Wpisy z okresu: 12.2010

Śniła mi się msza w kościele. Wątpię by była święta bo ksiądz miał sutannę do kolan i kabaretki. Nie pamiętam kazania, ale może to i dobrze. Na szczęście obudziłam się przed ofiarowaniem, bo najpewniej zeszłabym na rozległy zawał.

Właściwie to obudził mnie chrzęst dobiegający z pokoju Lokatora. Potem zaś padło coś w stylu "a teraz wyjmę Ci oko i przestanie boleć, zobaczysz".

W liceum na setkę miałam jedenaście, co napawa mnie zazwyczaj dumą niezwykłą, bo aktualnie obawiam się, że w takim czasie mogę co najwyżej się spocić na myśl o sprincie. To, jak szybko jednak zerwałam się na równe nogi i dopadłam pokoju Młodego, mogłoby ze spokojem pretendować do nowego rekordu świata, a kto wie, czy nie zawstydziłoby wszystkich konstruktorów Formuły 1.

W pokoju na dywaniku Młody Człowiek w Piżamie spokojnie wykonywał implantację prawego oka Strasznego Robota o szpetnej fizjonomii. Jako narzędzia chirurgiczne posłużyły szczoteczka do zębów i fragment przedramienia Dzielnego Rycerza. Obawiam się zresztą, że tylko tyle po Dzielnym Rycerzu zostało. Sądząc po stosiku plastikowych fragmentów zbroi i hełmu, który zlokalizowałam
nieopodal, Dzielny Rycerz był wcześniejszym pacjentem Doktora Igo. Bez pomyślnych rokowań.

Spostrzegłszy mnie, Doktor Igo nawet w najmniejszym stopniu nie tracąc zimnej krwi uśmiechnął się pogodnie i dodał, że wziął sobie sam i zjadł już aż dwa truskawkowe jogurty. Z drugiej półki w lodówce. I teraz poprosi kanapkę. Z nutellą.

Po czym wykonał jeszcze trepanację czaszki i tracheotomię.

Nie, to nie namiętne seanse z Doktorem House’m.
To "Encyklopedia Larousse dla dzieci" i dociekliwe pytania jednego z nich.

Jak przejdziemy do ginekologii biorę urlop na żądanie i zmykam na Mauritius.

Świetne | 2010/12/28 |

Turlu turlu | 2010/12/27 |

To były święta ekspresowe. Nie, nie tak ekspresowe jak herbata na ten przykład. Zdecydowanie bardziej jak teżewe. Albo jak zjazd kolejką w wesołym miasteczku. Tak mniej więcej po wchłonięciu zawartości rybnego stawu, kopy jaj, wanny pierogów z kapustą i kilku drobnych blach ciasta. Sami rozumiecie. Taki zjazd nie tylko przez zawrotną prędkość robi się niezapomniany. Oj robi.

Zacznijmy jednak od początku.

Na początku był chaos, potem coś dupnęło i dalej już wiecie.

A tak na serio… nie mieliśmy pojęcia o tym, że dzielenie wigilijnej kolacji między dwie rodziny, nie jest najlepszym pomysłem. W trakcie pierwszej tury już myślimy o tym, że czeka nas jeszcze druga i należy zostawić sobie czas, energię i miejsce w żołądku. W efekcie zmywamy się za szybko pozbawiając świętujących naszego towarzystwa a i tak w drugim miejcu już jesteśmy za późno, bo wszystko najlepsze się już wydarzyło, z prezentami nikt na nas nie czekał a gospodyni musi znowu dreptać do kuchni, by odgrzewać nam ciepłe potrawy, których zresztą i tak już nie jesteśmy w stanie docenić tak jakbyśmy chcieli, bo zapomnieliśmy z domu zapasowego systemu trawiennego. Do domu wracaliśmy z poczuciem winy i przekonaniem, że od teraz podział będzie inny – jeden dzień w jednym miejscu, drugi w innym. Chyba, że przyszłe święta będą już u nas – wtedy w ogóle po kłopocie.

Kolejne jakże ważkie spostrzeżenie jest takie, że nie sposób zjeść wszystko, co nam proponują. Nawet jeśli KONIECZNIE musimy spróbować. A jeśli ktoś za bardzo się stara, to potem obchodzi lodówkę szerokim łukiem, modląc się w skrytości ducha by nie przyśniła mu się rybka w galarecie albo kolejna sałatka. Brrr. Aktualnie jestem na etapie kalorycznej wrogości. Przeszłam już przez gniew, bunt i nagłą śpiączkę na widok jaja w majonezie. Jeszcze została mi faza żałoby po pysznym serniku.

A tak na marginesie sernika – lustro jest bezczelne. Pokazuje mi jakiegoś ludzika Miszlę. Nie wiem, już wszędzie te reklamy i reklamy. Masakra.

Teraz będzie ważne i dla mnie. Żebym sobie zaglądała czasem jak termomert pokaże mi fakersa na minusie.

Pierwszy dzień świąt byliśmy na rodzinnym jubileuszu 50-lecia ślubu. Małżonkowie patrzyli na siebie z taką czułością, że aż ciepło się robiło od samego ich widoku. Oboje wzruszyliśmy się jak galaretki na wietrze. Przeżyć ze sobą taki szmat czasu i nie przegryźć sobie tętnic, to dopiero wyczyn. Zwłaszcza, że Fakt rozpostarty na ścianie kiosku donosi, że ludzie są dziwni i potrafią nader skutecznie przywalić sobie żeliwnym rondlem z najbardziej błahych powodów, niezależnie od powziętych decyzji, podpisanych papierów czy wagi złożonych w różnych ważnych chwilach swego życia podpisów i obietnic. Plus Jeden stwierdził, że ze mną to nawet pod wodą i w sumie Mu wierzę, bo jak już się po takim czasie znaleźliśmy, wcale nie chcemy się od siebie odzwyczajać. A po tych rozjeżdżonych we wszystkie strony świętach tym bardziej chce nam się zamknąć w domu i po prostu pomieszkać razem.

A jak ktoś chce zobaczyć jak wygląda prawdziwe szczęście, wystarczy popatrzeć na Lokatora. Dostał na gwiazdkę zdalnie sterowany samochód i wielki zestaw klocków Lego… i tyle Go widzieli. A trzeba powiedzieć, że samochody, puzzle i klocki Lego to zdecydowanie trzy wielkie miłości Igorowskiego. Puzzle oczywiście też układa, a owszem. Na ogół wszystkie posiadane na raz i do góry nogami. No ale wychodzi wszystko błyskawicznie. Ostatnio Mamut się zdziwiła i do mnie zaniepokojona, czy ja wiem i dlaczemu. No wiem, co mam nie wiedzieć w końcu moje Dziecko, to wiem. Ale czemu woli do góry nogami to nie wiem. Może w poprzednim życiu był nietoperzem?

W sumie to by wyjaśniało zamiłowanie do gryzoni i nocny tryb życia. Młody najchętniej zamiast spać oglądałby Szczurka z filmu "Ratatuj". Myszką Miki też nie pogardzi :)

No, to tyle u nas. A Wy jak czujecie się po świętach? Bo ja na serio mam nieodparte wrażenie, że łatwiej mnie przeskoczyć niż obejść. Prawdziwa magia kurka siwa…

A u sąsiadów na balkonie migające psychodelicznie lampki i śpiewa Krzysztof Krawczyk. Nie, nie prawdziwy – nie zmieściłby się, to taki nieduży balkon, balkonik nawet. Jak zacznę wyglądać jak Krzysztof Krawczyk, proszę mnie dobić. Można garnkiem z bigosem. Piękna śmierć.

Choinka już ubrana | 2010/12/23 |

Po raz pierwszy od pięciu lat mam w domu choinkę. Ubraliśmy ją wczoraj z Lokatorem i jest piękna wręcz dramatycznie. Ma na sobie nawet sznur moich pereł. Trochę ze względu na wątły asortyment dostępnych ozdób a trochę z przekory, że w sumie czemu na choince nie powiesić prócz kilku bombek ulubionej biżuterii. Młody na jednej z gałązek umieścił auto. Ciekawe co zawiesi na drzewku Plus Jeden? Śledzia? A może golonkę? Hmm… to może być nawet interesujące.

Choinka stoi w przedpokoju, pośrodku mieszkania i z każdego pomieszczenia jest na nią dobry widok. Na czubku ma czerwoną kokardę, którą zmajstrowałam wczoraj z grubej wstążki i właściwie co tak na nią spojrzę, to coraz bardziej dochodzę do wniosku, że aniołki, gwiazdki i inne czuby są przereklamowane – kokarda rulez. Po świętach poczekamy do wiosny i zasadzimy ją w Mamutowie w ogrodzie. Będzie sobie rosła i przypominała nam o pierwszych wspólnie spędzonych świętach. Takich wyjątkowych i naszych, rodzinnych.

Wszystkim bez wyjątku i każdemu z osobna życzę, by w te święta poza prezentami pod choinką…
znalazł spokój, czas dla siebie i co najmniej kilka powodów do uśmiechu :)

A najbardziej życzę Wam kochani byście potrafili zauważać to co macie, co Was otacza, co Wam pomaga i cieszyć się tym wszystkim ile wlezie. Bo trzeba żyć, jakby się miało kilka lat i skakało po tapczanie. Wysoko i głośno.

Ściskam mocno i przeciągle

Koncertujemy | 2010/12/10 |

A potem jeszcze to:

19.12.2010 (Niedziela)
Europejska Gala Kolęd
godz. 18.00 – Teatr Wielki (Opera Narodowa)

Trochę się dzieje :)
Trzymajcie kciuki


  • RSS