Wpisy z okresu: 10.2010

Wczoraj i Jutro | 2010/10/18 |

Z okazji Wczoraj i Jutro oraz zupełnie bez okazji życzymy sobie bezceremonialnie samych najlepszości. A dodatkowo Lokator życzy sobie koparki i Mariana z filmu Auta gdyż pożąda ich straszliwie i nie wiem co z tego będzie, z Mariana zwłaszcza.

Mnie się pospełniało, więc ja pożyczę innym.

Życzę zwłaszcza Hali, by się zaczęło układać i ułożyło dobrze, tak by nic a nic nie trzeba było poprawiać. I żeby się uśmiechała jak najczęściej. Cała reszta mojego świata dobrze wie, że im życzę zawsze dobrze i coraz lepiej, więc z pewnością nie obrazi za brak wzmianki osobowej. Niech Wam będzie wspaniale po prostu.

Wszystkim.

Tobie też :)

Bajtki Małe Dwa

Przedszkole, to zdaniem niektórych Przedsionek Piekła – miejsce, w którym Dzieci przerabia się na parówki i to bez znieczulenia, względnie kształci przyszłych rasowych psychopatów bądź generuje szereg innych mniej lub bardziej spektakularnych dysfunkcji. Przeciwny biegun skali, to osoby postrzegające Przedszkole jako Przechowalnię Ruchomego Bagażu, w której rachunki reguluje się w sposób ryczałtowy, aktywność zaś Właścicieli Bagażu najchętniej ograniczać by się mogła do dostarczenia i niekiedy odebrania Wzmiankowanego.

Na całe szczęście większość Rodziców, których mam sposobność znać, postrzega Przedszkole jako fantastyczne miejsce, gdzie Małoletni mają szansę poprzebywać w doborowym gronie Rówieśników, rozwinąć w nieprawdopodobnym tempie wszelkie dostępne w pakiecie instalacyjnym zdolności, nauczyć się współpracować a nie tylko pracować, nawiązać ciekawe znajomości i czasami nawet przyjaźnie. To przecież tu zaczyna się lekcja otwartości, tolerancji czy negocjacji, bo kwestii spornych przecież nie brakuje – wystarczy, że dwie Dziewczynki sięgną po to samo auto, a jeden Chłopiec zabierze drugiemu lalkę (tak, role przyporządkowane  nieprzypadkowo, gdyż jestem przeciwna wtłaczaniu Ludzi w szufladki). Przedszkole mi pomaga. Są tam Panie, które mają niewyczerpane pokłady cierpliwości, chyba jeszcze z czasów prekambryjskich, doprawdy, a do tego mają świetne pomysły.

Ostatnio na ten przykład ogłosiły Konkurs Fotograficzny. Aby wziąć udział w zabawie, należy wybrać dowolne zdjęcie z wakacji, albo sześć, albo ile_kto_chce, zagospodarować je jakoś – oprawić, pokolorować, dolepić wąsy Wujkowi Staszkowi a Cioci Zeni dorobić złoty ząb, dodać opis albo jakieś zabawne hasło i złożyć na ręce Pani Przedszkolanki. Chodzi po prostu o to by wykonać jakąś, minimalną choćby, aktywność artystyczną i zrobić to razem z Dzieckiem.

W konkursach oczywiście są nagrody i w Przedszkolu najfajniejsze jest to, że nagrody przewidziane są dla każdego uczestnika  zabawy. Nie liczy się bowiem prezycja wykonania, albo liczba użytych brokatowych gwiazdek, czy kaligrafia. Tu liczy się zaangażowanie. A to, że każdy Rodzic i każde Dziecko stara się bardzo by taka ich wspólna praca była najpiękniejsza i najbardziej pomysłowa, to przecież oczywista oczywistość :)

My też zgłosiliśmy naszą pracę. A co! Jak szaleć, to szaleć.

Najpierw wybraliśmy wspólnie z Lokatorem wszystkie zdjęcia z ostatnich wakacji, którymi dzięki sympatii współchórzystów  dysponowaliśmy i które nam się spodobały. Potem odrzuciliśmy różne nieostre, poruszone, ucięte czy bardzo podobne. Niestety nadal mieliśmy ich sporo. Wtedy wpadliśmy na genialny w swej prostocie pomysł by wykorzystać je wszystkie i ułożyć z tego całą historyjkę – wakacyjną opowieść. Zdjęcia wydrukowaliśmy na kolorowej drukarce, powycinaliśmy, a następnie obsmarowaliśmy klejem i nalepiliśmy na kolorowe kartony. Jedno mama, drugie Igor i tak po kolei. Stronę tytułową litościwie zmajstrowałam sama, albowiem godzina była już późna i zaangażowanie w Młodzieży gwałtownie słabło. Lokator na współ sennie popodpowiadał mi jeszcze co napisać i za niedługo konkursowa praca była gotowa.

Sztafetę zamknął Tata, który zaniósł naszą radosną twórczość do Przedszkola i przekazał zachwyconej Pani Organizatorce.
Teraz Młody codziennie pędzi rano kurcgalopkiem, by o ósmej z minutami sprawdzić, czy nadal wszyscy bywalcy tej jakże uroczej placówki mogą nieskrępowanie i bez przeszkód podziwiać to Dzieło, wiszące w centralnym miejcu w towarzystwie innych, równie wspaniałych i fantastycnych Dzieł.

Wygląda to trochę tak – wpadamy pędem do Przedszkola, następnie następuje zwolnienie akcji i wystawę wszystkich prac mijamy wolno, dostojnie, krokiem wręcz polonezowym, potem zupełnie jakby od niechcenia Lokator rzuca sto tysięcy znaczących spojrzeń a finalnie sąduje okolicę – czy wszyscy z aktualnie zgromadzonych na pewno już widzieli Tę Pracę, oraz czy jeśli już ją zobaczyli nie powinni przyjrzeć się jej jeszcze z piętnaście razy, by ją lepiej zapamiętali. A to wszystko z całą stanowczością żądnego rozpustnej sławy i paskudnej rywalizacji Prawie Pięciolatka. Na szczęście identycznie wygląda codzienny pochód wszystkich Uczestników Konkursu, nie czuję więc, że mój Syn ma jakieś wybitne parcie na szkło. Jest zwyczajnie dumny z naszej pracy. A ja jestem nadzwyczajnie dumna z Niego :)


_________________________________________________

Kochani!

Bardzo jestem ciekawa jak wyglądałyby Wasze prace na taki konkurs…
A może mielibyście ochotę pokazać wynik takiej zabawy w lekcję ZPT?
Jeśli nie macie pod ręką przejętych przedszkolaków,
zróbcie coś z mało przejętym dorosłym, sąsiadką, psem… byle razem.
Co Wy na to?

Zachęcam :)

Koncert jubileuszowy | 2010/10/12 |

Kochani! Mamy piękne chóralne urodziny.
Serdecznie zapraszam na koncert :)




Dokładnie dziesięć lat temu, w październiku 2000 roku
ruszyły pierwsze próby zespołu, który dziś nosi dumną nazwę
Chóru Akademickiego Politechniki Warszawskiej.



KONCERT JUBILEUSZOWY
na dziesiąte urodziny :)

Kościół Najświętszego Zbawiciela,
ul. Marszałkowska 37 w Warszawie
sobota, 6 listopada
godzina 19.00

Występują:

Orkiestra Concerto Avenna
Chór Akademicki Politechniki Warszawskiej
Dariusz Zimnicki – dyrygent
Joanna Morawska – sopran
Elżbieta Wróblewska – mezzosopran
Mateusz Zajdel – tenor
Artur Janda – bas

W programie:

Franz Joseph Haydn – Missa in Angustiis d-moll zw. Nelsonmesse
(Msza Nelsońska)
Georg Friedrich Händel – Zadok the Priest

Podobny repertuar będzie można usłyszeć 7
listopada o godzinie 17.00

w sali koncertowej Uniwersytetu Muzycznego
Fryderyka Chopina w Warszawie.

Wstęp wolny!

Do zobaczenia :)

Wiele się nauczyłam przez ostatnie kilka tygodni. Jedne z tych lekcji są mi potrzebne w perspektywie wszechświata i mojej w nim obecności bardziej, inne mniej, każda jednak jest cenniejsza od drugiej. Nie wiem właściwie, która dała mi najwięcej. Człowiek to takie mentalne poplątanie wygodnego, bezpiecznego marudzenia "na wszelki wypadek" z niedowierzaniem, że jednak może mogłoby być WSPANIALE. Wspaniale z wielkiej i drukowanymi, umyślnie. Wspaniale nie na ułamek, chwilę, okamgnienie, a na stałe. Bo może być na stałe, jeśli się uwierzy, że to co tu i teraz, że właśnie siedzę w ciepłym pokoju i łącząc się przez różne kable i ich brak z Państwem Czytelnictwem piszę to co mi się myśli, że Syn w swoim pokoju tworzy przestrzenne budowle z klocków lego i właśnie radośnie odkrzyknął na moje "jak tam?", że fajnie i dom mi buduje właśnie. Dom mały ale okna będą duże, takie jak lubię, żebym się mogła przyglądać światu z wzajemnością i śledzić fascynacje wron zaokienną jarzębiną. Wspaniale jest mi, gdy myślę, że mogę wszystko. Mogę chodzić, stać na krześle i powiesić w oknie fioletową firankę z tiulu a na parapecie postawić wrzos, mogę jeździć na rowerze, biec po bułki do sklepu albo do pracy, przez spadające liście w parku uciekać przed zwinnym Pięciolatkiem podczas zabawy w berka, pędzić z metra na próbę chóru, grać z chłopakami w nogę i udawać, że nie mam pojęcia, gdzie jest bramka. Mogę mówić albo pisać i wiem, że po drugiej stronie jest czyjeś ucho albo oko, czyjaś głowa, czyjeś emocje, nie trafiam w próżnię, nawet gdy czasem w chwili chandry myślę, że jestem, absolutnie sama na środku oceanu i nikt, absolutnie nikt mnie nie rozumie. Mogę otworzyć usta i wydobyć z siebie dźwięki, które potrafią otworzyć czyjąś duszę, zwłaszcza gdy obok mnie stoją inni a każdy z tonów, które wyrzucamy wraz z oddechem w powietrze współbrzmi z innym, każdy jest potrzebny, każdy niezbędny, każdy cieszy lub wzrusza, w zależności od tego jak chcemy na tych strunach zagrać. Mogę też otworzyć duszę, mogę słuchać i słyszeć, patrzeć i widzieć. Mogę się śmiać w głos z radości albo rozpłakać jak dziecko gdy jest mi źle. Po prostu. I to jest takie właśnie z wielkiej i drukowanymi.

W noc przed ślubem nauczyłam się wiązać krawat. Ładnie mi poszło bo chłopaki wyglądali rewelacyjnie. Nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiło mi się stado beczących a podekscytowanych owiec, które wcale nie chciały przez nic skakać i miały w nosie moje potrzeby. Rano ubrałam się i pojechałam do fryzjera. Jola nie mogła uwierzyć, że czesze mnie na mój własny ślub i była cała wzruszona ale fryzurę zrobiła mi przepiękną i po raz kolejny wyszłam od niej z zachwytem i poczuciem, że wyglądam szałowo. Plus Jeden zresztą prawie się rozpłakał jak mnie zobaczył w tej czerwonej sukience, z upiętymi misternie włosami, z pięknym agowym naszyjnikiem z pereł, czarną torebką i "tym moim" uśmiechem. Trzyma się wersji, że to ze szczęścia ale ja tam nie wiem. Na wszelki wypadek umówiliśmy się, że nie rozbeczy się na ślubie, nawet gdyby poczuł gwałtowny przypływ szczęścia, bo przestawię Mu nos, wychodząc trzasnę drzwiami i skończy się sielana a On sam zostanie z gośćmi. Mówcie co chcecie ale mężczyzna płaczący na swoim ślubie kojarzy mi się raczej z wymyślną torturą i przymusem ożenku z okrutną żmiją niż z tkliwością czy bezbrzeżnym szczęściem. Tak czy inaczej Plus Jeden stwierdził, że wyglądam jak milion dolarów i już musieliśmy pędzić. Zresztą prawie spóźniliśmy się na ślub, bo wszystko stało, albo stało i trąbiło, a niektórzy również nerwowo ogryzali paznokcie świeżo polakierowane na french manicure. Po łokcie. Koniec końców jednak dojechaliśmy, na wszystkie pytania udało mi się odpowiedzieć "tak", choć wrodzona szelmowatość podjudzała mnie do polemiki z Panią Ksiądz (jak nazwaliśmy udzielającą nam ślubu Panią), Plus Jeden się nie rozpłakał, choć kilka razy było blisko. Igor wynudził się jak mops ale był cały czas bardzo dzielny. Na samej ceremonii nie wytrzymał już napięcia i w ferorze walki prawie wywrócił nasze krzesła, ale przynajmniej rozładował napięcie i wywołał radość na twarzy Pani Ksiądz, która zresztą po wszystkim gratulowała nam wspaniałego Syna i podziękowała za lekcję miłości. Z reguły bowiem – jak nam powiedziała – wszelkie nieślubne Dzieci chowa się na sali po kątach albo sadza w asyście babć i cioć z innymi gośćmi a Młody przedefilował z nami po czerwonym dywanie wprost przed Jej oblicze, zajął zaszczytne miejsce pośrodku przygotowanych dla nas siedzisk i bez krępacji zrobił mi rewizję w torebce, a wszystko z dumną miną Młodego Człowieka, Który Wie Po Co To Wszystko… no i ma resoraki w kieszeni marynaki. Ogólnie bardzo wesoła impreza. Strasznie chciało mi się śmiać i przy powtarzaniu przysięgi małżeńskiej w paru miejscach musiałam się mocno spiąć. Ludzi było niewyobrażalnie wręcz jak piątkowe południe dużo. I chyba tak najbardziej ze wszystkiego wzruszyli mnie właśnie goście. Że pobrali te urlopy w pracy, poodrywali się od zajęć i obowiązków, poprzyjeżdżali często spoza Warszawy, jak choćby kochana agA z Michałem i Zosią z Lublina, albo szalone Nielot i Fisk z Pabianic. No i jak tu się nie wzruszać? Siostra z Mężem też zgarnęli Dziewczynki ze szkoły i przyjechali, podobnie jak całe nasze Rodziny, przyjaciele, znajomi, nawet ludzie z firmy zrobili sobie wagary i przyjechali spędzić z nami ten Ważny Moment i uczcić oklaskami całą naszą trójkę. Tłum uśmiechniętych, wzruszonych ludzi, którzy byli tam specjalnie po to by nam pogratulować i uściskać, zapamiętam do końca życia i to wspomnienie ociepli mi z pewnością nawet najbardziej mroźne zimowe wieczory. Był też Seweryn, który zagrał i zaśpiewał "8 zapałek", które kiedyś napisałam dla Alty i się pięknie spełniło, a zrobił to przepięknie i wszyscy chyba wtedy mieliśmy oczy w mokrym miejscu. Byli wreszcie moi przyjaciele z chóru, którzy przebiegli zdyszani prosto z inauguracji, zaśpiewali nam "Irish blessing" a po życzeniach i "sto lat" musieli pędzić z powrotem na Polibudę. Miałam naprawdę fantastyczny ślub, nie wyobrażam sobie lepszego. Wszystko było super a ja czułam się po prostu szczęśliwa.

Mam 32 lata. Mam w sobie tyle uczuć, że gdybym napełniła nimi balon,
poleciałabym w wymarzoną podróż dookoła świata i jeszcze starczyłoby
energii na lot w kosmos. Mam poczucie, że to co robię jest ważne i że
jestem dla niektórych ludzi kimś więcej niż tylko ciągiem
nieprzyopadkowych cyfr w spisie numerów w telefonie, czy anonimowym adresem w e-mailu. Są osoby, za
którymi bez zastanowienia skoczę w ogień, jeśli akurat to mogłoby je
uratować albo im pomóc. Mam cudowną rodzinę i najfantastyczniejszych na
świecie przyjaciół. Mogę absolutnie wszystko.

Ostatnio rozmawialiśmy z Plus Jednym o tym jak to było jeszcze rok temu. Gdyby nam ktoś wtedy powiedział, że będziemy razem i to jeszcze w charakterze małżonków, spędzać sobie jesienny wieczór dyskutując z Młodym o kosmosie i o tym dlaczego nie można
zjeść kilograma żelków na raz, nie uwierzylibyśmy. A teraz oboje stwierdzamy, że w końcu te nasze życiowe puzzle poukładały się a każdy element idealnie trafił na swoje miejsce. Zupełnie jakby ktoś zrobił "pstryk"… albo raczej "wtem" ;) … i wszystko gra.

Pamiętam jak wracałam tramwajem a w uszach miałam słowa Nosowskiej, że "myśli sobie, że ta zima kiedyś musi minąć". I wiecie co? Miała rację.


  • RSS