wodę, co było dość mało upierdliwe póki nie pojawiłam się tam w dwupaku, czyli z Lokatorem jeszcze na dolnym piętrze, w brzuchu. Wtedy okazało się, że to bywa męczące a potem przez kilka lat z Młodym w wersji od niemowlęcia do przedszkolaka też zawsze wspominałam, że łazienka w pokoju i byłoby już w ogóle bosko. No to teraz zaszaleliśmy i wzięliśmy pokój z łazienką, aneksem kuchennym i lodówką. Było więc wygodnie jak nie wiem co.

W pierwszym tygodniu dominowała pogoda zmienna – gwałtowne burze i inne opady przeplatały się z upałami, drugi tydzień w całości był pod znakiem tropików. Halka strzaskała się na heban, ja zaliczywszy początkowego obowiązkowego buraka, zbrązowiałam nieco i nabrałam nieco mniej cech świnki Piggy a nieco więcej ciepłej beżowej karnacji, Lokator opalił się umiarkowanie a Plus Jeden dość przypadkowo i w interesujących miejscach takich jak wierzch stopy, czy czoło. Miętus nie opalił się wcale albowiem jako czworonóg gęsto porośnięty futrem miał wszelką opaleniznę w głębokim poważaniu.

Z rzeczy osobliwych a interesujących Igor zaliczył różyczkę. Pewnego dnia powitał dzień wysypką, potem dosiadła się gorączka a następnie tak Mu zostało dopóki nie zeszło. Na szczęście zeszło po kilku dniach i właściwie poza zmianą skórnej faktury i lekkim jednorazowym marudem wieczornym komplikacji nie odnotowano. Nie jestem nawet do końca przekonana, czy w ogóle zauważył symptomy choroby, gdyż był na tyle zajęty zabawą, kąpielami, biegami na przełaj i ogólnym dziecięcym wakacyjnym wszędobylstwem, że dziwię się, iż w ferworze nie zapominał o oddychaniu. Potem rozchorowała się Halka, ale na szczęście jak przystało na rozsądną kobietę, nie traciła za dużo czasu na zupełnie zbędne na urlopie przeziębienie i szybko przeszła nad nim do zdrowia i dzienno-nocnego porządku. Na koniec, o zgrozo, spełniło się mroczne ostrzeżenie Plus Jednego: "jeszcze zobaczysz kochanie jak ja pięknie choruję, ach nikt nie choruje przecież tak spektakularnie jak ja". Potwierdzam. Plus Jeden choruje bardzo widowiskowo i spektakularnie. Aż dziwne, że przeżył kilka chorób wieku dziecięcego i Rodzicielka nie pozbawiła Go kończyn i reszty zdrowia. Plus Jeden mianowicie na własną niejako prośbę nabawił się zapalenia krtani i doprawił nim ledwie kiełkujące przeziębienie. Na nic się zdały moje wskazówki, że zimne piwo i jeszcze zimniejsze lody nie są zbyt dobrym pomysłem gdy boli nas gardło i pokasłujemy sobie z cicha w kułak. Kaszel zamienił się w dudnienie, głos w charczenie, a fajny facet w kandydata to wystrzelenia w kosmos. Ale byłam dzielna jak Roman B. i znosiłam wszystkie fochy, marudy, postękiwania i ogólny bardzo wyraźny w odbiorze welszmerc z godnością. Jednak nie wiem czy nie będę się musiała po tym wzystkim poddać jakiejś terapii. Nie wiem, doprawdy. Na wypadek ewentualnych przyszłych schorzeń wezmę urlop na żądanie i schronię się w piwnicy, w przeciwnym razie bowiem zostanę zatrzymana i aresztowana za dotkliwe pogryzienie oraz rzucanie mięsem na odległość. Nie no, wiem, biedny był i nieszczęśliwy ten Plus Jeden. My kąpaliśmy się bez opamiętania w ciepłym jeziorku a On nieboraczek musiał tkwić na brzegu i to bez opcji chłodzenia zimnym napojem. Można oszaleć, więc absolutnie nie zazdroszczę i pretensji nie mam, ale co sobie ponarzekam to moje :)

Dobra, literki mi już tańczą przed oczyma kankana, więc chyba pora na HonoLulu, czyli pójść spać.
Ciąg dalszy nastąpi…


  • RSS