Wpisy z okresu: 8.2011

Szczęściarz z tego listonosza, doprawdy.

Choć na ten przykład wczoraj przyszła przesyłka od Pierwszej Żony i nie wiem co listonosz i jego kręgosłup mieli do powiedzenia w temacie wagi paczki ale z pewnością byli tym faktem poruszeni. Paczka zawierała: śpiworek do wózka, dwa różowe kubeczki (z których nic się nie wysypie a co sprawdził już doświadczalnie sam Lokator), zestaw do skremowania (Ziaja oliwkowa, mniam) oraz wagon cukinii (a cukinia dobrze wyrośnięta jak wiadomo swoje ważyć potrafi). Każda cukinia pięknie opakowana w puchate separatory. Kocham ją normalnie. Pierwszą znaczy, nie cukinię. Choć w sumie cukinię też.

Teraz codziennie będę karmić rodzinkę zdrowo, ekologicznie, apetycznie oraz profilaktycznie.
W fartuszku z falbanką i kokardą we włosach.
Cukinia na sto sposobów?
Żaden problem – Doktor Google jest dobry na wszystko :)

Niniejszym bardzo Ciotce Pierwszej dziękujemy a Jan, Który Jest W Drodze nawet wystukuje coś okolicznościowego Morse’em.

Widziałam ostatnio piękny szyld:
Kuśnierz – Zenon Rzeźnik

Rozczulił mnie normalnie.

Książę Małżonek natomiast, zaraz po tym, jak podzieliłam się z nim spostrzeżeniem w temacie szyldu, przypomniał sobie, że jako chłopię młode a życiem notorycznie zdziwione oglądał Dziennik Telewizyjny i jedyne, co z niego pamięta, to wypowiedź niejakiego milicjanta nazwiskiem Okrutny. Milicjant wcale nie wyglądał na hobbystycznie męczącego bezbronne kotki zwyrodnialca, ale z racji wykonywanego zawodu jego nazwisko musiało wzbudzać tu i ówdzie nerwowe chichoty.

To tyle w temacie korelacji pracy z nazwiskiem.

Nie wyspałam się | 2011/08/09 |

Tym razem nikt nie kosił mi niczego pod oknem (ha! bo już skosili wszystko i nie mieli co). Tym razem po prostu się nie wyspałam. Drugą kawę przyjmę obawiam się osmotycznie albowiem nie powinnam pić dwóch na raz. Nie wiem tylko jak współpracownicy zareagują na mnie polewającą się kawą z ulubionego kubeczka w kotki. Hmmm.

Położyłam się wieczorem spać i Jan, Który Jest W Drodze najwyraźniej zapragnął poćwiczyć boks. Albo piłkę nożną. Tak się przejął umiejętnościami naszej drużyny, że postanowił wspomóc ją z wnętrza mamusi. Wredota.

Oczywiście natychmiast oznajmiłam Plus Jednemu, że od razu widać, że to JEGO Dziecko bo moje by nie było takie paskudne by mnie bezlitośnie naparzać po żołądku tuż po tym jak wchłonęłam opakowanie lodów ‚Orzech Laskowy’ od Grycana. Absolutnie! Przemilczałam oczywistą oczywistość, że bądź co bądź Jasiek trochę mój też z pewnością jest – ale nie musimy przecież wnikać w tak głebokie niuanse rodzinne.

W sumie jak sięgnę pamięcią i pogrzebię gdzieś pomiędzy wojną a PRL-em to jak przez mgłę przypominam sobie, że Igor będąc jeszcze Lokatorem z Dolnego Piętra kopał kochaną mamusię równie zapalczywie. I nawet Mu to zostało bo do tej pory cierpi jak nic na Zespół Niespokojnej Nogi – tu śpi, elegancko chrapie a kopytko zawsze w ruchu. Wszystko więc wskazuje na fakt, że Młodszy Brat również będzie miał jedną nóżkę bardziej.

Reasumując – zrobiłam Księciowi Małżonkowi symulację awanturki, bo to przecież wszystko naturalnie przez Niego. Od razu zrobiło mi się lepiej ale nadal nie mogłam spać, gdyż Jan miał rozgrywki kurde pucharowe. Na szczęście obyło się bez hymnu w wykonaniu Pani Górniak i marszu kibiców po meczu.

Co jeszcze?

Igor aktualnie ma wakacje, czego nie można powiedzieć o Mamucie. Gdyż Mamut aktualnie jest samozwańczo na etacie opiekunki. Żeby Babcia Krysia (jak Mamuta nazywa Lokator) nie oszalała od nadmiaru energii produkowanej przez kochanego miłością wielką, a jakże, ale jednak rozbrykanego wnuczka, czasem zawozimy Młodego do Babci Jadzi, którą to dostał w prezencie wraz z osobistym Tatą i Jego rodziną. Babcia Jadzia jest nieco starsza od Mamuta i ma z pewnością mniej siły na biegi przełajowe przez piaskownicę i kurcgalop za rowerkiem, oraz całkowity brak innych wnucząt, cechuje Ją więc dużo większa pobłażliwość w stosunku do wyczynów naszej starszej latorośli. A trzeba przyznać, że latorośl potrafi, oj potrafi… jak to sześciolatek w szczytowej formie. Zawsze więc przed zawiezieniem Młodzieńca do Babci Jadzi, prosimy Go o to, by był bardzo grzeczny i szczególnie się starał. Tym razem w planach był dwudniowy pobyt. Gdy tylko Igor się o tym dowiedział, ku naszemu wielkiemu zdumieniu z nieco markotną miną i ogólnym zmieszaniem zaprotestował.

- Nie dam rady dwóch nocek.
- Przecież lubisz jeździć do Babci Jadzi i zawsze super się bawicie…
- No tak. Ale może być tylko jedna nocka.
- Dlaczego nie dwie?
- Bo nie dam rady być tak długo grzeczny.

:)

Statistically, 5 out of 6 people enjoy Russian roulette…

Śniło mi się, że ktoś kosił trawę pod moim oknem. Niby nic w tym dziwnego, w końcu pod moim oknem jest trawnik (aczkolwiek koszenie tegoż wykluczyłam od razu, z uwagi na całkiem świeżego jeżyka), a dodatkowo w ogległości kilkunastu metrów od wzmiankowanego okna tuż przy chodniku jest również pas trawy, która sobie swobodnie rośnie (to ów pas został wytypowany mentalnie) i od czasu do czasu miły Pan w służbowym drelichu robi jej strzyżenie. Z reguły jednak Pan w służbowym drelichu nie robi tego w godzinach nocnych, byłam więc głęboko przekonana, że to mi się śni.

Kosiarka spalinowa warczała i warczała, jak mają to w zwyczaju robić kosiarki. Pomyślałam sobie – sen jak sen – w końcu nie zawsze przyśni się Brad Pitt ubrany wyłącznie w różowe kabaretki i kapciuszki z puszystymi pomponami. Co zrobić. Czasami śnią się kosiarki spalinowe.

Niestety kosiarka uporczywie warczała dalej.

Obudziłam się. Warkot narastał.

Przez chwilę jeszcze myślałam, że to Książę Małżonek chrapiąc wkroczył w czwarty wymiar i udaje, że jest milutkim po_nocy_dziamgoczącym traktorkiem. Nawet chciałam się już zamachnąć poduszką. Zwykle nad wyraz głośny osobisty małżonek tym razem wyjątkowo nie wydawał żadnych odgłosów. Zdziwiło mnie to, ale zdecydowanie bardziej zdumiał mnie fakt, że warkot wzmaga się i całkiem wyraźnie już dobiega zza okna.

Wytoczyłam się z łóżka i poturlałam do okna. Wyglądam nieśmiało… a tam dwóch Panów w służbowych drelichach nie licząc kosiarki całkiem śmiało rzężą i charczą nad wątłym pasmem trawy przy chodniku.

Zegarek chyba oszalał i pokazywał 3.15

Latarnie też jak głupie świeciły w najlepsze i wszystko ogólnie wyglądało jakby był środek nocy. Tylko kosiarka z przyległościami mi do tego nie pasowała.

Obudziłam Księcia Małżonka i przyznałam, że chyba musimy jechać na Sobieskiego gdyż albowiem ciąża mi nie służy bardziej niż przypuszczałam. Właśnie zwariowałam, widzę oraz słyszę rzeczy, których nie ma, a do tego całkiem wyraźnie w dalszym ciągu śni mi się kosiarka spalinowa pod naszym oknem.

Książę Małżonek odparł mi na to zupełnie spokojnie, że spoko, bo też Mu się śni dokładnie to samo, więc nie jestem stuknięta a przynajmniej nie na tym polu. Po czym ponownie stracił przytomność.

Potrząsnęłam Nim wobec tego, bo co On mi tu w kimono uderza najspokojniej na świecie i dlaczego ja się pytam nie pucuje się żonie swojej ukochanej, że też Mu się śni kosiarka??!! Przecież ja tu od zmysłów odchodzę i już w akcie desperacji chcę się własnoręcznie oddać w ręce radosnego zespołu psychiatrów.

Ocknąwszy się, Małżonek potwierdził, że koszą sobie Panowie, a jakże. A następnie pozostawił mnie pod oknem i rozchrapał się na dobre w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Popadłam w lekki stupor. Stupor przerodził się w niezwykłe osłupienie. Niezwykłe osłupienie zaś po dłuższej chwili przerodziło się w najzwyklejszy wkurw. Za to wielopoziomowy.

Zegar nie oszalał – naprawdę była trzecia w nocy.

Niestety zanim znalazłam coś na tyle ciężkiego, żebym mogła tym czymś rzucić w Panów w drelichach, a jednocześnie na tyle lekkiego, abym mogła to bez większego wysiłku podnieść, kosiarka wraz z Panami przeniosła się do sąsiadów i przestała warczeć pod oknem.

Niestety również w tym samym czasie roszczekał się w najlepsze pies z naprzeciwka tworząc jakże malowniczy obrazek muzyczny z moim chrapiącym osobistym Księciem Małżonkiem. Ach jak wspaniale było w końcu zasnąć w okolicach 4.30.

Budzik bezlitośnie zawył punkt szósta.

Myślałam o duszeniu, nacinaniu, przypalaniu, ćwiartowaniu i jeszcze wielu innych jakże przemiłych czynnościach. Potem trzeba już było jednak wstać do pracy.

Zastanawiam się co mi się przyśni najbliższej nocy :)

Sierpień | 2011/08/02 |

No to mamy kolejny miesiąc lata. Ktoś zauważył różnicę? Bo ja generalnie obserwuję niemrawe przebłyski słońca a tak to tylko pada i leje. Naprzemiennie. Oczywiście czasem coś świeci i grzeje ale z reguły wtedy tkwię w pracy, a jak wychodzę, to pogoda jest ustabilizowana na poziomie 13mm opadów na metr sześcienny.

O teraz na przykład świeci piękne słońce ale idę o zakład, że jak tylko wysunę nos za drzwi, zaleje mnie ściana wody. A może nawet przysypie grad.

Zastanawiam się nad kupnem kajaka, gdyż albowiem parasol zdaje się nie wystarczać skoro czasem mam wrażenie, że deszcz pada również od spodu. Umoszczę się wygodnie w kajaku, nakryję parasolem ogrodowym i tak uzbrojona mogę ruszać na spływ do pracy. Tylko ktoś musi mi dostarczać prowiant. Najlepiej na bieżąco i urozmaicony.

Oczywiście aktualnie głównie mam ochotę na to, czego mi nie wolno. Zdecydowanie rozpiłabym się po całości martini oraz jadłabym wyłącznie sery pleśniowe na zmianę z sushi. Ot paradoks.

Nie no masakra. Za dwa tygodnie wybieram się z Młodym na urlop a tu nadal kiszka i to bynajmniej nie ziemniaczana w Zielonym Barze na wzgórzu w Danowskich. Tydzień będzie lało na Mazurach i tydzień nad morzem – obstawiam, że w tym czasie zwariuję ze znudzonym sześciolatkiem w fazie muszę_gdzieś_pobiegać_bo_eksploduję_mamusiu. Za to jest olbrzymia szansa, że żywcem zeżrą nas komary. Zresztą chyba tylko one są szczęśliwe z takiego obrotu pogodowych spraw.

Zapowiada się na łagodne przejście pory deszczowej w zimę gdzieś w okolicach listopada.

Podróż komunikacją miejską wywołuje we mnie agresję. Zwłaszcza lekko przetrawiony szczypior unoszący się w powietrzu i nieuzasadniony acz nagły łokieć w moim boku. Dodam, że całkowicie zewnętrzny. Albo ostatni papierosowy dymek wydmuchiwany w momencie zamykania drzwi do środka pociągu/autobusu/tramwaju. Na urodziny poproszę paralizator. Bardzo.

Czym jedziesz do pracy?
a. autobusem
b. tramwajem
c. czosnkiem

Czy gwałtowna niechęć do współpasażerów będzie na sali rozpraw okolicznością łagodzącą? Hmm… nie wiem co na to wysoki sąd ale jakby co, to zachęcam do przejażdżki SKM-ką w porannym szczycie.

To może teraz coś na poprawę nastroju…

Mały Yeti pyta dużego Yeti:
- Tato, tato! Gdzie właściwie są ludzie?
- Ludzie się skończyli. Jedz dżem.

—————————————————

Najwyraźniej pogoda wzięła sobie do serca to co napisałam i się zmieniła.
Na wszelki wypadek jednak pozostawię zapiski na miejscu, żeby miała świadomość :)


  • RSS