Wpisy z okresu: 4.2011

Nie odchudzam się | 2011/04/30 |

Wiosna ma to do siebie, że wybucha. Pozostałe pory roku zaczynają się właściwie nie wiadomo kiedy, no może poza pierwszym zimowym śniegiem, jakiś czas ten stan zaczęcia trwa, a potem sobie spokojnie są. Tymczasem wiosna najpierw puszcza pierwsze ostrzegawcze pędy i pączki na drzewach, po tygodniu zaś rzuca hasło i na trzy cztery wszędzie wybucha zieloność. Fajnie. Mam teraz za oknem ścianę liści i w końcu gapiąc się rano w okno, między jednym ponagleniem budzika a drugim, mogę się skupić na czymś innym niż fakt, że powinnam natychmiast umyć okna póki jeszcze są przynajmniej lekko przezierne.

Wiosnę w telewizji można poznać po reklamach dwóch grup środków – jedne mają robić z niemrawych panów macho podnosząc im… ekhem to i owo tu i ówdzie, drugie z pań z fałdkami chude laski, którym na obiad wystarczy jeden zielony groszek i nadal się uśmiechają. Nie mam pojęcia, czy pojawi się też grupa trzecia jako kompilacja dwóch wymienionych, ale samo to już jest zabawne, więc nie musi.

Ja się nie odchudzam. Po pierwsze za bardzo lubię jedzenie, a po drugie mam aktualnie w planach coś, co raczej nie idzie w parze z talią osy. Przynajmniej przez jakiś czas. Zresztą plan już się nawet od jakiegoś czasu realizuje…

Niewyraźny pojawił się któregoś ranka i wprawił mnie w dziwny stan radosnego przerażenia. Radosne przerażenie to niesamowita hybryda emocjonalna, ale proszę mi wierzyć, właśnie to poczułam. Robi się to wtedy, gdy poprzedniego wieczoru szampan, który zawsze bardzo nam smakował, nagle wydaje się jakiś gorzki i nam nie pasuje, a z samego rana Książę Małżonek jest oddelegowany do apteki w celach natychmiastowego zakupu wesołego pudełka z obrazkiem bobasa. Pudełko z bobasem w innych okolicznościach może wywołać panikę, ale my jesteśmy pewni, że eee to chyba jeszcze jednak nie tym razem. No ale robimy test, by mieć czyste sumienie. Po trzech minutach sumienie jest bez zmian ale za to jaki mamy piękny wytrzeszcz… Ha!

I tak właśnie w naszym życiu pojawił się Niewyraźny. Najpierw komisyjnie oceniliśmy, że Niewyraźny jest bardzo niewyraźny, więc to może jednak nie to o czym myślimy. W tym miejscu Książę Małżonek pognał czym prędzej po drugie pudełko z bobasem i podobno Pani w Aptece była już mocno rozbawiona. My wówczas jednakowoż jeszcze nie. Drugi test nadal wskazywał, że jest z nami Niewyraźny… za to trzeci był już całkiem wyraźny i nie pozostawiał niedomówień.

No. To teraz już wiecie czemu się nie odchudzam.

Póki co staram się nie myśleć o pieluchach i innych takich, tylko wizualizuję sobie taflę jeziora i jestem zen. Przynajmniej przez chwilę. Aktualnie najbardziej zajmują mnie lody orzechowe i ogórki małosolne. Termin mam na 5 grudnia. Do tego czasu Grycan może się po prostu przenieść do mojej lodówki. Będzie szybciej.

Poza tym jutro rano zostawiam chłopaków i wyruszam z Halutą na tydzień w góry. Zamierzamy świetnie się bawić, nałazić się do wypęku i tylko nie wiem czy Beskidy to nasze towarzystwo wytrzymają. Jeszcze tylko o 17-tej zaśpiewam z chórem w Zbawicielu na bardzo ważnym ślubie, gdzie odstawiamy numer z filmu "Love Actually" (z tego miejsca pełne uwielbienia pozdrowienia dla Panów z sekcji dętej, którzy przepięknie jak pokazała próba wyskoczą z górnej ambony i zrobią show oraz dla reszty fantastycznych ludzi z orkiestry pochowanych w ławkach), potem szybko spakuję plecak a od jutra będę daleko i będzie mi fajnie.

Ktoś narzekał, że nuda?

Opustoszało | 2011/04/22 |

Miasto opustoszało. Kto żyw wyruszył na święta do rodziny, albo na urlop do ciepłych krajów. Na ulicach ostatnie niedobitki, garstka autochtonów i trochę walających się foliowych toreb po ostatnich promocyjnych zakupach.

Zupełnie nie czuję tych świąt. Może dlatego, że nigdy nie byłam specjalnie kościelnie aktywna i mi przelatują tak ot, jak kolejny przedłużony weekend plus okazja do zakopania się w pościeli z rana jeszcze na godzinkę. Tak czy inaczej nie czuję. Ale to w sumie chyba nic szczególnego, bo sporo ludzi tak ma, tylko tego nie komunikuje.

Oczywiście zamierzam spędzić ten czas z rodziną, odpocząć, pomyśleć sobie na spokojnie o niebieskich migdałach.
A Wam wszystkim życzę dużo czasu na wszystko i co najmniej kilku powodów do uśmiechu dziennie.

Bądźcie dla siebie dobrzy, niezależnie od świąt :)

Koncert | 2011/04/14 |

Modlitwy z jadem w tle | 2011/04/11 |

Jestem już zmęczona tym wszystkim. Tym, że od roku nie jest możliwe by, słuchając czy oglądając jakikolwiek serwis informacyjny, nie natknąć się na kolejne wzmianki o kwietniowej katastrofie lotniczej. Tym, że przez ten cały czas rozmaici ludzie obrzucają się wzajemnie błotem i przerzucają kolejnymi tropami "zamachów", przyrównują ten wypadek to "zdrad narodowych", lżą i szafują wyrokami. A to wszystko pod hasłem wielkiej wiary i czczenia pamięci.

Widocznie bardzo mizerne mam pojęcie o jakiejkolwiek wierze czy pojęciu czci ale mnie się to zawsze kojarzyło przede wszystkim w szacunkiem. Szacunek to takie zjawisko, które strasznie się niestety w kraju, który kocham stało archaiczne. Szacunek to umiejętność powściągnięcia własnych emocji, jeśli mielibyśmy tym kogoś urazić czy zranić. Szacunek to sztuka dialogu bez wrzasków o zdrajcach i bez plucia jadem z różańcem w jednej dłoni a krzyżem w drugiej. Szacunek to coś, co pozwala nam zobaczyć w drugiej osobie człowieka, który ma takie same prawa jak my. W tym prawo do odczuwania. Ja, obserwując czy chcę czy nie chcę te wszystkie przepychanki, odczuwam niestety wyłącznie niesmak i wstyd. Niesmaczne to i paskudne. A wstyd mi, bo jako naród potrafimy się tak gwałtownie i poruszająco jednoczyć, jak i w jednej chwili obrócić wszystko w nienawiść i zupełnie dla mnie niezrozumiały fanatyzm.

W sobotę i niedzielę śpiewaliśmy w dwóch warszawskich kościołach piękną i wzruszającą muzykę – Requiem d-moll Wolfganga Amadeusza Mozarta. Przyszły tłumy ludzi, popłynęła muzyka, można było poczuć każdy ton i każdą dotkniętą strunę całym sobą. Po wyjściu z kościoła słyszałam wrogie pokrzykiwania, czuć było nienawiść emanującą z tych ludzi, którzy przyszli na Krakowskie Przedmieście by trzymać transparenty o tym kto ma iść precz a kto jest zdrajcą. Nie mogłam oprzeć się myśli, że gdyby tym ludziom dać do ręki broń, popłynęłaby krew.

Przykro mi, zupełnie tego nie rozumiem. Nie wiem jak bardzo trzeba być przepełnionym całkiem dla mnie nieuzasadnioną wrogością by wykrzyczeć komuś, kogo nawet nie znam, że jest śmieciem, że kogoś zabił bo ten zginął w katastrofie lotniczej, że cokolwiek innego.

Nie poczułam żałoby od czasu naszej podróży na Litwę, kiedy to dowiedzieliśmy się o wypadku polskiego samolotu. Nikt mi na to nie pozwolił. Nawet gdybym chciała poczuć cokolwiek, nie jestem już w stanie. Codzienne wzmianki i rozgrzebywanie wszystkiego w ten właśnie a nie inny sposób sprawiło, że czuję się tym całym Smoleńskiem osaczona. I mam po prostu dość. Tak, chcę przeżyć choć jeden dzień bez Smoleńska, bez katastrofy i bez jadu. Jeśli to jest nienormalne, to niniejszym wypisuję się z tego społeczeństwa. Dla mnie normalność to powiedzenie mijanemu człowiekowi "dzień dobry", a nie obelżywe hasła, nienawiść i jad tylko dlatego, że ten ktoś ma akurat inne poglądy polityczne albo nie ma krzyża nad drzwiami.

Śpiewałam Mozarta bo uwielbiam muzykę. Nie w hołdzie komukolwiek. I wcale nie czuję się z tego powodu gorsza. Nie modlę się w niczyjej intencji. Nie wiem czy to źle czy dobrze, ale na pewno nikt z żyjących nie powinien mnie z tego rozliczać bo zwyczajnie nie ma do tego prawa. Wiara jest dla mnie zupełnie czymś innym niż okazywanie drugiemu człowiekowi jawnej, niczym nieuzasadnionej nienawiści. A to, co obserwuję, jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia ani usprawiedliwienia. W imię czegokolwiek. Byle bolało.

Koncertujemy w weekend | 2011/04/08 |

Zapraszamy na dwa koncerty:

9 kwietnia
(sobota) o 20.00
w kościele Św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu

10 kwietnia (niedziela) o 19.30 w kościele Najświętszego Zbawiciela (Pl. Zbawiciela)


Wykonawcy:

Orkiestra Sinfonia
Speranza

Chór Akademicki
Politechniki Warszawskiej

Chór
Archikatedry Warszawskiej


Justyna Samborska – sopran

Emilia Romanik – mezzosopran

Andrzej Marusiak – tenor

Tomasz Raff – bas


DARIUSZ ZIMNICKI
- DYRYGENT



Wstęp wolny!

W przedszkolu ogłoszono konkurs ekologiczny na dowolne zwierzę – niekoniecznie faktycznie istniejące – zrobione z codziennych odpadów użytkowych. Kartony, butelki, pudełka po jogurtach, wszelkiego rodzaju makulatura – wszystko poszło w ruch i już po kilku dniach hall zamienił się w istny zwierzyniec.

My zrobiliśmy zebrę.

W skład zebry weszły:
- karton z ubiegłorocznej przeprowadzki
- puste pudełko po chusteczkach higienicznych
- tekturki niewiadomego pochodzenia a walające się po mieszkaniu w celach wyłącznie denerwujących
- taśma dwustronnie-przylepna
- biała i czarna tempera
- woda
- uśmiech z czerwonej szminki :)

Młody malował nogi, uszy, głowę, ogon i jeden bok… akurat nie udało się nam go uchwycić na fotografii, gdyż zebra to niesłychanie ruchliwe zwierzę, ale możecie być pewni, że to jedyny w swoim rodzaju bok. W końcu nie znam żadnej innej zebry z bokiem w czarno-białą kratkę :)


  • RSS