Wpisy z okresu: 9.2010

Trochę notka | 2010/09/23 |

Trochę jestem chora, trochę już zmęczona, trochę podekscytowana a trochę mam ochotę ukryć się w schowku na szczotki pod schodami. Hrabina Cykoria trochę. I sama nie wiem czy bardziej bym chciała żeby był już Wiadomo Który Dzień, czy żeby było już po i żebyśmy mogli sprawdzić czy nasz telewizor jeszcze działa. Chętnie na dowolnym odcinku dowolnego CSI.

Skoro nasz skromny i właściwie cichy ślub pochłania tyle energii, nie chcę sobie nawet wyobrażać jak to jest z tymi wielkimi fetami. Mam ochotę krzyknąć "żartowałam" i zwiać gdzie pieprz rośnie.

Poza tym ja na serio serio nie umiem normalnie funkcjonować gdy jest mi ciągle zimno. W mieszkaniu mamy nadal… ujmijmy to ładnie… rześko. Nie grzeją. Gdyż albowiem przecież świeżo wymienili nam rury, rurki, rurwy i kaloryfery a przecież nie mogą tego tak od razu w miesiąc podłączyć. Jak bowiem każdy krajan – z autopsji bądź relacji innych – wie papiery i umowy muszą swoje na kilku biureczkach odleżeć by nabrały mocy urzędowej. To oczywista oczywistość jest i nie ma, że boli. No to leżą. Gdzieś.

Karma jego mać.

Marzy mi się hamak rozpięty między akacjami. W hamaku koc, książka, ja. Nawijałabym sobie w zamyśleniu na palce kosmyk włosów i powietrze rozgrzane od słońca a kąciki ust same unosiłyby się w uśmiech numer pięć.

Droga Kasiu!

Kot, bydlę wyżarł mi cały krem Nivea. Duże opakowanie bo on na byle co nie leci. Czy jest już dostatecznie nawilżony, czy też przydadzą się mu jeszcze dwa płukania w pralce automatycznej? Odpisz proszę – czekam z niecierpliwością i palcem na przycisku "start".

:)

Zmiana planów. Z uwagi na fakt, że październik będzie definitywnie i nieodwołalnie po wrześniu, a już sam wrzesień, jak widać za oknem, jest wybitnie parszywy, nie wystąpię w Wiadomo Który Piątek w niebieskiej i krótkiej sukience Mamuta. Znaczy mogłabym wystąpić ale prawdopodobnie po dłuższej chwili wymagałabym rozmrożenia, więc postanowiłam raczej sobie darować. Wystąpię za to w długiej czerwonej, którą zakupiłam dziś w przysłowiowe okamgnienie i jest nam ze sobą dobrze.

To były najszybsze zakupy świata.

Pierwsza alejka, pierwszy sklep – garnitury męskie. Plus Jeden zastrzygł uszami, więc wchodzimy. – Dzień dobry, chcemy kupić garnitur – czarny, matowy, do ślubu. Tu Pan Zza Lady zaczyna coś o kamizelkach co to sa białe, perłowe i ecru, musznikach i innych komarnosach ale na szczęście dość szybko ostudziliśmy Jego zapędy, prosząc o dwa konkretne modele do przymarki i zaznaczając, że kamizelki to my niekoniecznie i bardziej ratunkowe. Pięć minut później opuszczaliśmy sklep z grafitowym garniturem, białą koszulą i spinkami do mankietów. Pan Zza Lady chciał nam sprzedać również krawat ale stwierdziliśmy, że jeszcze nie wiemy, w jakim kolorze będzie sukienka. Zostawiliśmy go z mocno zdziwioną miną, wiedział bowiem, że ślub 1 października oraz wiedział jeszcze bardziej, że kobiety nie kupują ślubnych kreacji w tydzień, czy dwa, a nawet trzy tygodnie, tylko dłużej znacznie i zdecydowanie.

Jak pokazuje jednak dalszy ciąg notki nawet Pan Zza Lady czasem się myli i musi zrewidować swój światopogląd, a już zwłaszcza w temacie pań i ich zakupów.

Ta sama alejka, sklep dokładnie naprzeciwko tego z garniturami – suknie i sukienki. Wchodzimy. W tym samym momencie nasze oczy zatrzymują się na Krwawej Mary. Czerwień jakby kto przegryzł tętnicę, więc pytam dla porządku czy są inne kolory. Lekko Senna Pani odpowiada, że nie ma ani innych kolorów ani nawet tego bo już wcale nie ma tej sukienki. Zaczynamy gmerać w innych a tymczasem Senna dzwoni do koleżanki z alejki obok, bo może a nóż, widelec, łyżka tamta ma. O cóż za niespodzianka przemiła – owszem, ma i przyniesie nawet. Przyniosła. No to przymierzyłam.

a potem wróciliśmy jeszcze do bardzo zdumionego Pana Zza Lady do sklepu naprzeciwko po czerwony krawat

Plus Jeden stwierdził, że mam w niej zostać, absolutnie, ale potem zmienił zdanie bo nie mógłby prowadzić. Krwawa Mary została więc spakowana do torby i zamieszkała z nami. Teraz wisi w szafie ale wiem, że nawet stamtąd się do mnie uśmiecha. Obecnie jedynym zagrożeniem wydają się straszliwie wysokie obcasy, które do Krwawej Mary muszę założyć, a ściślej rzecz ujmując to, żebym się w nich nie zabiła. Jest szansa. Będę się trzymać Plus Jednego i torebki – któreś z nich wytrzyma.

To tyle z pozytywów. Reszta to wielopoziomowy i rozłożysty marudnik. Można do woli regulować odbiorniki ale i tak nic to nie da.

Jest mi zimno. Paskudnie i okropnie zimno.

Żeby było śmieszniej wszystkie ciepłe rzeczy mam gdzieś w kartonach w Mamutowie, gdyż ponieważ albowiem wywiozłam je tam tuż przed przeprowadzką aby mieć mniej do przewalania w nowo wynajmowanym mieszkaniu i jakoś nie było kiedy ich stamtąd przywieźć.

Czarownie po prostu.

Nawet PanKot ogłosił koci strajk i nie wychodzi z wiklinowego koszyka, gdzie najpewniej planuje przeczekać do rozpoczęcia sezonu grzewczego. Wszyscy z nadzieją wpatrują się w kaloryfery ale one skubane jak na złość ani stopnia więcej – oziębłe hrabiostwo. W pokoju Lokatora powiesiłam w oknie w charakterze izolacyjnej firany kolorowy koc, chodzę ubrana we wszystko co tylko napotkam i obawiam się, że w końcu sąsiedzi zaczną się bać o swoje psy i puchate wycieraczki. Usiłuję wizualizować sobie trzydzieści stopni w cieniu by choć dokończyć tę notkę bez szczękania zębami, ale obawiam się, że to nie działa bo nadal mam zziębnięte dłonie. Więc tyle na dziś. Jest mi zimno. Zimno i źle, bo ja ciepłolubny zwierz jestem a z polarnym misiem wspólne mam jedynie zamiłowanie do ryb. A i te wolę z grilla niż prosto spod kry i na surowo.

Niech mnie ktoś przytuli…


  • RSS