Wpisy z okresu: 3.2011

Pełne koło | 2011/03/04 |

Wczoraj minął okrągły rok odkąd umówiłam się z Kumplem do kina.

Niby nic takiego, bo czasem zdarzało nam się wybrać do kina, albo na koncert, albo zwyczajnie wpraszał się do mnie na herbatę i gadaliśmy o mniejszych lub większych pierdołach. Albo o tym, że mógłby w końcu przestać palić. On opowiadał o tym, że ma zazdrosną narzeczoną i jak się do mnie wybiera z wizytą to Ona ma focha. A ja Jemu z kolei, że jak już nawet poznaję kogoś interesującego i coś miedzy nami zaiskrzy, to jest to błysk, który szacuję na około minutę. Zaraz potem fakt bycia Matką czyni mnie z miejsca kompletnie nieatrakcyjną i mało interesującą. Następnie z reguły dzwonił Jego telefon i albo była to praca, albo wyżej wzmiankowana. Najśmieszniejsze zawsze były dla mnie te zazdrosne telefony bo przyznaję, że nigdy nie zdarzyło mi się pomyślec o Nim w kategorii męsko-damskiej. Był moim Kumplem. To automatycznie zamykało w mojej głowie zapadkę Facet. No bo przecież Kumpel to nie Facet. Kumpel to Kumpel.

Wyjechał. Zamieszkał daleko i miał sobie tam życie ułożyć. Widziałam Go wtedy jakoś raz na trzy-cztery miesiące, ale cieszyłam się, że przynajmniej Jemu się układa. Podpytywałam nawet kiedy na ślub zaprosi. Tylko jakoś taki markotny zawsze sie robił gdy schodziłam na ten temat. Dalej kopcił jak smok i nie rozstawał się z komórką. I smętną miał minę bardziej coraz.

Pół roku ciszy i sms w środku lutego, że koniecznie musimy się spotkać i czy może się wprosić na herbatę w sobotę. Odpisałam, że w sobotę to nie bardzo, bo wyjeżdżam się urlopować ale może w środę ta herbata? Przyszła wiadomość, że w środę to nie bo akurat wtedy zabiera mnie do kina. No to zabrał. Obejrzeliśmy Sherloka. Świeżo jakoś rzucił palenie. Oraz do tego wszystkiego straszliwie był radosny.

Oczywiście byłam przekonana, że teraz jak już przyjechał i tak chciał się spotkać to na bank albo ślub, albo Dziecko, albo obie opcje w jednej bramce. Tymczasem On mi na to, że się rozstał. I strasznie był poirytowany moim pocieszaniem, że jeszcze kogoś pozna i będzie w końcu szczęśliwy. A jeszcze bardziej jak w kinie stwierdziłam, że dla zgrywu powinniśmy wziąć popcorn w zestawie Dla Zakochanych – to akurat walentynki jakoś nieopodal były. Zupełnie nie rozumiałam dlaczego tylko mnie to ubawiło.

Potem wyjechałam na urlop, wróciłam, byłam zajęta, ze dwa razy jeszcze na coś poszliśmy i w końcu przyszedł ten marzec. Jak zwykle odwiózł mnie do domu, pożegnał się elegancko i poszedł. Tylko ja się czułam dziwnie, bo skwaszony był strasznie i myślałam, że może coś palnęłam głupiego. Jak to ja – mistrzyni wdzięku, taktu i rzutu młotem w rodzinną kolekcję bezcennych kryształów. Napisałam sms, że jeśli Go czymś uraziłam, to niechcący i już po tylu latach mógłby się nie obrażać bo przecież mnie zna. Odpisał, że to zupełnie nie o to chodzi. Na dość logiczne w tej konfiguracji czasoprzestrzennej pytanie – a o co? – już nie odpowiedział.

Godzinę później wrócił z wyjaśnieniami. Że to nie tak, że się we mnie kocha od ośmiu lat i już nie może. Że już dawno się pogodził z faktem, iż kompletnie Go w kwestiach męsko-damskich ignoruję i kompleksowo spuszczam na bambus wszelkie próby wykroczenia poza koleżeńskie ramy i absolutnie nie chciał teraz się do tego wszystkiego przyznawać i przewracać mi w moim z trudem poukładanym życiu, ale nie może pozwolić żebym myślała, że coś zrobiłam nie tak. I tak o.

Kiedy już otrząsnęłam się z szoku i podniosłam z podłogi, bez słowa poszłam do kuchni, nalałam sobie szklankę martini i wypiłam jednym haustem. Potem opierdoliłam Go od góry do dołu i jeszcze na boki. Opierdoliłam Go strasznie i śmiem twierdzić, że jestem jedyną kobietą, która mogła coś takiego zrobić i kończąc zdanie nadal mówić do odbiorcy a nie pustej przestrzeni po nim. Oboje zdaliśmy sobie sprawę, że nic już między nami nie będzie takie samo. Wtedy pamiętam, że była to dla mnie dość bolesna refleksja. Miałam swój świat, przyzwyczaiłam się do tego co mam, zaakceptowałam to czego nie mam i przestałam chyba tak parszywie beznadziejnie chcieć, zaczęło mi być dobrze tak jak było.

W końcu widziałam światło w tunelu i nie był to pociąg. A tu proszę, ładuje mi się tu Taki z buciorami w mój własny wypielęgnowany trawnik i wyjaśnia. Se. I co On sobie w ogóle kurka siwa wyobraża? Że będziemy mieć domek z ogródkiem i spędzimy razem resztę życia aż staniemy się parą zgryźliwych staruszków?

No.

Wczoraj minął okrągły rok odkąd umówiłam się z Kumplem do kina.
Pożegnaliśmy się jak zwykle i pojechał.
A potem wrócił… i został.
Księciem Małżonkiem ;)

Niezłe tempo jak na rok, prawda?

Jak co roku na warsztatach w Grybowie urządziliśmy imprezę tematyczną. Tym razem motywem przewodnim był PUNK. Że noł fjuczer, anarchia, skórzane kurtki, pióra na sztorc i takie tam. Wiadomo.

Mnie osobiście pomysłowością na kolana powalił kolega Piotr, który z racji braku naturalnego materiału na irokeza, zawezwał na pomoc czerwoną szczotkę-zmiotkę. Umarłam i straszę :)

Tak, zgadza się. To co mam na szyi to pasek. Od spodni.

Poza tym byliśmy przeraźliwie grzeczni i szaleńczo nudni. Trzy próby dziennie, wieczorne wyprawy na dół do miasteczka, oraz nocne darcie ryja do gitary, że "na głooowie kwietnyy ma wiaaaaanek…"

Lubię to :)

Piramida pączków | 2011/03/03 |

Nie wiem jak Wy ale ja uwielbiam Tłusty Czwartek.

Totalne pączkowe rozpasanie i niczym nie skrępowane obżarstwo.
Pycha! :)

Ile jesteście w stanie zjeść tego dnia?
A ile za jednym posiedzeniem?

Jak dotąd niedoścignionym dla mnie wzorem jest Mamut, który przed laty, będąc ze mną w ciąży, wygrał zakład z szefem cukierni (zresztą wówczas również swoim szefem) i skonsumował piętnaście.
Do dziś na myśl o tym robi mi się słabo.

Poległabym w bitwie pod Rapacholin.


  • RSS