Wpisy z okresu: 11.2011

Witamy na świecie. | 2011/11/29 |

Wczoraj o 9:30 zyskaliśmy całkiem nowego fajnego Jaśka. Podobno wszystkie Janki to fajne chłopaki i tej wersji się trzymajmy. Wymiary mistrza to: 4680g i 57cm, tak więc słuszną linię ma nasza władza. Oboje czujemy się już znośnie ale będziemy w szpitalu jeszcze co najmniej tydzień. To tyle. Teraz można gratulować, ściskać, buziakować i inne.
PS
W niezręcznym zastępstwie przepisałem to ja – stary!

Groźna woźna | 2011/11/21 |

Ostatnio budzę się nastroju "jeszcze chwila i wszystkich rozstrzelam". Z kuszy własnoręcznie uplecionej z mopa i gumy od majtek. To w sumie i tak ciekawsze niż popularny u mnie wcześniej stan ducha, pod tytułem "zaraz wszyscy umrzemy, życie jest takie okrutne".

Książę Małżonek nawet nie zdąży mrugnąć a symulacja awanturki już gotowa – czasami nawet nie przeszkadza mi w tym fakt, że akurat nie ma go w domu. To, że go nie ma to przecież czysta męska złośliwość. Powinien być przecież na miejscu abym mogła bezpiecznie wyeskalować negatywne emocje i nie musieć wyżywać się na ptaszkach. Ptaszki jakoś bowiem strasznie wrednie zaczęły mi ostatnio tupać po blachodachówce i obmyślam w sennych jeszcze majakach nad ranem jak obcinam im te parszywe nóżki przy samych ptasich kuperkach i ukręcam małe śliczne łepki ze stanowczym chrupnięciem. Ten, kto mieszka na poddaszu albo miewał czasem w życiu kaca z pewnością mnie zrozumie. Z tego wszystkiego w sumie żałuję, że kac póki co nie wchodzi w grę.

Zapomniałam napisać na blogasku, że którejś soboty obudził mnie radosny okrzyk Lokatora: "Mamo! Ząbek wypadł!". Oczywiście było to wielkie wydarzenie świadczące o niemal dorosłości młodzieńca, który jeszcze nie tak dawno temu uroczo i bezzębnie uśmiechał się do mnie z miną świadczącą o tym, że jestem absolutnie całym jego światem i tak zostanie na wieki. A tu proszę – pierwszy ząb wypadł, na jego miejsce już pojawia się całkiem nowy, piękny i taki już na stałe – czas mija a ja nawet nie wiem kiedy. Zresztą żeby było śmieszniej to ten wypadnięty ząb jest pierwszym, który się w życiu i organie gębowym Igora pojawił.

A dziś w szkole na zebraniu dowiem się, czy mój zerówkowicz ma szansę zdobyć wykształcenie, czy jednak ograniczy się do butnych zachowań i ciętych komentarzy w stosunku do ciała pedagogicznego oraz ustawiania po kątach rówieśników. Hmmm… Podejrzewam, że temperamencik ma niestety po mamusi, co nie wróży powodzenia na gruncie szkolnictwa. Oceny zawsze miałam bardzo miłe i przyjemne, za to sprawowanie… szkoda gadać. Dzienniczek ucznia osiągał czasem temperaturę wrzenia.

W sobotę odwiedziła nas Ciocia Goga z dwoma synami i było czarownie. Starszy syn ma już praktycznie 18 lat i jest szarmancki, uroczy, grzeczny i przystojny, młodszy ma 3 lata i też jest cały do schrupania. Goga mnie pocieszyła, że jej życie towarzyskie również umarło z tym, że ona chyba nie żałuje. Ja to przyznam szczerze, że owszem – czuję się spiczniała do granic obłędu i bardzo chcę do ludzi. Dobrze, że mam jeszcze chór, inaczej otoczyłabym się owczarkami alzackimi i oszałała z rozmachem pod kocem w kratę w bujanym fotelu. Tymczasem po cichutku czytam sobie "Świat według Clarksona" i pokwikuję spontanicznie w mankiet.

"(…) Zawsze chełpiłem się, że jestem w stanie przeżyć miesiąc za granicą, zabierając jedynie bagaż podręczny. Wypracowałem nawet pewną procedurę, która sprawia, że jedna para majtek wystarcza na 4 dni. Drugiego dnia nosi się je tyłem na przód, trzeciego na lewą stronę i wreszcie czwartego dnia tyłem na przód i na lewą stronę. Znam pewnego operatora kamery, który twierdzi, że opracował kombinację pozwalającą na 5 dni ciągłego użytkowania tej samej sztuki bielizny, ale szczerze mówiąc, nie wierzę mu."

Hmm… Ja z samych kosmetyków Absolutnie Pierwszej Potrzeby potrafiłabym uzbierać niezły bagaż podręczny…

Mam takie spostrzeżenie, niezwiązane zupełnie z niczym konkretnym, że Mietek
Szcześniak wygląda coraz bardziej jak skrzyżowanie Yeti z Tiną Turner. A
właściwie to co u Tiny? Ktoś wie? Bo z Yeti to jakby wiadomo – zaszył
się gdzieś i unika rozgłosu, dość skutecznie zresztą i od wielu lat.

Donatella Versace wyglada za to jak wielki brzydki pies po tysiącu nieudanych operacji plastycznych. Może w tej sytuacji ktoś powinien umyć jej lustro albo zaprowadzić do okulisty? Nie chciałabym by przyśniła mi się w nocy.

W nocy ostatnio śnią mi się kołki rozporowe i cyklinowanie podłóg. Nie wiem co to znaczy bo akurat jak raz nic nie urządzam, nie remontuję i generalnie wszystko mam gdzieś. Ale może jednak pora spakować torbę do porodu bo samo wymowne patrzenie na nią może nie przynieść zamierzonych efektów. Obawiam się jednak, że do sposobów oszczędności miejsca w bagażu według Clarksona jest mi niezwykle daleko ;)

Scenka | 2011/11/16 |

Scenka z serialu Dr. House.

Troje lekarzy po zbadaniu pacjentki udaje się do gabinetu Dr. House’a by poinformować go o nowym objawie choroby.
- Mamy krwawienie z odbytu.
Na to zdziwiony House:
- Wszyscy na raz?!

:))

Zawsze jak widzę/słyszę/czytam o czymś w stylu ostatniego piątku w Warszawie, jest mi okropnie wstyd. Okropnie i strasznie, bo wciąż mi się to nigdzie nie mieści, nie tylko w głowie. Dwudziesty pierwszy wiek, pełna cywilizacja, wszystko na tacy, niby nie ma miejsca na cenzurę, tabu, jest wolność słowa i człowieka, niby bez względu na kolory, wyznania i co ma się w głowie. A z drugiej strony też ludzie, a jakby zerwani z łańcucha, obcy, nie moi, choć obywatelstwo mamy jednakowe.

Igor chodzi do podstawówki z oddziałami integracyjnymi i ma w klasie autystyczną koleżankę. Postaraliśmy się z Plus Jednym by wiedział czym jest ta choroba, dlaczego dziewczynka czasem zachowuje się inaczej niż reszta rówieśników, jak może się zachowywać, żeby bardziej pomagał niż przeszkadzał w zajęciach, żeby autyzm, czy jakakolwiek inna choroba, niepełnosprawność nie była dla niego powodem do strachu, niepokoju, drwin, żeby zrozumiał, że
ludzie są różni i właśnie takimi, jakimi są powinniśmy ich lubić, cenić, szanować.

Mam przed oczami sceny z piątkowych demonstracji i transparent z hasłem: "Żyd to wstyd".
Jest mi wstyd. Przed światem, przed tym wszystkim co zobaczą moje dzieci i przed tym jak bardzo w dupie jesteśmy z tym wszystkim, o co ludzie walczą od tylu pokoleń.

Nienawiść jest dla mnie koszmarnym i niezrozumiałym zjawiskiem. Absolutnie nie jestem osobą tolerancyjną i nigdy się za taką nie
uważałam, przeszkadza mi zbyt wiele rzeczy i zjawisk, wkurwia jeszcze więcej. Ale wyjątkowo przeraża mnie ta pustka w głowach, tępość i kanciastość myślenia. Totalna nieobliczalność, którą tak łatwo podsycić – byle jak, byle czym – a niszczy z ogromną siłą znacznie więcej niż sklepowe witryny, przystankowe wiaty, czy kosze na śmieci.

Pomyśleć, że miałam pomysł by wybrać się z
Młodym i pokazać mu jak wygląda w Warszawie Dzień Niepodległości. Pokazałabym mu chyba tylko wyrwane fragmenty bruku, walające się po Placu Konstytucji, którego renowacja kosztowała masę pieniędzy i za które również ja, jako podatnik, zapłaciłam.

Życie jest cholernie niesprawiedliwe. Znam tylu wspaniałych ludzi, którzy mają w głowach piękne rzeczy, są fajni a mają ułomne ciała i nie mogą sami zrobić nic, choćby pójść na zwykły spacer. Zdrowi, silni i krzepcy młodzieńcy, którzy tak ochoczo rzucali wszystkim 11 listopada w centrum dostali od losu o wiele za dużo. Na szczęście zupełnie nie mam możliwości ani prawa o tym decydować. Byłabym okropnie stronnicza.

O szyldzie | 2011/11/09 |

Przy sklepie spożywczym jest szyld szkoły nauki tenisa dla dzieci i młodzieży.

Szyld głosił, że TENIS IS FUN.
Ostatnio ktoś przeprawił temu szyldu pierwszą literę…
i od razu na świecie zrobiło się zabawniej.

:))

Co poza tym?

Siedzimy, czekamy. Jan Bez Ziemi ma w sumie czas do końca listopada ale co wizyta to mówią nam co innego, więc nie przywiązuję się do żadnego z terminów. Zdaniem Pana Doktora równie dobrze może się urodzić za dwa tygodnie, bo już będzie donoszonym obywatelem przystosowanym do życia na zewnątrz. Aktualnie Młody waży trzy kilogramy – jak oblicza magik z USG – ma aspiracje na boksera, bądź piłkarza i okropnie się rozpycha. Staram się mieć względem niego wyłącznie pozytywne uczucia ale, proszę mi wierzyć, to niezwykle trudne, gdy jest nam trudno oddychać a nasze organy wewnętrzne służą za worek treningowy szczylowi, któremu nawet nie możemy wymierzyć zasłużonego rodzicielskiego klapsa i odstawić do kąta. Ale spoko, mafia nie zapomina, ja również – zbiera Ci się Młody, zbiera…

Pierwszego dnia zwolnienia umyłam okna i wszystkim kwiatkom zrobiłam salon odnowy biologicznej. Potem zrobiłam 1734 prania, 892 prasowania pogrupowałam zabawki Igora tematycznie, wyciągnęłam algorytm z układu kafelków w łazience i doszorowałam niedoszorowywalne plamy w piekarniku. Dobrze, że przyszedł stary, bo przekopałabym ogródek, pomalowałabym ogrodzenie i poszła pomagać sąsiadom. I to ja – ta sama, która nienawidzi sprzątania i wszystkich prac domowych, przy których zużywa się więcej niż 4 kalorie. Sama siebie nie poznaję doprawdy. Syndrom wicia gniazda przeszedł mi w ruch odnowy koła gospodyń wiejsko-miejskich. Jak zacznę biegać po łące zbierając zioła, piec chleb i lepić pierogi a wolnej chwili będę tkała makatki z tekstami o tym, co dobrej gospodyni gdzie rośnie, bardzo proszę solidnie kopnąć mnie w kuper i doprowadzić do porządku.

Pranie i prasowanie odzieży w rozmiarze średnio odżywionej świnki morskiej napawa mnie bezbrzeżnym zdumieniem. To nie jest możliwe, że mój aktualny sześciolatek, który jest już taki wielki i ma stopę olbrzyma, był kiedyś taki maleńki. To jakiś przekręt. Porwali mnie kosmici, zrobili mi pranie mózgu (z prasowaniem?) i teraz niby mam uwierzyć, że te dzieci są takie małe. Nie da się być aż tak małym. Z pewnością.

Poza tym nadal śpiewam, czym wyraźnie wywołuję lekki niepokój dyrygenta i współchórzystów. W sobotę zajęliśmy pierwsze miejsce w swojej kategorii na festiwalu "Varsovia Cantat" na Uniwersytecie Muzycznym i po pierwsze już z trudem wbiłam się w strój koncertowy, po drugie wywinęłam przepięknego orła schodząc ze sceny – na szczęście już nie na oczach widzów i jurorów a jedynie przerażonych kolegów i koleżanek z chóru. W finale boli mnie kolano, które nieco zwiększyło swój obwód i zyskało przecudnej urody rozległego siniaka. Ale duma szczęśliwie pozostała na miejscu.

Nadrabiam też zaległości czytelnicze i pani w bibliotece zaczyna już chyba podejrzewać, że przychodzę tam zostawiać ładunki wybuchowe w regałach z kryminałem i sensacją albo zamierzam wdać się w burzliwy romans z pracownikiem administracji. Często tam bywam.

W telewizji nuda, marazm i tumiwisizm. Progam współgra z potrzebami katatonika w ostrej fazie – nie wiem komu może być bardziej wszystko jedno. Nadal ograniczam się do filmów pełnych seksu i przemocy. Wszystko poza tym
mnie wzrusza, łącznie z reklamami (zwłaszcza Nivea i Calzedonia w tym
celują). Sytuację ratuje nieco program Tap Madl, który rozbawia mnie do tego stopnia, że pod koniec emisji mam niekontrolowaną zadyszkę. Nie wiem czy bardziej rechoczę z powodu polszczyzny Pani Krupy, czy też z okazji obserwowania młodych dziewczyn i jednego transseksualisty, wsłuchujących się z nabożną uwagą w obelgi boskiego fotografa, albo wyślizganego blondpizdusia z solarium w salonie.

Bardzo poruszył mnie również ostatnio jeden z odcinków jakże wspaniałego serialu W11 – jego fabuła opiera się na tym, że policjanci biegają, mówią wyraźnie oraz z przejęciem, najbrzydsze słowo, jakie tam pada to "cholera" a detektywi wpadają na różne ważne tropy oraz na siebie.

W odcinku, który tak głęboko mnie poruszył, akcja rozgrywała się nad jeziorem. Dzielni policjanci zostali wezwani do topielca, topielca wydobyto z wody, położono elegancko na ziemi a następnie lekarz rozpoczął oględziny.
Po dłuższej chwili, z muzyką budującą napięcie w tle, jeden z funkcjonariuszy pyta lekarza:
- Czy ustalił Pan już przyczynę śmierci?
Na to lekarz z miną rzeźnika-filozofa:
- Myślę, że to mogło być utonięcie.

Nieee! Jak to możliwe?! – pomyślałam, po czym umarłam ze śmiechu i straszę.

Dobrze, że ciąże kończą się po 9 miesiącach – gdybym miała
trwać w tym stanie dłużej, na bank poprzegryzałabym tętnice przygodnie
napotkanym staruszkom a następnie dostałabym pierdolca. Z przytupem.

Razem czy osobno | 2011/11/09 |

Kiedy w moim życiu pojawił się Igor, miałam 27 lat, od początku było wiadomo, że zarówno w ciąży jak i w wychowaniu go nie będzie mi towarzyszył żaden partner, byłam samotną mamą i taki stan rzeczy przewidywałam (jak czas pokazał, słusznie) na co najmniej najbliższe kilka lat. Tak po prostu czasem w życiu wychodzi i całą energię w tamtym czasie postanowiłam wykorzystać pożytecznie zamiast się bez sensu nad sobą i swoim smutnym losem roztkliwiać. W ciąży chodziłam na terapię, skupiałam się na tym, by cieszyć się tym co mam i jak najlepiej, najpełniej spędzać czas, spotykałam się ze znajomymi i przyjaciółmi, czerpałam z tego całą masę radości i siły.

Oczywiście przygotowywałam się do roli mamy, ale na własną rękę i wyczucie. Nie zapisałam się do żadnej szkoły rodzenia z premedytacją. Po pierwsze uważałam, że to niestety marne miejsce dla kogoś, kto od początku wie, że z dzieckiem będzie sam i żaden tatuś tu pieluszki nie zmieni, nie wykąpie malucha, nie wróci z pracy i nie odciąży w obowiązkach codziennego dnia z człowiekiem w wersji startowej. Po drugie zaś wiedziałam, że czeka mnie planowane rozwiązanie przez cięcie cesarskie, a szkoła rodzenia w moim przekonaniu większość programu podporządkowywała przygotowaniu się do porodu naturalnego i głównie na jego przebiegu się skupiała.

Ciąża z Jasiem jest zupełnie inna bo i okoliczności są całkowicie różne od ówczesnych. Mam ustabilizowaną sytuację życiową, wsparcie męża, Igora na składzie i trochę więcej lat oraz całe morze więcej doświadczenia. A tu właśnie postanowiłam – a bardziej nawet postanowiliśmy, bo to wspólna, bardzo przemyślana decyzja – skorzystać z pomocy szkoły rodzenia i zapisać się na zajęcia. Mimo, że przecież początkowo nie było wiadomo, czy konsultacja okulisty da nam zielone światło do porodu drogami natury a charakter pracy Księcia Małżonka też bardziej wskazywał, że będzie on mógł być obecny na zaledwie połowie zajęć.

Z perspektywy czasu obie decyzje były jak najbardziej trafne i gdybym miała stanąć przed ty wyborem ponownie, niczego bym nie zmieniła.

Szkoła rodzenia to według mnie naprawdę nieszczególnie dobre miejsce dla samotnych przyszłych mam – nawet jeśli nie zawsze wszyscy tatusiowie są obecni na zajęciach, to przytłaczający może się okazać ten ogrom czułości i uczuć, wiele materiału poświęcone jest właśnie roli ojca, ponadto sama świadomość całej sytuacji człowieka dobija i nie ma sensu dodatkowo tego stanu potęgować. Co do planowanych "cesarek", to tu akurat szkoła rodzenia bardzo się przydaje – żaden doktor Google nie wyjaśni nam krok po kroku normalnym choć fachowym językiem z czym to się wszystko je, jak wygląda połóg, co jest ważne w pielęgnacji noworodka i na co powinniśmy zwrócić szczególną uwagę. A wpisy na forach internetowych można sobie naprawdę darować, dla zdrowia psychicznego choćby – raczej nie dzielą się tam uwagami ludzie zadowoleni, z dobrymi wspomnieniami i emocjami na wodzy, a bardziej tacy, którzy chcą się poskarżyć, wyżalić lub mają imperatyw wylać trochę mniej lub bardziej zasłużonego jadu na całokształt mamowanio-tatowania.

Z Igorem, mimo braku szkoły rodzenia, jak widać wyszło dobrze – nie utopiłam go w kąpieli, nie
wyrzuciłam przez okno, zawsze mógł czuć się bardzo kochanym i ważnym
młodym człowiekiem, a sądząc po wzroście, wadze i miliardach powodów do
rozmaitych manipulacji oraz przekomarzania się z nami na kążdym kroku,
chyba się nawet chłopak rozwijał i czyni to nadal z powodzeniem.

Z Jasiem postanowiliśmy inaczej – choćby dlatego, że Plus Jeden nigdy nie miał do czynienia z tak małymi dziećmi dłużej niż przez kilka godzin i to nie z jakoś szczególnie bliska, a i mnie przydało się przypomnienie i usystematyzowanie zdobytej wiedzy w temacie efektu procesu rozmnażania homo sapiens. No i być może uda się urodzić Niewyraźnego naturalnie, na czym nam bardzo zależy – cięcie to dla mnie zło konieczne.

Może dlatego, że sama miałam CC, nie rozumiem kobiet, które z rozmysłem wybierają rozwiązanie operacyjne, bo boją się bólu porodowego – "cesarka" przecież też boli, tylko ból jest odroczony do czasu, aż minie znieczulenie, a kompletna nieporadność w kwestii zwykłego wstania z łóżka czy podniesienia czegoś z podłogi, bo nagle stwierdzamy, że nie czujemy mięśni brzucha, które zawsze przecież były na miejscu i nie musiałyśmy myśleć, że są nam w ogóle potrzebne do tak prostych czynności, skutecznie zniechęca mnie do powtórki z rozrywki. Kobiety po porodach naturalnych na drugi dzień "śmigały" po szpitalnym korytarzu a ja do dziś pamiętam, że po policzkach same ciekły mi łzy, gdy po pięciu godzinach od porodu musiałam wstać i wlokąc się niemiłosiernie przejść na koniec korytarza, a nazajutrz wcale nie bylo lepiej.

Niestety kwestia porodu matce naturze nie wyszła bo jak byśmy nie kombinowały i tak obie wersje są bolesne – nie ma rady. W szkole rodzenia nikt nie da nam gotowych przepisów z kolorowymi obrazkami, co i jak robić by osiągnąć ten czy inny stan rzeczy, ale na pewno usłyszymy o metodach radzenia sobie z bólem, stresem i całą tą trudną otoczką, która towarzyszy przyjściu na świat dziecka.

Nasza szkoła rodzenia była normalna – bezpłatna, przy zwyczajnej przychodni w Rembertowie na ulicy Zawiszaków, bez fajerwerków, rankingów, czy reklam. Polecamy ją każdemu, zawsze i absolutnie. Prowadzące ją położna (Anna Piotrowicz) i pielęgniarka środowiskowa (Beata Miklaszewska) – plus trzy zajęcia z ćwiczeń i technik masażu z rehabilitantką (niestety nie pamiętam nazwiska) – to naprawdę świetne, fachowe i oddane swojej pracy kobiety a obcowanie z nimi przez miesiąc było dla nas obojga – bo Plus Jeden też się wypowiadał – prawdziwą przyjemnością. Widać, że to osoby z prawdziwym powołaniem a przy tym opanowały trudną sztukę przekazywania wiedzy do perfekcji, nie tracąc wspaniałego poczucia humoru. Ponadto bardzo mnie urzekło, że wszystkie panie potrafiły stworzyć prawdziwie przyjemną przyjacielską wręcz atmosferę i zarazić nią bardzo skutecznie całą grupę, były przy tym zwyczajnie bardzo ciepłe, sympatyczne i opiekuńcze a to – umówmy się – bardzo ważne, gdy ma się do czynienia z dziesięciorgiem pozornie dorosłych ludzi z wytrzeszczem, którzy nie bardzo są w stanie się zdecydować, czy bardziej są szczęśliwi, czy przerażeni, czy może najchętniej przespaliby całą tą akcję z wydaniem na świat potomka niczym miłe niedźwiadki sen zimowy i obudziły się post factum. Ulotkę znaleźliśmy czekając na wizytę u ginekologa, zadzwoniliśmy, zapisaliśmy się i czekaliśmy na zebranie się grupy. Grupa okazała się mała, kameralna, na pięć par i przyznam szczerze, że bardzo dobrze mi się chodziło na te zajęcia.

Gdyby ktoś miał ochotę, to podaję adres strony internetowej szkoły
http://www.dobrapolozna.com.pl
– zajęcia są dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i środy wieczorami, najlepiej wstrzelić się na trzeci trymestr ciąży, by wiadomości były jeszcze świeże, polecam też robić notatki, ja robiłam i chętnie teraz do nich wracam.

Bardzo podobało mi się, że na zajęciach nikt nie owijał w bawełnę, nie twierdził, że będzie absolutnie bosko, bezboleśnie i wszyscy doznają zbiorowej euforii graniczącej z wielokrotnym orgazmem. Było fachowo, rzeczowo, przekazywane informacje nie miały charakteru gotowych zamkniętych recept a pozostawiały przyszłym rodzicom wybór opcji, bez wskazywania jedynej słusznej metody (bo taka akurat jest mentalność pani prowadzącej zajęcia), wszystkie nasze liczne pytania i wątpliwości były szeroko omawiane, dzielone na czworo i tłumaczone w taki sposób, aż każdy dowiedział się tego, czego chciał plus całej masy rzeczy powiązanych, które wychodziły w trakcie dyskusji. Podobało nam się do tego stopnia, że nigdy nikt nie chciał przerwy (w programie jest jedna) a i często zajęcia przedłużały się, bo tyle mieliśmy pytań. Panie oczywiście z cierpliwością i uśmiechem zawsze były na posterunku a w dowolnie wybrany weekend można było umówić się z Panią Anią na zajęcia praktyczne w szpitalu w Wołominie, w którym pracuje jako położna. Pojechaliśmy na takie zajęcia w którąś niedzielę – zostaliśmy oprowadzeni po całym trakcie porodowym, mogliśmy obejrzeć sale porodowe, poporodowe, porozmawiać z chętnymi świeżymi rodzicami, poznać personel, jednym słowem porządnie zwiedzić cały oddział, czego na przykład niestety nie ma na Żelaznej – nie udostępniają szpitala, nikt nas nie oprowadzi, o niczym nie opowie. Podejrzewam, że szpital w Wołominie jako bardziej kameralny zwyczajnie może sobie na to pozwolić, Święta Zofia to jednak bardziej przybytek masowego zainteresowania i siłą rzeczy bardziej taśmowo wydobywa tam się nowych obywateli na świat, zatem gdyby wpuścić tam chętnych do zwiedzania, nie byłoby miejsca dla rodzących. Ale klimaty jednak biegunowo różne i uważam, że dobrze było wszystko obejrzeć i poznać – sale porodowe obecnie są wyposażone w podobne sprzęty i właściwie dopiero teraz mam pojęcie o tym, co może nas czekać, gdy Jasiek stwierdzi, że komu w drogę, temu trampki. Mgliste, bo mgliste, ale zawsze jakieś.

Tak więc na pytanie: "szkoła rodzenia – tak, czy nie?" dziś odpowiem "tak". Natomiast z perspektywy samotnego macierzyństwa nadal "raczej nie".

Na koniec temat z tytułu notki, który pojawiał się na zajęciach szkoły i który uważam za bardzo ważny. Czy rodzić z partnerem czy bez niego? Otóż to bardzo indywidualna decyzja i na pewno nie powinna być obciążona oczekiwaniem przyszłej mamy – albo co gorsza otoczenia – że to oczywiste, że tatuś dziecka MUSI być przy porodzie. Bo jeśli go nie będzie to ona umrze? Albo on umrze zaraz po tym jak ona dojdzie do siebie i zatłucze go szpadlem? Bo niebo się rozstąpi i będzie koniec świata?

Człowiek ma taką mentalność, że lubi myślenie magiczno-życzeniowe. Jak byłam dość małym grzdylem lubiłam sobie myśleć, że na przykład jak teraz przyjedzie autobus linii X, to na pewno coś dobrego mnie spotka. Oczywiście te dwa zjawiska zawsze były od siebie zupełnie niezależne, jednak wyrosłam z tego dużo później. To tak jak z czerwonymi majtkami, które zawsze dziewczyna powinna założyć na studniówkę a później pójść w nich zdawać maturę – przecież to czy zda, czy nie zda nie jest uzależnione od tego, jakiego koloru założyła bieliznę, albo czy w ogóle ją na sobie ma, ale od wiedzy, którą przyswoiła, stopnia odporności na stres, farta, czy już bardziej nawet samopoczucia w tym konkretnym dniu. Idąc do porodu myślimy sobie, że jak będzie z nami partner, nic złego się nie przydarzy, będzie nam łatwiej, bo będziemy mieć przy sobie bliską osobę, a i dla przyszłego tatusia to będzie z pewnością najwspanialsze przeżycie, dzięki któremu łatwiej nawiąże się więź między nim a dzieckiem, którą my siłą rzeczy mamy ułatwioną choćby przez dziewięć mięsięcy ciąży albo późniejsze karmienie piersią czy butelką. Tymczasem dla naszego partnera to może nie być takie wzruszające i wspaniałe a bardziej traumatyczne doświadczenie i zwyczajnie warto to najpierw z nim przedyskutować.

Wkurza mnie strasznie jakiekolwiek wywieranie presji – w tę czy inną stronę – nie znoszę opowieści znajomych pod tytułem: "musicie razem, koniecznie" albo "byłem przy porodzie, stary daruj sobie, nie polecam" i walczę z nimi. To czy mamy ochotę przejść przez to razem czy osobno to tylko i wyłącznie nasza sprawa, dodatkowo dodam, że wywierając presję na partnera, że musi ze mną być, robię krzywdę i jemu i sobie. Jemu – bo nie zostawiam mu pola manewru, miejsca na rozmowę, decyzję, cokolwiek. Sobie – bo przymuszony, ani mi nie pomoże tak, jak mógłby i chciałby, gdyby to był jego świadomy wybór, będzie obecny ale bardziej niż na tym, na czym powinnam, będę się skupiała na nim i martwiła, że zaraz spłynie na kafelki i roztrzaska sobie głowę a ja będę później miała dodatkowy kłopot z takim bolejącym w chałupie. To bardzo ważna decyzja i nie powinna być podyktowana poczuciem obowiązku, czy oczekiwaniem kogokolwiek, albo strachem co żona pomyśli, tylko prawdziwą i głęboko przemyślaną chęcią uczestniczenia w porodzie. Wsparcie można okazać na wiele sposobów i na wiele sposobów można pomóc rodzącej, niekoniecznie trzeba się przy tym słaniać na nogach w myślach mając wyłącznie obezwładniające pragnienie ucieczki.

My rozmawialiśmy na ten temat bardzo długo i często, do tej pory zreszta podpytuję Księcia Małżonka, czy się nie boi i nie zmienił zdania. Zawsze odpowiada, że owszem strach jest ale chęć większa i że zdania nie zmieni. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że potomek postanowi zsynchronizować się z trybem pracy swojego ojca i da mu szansę na współudział do końca :)

Ostatnia prosta | 2011/11/02 |

Po ostatnim USG podglądającym Jana, lekarz przesunał nam termin z grudnia na koniec listopada, więc mamy ostatni miesiąc. W związku z powyższym dostałam szmergla na sprzątanie, pranie, prasowanie, szykowanie wyprawki i może nawet torbę spakuję nie pomiedzy jednym a drugim skurczem – kto wie :) Książę Małżonek cały dzień jeździł wczoraj na szmacie – ofiarnie sapiąc oczywiście. Mieszkanie lśni ale umówmy się, że przy żywym sześciolatku to raczej stan przejściowy.

Szkoła rodzenia się skończyła – miałam o niej napisać ale chyba jakoś mi wyleciało. Przypomnijcie mi to może jeszcze opiszę.

Jutro mam wizytę u dochtora prowadzącego i chyba dostanę już zwolnienie, co?
Trochę męczą mnie dojazdy do pracy…

Spacerek do autobusu, spacerek do pociągu, spacerek do metra a od metra to już cały maraton do firmy. Znaczy normalnie idzie się szybkim krokiem 8-10 minut, ale ja ostatnio idę około kwadransa.

Ale chodzę jeszcze pośpiewać na chór co napawa mnie dumą olbrzymią a innych chyba głównie stresem, że nagle zacznę rodzić a oni nie zdążą uciec :)

Oczywiście, że mam cykora. Jak nie wiem co. Jak mawia PanMąż "galoty falują" – zwłaszcza, że czas się nagle jakby skurczył i teraz bardziej działa mi na nerwy. Najgorsze, że jak Szanowny Półsprawca całego zamieszania będzie akurat w trasie do Szczecina albo do Gdańska, to znów w tym jakże "szczególnym" momencie (bagatela od kilku do kilkunastu godzin) będę sama… No chyba, że Ciotka Halka przezwycięży rozległy zawał, przybędzie odrzutowcem i potrzyma mnie za rękę. Ale nie wiem też czy wówczas nie musiałabym się bardziej niż na parciu skupiać na tym, żeby omdlewając nie roztrzaskała się o kafelki. Stres, stres, stres i apetyt na pomarańcze.

Pociesza mnie fakt, że po świecie chodzi strasznie dużo ludzi i ktoś, gdzieś, kiedyś ich urodził, więc chyba się da.

Aktualnie czuję się gruba i ociężała.
Widzę dla siebie ścieżkę kariery jako zawodnik sumo.
Przyjmują kobiety?


  • RSS