Wpisy z okresu: 2.2011

Nie no, fajnie było :)

Tak wróciłam i nic nie piszę, bo najpierw musiałam się odgruzować, potem trochę dojść do siebie, a potem znowu odgruzować, gdyż dochodzenie do siebie z reguły trochę trwa a reszta świata jak na złość ma to w zupełnym poważaniu. Nie wiem doprawdy.

Czy Wy też miewacie pourlopowy spadek formy?

Że jeszcze przed chwilą śniadanie pod nos i dwudaniowy obiadek, przepiękny widok z góry na miasteczko, rozmowy przy grzanym winie oraz śpiewy z gitarą po nocy, a teraz pstryk i poniedziałko-czwartek? Hmm. Bo ja na ten przykład mam.

Nie wiem też jak to jest, że w górach przecież było mroźniej niż w Warszawie, a dopiero tu czuję, że jest naprawdę zima i w drodze do pracy systematycznie odmrażam sobie nos. Powinni się tym zająć jacyś naukowcy i dokładnie przebadać całą tę korelację.

Nie pociesza mnie nawet fakt, że wystarczy wrócić i wiem co u Dody oraz jeszcze kogoś, kogo już zupełnie nie kojarzę ale podobno jest sławny.

Dobra, pora na kawę bo inaczej obudzę się dopiero w okolicach południa ;)

Sezon na ferie uważam za rozpoczęty. Tradycyjnie jedziemy z Lokatorem wraz z chórem do Grybowa, gdzie będziemy ćwiczyć repertuar na wiosenny koncert.

W tym roku wracamy do muzyki cerkiewnej, co bardzo mnie cieszy, bo uważam, że to jeden z najpiękniej brzmiących i melodyjnych nurtów. I choć ma głównie smutne, rzewne tony, to niesie tyle emocji i energii, że czasem na koncercie w cerkwii trudno nie mieć dreszczy na plecach. Zawsze mam wrażenie, że wystarczy przymknąć powieki i już człowiek płynie gdzieś daleko. Strasznie się zawsze w to wszystko zasłuchuję. Oczywiście nasz wielki finał będzie w Hajnówce. Mam nadzieję, że znów wrócimy z poczuciem uczestnictwa w tworzeniu wyjątkowej, chwytającej za duszę i serce muzyki, łzami wzruszenia, ukradkiem ocieranymi mankietem i pierwszym miejscem w kieszeni :)

Tymczasem pora wrócić na ziemię i do pakowania.

Wrrr. Pakowanie. Wiecie, że tego nie lubię, prawda? A do tego Plus Jeden znów jest chory. Dramat w trzech aktach.

Czeka mnie więc pakowanie, upychanie kolanem, perswadowanie, że nie wszystkie samochody i książki są nam niezbędne ABSOLUTNIE, szereg palpitacji, próba ognia a na koniec rozległe jak Sahara poczucie winy, że zostawiam Cierpiącego Mężczyznę na pastwę nudy, samotności oraz braku perspektyw obiadowych, a sama radośnie i w podskokach udaję się śpiewać, tańczyć, pić alkohol do białego rana i upajać się wolnością w towarzystwie kolegów i koleżanek z chóru. Taaak. Doprawdy ja to się umiem ustawić. Żwawy i ciekawski Pięciolatek na doczepkę to na serio breloczek u kluczy.

Dyndu, dyndu.

Powiem przecież: – Ty tu siedź, a mamusia pójdzie pobujać się na bicepsie u tego Pana – i Młody posłusznie zostanie by dalej haftować na tamborku oraz uśmiechać się promiennie. Naturalmą ;)

Ech, prawda jest taka, że po prostu będę się martwić i tęsknić za Księciem Małżonkiem. Serio, serio.

Dobrze, że przynajmniej Stefania Harper zostaje. Zostaje i rozrasta się imponująco. W Biedronce codziennie niskie ceny a u nas codzienny przyrost drzewostanu. Wrócę i rzuci się na mnie z igłami, jak nic.

Kończę. Pora się dobrać do tej Czerwonej Walizki i sprawdzić czy czasem nie zbiegła się w szafie, bo mam takie wrażenie (graniczące w sumie z pewnością), że w tym roku zmieści się w niej mniej dobytku niż w zeszłym. Sądząc po tym, co naszykował sobie do spakowania Lokator, wezmę tylko stringi i szczoteczkę do zębów ;)

Życzcie mi powodzenia!

Sława, sława, sława | 2011/02/09 |

Z ostatniej chwili.

Doktor Google donosi, że najkrócej śpiące ssaki to:
żyrafa – 1,9 godziny na dobę (5 – 10 minutowe "drzemki")
sarna – 3,09 godziny na dobę
słoń azjatycki – 3,1 godziny na dobę

Ktoś chyba zapomniał o jeszcze jednym osobniku, którego miałam niewątpliwy zaszczyt zaprosić na górny pokład 5 lat temu i od tamtej pory szczelnie wypełnia mi mój świat. Jak na mój gust będzie w rankingu zaraz po słoniu.

Siedzimy. Lokator w piżamie kontempluje odwieczne zagadki wszechświata. Ja kontempluję odwieczny dylemat matek, których dzieci nie zamierzają tracić czasu na sen, skoro jest tyle ciekawszych rzeczy do zrobienia. Jak choćby inwentaryzacja klepek w podłodze. Hmmm. Nie mam pojęcia skąd Lokator ma tyle energii skoro nie śpi tylko drzemie a odżywia się śladowo i głównie osmotycznie, poprzez ocieranie się o pożywienie w czasie ucieczki. Chyba z kosmosu. Pewnie to jakiś pomysł na zbliżającą się konferencję w sprawie odnawialnych źródeł energii. Zebrać wszystkich pięciolatków z podobnym zapotrzebowaniem na nocny wypoczynek w jednym pomieszczeniu… bardzo dużym i zapewnić dostawę energii kilku miastom. Jestem przekonana, że na oświetlenie Las Vegas też pracuje jakieś tamtejsze przedszkole.

Siedzimy dalej. Z tym, że ja już nieco ziewam. W przeciwieństwie do Młodego. Koziołek Matołek przeczytany na wszystkie strony. Kołysanka wynucona. Usiłuję zogniskować myśli na czymś konkretnym i nie zasnąć przed Nim. Ogniskuję na tym, że półka z książkami nam się ni z tego ni z owego osunęła z zawartością na podłogę i chyba czekamy aż sama odrośnie. Nie wiem czy półki odrastają czy nie, pewnie niekoniecznie, ale ta po takiej serii wymownych spojrzeń zdecydowanie powinna.

Wtem.

…tak, wiem, że czekaliście na to słowo…

Pada pytanie z gatunku wgniatających w fotel. Zwłaszcza gdy pada z ust pięciolatka.

- A wiesz Mamo kim jest Simon Ammann? – nawet atmosfera wstrzymała oddech
-
No pewnie! – trochę wiem a trochę nie wiem ale ważne by być pewnym siebie
-
No to powiedz – wstrętną żmiję na swoim sercu wyhodowałam, nie ma co
-
Simon Ammann jest sławnym człowiekiem – i nie waż mi się dopytywać dalej, bo włączę wspomaganie usypiania
-
No tak, ale On skacze i dlatego jest sławny – oznajmił Potomek a ja w myślach rozpoczęłam tworzenie planu zemsty na Księciu Małżonku, który uwielbia skoki narciarskie i to na pewno Jego sprawka
-
Acha… – bardzo misternej zemsty…
- On bardzo daleko skacze i wygrywa nawet – Lokatora ostatnio fascynuje zjawisko rywalizacji i oczywiście nawet w drodze do domu ścigamy się, kto będzie pierwszy - Ale ostatnio był na drugim miejscu – nie to co Lokator, który zawsze jest pierwszy i z uśmiechem wita zasapanych jak mopsy rodziców pod drzwiami

Już ja się postaram o szkolenie ze sławy. Odwiedzimy pudelka, założymy sobie konto na facebooku, obejrzymy kilka odcinków "Seksu w wielkim mieście" a potem zrobimy kurs french manicure w weekend. I wtedy napuszczę Syna na Księcia Małżonka. Będzie taki ubaw, że bez popcornu się nie obędzie.

Tymczasem uwaga – podaję newsa sezonu.
Nie wiem czy wiecie, ale jesteśmy sławni.

Tadam!

Ani się nie obejrzymy a upomni sie o nas Hollywood. Wtedy jakiś tam Simon Ammann będzie mi mógł naskoczyć. 203 pod wiatr stylem dowolnym.

Nasz przyjaciel Grześ, który przy okazji jest świetnym fotografem i autorem zdjęć z naszego ślubu (oczywiście jestem nieobiektywna ale napawam się nimi średnio raz w tygodniu i nadal nie mogę przestać, bo wyglądam na nich jak milion dolarów w nieznakowanych banknotach) stworzył swoją stronę. Niniejszym zachęcam do upowszechniania, bo ma facet oko a przy tym jest niesamowicie sympatyczny. I akurat chętnie przyjmie kolejne zlecenia.

No i teraz On jest sławny :)

Będzie mógł wspominać, że Bajka napisała o Nim na blogu.

—————————————————–

O, a to fotka całkiem obcego dziecka, ale za to zdecydowanie moja ulubiona:
                                                             fot. Grzegorz Bychawski

Koszmary | 2011/02/09 |

Nocami mam koszmary o podłożu remontowo-wykończeniowym.

Śni mi się na ten przykład sypialnia odmalowana na wściekły róż. Taką fuksję z impetem, że wchodzi się do pokoju i od razu zawał. Rozległy. Oraz dywan mi się śni – taki w stylu babcino-ciociowym, prawdziwy perski made in Bazar Różycki – a ja organicznie nie znoszę takich dywanów. Albo tapeta z motywem jelenia na rykowisku. Jeleń w pozie zalotnej razy tryliard pięćset. Czasami zaś śnią mi się drzwi z przepięknej płyty pilśniowej z okleiną jasny buk, które wyglądają jakby ktoś je wytarzał nie wiadomo w czym i nie przestał. Albo boazeria. O matko! Boazeria to jest to co mogłoby mnie wepchnąć w czarną otchłań rozpaczy i przyprawić o globus. Przeurocze dekoracyjno-gipsowe rozetki również. Złote klamki. Paździerzowy regał z politurą na wysoki połysk. Krzesło a la Ludwik XIV. Kinkiety z Cepelii. Sztuczne kwiaty, zwłaszcza goździki oraz witrynka z rodzinnym zestawem kryształów. Wypchany borsuk lub głowa łosia nad kominkiem. Zabytkowy nocnik z uszkiem. I mosiężna wanna na nóżkach. Aaaaaaaaaa!!!

Ogólnie moje nowe mieszkanie we śnie jakoś chwilowo bardziej mnie przeraża niż zachwyca. Za to zachwycał mnie dotychczasowy postęp prac. Zachwycał. Czas przeszły zamierzony.

Podobno robotnicy wykonali dramatyczną samowolkę z łazienką i jest zupełnie inaczej niż miało być.
Na razie boję się tam jechać by to sprawdzić…

Biorąc pod uwagę nasze niedawne doświadczenia z zakupem płytek przeczuwam mord.

allegro.pl
tasaki i siekiery
kup teraz
wyszukaj

Kochani,

jakiś czas temu pisałam o fantastycznym małym chłopcu imieniem Mikołaj, który bardzo potrzebuje Waszej pomocy – po prawej stronie termosu  jest baner, w który należy klinkąć, jeśli chcecie poczytać co u Niego i jak sobie radzi cała dzielna Rodzinka z Ciocią Wiolą – aktywistką – na czele. Zapewniam, że warto :)

Zaraz pod nim znajdziecie baner akcji Blogowych Mam, które skrzyknęła Chuda – nieoceniona organizatorka wszechświata – by napisały coś o tym całym słodko-gorzkim mamowaniu na 1,5 etatu.

I udało się! Antologia tekstów matek-blogerek, która powstała by pomóc małemu Mikołajowi i jego rodzicom, jest piękna, gotowa i do wzięcia.

Tutaj znajdziecie listę dziewczyn zaangażowanych w projekt i spis treści antologii.

Chcecie ją mieć?

Mam taką nadzieję bo to kawał świetnej lektury, która ma do spełnienia bardzo ważną misję :)

Kliknijcie TU po szczegóły i śmiejcie się w głos… albo może wzruszajcie… albo wszystko na raz… przy naszych wspomnieniach. Wspomnieniach Mam czasami bardzo zmęczonych, poirytowanych, ofukujących wszystko i wszystkich, permanentnie niedospanych ale zawsze i niezmiennie bardzo szczęśliwych, że od życia dostały ten arcyciekawy scenariusz.

Jestem jedną z nich

Kiedyś, w nie tak odległej już niestety przyszłości, mój Syn obrazi się na mnie za to zdjęcie śmiertelnie.

Zwłasza za tego motylka jak domniemywam. Albowiem wyjątkowo jest paskudny. I prawdopodobnie nic nie da tłumaczenie, że przedszkolny Pan Pstryk inaczej nie potrafi i właściwie zawodowo trudni się dodawaniem temu podobnych "upiększaczy" oraz ustalaniem na swoje wyroby cen z innej galaktyki. A potem wyżej wzmiankowany Syn wlepia wzrok Kota ze Shreka w swoich Rodziców… i nie ma już odwrotu, całkiem jak "Kup Pan cegłę".

Zanim jednak to nastąpi, SzanPaństwo Czytelnictwo pozwolą, że przedstawię – Lokator jako strażak z uśmiechem Giocondy

I pognała chichotać w tle… ;)


  • RSS