Wpisy z okresu: 11.2010

Parafrazując | 2010/11/22 |

Parafrazując Kosowskiego z obrazka w Wysokich Obcasach leżących przy łóżku – nadeszła jesień, a wraz z nią polska złota chandra. Wysokie Obcasy tym razem tylko nieco przeterminowane.

Odkąd jest Plus Jeden, prócz całego zestawu mniej lub bardziej perweryjnych przyjemności – od tych, które aktualnie przyszły Wam do głowy, po ugotowany i podany pod nos pyszny obiad – mam wreszcie upragniony czas tylko dla siebie. W porównaniu w ostatnią pięciolatką mam na absolutną wyłączność całe morze czasu, które dowolnie mogę podzielić na chwile i momenty oraz delektować się tym wszystkim. Nadrobiłam zaległości czytelnicze, załatwiłam miliard swoich spraw, odpisałam na zaległe e-maile, zaczynam znów bawić się w robienie biżuterii (tak, wiem oczywiście, że wszyscy robili, robią, lub za chwilę będą ją robić bo to nadal bardzo na czasie, ale ja świetnie się przy tym bawię a i czasem wpadnie kilka groszy, gdy robię coś na zamówienie) i przy okazji tego wszystkiego nareszcie Wysokie Obcasy robią się tylko tydzień przeterminowane zanim doczytam je do nieuchronnych reklam Gabinetów Wszelkiego Odsysania i Odnowy. Swoją drogą czasem tak sobie myślę, że chyba jedyne co tam odsysają – a do tego pewnie bardzo skutecznie – to portfel.

Bardzo mi się podobają nowe reklamy sieci H&M bo jedną z modelek jest wyjątkowo piękna kobieta. Wyjątkowo piękne kobiety w reklamach występują wprawdzie nieco częściej niż całkowite zaćmienia słońca w przyrodzie, ale z reguły dla pracodawców przestają istnieć jakoś tuż po trzydziestce, bo robią się za stare. Wyjątków jest kilka, bo dla przykładu Naomi Campbell trzydziestka stuknęła już jakiś czas temu i ciągle wygląda jak milion dolarów. A modelka w reklamie Lanvina dla H&M trzydziestkę już pewnie ma podwójną i mam nadzieję, że jej z tym dobrze, bo szałowa z niej babka. Po raz kolejny potwierdza się więc mądrość Ojca mego, Zdzicha, który od czasu do czasu mawia z mocą: "stara to jest dupa bo nie ma zębów".

A propos zębów, to obejrzałam wczoraj "Mamuśkę" z Susan Sarandon i Julią Roberts. Z całą pewnością Julia w poprzednim wcieleniu była krokodylem. Ma taką klawiaturę, że hej. W moim osobistym rankingu bije ją tylko Zdzisława Sośnicka, której imponujące uzębienie przesłaniało mi wieczory, które w czasach przedszkolnych udawało mi się czasem spędzać przed telewizorem. Ale to były wieczory od wielkiego dzwonu, bo kiedyś oglądanie telewizji było luksusem i trzeba było być grzecznym by na nie zasłużyć – za urwisowanie była kara w postaci szlabanu na dobranockę i okolice. Obie z Siostrzycą radziłyśmy sobie z tego typu zakazami świetnie. W pokoju był kredens z lustrem i regał z politurą, która lśniła fenomenalnym wręcz blaskiem za sprawą Mamuta, siuwaksu do mebli i flanelowej szmatki – zaówno w lustrze jak i w politurze odbijało się pięknie wszystko, od zakazanych przez nasze harce wieczorynek, po filmy "z momentami" zakazane same przez się. Nie było Superniani, więc rodzice na karnego jeżyka nie wpadli ale i tak było wesoło. Edukację telewizyjną przeszłam więc wczesną i pełną.

"Mamuśkę" oglądałam już kilka razy w życiu i przyznam, że jest to film, z cyklu ręcznikowych. Trzeba go oglądać z ręcznikiem, bo o ile na początku się jeszcze można się hamować i ot tak sobie siąknąć znacząco nosem tu i ówdzie, to w miarę postępu akcji, oglądający przestaje się certolić z siąkaniem i klasycznie trąbi w co popadnie a potok łez miejscami zalewa wizję.

No więc siedzę sobie z tym ręcznikiem i szlocham nad tą biedną Susan Sarandon, i nad tą biedną Julią Krokodyl Roberts, i nad wszystkimi biednymi ręcznikami ściskanymi aktualnie w tylu biednych drżących dłoniach. I jest mi tak strasznie źle. Tak potwornie, przeokropnie i rozpaczliwie źle. Bo Mąż pojechał do pracy, Młody pojechał w kimono, tramwaj pojechał do zajezdni a ostatni kwaszony ogórek z całego wiaderka, którego zawartość pożarłam przegryzając popcornem i plastrami pomarańczy, prawdopodobnie minął już trzustkę i pomachał wyrostkowi. I tak szlocham i nie mogę przestać. W tej sytuacji zadzwoniłam do Plus Jednego, by klasycznie zarządzić Mu karnego jeżyka, że do mnie nie zadzwonił jeszcze i gdzieś mam, że przecież miałam oglądać film a On nie chciał mi przeszkadzać. Pfff. Też mi coś. Oczywistym jest, że gdyby zadzwonił w trakcie Sarandon z Krokodylem też byłoby źle, ale mężczyźni po prostu niczego nie rozumieją. Niczego. I dalej beczę. Już zaczęło mnie to męczyć ale z beczeniem mam tak, że rzadko się zdarza a jak już to mi się ten zawór nie może zakręcić. Koszmar po prostu. I w końcu ryczę dlatego, że nie mogę przestać. Bo jest mi przecież tak okropnie i wstrząsająco źle.

Wtem…

… nastąpił zwrot akcji i spłynęło na mnie olśnienie. Osiągnęłam absolut wyżerając resztę lodów orzechowych od Grycana. To tylko PMS. Można zdjąć kaganiec ;)

Po wielu naciskach… | 2010/11/19 |

… i w związku z brakiem czasu na pisanie notek, umieszczam zdjęcia ze ślubu :)

I oddalam się czym prędzej oraz w podskokach.

fotki

Scenki z życia smoków | 2010/11/08 |

W każdej rodzinie znajdzie się zawsze jakaś czarna owca. Osobnik, do którego przyznajemy się wyłącznie wówczas, gdy już absolutnie musimy, albo gdy chcemy zrobić na złość Wstrętnej Ciotce i wywołać u niej palpitacje bądź globus. Czarna owca, z reguły wcale nie przypomina w niczym miłych parzystokopytnych dawców wełny, bo po pierwsze wcale nie jest miła, po drugie daje tylko udręczonej reszcie rodu w kość, ewentualnie poszczególnym jednostkom po pysku, a po trzecie raczej nie beczy a bardziej warczy. Generalnie rzecz ujmując z czarną owcą w rodzinie wytrzymać się nie da, bo albo zachowuje się jakby chciała a nie mogła być homo sapiens, albo jest artystą – wielcy uczeni sami nie wiedzą co gorsze a najgorsze jest to, że nader często to występuje w parze.

W mojej rodzinie szemraną rolę czarnej owcy z okacji pasji chóralnej z dumą pielęgnuję ja. I w sumie mamy nadzieję, że wystarczy, bo jak Iggy też zacznie śpiewać, to już statystycznie będzie nas za dużo i obstawiam, że w Głównym Urzędzie Statystycznym dojdzie do implozji.

Normalnie bywam nawet miła i od czasu do czasu grzeczna, ale na ostatniej prostej przed jakimś koncertem lepiej omijać mnie szerokim łukiem i być zaopatrzonym w paralizator. Ostatnio bowiem nawet na osinowe kołki i święconą wodę przestałam reagować zgodnie z przepisami.

Ostatnio moja rodzina oglądała mnie głównie przelotem i w galopie. Cóż, przed koncertowym weekendem próba goniła próbę a czasu na wszystko było mało. W sobotę śpiewaliśmy w Kościele na Placu Zbawiciela a w niedzielę w sali koncertowej Akademii Muzycznej. Na obu tych koncertach obecni byli Plus Jeden i Lokator. Plus Jeden oczywiście zachwycony bardzo, ale wątpię by był obiektywny, więc bardziej ciekawiła mnie opinia Młodego. Nie tylko ja jak się okazuje byłam jej ciekawa. Na wczorajszym koncercie zjawiła się Starsza Pani, która zapamiętała Igora z sobotniego koncertu i postanowiła na gorąco wybadać co też o wszystkim sądzi Młody Meloman.

Na pytanie, którego dnia nasz występ podobał mu się bardziej, Młody Meloman podrapawszy się w czoło odparł, że w poniedziałek… bo w poniedziałek można zabierać zabawki do przedszkola. Plus Jeden zarechotał w duchu, bo jak sądzę jemu też z naszych sobotnio-niedzielnych śpiewów najbardziej podobał się poniedziałek. Starsza Pani niczym jednak nie zrażona uściśliła, że pyta o to, czy bardziej Lokatorowi podobał się występ wczorajszy (sobotni), czy też dzisiejszy (niedzielny, bo jak pamiętamy wywiad miał miejsce wczoraj bezpośrednio po koncercie). Przyparty do muru Młody Meloman wyznał, że dzisiejszy… bo był krótszy.

:)

Wszystko wskazuje więc na to, że stanowisko czarnej owcy w naszym stadzie niepodzielnie i bez kontrkandydatów należy do mnie. Przynajmniej nikt mi nie będzie wchodził w kompetencje.

Dla tych, którzy bardzo chcieli, lecz z różnych przyczyn nie mogli dotrzeć…

Tak prezentowaliśmy się na afiszach:

A taki był sam koncert:



Pod tym linkiem trochę lepsza wersja nagrania.

PS. Hasło do archiwum: Glori@

Większość liści już opadła, zrobiło się więc prawdziwie jesiennie i ponuro. Nawet w takich okolicznościach przyrody można się jednak uśmiechnać…

Przechodząc przez ulicę minęłam Młodego Mrocznego. Młody Mroczny cały był jak z Matrix’a tylko mniej lateksowy. No i bez przystojnej Trinity bądź ślicznego Neo u boku. Czarne długie włosy, czarny długi skórzany płaszcz, czarna bluza z napisem o czcionce wskazującej co najmniej na akupunkturę dla oczu. Oczywiście obowiązkowo czarne bojówki, czarne ciężkie glany, złowieszcze spojrzenie i uroda wyraźnie bagienna. Do tego plecak – popularna "kostka" – opatrzony całą serią naszywek z nazwami ulubionych zespołów muzycznych i wizerunkami wokalistów o wyjątkowo paskudnej fizjonomii i mało pluszowo brzmiących pseudonimach.

Nad osobnikiem z wolna płynęła posępna deszczowa chmura a mijane drzewa zdawały się wykrzykiwać growlingiem "ZŁOOOO"!!!

Wtem…

… moje spojrzenie zogniskowało się na malutkiej, milutkiej, wesolutkiej, kolorowej maskotce, dyndającej u boku wyżej wzmiankowanego plecaka.

Doprawdy bezcenne :))


  • RSS