Wpisy z okresu: 1.2012

Prezentacje | 2012/01/30 |

Wybrałam się z Johnnym do fryzjera po nową grzywkę. Znaczy grzywkę dla mnie bo dla niego to chwilowo jeszcze jakby za wcześnie odrobinę.

Janek zrobił furrorę oraz definitywnie rozmaślił zarówno Wujka Strzygącego jak i Ciotkę Jolkę. Grzecznie pozwolił odświeżyć rodzicielski wizerunek, nie marudził i bujany przez matkę nóżką rozglądał się ciekawie rozdając pełne aprobaty uśmiechy. Uśmiechu niestety nie udało się Ciotce Jolce uchwycić ale jakieś pseudogrymasy są. Prezentujemy zatem :)

Cel pal | 2012/01/29 |

W życiu trzeba sobie znaleźć jakiś cel. Prócz określenia celu, dobrze byłoby też od czasu do czasu do niego dążyć, ale nie ma imperatywu. To tylko taka luźna sugestia, całkiem jak ceny drukowane na opakowaniach przez producentów. Jeśli mamy już cel, przydatne również bywają punkty odniesienia. Pozwalają one umiejscowić nasz cel nieco bardziej namacalnie w czasoprzestrzeni i sprawiają, że jego osiągnięcie wydaje nam się niekiedy całkiem realne.

Osobiście jestem zwolennikiem metody małych kroczków. Ale tylko jeśli chodzi o cel, bo już inne rzeczy to niekoniecznie, bardziej łychą ile wlezie. Tak więc wyznaczam sobie małe cele i lubię myśleć, że do nich dążę.

Dziś na ten przykład wyznaczyłam sobie cel, by nie oskalpować Starszego Syna albo nie zacząć go okładać Młodszym. Przynajmniej przez godzinę. Oraz liczyłam od jednego do dziesięciu miliard razy – ale mocno się musiałam skupiać by nie zacząć wspak, bo to jak wieść niesie działa niczym zapalnik. Takie niezwykłe w swej sile uczucia macierzyńskie wywołuje u mnie ćwiczenie przez Lokatora szlaczków. Samo zagonienie go do pracy graniczy z cudem i jak sądzę lepiej by mi poszło z wszczepieniem bypasów morskiej śwince tańczącej kankana. Uparty po mamusi. Szlaczków nienawidzi jak ozorów w galarecie i doszło do tego, że woli nawet sprzątać swój pokój na wysoki połysk, niż skrobać esy floresy w zeszycie ćwiczeń. Cała reszta w małym palcu a szlaczki… nie napiszę gdzie, sami się domyślcie.

Kaligrafia zdecydowanie nie będzie jego hobby.

W ogóle to bardzo radośnie jest w tym moim magicznym domu. Zwłaszcza gdy Książę Małżonek się oddali do roboty a ja zostaję z uroczymi pociechami, z których jedna ma kolkę i drze się jakby ją kto zaprosił na casting do heavy metalowej kapeli a drugiej akurat zaginęła ulubiona zabawka. I to z TYCH ULUBIONYCH.

Bo to jest proszę Państwa dramat. Taki w trzech aktach i gęsto usłany trupami. Nie wiadomo co robić najpierw. Zakneblować młodsze, wrzucić do łóżeczka, obezwładnić i biec na pomoc starszemu, który umiera z żalu i cierpienia a potrzebuje nas nie za chwilę a w tym dokładnie momencie (bo za chwilę przecież umrze)? Czy też ignorując pełen dramatyzm sytuacji wypowiedzieć w stronę starszego coś w stylu "nie martw się, znajdzie się na pewno" co wywołuje rozpacz bezdenną i jeszcze potężniejsze szlochy? Co byście nie zrobili jest źle. Idę więc na sygnale – bo Janek wyje jak straż pożarna – pocieszać Igora i we czworo – bo razem z kolką – szukamy zaginionego stwora z rodziny Lego Bionicle. Stwór zresztą jest tak obrzydliwy i paskudny, że na jego miejscu też bym zaginęła – czym prędzej i bez wieści. Stwór ma oczywiście jakieś imię ale składa się z właściwie samych spółgłosek i brzmi jak rzygający kot, względnie jakiś afrykański dialekt i to jeszcze wspak. Nie powtórzyłabym tego nawet po pijaku.

Po dwudziestu minutach gorączkowego przeglądania kątów na kolanach stwór odnajduje się, Starszy Syn wybucha szczęściem by po kilku minutach porzucić tak dotychczas ulubioną zabawkę i zająć się czymś zupełnie innym, a po minucie w ogóle oznajmić, że się nudzi, Janek prawie odgryza mi ramię przysysając się niczym glonojad a ja mam nieodpartą ochotę wyjść z siebie bardzo głośno trzaskając drzwiami.

Ale jestem dzielna i z uśmiechem seryjnego mordercy małych słodkich dziewczynek proponuję Starszemu, że zrobimy z koca namiot i zabawimy się w biwakowanie nad jeziorem, Młodszemu proponuję posiłek a sobie lornetę, czyli dwa głębsze… za jakiś czas.

Potem po kolei osiągam kolejne cele.

Kolacja – kanapka z miodem/dżemem/szynką/żółtym serem/czymkolwiek innym? Oczywiście kanapka to ostatnie na co ma ochotę mój miły Syneczek. Mleko i płatki? O nie, tylko nie to. Oczywiście sam nie wie na co ma ochotę, ale z pewnością nie jest to nic z tego, co wymieniam. Plecak do szkoły – tego nie pakujemy, to się nie nadaje, to nie takie, a tamto bez sensu. Myślałby kto, że to kwestia życia lub śmierci a nie zwykłego piórnika, temperówki i kleju w sztyfcie. Ubranie na jutro – to okropny niefart, że bluzka z Zygzakiem McQueen’em akurat jest w koszu z ubraniami do wyprania, bo akurat jutro jest ten dzień, w którym ON CHCIAŁ założyć akurat tę konkretną. Kąpiel – najpierw Jasiek, oczywiście z honorową asystą Brata, potem cały szereg czynności pielęgnacyjno-okołoniemowlęcych, o których trzeba po raz pięciotysięczny opowiedzieć ze szczegółami i pełnym wyjaśnieniem co, do czego, którędy i po co. Potem do wanny wędruje Igor a wanna również sprzyja jak powszechnie wiadomo nawiązywaniu konwersacji – a dlaczego właściwie nietoperze śpią jak jest zima? a po co ludziom tyle zębów i czy na pewno wszystkie trzeba myć? czy jak byłam mała to chciałam zostać strażakiem czy księżniczką? Urocze, boskie i niezwykle wzruszające… tyle że to wszystko niestety blednie niedocenione przy konieczności jednoczesnego skupiania całej swojej uwagi na Młodszej latorośli, która to akurat dziarsko i niepostrzeżenie puściła pawia na świeżo odprasowane ubrania.

Czarownie, nieprawdaż?

Oraz cowieczorne ćwiczenie cierpliwości pod hasłem – Igorku, do łóżka! Pójście do łóżka kojarzy się Lokatorowi wyłącznie pejoratywnie. Jest to absolutny kres wszystkiego co udało mu się osiągnąć przez cały dzień, bo przecież przed spaniem trzeba sprzątnąć zabawki i zniknie uroczy rozgardiasz, który tak mozolnie tworzył, a jeszcze tyle mógłby zrobić… Pójście do łóżka odwleka się w nieskończoność – chce się jeszcze coś zjeść, po jedzeniu trzeba umyć zęby, chce się siusiu, chce się pożegnać czule z Młodszym Bratem i potrzymać go za małą rączkę, chce się jeszcze raz przeczytać o przygodach Bolka i Lolka albo wylicytować jeszcze pięć minut w łóżku rodziców. Łóżko to koniec po prostu. Hmm. Minie jeszcze trochę czasu zanim dojdzie do wniosku, że wręcz przeciwnie, że łóżko to dopiero początek. Przynajmniej mam taką cichą nadzieję, że jeszcze trochę czasu minie.

Potem jest czas zasypiania Starszego Synka i wchodzimy znów w strefę Młodszego. Karmienie, przewijanie i takie tam bujanko-przekomarzanki. Jak kolka da za wygraną robi się nawet przyjemnie i dajmy na to można napisać notkę, albo odpowiedzieć na e-maile, albo sprawdzić czy świat jeszcze jest na swoim miejscu i co na nim słychać. Albo poczytać książkę. Obecnie czytam "Sekrety" Bakuły, Ibisz i Majewskiej. Wyborna – rechoczę co i rusz a do tego da się ją podczytywać na wyrywki i z doskoku.

Najbliższy cel mam dość prosty. Azymut na poduszkę i pozostaje obrać dobrą trajektorię lotu. W końcu nigdy nie wiadomo kiedy i w jakim humorze ocknie się Jasiek, za to wiadomo, że to nastąpi. Trzeba korzystać póki chrapie. 

W kwestii możliwości | 2012/01/19 |

Czy wiecie ile pompek może zrobić Chuck Norris?
Hę?

Wszystkie.

:)

No. Czyli ja mogę sobie aktualnie wypić kawkę i się podelektować, że mam dłuższą chwilę nieprzerwanego, wyuzdanego, dzikiego… ŚWIĘTEGO SPOKOJU. Ach, och i inne zgłoski.

A Dżordż Klunej w Ostrym Dyżurze jest tak zabójczo przystojny – pomimo jednak ewidentnego i całkowitego braku górnej wargi, nie wiem czy też to zauważyliście – że zupełnie nie mógłby być moim lekarzem. Przecież jak bym się przed nim rozebrała, choćby do pasa i w staniku, to jakby mnie musnął tym swoim chłodnym morderczo stetoskopem, jakby mnie spytał co mnie boli, albo nie daj boże gdzie, jakby na mnie spojrzał… to miałabym takie migotanie przedsionków, że wszyscy w promieniu 5 kilometrów wyszliby zapalić.

Dżizas.

Państwo wybaczą, zaczyna się kolejny odcinek a okoliczni Małoletni akurat szczęśliwie ucinają komara bądź dziergają z klocków Lego cmentarz. Albo osiedle dla bardzo małych i bardzo katolickich krasnoludków.

W mojej rodzinie zimę to lubią dzieci oraz Siostrzyca, która aktualnie przebywa na nartach we Włoszech, więc się jej jakby nie dziwię. Jakbym sobie aktualnie przebywała we Włoszech, również byłabym zimą zachwycona i przeszczęśliwa jak dzika świnia w obierkach. Narty w zasadzie byłyby zbędne. Włochy w sumie też. Wystarczyłby Ciechocinek. Właściwie dochodzę do wniosku, że wystarczyłoby cokolwiek, byle z łóżkiem, gdyż albowiem ponieważ moje wymarzone wakacje to w tym momencie dwa tygodnie szczelnie wypełnione drzemką. Jedna wielka faza REM. Na samą myśl mam dreszcze i lekką delirkę w okolicach kolan. Ach.

Jan Szanowny śpi okazjonalnie. Do pełnej regeneracji wystarczy mu półgodzinne przymknięcie powiek i voila – jest jak króliczek z bateryjek Duracell’a z wbudowanym akumulatorem czerpiącym energię z kosmosu.

Wszystkie mądre książki o rozwoju dzieci oraz mniej mądre poradniki twierdzą z uporem maniaka, że niemowlę w tym wieku nadal przesypia większą część doby. Hmm. Dobrze, że nie czytam ani jednych ani drugich bo dostałabym czkawki ze śmiechu. Bądź popadłabym w stupor. Opcjonalnie.

Nie macie pojęcia ile rzeczy można zrobić w pół godziny.

Śniadanie dla starszego brata, kąpiel z myciem głowy, samolot z papieru + dziesięć pytań z dziedziny lotnictwa od wymagającego sześciolatka, wstawienie prania, zdjęcie z suszarki tekstyliów z dnia poprzedniego, nakłonienie wielbiciela samolotów do porzucenia piżamy na rzecz nieco bardziej dziennej odzieży, jazda na szmacie bez trzymanki, przypomnienie o skarpetach, wyładowanie naczyń ze zmywarki, próba sił w kwestii drugiej skarpetki i konieczności jej się pojawienia na pewnej małoletniej stopie, śniadanie własne, rzut oka na poranną prasę/książkę/etykietę jogurtu/własne zmarszczki/cokolwiek… W połowie rzutu oka włącza się sygnalizator dźwiękowy, który wskazuje na fakt całkowitej przytomności młodszego z braci i pełną gotowość do dalszych wspaniałych zabaw a jednocześnie przybiega Igor ze sprawą najwyższej wagi państwowej, którą oczywiście należy się zająć natentychmiast oraz z pełnym zaangażowaniem.

To tylko jedna z opcji.

W chwilach zwątpienia nucę sobie pieśni narodowo-wyzwoleńcze i jest mi lepiej. Albo wyobrażam sobie hamak na Seszelach. Taki rozgrzany słońcem płócienny hamaczek rozwieszony pomiędzy palmami, z turkusową wodą w tle i przystojnym kelnerem z drinkiem na pierwszym planie. Ale wówczas jest mi jednak nieco jakby gorzej.

Lecz po chwili wracam do moich kochanieńkich dzieciąteczek, których absolutnie przenigdy nie mam ochoty posiekać tasaczkiem w drobną kosteczkę i umieścić w piekarniczku… zwłaszcza jak Starsze postanowiło wyciąć z papieru specjalnie dla mnie pierdyliard kwadracików wielkości paznokcia, namalowało na każdym bliżej niezidentyfikowane acz niesłychanie ważne COŚ a następnie siarczyście a z mocą w to kichnęło, co w finale spowodowało wielki żal, ból istnienia i ryk tak głośny, że raczył obudzić dopiero co uśpione z olbrzymim mozołem Młodsze…  i już jestem jednym wielkim łagodnym uśmiechem. I to bez prozacu.

Tak, tak. Macierzyństwo to nieustająca radość, duma, spełnienie oraz łagodny wyraz twarzy Nicholasa Cage’a. No może nie w Ośmiu milimetrach. Tam był mniej spanielowaty niż zazwyczaj.

Takie jest macierzyństwo jak człowiek się trochę prześpi i ogarnie. Normalnie na co dzień bywa trudno. Jak cholera. Nieustająco się dziwię, że ludzkość jakoś przetrwała i nadal się mnoży. Na co dzień jest trochę jak pączek bez lukru.

Lukier jest w tych wszystkich bezzębnych oraz już dawno uzębionych uśmiechach, w pierwszych i wszystkich kolejnych "mamach", w małych miniaturowych stópkach i coraz większych stopach wyrastających ze wszystkich butów w tempie wręcz astronomicznym, w wyciągniętych rączkach i w "kocham Cię" szeptanym na dobranoc, w rysunkach, w wierszykach recytowanych z wypiekami na policzkach w przedszkolach i szkołach, w kolanach podrapanych na rowerze, we wspólnie puszczanych latawcach, w bajkach czytanych do poduszki i w ściganiu się "kto pierwszy do tamtego słupa", w kolejnych łatach przyszywanych nocami na kolejne spodnie, w każdej milisekundzie, którą razem przeżywamy… tylko czasem dopiero po dłuższej chwili dociera do nas jego smak.

Dziś ulepiliśmy bałwana.

Ja z Igorem toczyliśmy na śniegu kule – taką wielką całkiem ogromną, nieco mniejszą i tę najmniejszą, na głowę. Plus Jeden zaś toczył po śniegu wózek z Jasiem. Potem znaleźliśmy starą doniczkę, która posłużyła bałwanowi jako nakrycie głowy, Młody wyszperał dwie gustowne gałęzie na bałwanie ręce, od Babci wydębił marchewkę a ja wygrzebałam dwa węgielki – oczy, kilka kolorowych klocków – guziki i kawałek drutu na uśmiech. A w tak zwanym międzyczasie rzucaliśmy się śnieżkami i śmialiśmy się histerycznie. I bardzo było nam fajnie. Choć przecież nie lubię zimy :)

W zeszły poniedziałek wystartowała szumnie zapowiadana rekrutacja do warszawskich żłobków. Całkiem nowa, odlotowa, elektroniczna, z wodotryskiem po prostu. Miało się zacząć punktualnie o 9.00.

Oczywiście w świecie idealnym nic nie mogłoby być prostsze – wchodzimy na stronę, podajemy pesel naszego uroczego bobaska, który jest nad wyraz grzeczny i pozwala nam te ewentualne kilka minut poczekać na lekkie perturbacje systemu, wypełniamy wszystkie pola, rejestrujemy z sukcesem, otrzymujemy pin, pobieramy wniosek,  którym radośnie udamy się do wybranego żłobka i everybody klaszczą w ręce. W świecie idealnym serwery mogą przyjąć nieograniczenie wiele połączeń albo organizatorzy mają zdolność prognozowania ewentualnych utrudnień, w stylu: więcej niż trzy osoby są w tym mieście zainteresowane umieszczeniem swoich jakże słodkich bobasków w placówce opiekuńczej. Jedno z dwojga. Nie mogę się zdecydować które doprawdy.

W zeszły poniedziałek rekrutacja jak się miała szumnie zacząć tak się szumnie zesrała. Inaczej nie umiem tego nazwać. I nie wiem na kiego grzyba rzecznik prasowy cytował regulamin, że przecież nie kolejność zgłoszeń się liczy tylko punkty. Owszem punkty – można było dostać 81 na 100 za to, że się pracuje, mieszka w Warszawie i płaci tu podatki. Finalnie tyle miało trzy czwarte zainteresowanych a w razie remisu jako dogrywka występuje – uwaga, uwaga – kolejność zgłoszenia w systemie. Dodatkowe punkty były za nadzór kuratora, troje i więcej dzieci, niepełnosprawność pociechy lub jej rodzeństwa, ewentualnie już jakieś rodzeństwo w żłobku. Czyli szanse mamy jakby nikłe.

Od 8.00 tkwiłam na stronie rekrutacji usiłując zobaczyć coś innego niż tylko komunikat, że serwer ma mnie gdzieś. Od 9.00 do 10.00 można było dostać wady zgryzu i oczopląsu – oczywiście jeśli akurat uroczy bobasek pozwoliłby na tyle swobodnego odpoczynku od zwyczajowych pieluszek, karmień i tego typu aktywności. O 10.00 wpadłam na jakże genialny pomysł i zadzwoniłam do kolegi z firmy. Kolega szczęśliwie jest dyrektorem działu informatyki i ma super sprawny, szybki komputer znajdujący się bliżej głównodowodzącego serwera rekrutacyjnego niż mój bezprzewodowiec w Rembridge… a do tego się lubimy. Oraz jeszcze bardziej szczęśliwie miał luźniejszą godzinę by ślęczeć ze mną w sieci i usiłować zarejestrować mi syna w jakże wspaniałym całkiem nowym systemie warszawskich żłobków. O 10.53 się mu udało. Numer wniosku 1172. Ach…

Dla porównania – mnie udało się dostać na stronę dopiero po 13, czyli w okolicach piątego tysiąca chętnych rodzin. Do tego czasu można było dostać przepukliny a drące się w niebogłosy dziecko zadusić poduszką. I po kłopocie.

Nie wiem jakie mamy szanse, bo gdy pojechaliśmy złożyć wydrukowany i podpisany wniosek w żłobku, miła Pani Dyrektor poinformowała nas, że ma już takich około 70. Wymiana uśmiechów i do zobaczenia. Być może we wrześniu, przy dobrych wiatrach oczywiście. Na dobre wiatry to podobno Espumisan. Nie wiem.

Dziś mamy spotkanie w prywatnym żłobku cztery ulice od naszego domu. Finansowo zrobi się cienko jak barszcz, ale od czerwca wracam do pracy a Janek dość słabo jak mniemam będzie się nadawał by go wsadzić do autobusu na całodziennie zwiedzanie miasta. Chociaż, kto wie? Może zaryzykuję. Niech się Młody usamodzielnia.

Liczę na cud i że od września będziemy jednak w tym państwowym co to jest niedaleko mojej firmy, przy parku, spacerkiem 20 minut jakoś i całkiem byłoby nam w nim dobrze, ale równie dobrze mogłabym liczyć na to, że do września Jaś przyswoi tabliczkę mnożenia oraz język francuski na poziomie zaawansowanym. W pierwszej grupie mają tylko 15 miejsc. Cóż, wygląda na to, że od czerwca będziemy się całą rodziną bardzo mocno odchudzać. Przynajmniej wszyscy będziemy mogli wbić się w jedno bikini ;)

Urzekło mnie :) | 2012/01/01 |

Hej, hej! Jak się macie w nowo rozpoczętym roku?

U nas w gruncie rzeczy bez zmian – znaczy zmiany są bo Janek płynnie zmienia rozmiary ubrań i coraz częściej ciekawie się rozgląda zamiast przypadkowo zezować po otoczeniu, ale nadal rytm dnia i nocy mamy zbliżone a wszystko toczy się od kolejnego przewijania do kolejnego karmienia. Dobrze, że dzieci rosną i dorastają bo na dłuższą metę można oszaleć.

Zmianę daty w tym roku przebimbałam chyba jakoś w wannie. Z okna było widać pokaz fajerwerków a niebo całe mieniło się kolorami. W każdym razie szampana bezalkoholowego otworzyliśmy wcześniej, tuż po dwudziestej drugiej. Lokator czekał już bardzo długo i istniała obawa, że lada chwila wysiądą Mu bateryjki oraz złoży się zwyczajnie na środku pokoju z rozgłośnym chrapaniem a potem cały dzień mielibyśmy gadanie, że sami obaliliśmy litra i ogólnie jesteśmy potworami. Tak, tak. Ciężkie jest życie sześciolatka.

Podsumowań nie będzie bo cały rok był super. Dziś byliśmy na rodzinnym spacerze i gdzieś pomiędzy przekomarzaniem się chłopaków a poprawianiem czapki Jaśkowi drzemiącemu w wózku pomyślałam sobie, że zawsze tak bym chciała. I tego właśnie sobie życzę. Bo jest jak być powinno i mam poczucie, że zasłużyłam. W końcu jest mi dobrze, nawet jeśli trochę mało śpię i aktualnie jestem jedną wielką chodzącą mleczarnią.

Teraz do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze by Hal w końcu uśmiechała się tak jak tylko Ona potrafi ale na stałe – myślę sobie, że jak się zbierzemy z tymi naszymi kciukami to wreszcie musi się udać, więc wiecie, mamy cel na 2012 poza Euro. No. A Wam życzę aby wszystkie marzenia się w końcu pospełniały. I żeby każdy znalazł swoje "dobrze". Zwłaszcza, że czasem jest bliżej niż moglibyśmy przypuszczać :)


  • RSS