Wpisy z okresu: 2.2012

Wróciliśmy | 2012/02/22 |

Rozpakowałam walizkę oraz torbę, wykąpałam towarzystwo, uśpiłam i po krótkim zdaniu relacji Księciowi Małżonkowi padłam w pół zdania. A potem były jeszcze trzy dni, dwa prania, jedna próba na chórze, pierdyliard różnych innych rzeczy i zupełnie już zapomniałam, że byłam w górach oraz jak było pięknie.

Dzień mamuśki ma w sobie coś magicznego – kilka godzin mija a człowiek założyłby się, że to był ledwie kwadrans, wszystkie nasze ruchy nabierają niebywałego przyspieszenia a pod wieczór, gdy już nam się wydaje, że mamy szansę na błogostan i poleżenie w wannie, nagle stajemy się najbardziej poszukiwaną w całej galaktyce osobą. Pudelek i jego wszystkie razem wzięte VIP-y wymiękają. Dzieci są lepsze niż najbardziej zagorzali papparazzi. No i mają tę jakże uroczą właściwość regeneracji sił – już myślimy, że padną umęczone całodziennymi przygodami, już prawie opadają im powieki i gęstnieją ruchy aż tu nagle robi się WTEM… po czym jakby nigdy nic małoletni pędzi gdzieś niczym rącza łania o świcie. Dzieci pobierają energię z kosmosu. Chętnie podpatrzyłabym kiedyś w jaki sposób. To mogłoby mi nieco pomóc w zarządzaniu tym malowniczym pierdolniczkiem bez stałego poczucia, że znów nie zrobiłam wszystkiego co możnaby upakować w te kilka sekund, które beztrosko zmarnowałam na mruganie.

Na pytanie ile mam dzieci czasami mam ochotę odpowiedzieć około miliona :)

Nie wiem doprawdy jak ogarniają kuwetę matki więcej niż dwójki słodkich dziateczek. To niemożliwe by nic nie brały. Pewnie wąchają pokątnie amfetaminę albo jadą na prozacu.

Taka jestem wzruszona i dumna z Chudej i dziewczyn, że Macierzyństwo bez lukru dla Mikołajka tak pięknie się kręci, że nie macie pojęcia. To wyjątkowy i bardzo piękny projekt. Pisanie o tym, że bycie mamą nie zawsze jest słodkie i różowe w intencji najpiękniejszego i najtrudniejszego zarazem macierzyństwa, miłości do dziecka chorego. Bo łatwo jest kochać dziecko zdrowe, piękne, grzeczne, z obrazka. Trudniej przychodzi ta miłość, gdy codziennie trzeba się mierzyć z trudami rehabilitacji, lękami o przyszłość, gdy w każdym grymasie wypatruje się uśmiechu a z każdego uścisku naszej dłoni odczytujemy długie opowieści. Ale przychodzi. I to zawsze sprawia, że robi się cieplej gdzieś pod skórą.

Bardzo się cieszę, że mogłam wziąć udział w tworzeniu tej antologii.
Zresztą w takim towarzystwie to zaszczyt.

Cała sława tej akcji przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Chuda, wbrew posturze jesteś wielka! Nawet Onet dał nam wyróżnienie w konkursie na blog roku. Miki – to wszystko dla Ciebie, mały superbohaterze :)

Przelotem | 2012/02/13 |

Pozdrawiamy z ośnieżonego i mroźnego Grybowa :)

Jesteśmy tu z Jasiem na warsztatach chóralnych i póki co dajemy radę. Młody na ogół dobrze znosi próby i nie daje nam się we znaki, a w nocy ładnie śpi z tylko jedną pobudką w okolicach czwartej na małe co nieco. Widać górskie powietrze Mu służy. No i wszystkie Ciotki z chóru Jego – żyć nie umierać!

Książę Małżonek tymczasem złapał grypę. Pewnie złośliwie, bo sobie pojechałam. Albo z tęsknoty.

Trzymajcie się ciepło.
Wracam za tydzień.

Mycie szyi noc umili | 2012/02/06 |

Nie wiem jak to się stało, że Lokator, który w dawnym wcieleniu uroczego dziecięcia o aparycji cherubina mógłby właściwie nie kończyć kąpieli i nie wychodzić z wanny, obecnie prezentuje tak silną awersję do wody z mydłem. Całkiem jakby jakas alergia nagła a przewrotna. Odkąd Herr Tatuś nieopatrznie sprzedał Młodemu tekst "częste mycie skraca życie" Igor notorycznie stara się postępować w myśl tej zasady. Ostatnio więc głównie serwujemy sobie wierszyki i tak umilana kąpiel stała się czynnością dość znośną, a od czasu do czasu wręcz prawie sympatyczną. Mamy zatem rozmaite "mycie nóg – szczęścia wróg", bądź też "kto zęby szoruje ten gorączkuje", na które trzeba odpowiedzieć pozytywnymi w wydźwięku tworzonymi naprędce życiowymi mądrościami, więc powstaje "kto ma pachę luksusową żuje gumę balonową", "myj uszy – to Cię wzruszy", albo też (co dziś wymyślił Igor) "szoruj z Mamą oba łokcie i kolano".

Nie wiem, czy nie powinnam spisywać wszystkiego co przychodzi nam do głów podczas kąpieli, bo czasem trzęsiemy się ze śmiechu jak ratlerek sąsiadki ze szczęścia. On zresztą ze szczęścia również popuszcza. Dobrze, że my póki co nie mamy z tym problemu.

Johnny został dziś oficjalnie zapisany do prywatnego żłobka. Początkowo właścicielka traktowała nas trochę pobłażliwie i z lekka per noga, ale po uiszczeniu opłaty wpisowej w wysokości 300 złotych spojrzała na nas łaskawiej. Nieco. O losie, jak to się człowiekowi zmienia. My też początkowo patrzyliśmy na rzeczoną placówkę z przekąsem – tu nam się nie podobała meblościanka ala późny Gierek, tam znowu ciasno i ogólnie sporo znamion naszej rodzimej prowizorki – ale po głębszym namyśle znaleźliśmy całkiem sporo pozytywów. Między innymi taki, że zaobserwowane tam Dzieci pod okiem miłych Cioć najwyraźniej świetnie się bawiły i zupełnie nie przeszkadzał im brak obszernej wózkowni czy jakiś jeden podstrzały regalik. Zresztą zdecydowanie więcej jest tam kolorowych dziecięcych mebelków, fajnych zabawek i ogólnej wesołości. Niewątpliwie plusem jest też mała liczebność grup – są dwie grupy po 7 małoletnich każda – całoroczność opieki oraz dość istotna bliskość żłobka. Akurat po drodze do SKM-ki. No i ogródek z mini placem zabaw dla najmłodszych – wiosną i latem jak znalazł. Właściwie jedyny minus to koszt całej tej imprezy. Nie poddaję się jednak i nadal liczę na cud, czytaj: miejsce w państwowym żłobku. Wierzę więc jakąś nikłą częścią siebie, że to wszystko stan przejściowo-tymczasowy.

Gry-plan wygląda tak, że w maju jakiś tydzień-dwa chodzimy z Jankiem na godzinę się adaptować a potem od 1 czerwca On zostaje na nieco bardziej stałe gościnne występy a ja rozpoczynam polkę-kurcgalopkę do pracy. Na razie jawi mi się to wszystko malowniczo, różowo i bezproblemowo, ale może to dlatego, że czerwiec w tym momencie jest dla mnie mimo wszystko dość odległą jeszcze galaktyką. Przewiduję, że na majówkę będę już miała minę wskazującą na mentalne tortury a na Dzień Dziecka nogi w okolicach kolan będą mi się wyginać we wszystkie strony. Z tym, że raczej się to nie będzie kwalifikować do "Mam talent".

Przy okazji tematu żłobków Książę Małżonek niedawno natrafił na ogłoszenie jednego z językiem angielskim i chyba hiszpańskim jeszcze i bardzo Go to ubawiło. Ale to nic w porównaniu z ofertą jednego z przedszkoli, na którą natknęłam się w weekendowej Wyborczej. Nie dość, że przedszkole muzyczno-artystyczne o profilu dziennikarskim, to jeszcze języki obce, capoeira, lekcje baletu, jazda konna, warsztaty malarstwa, dramy oraz koncerty muzyki poważnej i jeszcze wiele innych atrakcji. Hmm. Dzieciom jak sądzę zostaje na zabawę czas pomiędzy 7.30 a 7.35. Rano albo wieczór. Opcjonalnie.

Ale to w sumie późno – w końcu przedszkole – tyle lat już bezpowrotnie
zmarnowanych na bzdurną zabawę. Może jakieś kursy przygotowawcze przy
szkołach rodzenia? Mamy do ćwiczeń a brzuchy na szkolenia. Ech.

Proponuję hasło reklamowe o treści: "Kariera w życiu płodowym jest Twej pociechy kołem napędowym". Coś bym jeszcze wymyśliła z wałkiem rozrządu, ale bardziej mi się tu wydaje stosowny po prostu wał. Może być Miedzeszyński*, o ile się mieszkańcy nie obrażą.

——————————————————————————————-
*Wał Miedzeszyński – taka ulica w Warszawie, której nazwa mi się zawsze kojarzy z osobnikiem o obliczu nieskażonym jakąś zbłąkaną myślą czy czynnością analityczną.

Ściana rzewna | 2012/02/03 |

Ściana nam w sypialni zmarzła i się skrapla. To tu, to tam widać krople, a jak się ich w porę nie zetrze, zamieniają się w strużki. I ogólnie jest zimna i mokra. Oczywiście piękna farba w kolorze caffe latte poszła się złuszczać. Karma jego mać. Wątpię by to było normalne zjawisko, więc na wszelki wypadek się załamałam. Wizja grzyba w moim pięknym całkiem nowym mieszkaniu skutecznie mnie przeraża do tego stopnia, że nie jestem w stanie skupić uwagi na niczym innym. Oczyma wyobraźni już widzę jak się rozrasta.

Ma ktoś jakiś pomysł?

Oczywiście ekipa, która to wszystko u nas dziergała już nie odbiera telefonu a kierownik budowy owszem wpadnie, w przyszłym tygodniu, ale on nie wie co robić bo musi najpierw obejrzeć. Poza tym kierownik budowy przecież nic nie zrobi tylko pewnie powie, że trzeba poszukać nowych ludzi i naprawić. Dawno nie miałam w domu remontu.

Półtora tygodnia temu wszystkie media roztrąbiły się, że porwano matce dziecko. Spacerowała z wózkiem, ktoś ją śledził, dostała w głowę i straciła przytomność, a jak się ocknęła, małej Magdy już w wózku nie było. Rodzina mnie wyklęła, bo ośmieliłam się stwierdzić, że nie wierzę w wersję matki i niestety nie zdziwię się, jak ona sama ma z zaginięciem córki coś wspólnego. Niestety czasem wolałabym nie mieć racji… Dziś wszystkie wiadomości za motym przewodni mają dziecko, które wypadło matce i uderzyło śmiertelnie głową o próg a matka postanowiła ukryć ciało dziewczyki i zmyślić historię o porwaniu małej. Nieszczęśliwy wypadek, czy nie, najbardziej w tym momencie współczuję ojcu dziewczynki, bo – o ile na serio nie miał o niczym pojęcia – za jednym zamachem stracił i dziecko i żonę. Nie wyobrażam sobie by mógł jej jeszcze kiedykolwiek zaufać. Teraz oczywiście ludzie ją zlinczują… albo będą oczekiwać aż sama się zabije. Jakie to jednak wszystko pogmatwane i okropne. Nie rozumiem ale jestem też daleka od wyklinania i wyzywania dziewczyny od najgorszych. Nie znam całej sytuacji, więc nie oceniam, nie wiem co wydarzyło się naprawdę i co można mieć w głowie w takiej sytuacji – wierzę w szok i chcę wierzyć, że nigdy w życiu się nie dowiem jak to jest bo to jedna z moich fobii w kwestii moich dzieci. Natomiast niestety wersja z porwaniem kupy się nie trzymała i szkoda, że kobieta nie poprzestała po prostu na prawdzie. Wszyscy lepiej by na tym wyszli i nie byłoby tylu ludzi, którzy teraz całkiem słusznie czują się oszukani. Bardzo bym chciała by to wszystko okazało się jedną wielką medialną prowokacją, jakimś chorym eksperymentem, po którym możnaby pomarudzić, że marny pomysł i otrząsnąć się jak po wyjściu z kiepskiego filmu. Obawiam się jednak, że to jeszcze nie koniec wiadomości w temacie małej półrocznej dziewczynki i że kolejne wieści będą cholernie daleko od dobrych.

Wisława Szymborska już nic więcej nie napisze, bo umarła. Nie wiem czy szkoda, bo chyba sama już chciała. Na zdjęciach z serwisów informacyjnych wyglądała zawsze na oszołomioną a potem zmęczoną całym tym zgiełkiem wokół siebie. Lubiłam ją za wiersz o Kocie w pustym mieszkaniu oraz za nieodłączną a delikatną nutkę sarkazmu w nielicznych wypowiedziach.

Trudny mam dziś dzień.

Ściana mnie martwi najbardziej. Może dlatego, że najbliżej. Chwilowo na inne emocje jestem dość nieczuła. Wybaczcie. Czekam na Wasze pomysły w sprawie ściany. Egzorcyzmy proponuję z marszu wykluczyć. Wszystkim szanującym się duchom, upiorom i diabłom jest obecnie stanowczo za zimno.

Spostrzeżenie luźne | 2012/02/01 |

Czy tylko ja to zauważyłam?
Nie, no niemożliwe.
Z pewnością jest ktoś jeszcze.

Nie o zimę mi tu chodzi – tej nie da się nie zauważyć niestety.
Marzną mi paluszki i w ogóle wszystko a za tydzień z małym hakiem jadę z Jankiem w góry. Tylko my, Grybów i warsztaty chóralne. Hmm… może być malowniczo z rumieńcami w kolorze dojrzałego buraka.

Ale ja nie o tym.

Na wszystkich zdjęciach w tak zwanej prasie kolorowej słynne Panie będący akurat w ciąży prezentowane są zawsze z idealnie wyfotoszopowanym brzuszkiem, nawet bez charakterystycznej ciemnej pionowej kreski, która jest dość swoistym zjawiskiem w tym stanie. A na dwóch to nawet grafik się nieco rozpędził… bo zapomniał o pępku :)

Pępek to jednak posiadają obawiam się wszyscy.
Nawet najsłynniejsi.


  • RSS