Wpisy z okresu: 1.2011

Ludzie uwielbiają plany. Planujemy co zjemy na obiad i w co ubierzemy się jutro do pracy (to zwłaszcza kobiety), planujemy kiedy i gdzie pojedziemy na urlop i co obejrzymy w telewizji dziś wieczorem, planujemy fryzjera, kosmetyczkę, spotkania ze znajomymi, studia dzieci. Wszystko a od czasu do czasu jakieś niewinne morderstwo. Nawet jeśli ktoś uważa, że nie robi żadnych planów a jedyny, który posiada, to plan miasta, z pewnością jego podświadomość żyje szeroko rozbudowanym schematem wewnętrznie ustalonych już zjawisk i czynności.

Nasz Plan A zakłada, że latem przenosimy się na stałe do Mamutowa, gdzie aktualnie powstaje Prawdziwy Dom a od września Lokator idzie do pierwszej klasy mojej starej podstawówki, która jest tak blisko, że na długiej przerwie można skoczyć po coś dobrego do własnej lodówki a na krótkiej po ewentualnie zapomniany zeszyt. Plan B zakłada istnienie tylko Planu A, więc sami Państwo Czytelnictwo rozumieją, że choć starania rozbudownicze zostały zakończone, to starania wykończeniowe w toku. I to takim, że aż furczy. Całe szczęście, że jest Siostrzyca, która z racji urządzenia własnego miejsca na ziemi dysponuje zdecydowanie większym doświadczeniem i całym wachlarzem świetnych pomysłów, gdyż albowiem bez niej czułabym się jak samotne pętko podwawelskiej w gęstej wygłodniałej dżungli remontowo-budowlanych szczegółów. Jeśli nie ma się o tym wszystkim choćby mgliście bladego pojęcia, to prawdziwa masakra.

Weźmy na przykład kafelki.

Wchodzimy do sklepu, który za nas buduje_remontuje_urządza, widzimy olbrzymie bogactwo rozmaitych kafli, na ściany, podłogi, tarasy, skosy, wnęki i generalnie nawet gdybyśmy chcieli wnętrza szaf wyłożone mozaiką, też wszystko mają. Początkowo wydaje nam się, że wybór spośród takiego asortymentu to małe piwo przed śniadaniem, zajmie nam to chwilkę a następnie będziemy się przepięknie i malowniczo zachwycać naszą łazienką ilekroć przestąpimy jej próg. Następnie okazuje się, że mamy jakieś wyobrażenie o tym, co nam się podoba a co nie i usiłujemy znaleźć coś, co mieści się w zakresie pierwszego zbioru.

Tu napotykamy na pierwsze dość strome schody, gdyż po pobieżnym przefiltrowaniu tego co nam się podoba i wyobraziło przez to, co jest w sklepie i skorelowaniu wyniku ze stanem budżetu przeznaczonego na Projekt Łazienka, robi się niestety mało optymistycznie.

Ale nie poddajemy się i robimy ponowną rundkę po ceramicznych wytworach. Gdy już znajdujemy coś co jest matowe, ma duże kafle i nie zawiera miliarda falek, prążków, kwiatuszków, rozetek i cekinów oraz nie jest czarne, różowe, albo wściekle pomarańczowe, okazuje się, że wybraliśmy gres. Gres wizualnie jest fajniejszy niż glazura ale z racji grubości przeznaczony jest raczej na podłogi, a ponadto bardziej czyści portfel – wyższa cena plus droższy koszt obróbki plus wnerwieni robotnicy równa się "lepiej wybierz coś z glazury". Najfajniej robi się jednak, gdy coś już wybierzemy, zamówimy, zapłacimy i odbierzemy a potem po rozpakowaniu okazuje się, że ze to co mamy zdecydowanie różni się od tego, co oglądaliśmy w sklepie. Albo, że dostaliśmy dwie paczki z nieco innej excuse le mot bajki. Oburzeni po raz kolejny wyprawiamy się do sklepu, gdzie zmęczona życiem i nami kobieta informuje nas, że owszem to jest nasze zamówienie i owszem nieco się różni gdyż owszem producent zmienił nieco model a oni chyba nie zmienili ekspozycji. Nieco. I zamiast gładkich jakie obmacywaliśmy w sklepie, byłyby w prążki. Prążki to ja mogę na garniturze ewentualnie.

Nic więcej już nam się w tym sklepie nie podoba, więc udajemy się do innego.

W innym sklepie też wszystko chcą za nas i z uśmiechem. Zamierzam zagadnąć grupkę sprzedawców przyczajonych przy punkcie informacyjnym, ale troje pierzcha z przerażeniem gdy tylko się zbliżam a jeden, który został to najwyraźniej pierdoła i może mi wskazać tylko wanny. Wannę już mamy, więc uprzejmie dziękuję i zwiedzamy dalej. Kafelki widzimy już po kilku minutach szybkiego marszu. Tym razem jest już szybciej, gdyż wiemy mniej więcej co omijać i że nie interesuje nas gres. Nasz wybór pada na dwa modele – mój na jeden, Plus Jednego na drugi. Po trzykrotnej przebieżce w poszukiwaniu trzeciego, satysfakcjonującego nas oboje, decydujemy się na te, które wybrałam ja. Yes, yes, yes! Plus Jeden spisuje ile metrów jasnych i ile ciemnych nam potrzeba i idzie zamówić. Po kwadransie wraca. W tym sklepie nie mają tyle ile nam potrzeba, mają za to w sklepie na drugim końcu miasta. No, no, no! Zgrzytam, miotam pioruny oraz mam dość, gdyż nogi wchodza mi już w tyłek i ostatnie o czym marzę, to kolejny sklep z kaflami. Ogarnia mnie rozpacz w ciapki i zgadzam się na glazurę wybraną przez Księcia Małżonka.

Na szczęście w ostatniej chwili Książę Małżonek dostrzega moją minę pod tytułem "one są paskudne, chcę umrzeć" i zarządza ewakuację.

W ostatnim sklepie od razu pytamy, czy mają to co chcemy, czy mają wystarczającą ilość tego co chcemy i czy to na pewno wygląda tak jak chcemy. I czy to nie jest końcówka serii. W końcu po odczekaniu godziny na odbiór zamówienia i dokładnym sprawdzeniu każdej paczki, mamy nasze kafelki. I to w zaledwie sześć godzin. Alleluja.

W międzyczasie wybraliśmy i zakupiliśmy też ściankę z cegieł, obejrzeliśmy miliard zestawów wszystkiego do łazienek, kuchni, przedpokojów, przetrwaliśmy kryzys egzystencjalny Lokatora i spotkaliśmy Rafała Maseraka wybierającego sedes. Oczywiście Plus Jeden twierdzi z mocą, że to nie był Rafał Maserak a jakiś inny równie słynny tancerz, ale ja wiem lepiej. W każym razie wybierał sedes. A przy okazji chyba w promieniu kilometra roztaczał wokół siebie atmosferę sławy i drogich perfum. Tymi ostatnimi to chyba nawet całkiem konkretnie się oblał przed wyprawą po sedes, bo najpierw poraził mnie zapach, potem długo w tym porażeniu trwałam a dopiero za kilka minut pojawił się On. Nie wiem doprawdy. Jeśli wszyscy tancerze tak zlewają się perfumami, w studio Tańca z Gwiazdami zapewne wszyscy pod krzesełkami ukrywają maski tlenowe i w przerwach na reklamy gremialnie podłączają się do nich.

A propos sławy. Lokator najwyraźniej widzi swoją przyszłość w świecie wizażu i stylizacji fryzur. Od czasu do czasu przyozdabia się tu i ówdzie jakimś kolorowym pisakiem albo stempluje sobie na rękach barwne tatuaże. W piątek jednak Młody przeszedł sam siebie. Gwizdnął nożyczki, ukrył się przed światem i w tym zaciszu postanowił zrealizować swoje marzenia o sławie i karierze w wielkim świecie mody. Niespełniony fryzjer jednym fachowym ruchem wystrzygł sobie grzywkę w stylu Lady Gagi skrzyżowanej z jeżykiem Bogusia Lindy. Od rzewnego płaczu nad nowym wcieleniem Syna postrzymał mnie tylko gwałtowny atak śmiechu. No cóż, może kiedyś to i czeka Go sława, ale chwilowo raczej nie na polu fryzjerstwa. Próbowałam ratować sytuację i posadziwszy Młodego pod prysznicem obcięłam to co się dało, pozostawiając to co jeszcze gdzieniegdzie mogłam, ale wyglądał jak Ziemowit spod miski na rosół, więc w ruch poszła maszynka i finalnie jest bardziej jeżyk Bogusia niż Lady G.

Plus Jeden też ma we wspomnieniach z dzieciństwa osiągnięcia na polu spontanicznego fryzjerstwa z własną grzywką a salonu nie otworzył i trwałych ondulacji nie dzierga, jest więc szansa dla potomności, że Lokator wybierze specjalizację w innej dziedzinie.

Bum tarara bum tarara | 2011/01/25 |

Chcecie się pośmiać?
Tak?
Ale na pewno?

Choinka nadal na swoim miejscu.

Dumnie i niezaprzeczalnie pręży igły oraz od czasu do czasu sypie się dołem jak trociny ze starego pluszowego misia.

Nie wiem o co w tym chodzi. Zżyliśmy się z nią i jakoś tak smutno nam się robi na myśl o wywiezieniu jej do Mamutowa. Co rano obserwujemy kolejne sygnały wzrostu i stała się wręcz członkiem rodziny. No to stoi. A bez świecidełek nawet bardziej mi się podoba.

Jeszcze trochę i będę miała w mieszkaniu swoją własną namiastkę lasu. A potem z taj namiastki lasu zrobi się namiastka mieszkania. W kolejnej zaś odsłonie grupa krzepkich drwali – takich dwumetrowych drabów z dłońmi jak bochny chleba – będzie mnie celem powtórnej socjalizacji i ponownego przystosowania do życia w cywilizacji wycinać z puszczy. Toporkami, hej!

Taki mam plan. Prawda, że niecny i przewrotny?

Nie ma obiadu…
bo nie mogłam się przedostać przez ścianę lasu do kuchni.
Nie odkurzyłam i jest bałagan…
no bo przecież wszędzie to igliwie, dzikie zwierzęta i harcerze.
Nie wstawiłam prania…
bo komu przyszłoby do głowy w środku boru szukać pralki.
O prasowaniu nawet nie wspomnę…
żelazko? jakie żelazko?

No! Bo dżungla rządzi się swoimi prawami – w dzień hamak, jagody oraz straszenie przypadkowo napotkanych zboczeńców brakiem makijażu i dobrych manier a w nocy ognisko, opowieści z krypty, odgłosy spadających szyszek i pohukiwania sowy.

Wygląda na to, że straciłam połączenie z matrixem i tęsknię za naturą. Albo jestem dramatycznie leniwa i nie chce mi się golić nóg. Nie wiem doprawdy. Chwilowo mój prawy bark przejął kontrolę nad całym światem i pokazuje mi fuck off. Nigdy nie sądziłam, że możliwość zwrócenia głowy w bok w dowolnie wybranym przez siebie momencie to luksus. Tak więc Drodzy Czytacze proszę się cieszyć szerokim wachlarzem możliwości i zerkać na boki do wypęku. Jak kobieta na wyprzedaży w centrum handlowym.

Wracając do choinki, to chyba pora nadać jej jakieś imię. Rodzinny staż zobowiązuje. No i w końcu już nawet widziała mnie nago. Wielokrotnie. Ale nadal ma się dobrze, czyli chyba jeszcze nie jest tragicznie. Chociaż nie wiem czy po tej notce nie zaatakuje mnie z nagła jakieś zgrupowanie wściekłych ekologów. Za obnażanie się przed drzewem.

Cóż, miłość wymaga poświęceń.

I tak się trudno rozstać… – zanuciła Bajka podkręciwszy wąsa i wróciła do obserwacji żubra wraz z rodziną w ich naturalnym środowisku.

Ziuta kupiła kiedyś karpia. Karp został zakupiony przed świętami, przeznaczenie miał czysto konsumpcyjne i generalnie tuż przed Wigilią Ziuta z rozmarzeniem mówiła o smażonych dzwonkach z chrzanem. W Wigilię okazało się, że on tak błagalnie patrzy… Potem się okazało, że ich rozpoznaje i zaczyna pływać inaczej jak Ziuta albo Jeszcze Wtedy Narzeczony wchodzą do łazienki. Nie wspominałam, że skoro mieszkają we dwoje z karpiem to raczej ryba nie ma szans reagować na kolokolwiek innego, albo po prostu liczy w końcu na jakiś lunch. W momencie, w którym karp stał się PoliKarpiem i zyskał status zwierzęcia hodowlanego systematycznie dokarmianego, dla wszystkich stało się jasne, że od tej pory Ziutki z dwójki znajomych, stali się trójką. Przez dwa miesiące kąpali się w plastikowej miednicy stawianej na środku łazienki chlapiąc wodą na wszystko w promieniu pięciu metrów – no bo przecież wanną zawiadował PoliKarp. Ziuta myła włosy w umywalce, wykręcając przy tym ciało niczym kobieta-guma i stała się mistrzynią łazienkowej woltyżerki w kwestii wieszania prania na suszarce zawieszonej pod sufitem centralnie nad wanną ze zwierzem. W końcu chyba Ziutkowy nie wytrzymał napięcia, że jak idzie do toalety, a czasem potrzebuje tam pobyć sam (phi, też mi fanaberie, od razu widać, że nie ma Dziecka), to nie jest i wywieźli rybona do stawu. Były łzy wzruszenia i uroczyste pożegnanie i obawiam się, że to był ruch w samą porę, gdyż PoliKarp jak sądzę w klaustrofobicznych warunkach waniennej celi dostawał pomału pierdolca. W każdym razie ja bym na jego miejscu dostała.

Dobra, to tyle.
Idę pomyśleć nad tym imieniem.
Może Kunegunda?
Albo Stefania?
O mam – Stefania Harper!
Fantastyczne imię dla choinki.
Ciekawe, czy pod prysznicem znajdę aligatora…

Pyk | 2011/01/18 |

Kto mi życzył żebym przestała biegać?
Przyznać się?

Jakby co, to zadziałało.

Wychodząc do pracy dziś rano schyliłam się by zawiązać buty… i tak mi zostało.

Pykło mi coś w kręgosłupie i poruszam się trochę w stylu zombie. Powoli, dostojnie i z dziwnym grymasem na twarzy. Tylko jeszcze nie jestem zielona, stosunkowo mało przewracam oczami, ograniczam pohukiwania i nie wgryzam się z impetem w gardła przygodnie napotkanych homo sapiens. Ale to pewnie kwestia czasu.

Książę Małżonek stracił etat Absolutnie i Przepotwornie Dotkniętego Chorobą Nieszczęśnika w naszym stadku. Nie wiem co teraz wymyśli by mnie przebić ale na wszelki wypadek pochowałam ostre i ciężkie przedmioty oraz sprawdziłam, że skoki bungee w okolicy nieczynne. Lokator na szczęście pozostaje w wybornym zdrowiu i liczymy, że przynajmniej to nie ulegnie zmianie. W tej sytuacji tylko spokój może nas uratować. I zapasy ketonalu.

Syczę, stękam i emituję rozmaite, niekiedy mało cenzuralne wyrazy.

Czy ktoś może planuje w najbliższym czasie wynaleźć teleport?
Bo jeśli tak, to ja bardzo chętnie potestuję w ramach badań klinicznych.

Szfak.

Ostatnio jak mi tak pyknęło to spedziłam 6 godzin na Barskiej, skąd wyszłam bogatsza o zdjęcie RTG, stado recept, na które wydałam pół pensji i diagnozę, że zerwałam więzadło. Wszystko. Pan Doktor chyba z założenia miał traktować pacjentów jak intruzów, którzy chcą tylko od niego wyłudzić L4 i generalnie bardzo był zdziwiony, że faktycznie mnie boli gdy mi piętnasty raz z rzędu usiłował wcisnąć kręgosłup do żołądka. Ku swojej rozpaczy bezskutecznie. Tym razem niestety ale sobie daruję. Trochę nie mam siły.

Planuję natrzeć się tą parszywie śmierdzącą maścią, którą zanabył Plus Jeden i która podobno pomaga a jutro do pracy przyjść w japonkach. Jeśli nie zabije mnie fetor, to z pewnością wykończy sapanie na schodach.

Życzcie mi powodzenia.
I niech już przestanie boleć, co?

Czasami człowiek musi | 2011/01/13 |

Nie piszę bo biegam.

Nie znaczy to absolutnie, że nagle zaczęłam w sposób ożywiony uprawiać sport z joggingiem na czele. Bynajmniej. Ze sportu to ja ewentualnie sprint po Coca Colę z lodówki preferuję, lub zawody w spaniu na czas. Ostatnio to jednak najchętniej na strzelnicę bym się zapisała. Oj zapisała. Bym się.

Książę Małżonek był chory.
Nawet Mu jeszcze zostało.
A jak On pięknie choruje to już kiedyś pisałam.
Ach.

No więc tyle.
Reszta jest milczeniem.
A od gryzienia się w język dostanę kiedyś wścieklizny.
Obiecuję.

Biegnę doglądać.

To leżenie w łóżku takie męczące, że nie wiem.
Może jednak ta strzelnica?
Żeby się nie męczył.
Pomyślę ;)

——————————
Z ostatniej chwili:

Choinka rozebrana ale nadal stoi na swoim miejscu.
Wyczytaliśmy, że to drzewko o wdzięcznej nazwie Daglezja i w sprzyjających warunkach może osiągnąć jakieś 50 metrów wysokości.
Jeszcze nie wiem co na to sąsiedzi z góry ale jakby co, to czekamy czy nasze warunki okażą się sprzyjające ;)

Kochani,

mało kto wierzy w te wszystkie apele o pomoc a ja nie
lubię ich rozsyłać i rozpowszechniać, bo reakcje bywają różne. Inna sprawa, że zawsze
myślimy sobie: "takie rzeczy mnie nie dotyczą, to na pewno nas nie spotka".
Niestety czasem spotyka właśnie nas, albo krewnych czy znajomych. Mnie
w potrzebie dobrzy ludzie bardzo pomogli i nie odwdzięczę im się prawdopodobnie do
końca życia – mam jednak nadzieję, że mały Mikołaj też zasługuje na pomoc i zainteresowanie.

Wiem, że to dość bezpośrednia prośba, ale proszę Was abyście zajrzeli na tę stronę i w tym całkiem Nowym Roku postarali się zrobić coś dobrego dla Takiego Jednego Fajnego w Czapce.


http://mikolajkowo.blogspot.com/

Jeśli
nie jesteście w stanie sami, roześlijcie proszę wiadomość z tym linkiem swoim znajomym. Wierzę,
że ludzie są w stanie razem robić niesamowite cuda.

Dziękuję w imieniu swoim, Wioli, Ani, Marcina i wreszcie Małego Mikołaja

Przymierzamy się do rozebrania choinki i wywiezienia jej do Mamutowa, gdzie cierpliwie poczeka na wiosnę a gdy tylko ta zdecyduje się osiedlić na czas jakiś w naszym pięknym kraju, wkopiemy iglaka w ziemię i będzie nam zielono.

Póki co w praktyce przymierzanie się do rozbiórki wygląda tak, że kilka razy przeszłam obok drzewka pomrukując, że już czas by zdjąć z niej świecidełka. Oczywiście w takich chwilach natentychmiast budzi się w Lokatorze obrzymich rozmiarów wulkan empatii i z miejsca zalewa się rzewnymi łzami na samą wzmiankę, że choinka miałaby przestać z nami mieszkać. Następnie patrzę znacząco na Plus Jednego i obojgu nam jawi się wizja dwudziestoparolatka trzymającego zechniętego na wiór drapaka w przedpokoju.

Na szczęście zaraz po rozległej i bezdennej rozpaczy Młody zaczyna wchodzić w fazę pod tytułem: "Spokojnie, nie wszyscy na raz umrzemy, ktoś będzie musiał opisać to w końcu na Pudelku" i można mu co nieco wytłumaczyć. Między innymi to, że jak się drzewko posadzi w ziemi i będzie podlewać, to urośnie i będzie rosło, rosło aż Jaśnie Pana Igora przerośnie i kto wie, może kiedyś nasza bożonarodzeniowa ozdoba będzie najwyższą choinką w okolicy. I to już wydaje się zdecydowanie lepszą opcją.

Zwłaszcza, jeśli najbardziej zainteresowany zwizualizuje sobie pająki, które mogłyby na wzmiankowanym drzewku zamieszkać. Gdyż Igorowski prócz choinki, wielbi jeszcze Spidermana oraz jego krewnych i znajomych. Korniki też pewnie polubi zaraz jak tylko się o ich istnieniu dowie. Prognozuję.

Poza szaloną empatią Młody nadal jest wielkim miłośnikiem służby zdrowia. Aktualnie pasjonuje go rysowanie karetek. Ale spokojnie, tworzy też czołgi i spychacze. I naturalmą również woży strażackie. Całe miejskie arterie szos, wiaduktów i estakad szczelnie wypełnione karetkami, czołgami, spychaczami i strażackimi wozami. Oczywiście co się da to na sygnale. Plus jeden samotny mały traktor. W kolorze sinobrązkoperek. Ale za to komin jest na różowo.

W pokoju młodociany artysta-pasjonat urządził wystawę swoich prac. Na szczęście nie trzeba wkładać filcowych paputków, być przeraźliwie cicho a żadna Starsza Pani nie wychodzi z kąta jak zjawa i nie musztruje nas za rozmowy przy eksponatach, ale normalnie mamy w chałupie galerię sztuki nowoczesnej. A na lodówce wisi ogromna karetka z profilu. Boję się zajrzeć do środka.

W sprawie Haluty, to przypominam, że konkurs na rozweselenie trwa.
Zbieram pomysły pod poprzednią notką i bardzo na Was liczę.

Be jak bałwan | 2011/01/02 |

Jak jest zima, to musi być zimno. Jak jest zimno, to czasem jest śnieg, A jak jest śnieg, to prawie zawsze lepi się bałwany. Chyba, że pojawią się takie bałwanki samoistne i samopas, takie, których nikt lepić nie musi. Jak my obie z Halutą na ten przykład. Bez marchewki i węgla a bałwany aż miło. Oj.

Napisałam, potem zadzwoniłam, choć miałam strzelić focha i milczeć przez najbliższe dwadzieścia lat, aż jakaś Szanowna Pani Redaktor z Telewizora nakręciłaby o nas reportaż (emitowany wyłącznie raz i to w listopadowy poniedziałek nad ranem), po którym okazałoby się, że cały czas myślałyśmy o sobie, choć głównie w kwestiach językowych – czy ten epitet już był czy jeszcze nie – i w końcu byśmy się spotkały po to, by dać sobie po razie i spektakularnie wybić sobie sztuczne szczęki, z wzajemnością.

Przyjechała. No to żeśmy padły sobie w ramiona, zalały się łzami, znowu padły, nowu zalały i tak jak w "Modzie na sukces". Brakowało tylko Ridge’a i jakiegoś zabandażowanego po dziurki w nosie kolesia na szpitalnym łóżku. A może pomyliły mi się seriale. Nieważne. Grunt, że baby się całowały, więc spodziewajcie się deszczu.

Parę słów sobie powiedziałyśmy i poza tym, że z nas idiotki pierwsza klasa, to wyszło, że nadal nam obu zależy i generalnie żyć bez siebie nie umiemy. No bo po co.

Napiszę na jakimś murze:
Halka jest tak samo głupia jak ja ale kocham ją bardziej.

Może się uśmiechnie, co?

———————————–

A właśnie!
Wpadło mi do głowy pewne WTEM, więc uwaga, uwaga:

Ogłaszam międzynarodowy konkurs na rozweselenie towarzyszki Haluty. Wszelkie pomysły mile widziane.
Sprawa jest pilna, bo chwilowo towarzyszka Haluta jest wesoła jakby kto Ją kopnął w kostkę i zwiał tak prędko, że nie zdążyła oddać.
Piszcie kochani, piszcie.
Będą nagrody!

Pawnie mi nikt nie uwierzy, bo moje życie – a już ostatni rok na pewno – absolutnie na to nie wskazuje, ale w zasadzie to ja nie lubię zmian. Chyba, że to "nowe" jest akurat fantastyczną sukienką, w którym wyglądam jak dochód narodowy brutto średniej wielkości państwa, albo wyprawą na hamaczek w jakieś ciepłe kraje w samym środku zimy. Inaczej trochę się kulę w sobie i powarkuję z cicha albo jest mi smutno, a czasem to nawet wszystko na raz. Oczywiście są takie momenty, w których zmian potrzebuję, chcę ich i się nimi cieszę jak dzika świnia w obierkach. Gdybyśmy jednak ustalili proporcje, powyciągali średnie arytmetyczno-ważone i zatrudnili sztab ludzi od Bardzo Ważnych Wyliczeń, okazałoby się, że na zmiany reaguję alergicznie nerwowym kaszlem i głównie jestem zestresowana.

Końce i początki roku wywołują u mnie dziwny stan zmieszania smutku i melancholii z podekscytowaniem oraz ciekawością. Gdybym była kotem prawdopodobnie dostałabym sraczki opcjonalnie podrapałabym jakiś mebel a następnie zwinięta w kłębek przespałabym całe wielkie bum i tyle. Jestem jednak mimo wszystko człowiekiem a u ludzi to trochę bardziej skomplikowane.

Święta i cały ten czas okołochoinkowy trochę mnie psychicznie zmęczyły. Praca przeplatała mi się z niemal cały czas z koncertami, Plus Jeden buntował się, że ciągle nie ma mnie w domu wtedy, kiedy On jest, ja buntowałam się, że nie ma Jego wtedy, gdy jestem ja, Lokator buntował się, że gdy chce iść do mnie na próbę, to nie może, a gdy może, to nie chce i generalnie grudzień był nerwowy. Ponadto moje myśli (a czasem i ciało) krążyły nieustannie wokół Siostrzycy i Jej zdrowia, Rodziców i wszystkiego co z Nimi związane, Haluty, Jej problemów z kręgosłupem i rozległego doła, którego niczym nie dało się przepędzić i całej masy innych ważnych spraw, które mnie przycisnęły do ściany, a z którymi musiałam sobie szybko i mimo wszystko w pojedynkę poradzić.

Ta podzielona Wigilia, którą spędziłam w połowie z rodziną Plus Jednego i z Halutą a w połowie z moją rodziną, uświadomiła mi, na jak wiele rzeczy i jak bardzo nie mam wpływu. Jak bardzo to, co bym chciała różni się od tego, co potrafię. I chyba poczułam się zmęczona. Bardzo, bardzo zmęczona. Najchętniej przespałabym to wszystko i obudziła się z nowymi siłami, z energią. Bo ja nie znoszę nie mieć na coś siły. Choćby to było napisanie tu kilku słów do paru osób, którym nadal chce się tu zaglądać albo pytać mnie e-mailem, co się ze mną dzieje.

Sylwestra spędziłam z rodziną u Lukrecji i Nikodema. Igor szalał z Maćkiem do późnych godzin nocnych, ja w końcu miałam czas by pogadać o czymś i o niczym z Lu, Plus Jeden relaksował się w przemiłym towarzystwie po pracy i też wydawał się zadowolony. Wróciliśmy do domu zmęczeni, uśmiechnięci, z dobrą energią, którą można było z tamtego miejsca czerpać garściami.

Chciałam jeszcze zatelefonować do kilku osób, spytać, czy jest im dobrze i czy wiedzą, że ciepło o nich myślę. Zamiast tego trafiłam na słowa jednej z najbliższych mi osób, o takim wszechogarniającym smutku, o samotności, o wszystkim czego temu komuś brak a co wspomina jako najwspanialsze chwile… i całkiem uszło ze mnie powietrze. Złapałam doła. Nigdzie nie zadzwoniłam. Zresztą wyświetlacz mojego telefonu też był idealnie pusty, o mnie więc też nikt nie pomyślał. Odechciało mi się, po prostu. Odechciało mi się starać, bo i tak całe to moje staranie nic nikomu nie daje, nie pomaga i w ogóle całe jest bez sensu, jakbym krzyczała zza dźwiękoszczelnej i zupełnie nieprzezroczystej szyby. Bezszelestna i niewidzialna, po prostu mnie nie ma. Nie ma wspólnych wspomnień, zero fajnych chwil, wyjątkowych momentów w życiu, które przecież były razem, Igorowych początków, wakacji, Krakowa, turlania w śniegu, brewek, takiej przyjaźni, o której nawet w książkach nie piszą, bo barany nie umieją. Nie ma. Wszystko co przez ten cały czas usiłowałam przekazać, powiedzieć, czy pokazać, okazało się zauważalne tylko dla mnie. I w takich chwilach po prostu nie wiem co mogłabym jeszcze powiedzieć. Chyba nic.

Poryczałam się aż skończyły się chusteczki i poszłam spać. Plus Jednego zbyłam, że chandra. Nie uwierzył, ale wiedział, że nie ma sensu pytać. Gdy coś mnie uwiera jestem jedną wielką zasupłaną kulką.

Przez cały rok byłam jednym wielkim nakręconym króliczkiem Duracella.
Przez jedną krótką chwilę zeszła ze mnie cała ta energia.
I zwyczajnie nie mam siły.

Przepraszam więc, że nie zadzwoniłam. Mam nadzieję, że wybaczycie. Wiecie, że dobrze Wam życzę bez względu na datę. Chciałam, ale jakoś zabrakło mi tego kawałka uśmiechu, który zawsze miałam. I dopiero gdy zniknął, zauważyłam, że był. Jak tapeta w kuchni. Jak cała ja.


  • RSS