Wpisy z okresu: 12.2011

Świątecznie | 2011/12/24 |

Kochani!

Z okazji świąt życzymy Wam wszystkim wszystkiego o czym marzycie, jakiegoś małego wigilijnego cudu i nawet całkiem prywatnego Supermana, gdybyście tylko go potrzebowali :)

Bajtki Małe Trzy… +1

Miałam się scedeenować na drugi dzień po ostatniej notce ale po drodze wydarzyło się tyle, że jakby przestałam ogarniać kuwetę.

Najpierw się rozchorowałam i po wizycie u lekarza miało mi się poprawić w ciągu trzech dni. Nie dość, że się nie poprawiło, to jeszcze się pogorszyło, łącznie z gorączką, dreszczami, omdleniami i innymi atrakcjami, więc kolejna wizyta lekarska skończyła się już antybiotykiem. I jedziemy tak dziesięć dni na Duomoxie, brawo. Po drodze oczywiście zastanawianie się lekarza, czy mam przestawić Jaśka na czas kuracji na karmienie sztuczne, czy też utrzymać naturalne – na szczęście po konsultacjach z innymi stwierdził, że zostawiamy jak jest bo Młody jest za młody.

W tak zwanym międzyczasie Jaś miał robione badania krwi – bo urodził się w konflikcie serologicznym – Pani Pediatra je obejrzała i natentychmiast wypisała nam skierowanie do szpitala na patologię noworodka. Bo za mało białka całkowitego i w ogóle źle. Oczywiście w drodze na Niekłańską i podczas oczekiwania na izbie przyjęć miałam co najmniej kilka rozległych zawałów serca a umysł podpowiadał mi same czarne scenariusze. Masakra po prostu. Wystarczy, że z Igorem swego czasu przeszłam swoje na Działdowskiej i na serio nie miałam najmniejszej ochoty na dubel. Po trzech upojnych godzinach przemiły Pan Doktor uspokoił nas, że to fałszywy alarm i nasza Pani Pediatra nasiała paniki. Z dwojga złego lepiej jednak nasiać paniki i wrócić spokojnie do domu niż spędzić upojne święta przy szpitalnym łóżeczku. Zatem wracaliśmy z olbrzymim poczuciem ulgi… a ja dodatkowo z rotawirusem, co okazało się już po drodze a w domowych pieleszach osiągnęło apogeum.

Malowniczo prawda? No… to życzę Wam kochani nieco lepszych i fajniejszych niż moje przeżyć na święta. Bo ja mam chwilowo ochotę rzucić pod nosem lekką kurwą i pognać tego dziada z czerwonym worem jakimś tępym narzędziem czynu.

A teraz obiecany ciąg dalszy jaskowych narodzin.

Skończyliśmy na sali orzechowej. Na początku jeszcze było nieźle. Ogólnie byłam wyluzowana jak sanki w maju, żartowałam sobie, gawędziłam swobodnie i przecież z takim pozytywnym nastawieniem to tylko rodzić dzieci. Potem zaczęły się skurcze ale jeszcze nie było dramatycznie. Co jakiś czas podłączano mi KTG i wtedy było jakby gorzej bo na leżąco, nawet na boku, trudno skupić się na czymś innym niż na bólu i nie da się znaleźć w miarę wygodnej pozycji a konwersjacja z osobą towarzyszącą zaczyna się ograniczać wyłącznie do liczenia co ile minut znów robi się niewesoło. Gdzieś między drugą a trzecią w nocy na szczęście przyjechał Książę Małżonek i Hal mogła pojechać do domu, bo skurcze zaczynały nabierać na częstotliwości i sile a zdecydowanie bardziej wolałam wyżywać się psychicznie na współsprawcy potomka niż na niczemu nie winnej przyjaciółce. Robiło się coraz mniej przyjemnie, więc weszłam sobie do wanny i usiłowałam się zrelaksować – tak, jak nas uczyli na szkole rodzenia. Po godzinie miałam ochotę uciec z krzykiem, znaleźć przytulny schowek na szczotki i tam sobie w kątku umrzeć. Byle szybko.

Niestety poród nie ma nic wspólnego z tym co byśmy sobie z resztą Pań życzyły, więc w sali orzechowej spędziłam jeszcze duuuużo, bardzo dużo czasu odliczanego kolejno co pięć, cztery, trzy, dwie i półtorej minuty. I tak przez upojne dwanaście godzin. Tak, dwanaście.

Po upływie tego czasu, przewinięciu się przez salę orzechową różnych bardzo mądrych głów wystających z białych kitelków i po licznych mocno bolesnych oględzinach stwierdzono, że może i Jaś chce się urodzić i może nawet ja nie chcę go wchłonąć z powrotem ale szyjka macicy ma to wszystko gdzieś i nie reaguje.

Nie będę opisywać zachowania lekarzy i położnych, z którymi mieliśmy "przyjemność" poznać się w czasie tej upojnej nocy, bo chyba nie bardzo mam na to ochotę. Plus Jeden na pewno miałby większą chęć to uczynić bo wzburzenie nie minęło Mu do dziś. Kiedyś urodziłam w szpitalu na Żelaznej Igora i wspominam to dobrze, ale widać nic dwa razy… Widocznie jak nie wykupi się czegoś co nazywane jest indywidualną opieką położnej – my nie wykupiliśmy, bo półtora tysiąca to dość duża suma a poza tym w końcu po coś się płaci podobno te składki – to się jest tam traktowanym właśnie w ten sposób. Przykre. Skoro tak wygląda rodzenie po ludzku, to chyba nie chciałabym poznawać innego.

Z fajniejszych scen zacytuję tylko Panią Doktor, która przyszła po tych dwunastu godzinach – gdy już Pan Mąż zaczął domagać się interwencji, bo widziałam już podwójnie i momentami traciłam przytomność – i zagaiła z sarkastycznym uśmiechem: "To co, przeszła już Pani ochota na poród siłami natury?". Nie no właściwie to przyjechałam tam pograć w scrabble…

Skończyło się cesarskim cięciem i jak się później okazało, to była ostatnia chwila. Finalnie Janek urodził się w zagrażającej zamartwicy i było z Nim nie najlepiej, ja dostałam transfuzję, na stole straciłam przytomność a Pan Doktor, który przeprowadzał cięcie i dość dosadnie wyraził się o tak długim przetrzymaniu nas w sali orzechowej, bo przy tak dużym dziecku prędzej połamaliby mu barki niż wypchnęli ze mnie z pomocą syntetycznej oksytocyny, a po drodze i tak prawdopodobnie miałby kłopoty z tętnem.

Na szczęście oddział położniczo-noworodkowy to już było niebo w porównaniu z porodówką. Szkoda, że od razu tam nie trafiliśmy. Jaś z uwagi na konflikt serologiczny od początku miał potężną żółtaczkę, więc przez cały czas miał fototerapię – swoje prywatne solarium – czego oczywiście nie cierpiał jak diabli i dość trudno było Go tam utrzymać bez wycia. Ja odzyskałam czucie w nogach dopiero po dziesięciu godzinach i dopiero wtedy mogłam wstać, ale Panie były cudowne, bardzo nam pomagały, zawoziły mnie do Jaśka i ogólnie stawały na głowie, by było nam lepiej to wszystko znosić. Przez te dziewięć dni, które tam spędziliśmy poznałam wyłącznie osoby, dla których praca równa się powołanie. I chyba tak powinno być na każdym oddziale tego szpitala.

Poród to zawsze trochę loteria. Nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć i pozornie lekka, łatwa i przyjemna ciąża może mieć bardzo skomplikowany finał. Nigdy też nie wiadomo na jaki dzień u ekipy przyjmującej nasz poród się trafi – to w końcu tylko ludzie i też mogą mieć gorszy. Tylko ja w mojej pracy, nawet gdy mam gorszy dzień, nie mam prawa obarczać tym faktem osób, dla których w tej pracy jestem. Muszę być profesjonalna i taka staram się być.

Pod poprzednią notką w komentarzach ktoś napisał, że jestem szczęściarą. Tak, to prawda. Mam wielkie szczęście. Jaś żyje i jest praktycznie zdrowy, bo kwestie konfliktu wystarczy monitorować. Trochę nerwów nas wszystkich to kosztowało ale było warto. Natomiast cała akcja skutecznie nas oboje z Plus Jednym wyleczyła z myślenia o jakiejkolwiek dalszej produkcji w temacie rodzeństwa. I w sumie, biorąc pod uwagę aktualne kolki u Najmłodszego i Jego zamiłowanie do całkowitej aktywności nocą, to bardzo dobrze. Uff.

I jeszcze jedno – gdyby nie Hal a potem mój Mąż, nie dałabym rady. Dziękuję. Z taką ekipą to choćby pod wodą. Wy wiecie :*

28 listopada były imieniny Taty, w związku z tym Mamut rodzinę sprosiła na poprzedzającą ten dzień niedziellę. Miałam jeszcze tydzień z okładem do prognozowanego terminu pojawienia się Jana na Ziemi i generalnie rzecz ujmując byłam przerażająco spokojna. Na tyle, że torbę do szpitala spakowałam dopiero w sobotę. Zaraz po zrobieniu sałatki na wzmiankowane imieniny rodziciela i idący z nimi w parze rodzinny najazd.

Rodzina dopisała, ze stołu znikały kolejne smakołyki, ja oczywiście nasłuchałam się jaka to jestem olbrzymia (jakbym sama nie miała tej świadomości) i że co to będzie za bobas (normalnie od razu szesnastolatek z zarostem) – ogólnie ha, haha, hahaha. Masakra! Miałam ochotę w akcie protestu i desperacji odgryźć nogę od stołu ale zmilczałam i konsumowałam dalej bigos ze schabowym.

Ha! Kto by przypuszczał, że bigos to mój ostatni. Ja w każdym razie nie przypuszczałam. Trochę się wprawdzie droczyłam ze Zdzichem, że mu zrobię prezent i wnuka urodzę ale ot takie to było gadanie. Wszyscy bardziej czekaliśmy na Mikołajki jednak.

Pod wieczór goście zaczęli się zbierać, Książę Małżonek pożegnał się i pojechał w trasę do Szczecina, Igor zaczął przymarudzać – ot pora do łóżek. Pomogłam jeszcze sprzątnąć ze stołu i poszłam do siebie na górę, gdzie wykąpałam Młodego, przeczytałam Mu książkę, naszykowałam ubranie i plecak do szkoły i właściwie już już czarujący wielbiciel klocków Lego witał się z gąską ze śnie ale przytrafił się jakiś kaszelek. Jako troskliwa mamusia oczywiście poszłam do kuchni po syropek.

I tak w kuchni pochylając się nad szafką w poszukiwaniu syropu na kaszel zrobiło się WTEM i poczułam, że chyba robię siku, choć wcale mi się nie chce. Mało tego – robię i nie mogę przestać. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiałam, że chyba odeszły mi wody i raczej nie poczekamy do Mikołajek. Oj nie.

Proszę sobie wyobrazić, że pierwsze o czym pomyślałam, to: – Szfak, czyli nie obejrzę "Kości".
Drugie o czym pomyślałam: – Szfak 2, muszę ogolić nogi!
Trzecie o czym pomyślałam: – Szfak 3, starego nie ma i se jedzie właśnie na zachód a ja tu aktualnie chyba rodzę.

Sami Państwo rozumieją, że normalny człowiek w tej sytuacji lekko by spanikował i przynajmniej sieknął sobie kilka głębszych wdechów zanim by cokolwiek postanowił. Ja jednak do tychże się nie zaliczam.

Wpakowałam sobie w spodnie gruby ręcznik frotte – w końcu pragmatyczna kobieta ma z tyłu głowy neon "chroń parkiet", zaniosłam dziecku syropek oraz odprawiłam je na dół by poprosiło do mnie na pięterko babcię. W tym czasie wykonałam telefon do Haluty – z którą byłam umówiona, że jakby coś zaczęło się dziać i Księcia Małżonka akurat by nie było, to Ona rodzi ze mną – że to już i niech przybywa, to może sobie co nieco urodzimy. Wykonałam również telefon do Księcia Małżonka – a nawet trzy bo dwa razy było zajęte – i po opieprzeniu Go, że było zajęte, poinformowałam, iż Syn nr 2 właśnie postanowił, że wychodzi. Potem się rozłączyliśmy i szczęśliwy tatuś rozpoczął turniej pod hasłem "akcja beret" i poszukiwanie zmiennika, który mógłby go zastąpić w Bydgoszczy, by miał szansę zdążyć choć na finał.

W międzyczasie przyszła babcia i nawet dziadek, którym przekazałam, że Igor ma jutro zanieść do szkoły laleczkę na konkurs (razem zrobiliśmy ją z drewnianej łyżki, słomki do napojów, skrawków materiału, starej czapki i śliczna wyszła przeokrutnie), że pojutrze mają w klasą wycieczkę do telewizji na teatrzyk i trzeba Mu zaplikować Lokomotiv oraz dać do ręki suchy prowiant na drogę, że w czwartek ma karate a w piątek może zabrać do szkoły wybraną przez siebie zabawkę i że codziennie do tornistra trzeba Mu włożyć kanapkę, owoc i coś do picia a po powrocie ze szkoły sprawdzić piórnik (czy wszystko zatemperowane) oraz zeszyt wychowawczy (czy nie ma uwag, ogłoszeń czy innych ważych wieści). Nie wiem ile Mamuty z tego zapamiętały bo wyglądały na mocno zdezorientowanych i przerażonych, ale dla mnie niezwykle istotne było przekazanie tej jakże ważnej wiedzy komuś, kto zostanie na posterunku.

Potem przytuliłam Igora bardzo mocno i przypomniałam, że tak jak ostatnio rozmawialiśmy (bo rozmawialiśmy już bardzo dużo na temat nowego brata) pojadę teraz do szpitala a za kilka dnia wrócę z Jasiem. I żeby był grzeczny. I że bardzo mocno Go kocham.

A potem poszłam zrelaksować się w kąpieli z pianką. No i ogolić nogi rzecz jasna. Całe szczęście powstrzymałam się od umycia włosów bo na dworze mocno wiało a trochę głupio zaczynać poród od kataru. Akurat jak wyszłam z łazienki i naszykowałam do wyniesienia torby, przyjechała Haluta z bratem – no to pojechaliśmy.

Na Żelazną dotarliśmy po godzinie. Brata odprawiłyśmy by przynajmniej On miał szansę wyspać się do pracy a Hal została ze mną – plan był taki, że do przyjazdu Plus Jednego, bo w planach Plus Jeden zmiennika znajdował i wracał z te pędy do Warszawy rodzić ze mną Jaśka. Na Żelaznej mam deja vu tylko teraz jest mi mokro i zimno. Izba przyjęć, papierki, papierki, papierki, czekanie, badanie, czekanie, papierki, papierki, papierki. Pewnie spędziłam tam kwadrans ale dłużyło mi się potwornie. Poza tym w życiu nie przypuszczałam, że tych wód płodowych jest kurna tyle litrów. Siedziałam tam w poczekalni jako ten wal błękitny i dziergałam całkiem prywatny akwen wodny. No ale cóż, taki lajf.

Potem akcja przeniosła się na blok porodowy i naszym nowym lokum została sala szumnie nazwana orzechową. Nie wiem co było orzechowego w tej sali bo na środku stało zielone łóżko porodowe, z boku biała wanna, stołek z kolorze nieokreślonym i jeszcze łazienka, która też była na biało. Nie zwróciłam uwagi na podłogę… Może ona była orzechowa? Czort wie. W każdym razie wylądowałyśmy w sali orzechowej.

c.d.n.

Z wczoraj | 2011/12/07 |

A na Mikołajki wypisali nas wreszcie do domu :))

Coś bardziej napiszemy jak się trochę ogarniemy. Póki co trochę mało śpimy. Ale i tak jest fajnie. Tylko Janek nader często pomrukuje niczym kot i Szanowny Małżonek trochę dziwnie a znacząco na mnie zerka ;)


  • RSS