Wpisy z okresu: 3.2012

Oba Dziecie chwilowo straciły przytomność, więc mam chwilę na dopadnięcie do komputera. Dopadłam niniejszym i nadaję. Nie wiem jak długo to potrwa, więc niewykluczone, że bieżąca notka urwie się nieoczekiwanie w ćwierć zdania. Trudno. W sumie całe to wczesne mamowanie czasem tak właśnie wygląda – nigdy nie wiadomo czy uda się skończyć aktualnie pochłanianą kanapkę, pomalować drugie oko, czy też odszukać lewy but z poszukiwanej do prawego pary.

W świetle ochoczych i radosnych zachęt by dzieci mieć po czworo mam ochotę skoczyć na kilka lat na Seszele. Głęboko wierzę, że tam ciągle czeka na mnie mój przystojny hamaczek, wygodny barek i smakowity Mężczyzna Atmosferę Chłodzący A (liściem) Machający… czy jakoś tak. Ja przy ledwie dwóch uroczych ancymonkach tracę cierpliwość co najmniej kilkaset razy dziennie. Za to liczenie od jednego do dziesięciu połączone z serią głębokich wdechów i wydechów mam opanowane do perfekcji. Trzeba tylko uważać by czasem nie policzyć wspak, gdyż mogłoby dojść do implozji. Od nadmiaru wdechów można się też hiperwentylować ale z dwojga złego lepsze to niż rzucenie się do gardła własnemu potomstwu. Prawda?

Trochę znów biegam. Nie żebym jogging zaczęła uprawiać zaraz. Sezon się zaczął i poza próbami mamy też koncerty. A wczoraj na ten przykład na SGH-u po koncercie podeszła do mnie Miła Pani i spytała czy ja to Bajka. Usiłując okiełznać Jaśka, który akurat boleśnie wpijał mi się w przedramię odrzekłam zgodnie z prawdą, że owszem. Okazało się, że Miła Pani podczytuje radziecki-termos i nawet jej się chyba podoba, bo przyznała się, że od lat. Mam olbrzymi szacunek do czytelników, którym się jeszcze chce czekać na notki a na dodatek je czytać, więc naturalnie spuchłam z dumy ale zaraz potem musiałam się oddalić celem zmiany pieluchy Małoletniemu, który zaczął się głośno wzmiankowanej czynności domagać. Spotkanie jednak tyleż zaskakujące co przyjemne – świat jest może i mały ale bardzo fajni ludzie po nim drepczą. Pozdrawiamy Panią Cypisek :)

Właśnie! Proszę sobie zarezerwować 19 kwietnia ok 19.00 i przybyć na Politechnikę do Gmachu Głównego, bo będzie koncert otwarty dla wszystkich a jak mniemam bardzo dobry.

Poza tym biegam ostatnio bo organizujemy Jankowi chrzest, co mnie trochę osobiście zaczyna już wnerwiać. Najpierw Haluta, która wystąpi w charakterze Matki Chrzestnej, miała kłopot z księdzem ze swojej parafii bo śmie pracować gdy on chadza po kolędzie i nie ma jej w domu, w związku z tym on jej nie wyda stosownego zaświadczenia. Na szczęście ksiądz z innej parafii nie widział problemu ale wierzę, że do tamtego Hal nie wróci nigdy przenigdy, więc de facto stracił swoją "owieczkę". Wujek Grzegorz – Brat Księcia Małżonka – u swojego proboszcza usłyszał prócz zapewnienia, że zaświadczenia nie otrzyma, iż Hitler też był ochrzczony a ile zła wyrządził. Z duszą na ramieniu szliśmy do naszego księdza dobrodzieja, bo a nuż okaże się, że nasz ślub cywilny się nie liczy i generalnie to jesteśmy w konkubinacie a on takich dzieci z takich związków nie chrzci – nie, to nie fikcja, historia zna takie przypadki. Nasz proboszcz okazał się jednak w porządku i pierwszego dnia świąt Jan zyska szansę na zbawienie a my upragniony święty spokój od Mamutów i Babci Jadzi. Nie napiszę, że bezcenne bo wyprawka do chrztu to jednak wydatek a jeszcze nie opłaciliśmy chrztu w kancelarii. Czy ktoś się może orientuje ile teraz wynosi takie "co łaska"? Jestem niestety zupełnie nie w temacie a przez sześć lat zapewne ceny wzrosły.

No i oczywiście nie mam co na siebie włożyć. Odwieczna tragedia w milionie odsłon. Nie wiem, owinę się w ręcznik kąpielowy w rybki. Albo lepiej w grochy. Nie mam pojęcia czy grochy są aktualnym must have sezonu ale obawiam się, że najlepiej korespondują z moim obłym kształtem. Ewentualnie brezentowy namiot mógłby załatwić sprawę. Taki na szesnaście osób.

Waga nadal jest ostatnią zdzirą i podobnie jak lustro bezlitośnie wali mi prawdą po oczach. Podłe łajzy we własnym domu. Dziesięć kilogramów nadal jest do zrzucenia. Jak w pysk dał. Szkoda, że nie poszły razem z tymi dwudziestoma, które już schudłam. No ale nikt nie mówił, że będzie lekko. Żeby nie marudzić bezcelowo – bo we wszystkim jakiś cel musi być – idę na aerobik. Startujemy od kwietnia i proszę trzymać kciuki żebym dała radę dowlec się o własnych siłach do domu. Już widzę te nagłówki… "Szok! Wyrodna matka czołgała się po żwirze", "Porzuciła dzieci a sama poszła pić", "Znaleziono ją przed domem gdy sztywna trzymała się bramy", "Nie mogła ustać na nogach i bełkotała, że wraca z treningu".

Nieźle się zapowiada ;)

Póki co uskuteczniam długie spacery po wertepach. Przełożenie jest proste i działa na wszystkie dzieci od pokoleń – im bardziej trzęsie, tym lepiej śpią. W tym świetle ogłoszenie o "dostawie cieplarki z wytrząsarką" nie powinno dotyczyć działu maszyn rolniczych tylko działu niezbędnego wyposażenia domu.

Dziś na spacer udało mi się wyciągnąć Księcia Małżonka. Akurat był w domu, więc niecnie i podstępnie wykorzystałam sytuację. Poszliśmy wytrząsać wózek z zawartością do lasu, gdzie podłoże praktycznie składa się z samych pagórków i jest szansa, że Dzieć pośpi z godzinę. Ledwie weszliśmy w las a Książę Małżonek wdepnął w pozostałość po cudzym miłym piesku. Stłumiłam chichot w mankiecie bo nie wypada rozgłośnie rechotać w takiej sytuacji i podałam mokrą chusteczkę, ale oczywiście nie byłabym sobą, gdyby przez myśl nie przemknęło mi, że życie składa się z małych przyjemności. Och tak, lubię być wredna. Ktoś przecież musi a mnie to doprawdy świetnie wychodzi.

Wracając ze spaceru zagraliśmy jeszcze w Lotto. Ostatnio jak celnie namierzył mnie gołąb trafiliśmy czwórkę i trójkę a za wygraną poszliśmy we troje na kolację, którą nostalgicznie oblizując brwi wspominamy do dziś.

Czy psia kupa odmieni nasze życie i uczyni nas wściekle bogatymi milionerami?

Przekonamy się w następnym odcinku :)

Wrrrrr | 2012/03/09 |

Niebieski ekran zeżarł mi notkę.
Napisałam ją ponownie i wtedy komputerek się pięknie zrestartował.

Chwilowo przychodzą mi na myśl jedynie bardzo brzydkie wyrazy, więc dam sobie spokój.

Trzeci raz nie chce mi się odtwarzać myśli.
Nie lubię, nie lubię, nie lubię.

!*&@#>?"}*&$#/@/!&~(&/%$#@/!*&! mać !!

Na resorach | 2012/03/06 |

Śniło mi się, że jestem małym niebieskim resorakiem. Migam sobie światełkiem i popierdalam serpentynami we włoskich okolicznościach przyrody a w tle Eros śpiewa coś o pięknej kozie wykonując ponętne wygibasy i malowniczo zarzucając grzywą.

Chyba za dużo reklam oglądam. Stanowczo.

Położyłam się jakoś po pierwszej. Niestety nie o trzynastą tu chodzi. W okolicach trzynastej to zdarzało mi się, owszem, budzić po jakiejś dobrej imprezie w jakże barwnych i jakże odległych studenckich czasach. Zresztą wtedy to wystarczało, że wróciłam nad ranem, wzięłam prysznic, przebrałam się i dalej na wykłady. Teraz to obawiam się, że po cysternie kawy nie byłabym nawet w połowie tak przytomna i rześka jak wówczas. Teraz to po cysternie kawy raczej zeszłabym na rozległy zawał. Wtedy zagryzło się precelkiem i dociągnęło do wieczora. Ech. No to położyłam się jakoś po pierwszej. O czwartej Janek postanowił coś przekąsić. Szkoda, że zamiast po prostu wziąć sobie coś z lodówki musiał mnie od razu budzić dzikim wrzaskiem… no ale ostatecznie okolicznością łagodzącą niech będzie fakt, że ma dopiero trzy miesiące. O piątej straciłam przytomność powaracając na włoską riwierę, gdzie tym razem sączyłam sobie wino i wyglądałam oszałamiająco w jakiejś kiecce, w którą obecnie zmieściłaby się co najwyżej moja lewa noga. Schudłam jak dotąd 18 kg. Zostało 12. Koszmar z ulicy wiązów to pikuś bo waga stoi jakby przedawkowała viagrę i ani drgnie. Świnia. Przytomność wróciła niestety o siódmej. O siódmej bowiem wstaje Igor i dziarsko podśpiewuje budząc zazwyczaj powszechny podziw, uznanie, a tym razem również Młodszego Brata i Szanowną Rodzicielkę. Taką to właśnie żmiję na własnej piersi uhodowałam.

No i to był jakby koniec rumakowania.

Pewien mądry znajomy robi teraz doktorat z psychologii i pyta mnie po co ludziom są blogi. Nie mam pojęcia. Niechże ludzi zapyta. Mnie jest trochę do pośmiania, trochę do pomarudzenia. Trochę do poutrwalania tego mojego tu i teraz, żebym sobie mogła wrócić pojutrze, za miesiąc albo za cztery lata i wzruszyć się, albo powspominać, albo się rozzłościć na siebie, że taka ze mnie była idiotka skończona. Oraz trochę do poczucia, że nie jestem sama z tym co myślę, czuję, czym się dzielę z resztą świata. Taki pamiętnik z odbiorcami. Fajnie jest jak zaglądam i mogę sobie poczytać to i owo w komentarzach.

U mnie teraz nudno – dzieci, mąż, żadnych zdrad i rękoczynów – to i komentarze trudniej pewnie pisać, ale tym bardziej doceniam tych, którym się jeszcze chce. Dziękuję w imieniu swoim i Księcia Małżonka, który woli je od notek – takie mam czasem nieodparte wrażenie ;)

W niedzielę śpiewaliśmy koncert na UMFC z okazji doktoratu naszej koleżanki Justyny. Z tej okazji Jaś po raz pierwszy został sam z Tatą i Bratem. Oczywiście to moje wyjście było okupione straszliwymi wyrzutami sumienia, bo co to za matka, która sobie idzie i zostawia maleńkie dziecko. Wyrodna po prostu. Wszystko przez to, że oczywiście był Marszałek Foch i Obraza Majestetu, że po urodzeniu drugiego potomka nie zmądrzałam i nie zrezygnowałam ze swojej pasji, czyli śpiewania w chórze. I to co ciekawe zarówno u Plus Jednego jak i u mojego prywatnego, całkiem osobistego Ojca. Męska solidarność to nie mit! Odkąd wyszłam za mąż odbieram, owszem, sygnały niezadowolenia, że dwa razy w tygodniu próba, że wyjazd na warsztaty, że koncert. Zdumiewa mnie to trochę, bo przecież śpiewam od dziesięciu lat, więc chyba było wiadomo, że sprawia mi to frajdę. Oczywiście gdyby to był sport ekstremalny z szansą osierocenia rodziny 50/50, albo nocne spacery o charakterze rabunkowym, zrozumiałabym opór. Ale śpiewając w chórze narażam się jedynie na zmęczenie dojazdami pociągiem z Małym Dzieckiem na rękach, albo że dwa razy w tygodniu nie wykąpię Starszego Syna oddając pole Plus Jednemu. Faktycznie dramat. Przecież jeśli coś sprawia nam frajdę i jest nieszkodliwym społecznie bzikiem to czemu z tego rezygnować? Ja w każdym razie nie zamierzam. Dotychczas radziłam sobie organizując opiekę we własnym zakresie, ewentualnie pozostawiając w domu z Babcią lub Tatą Igora, który jest już bardzo samoobsługowy i wymaga pomocy przy kolacji i kąpieli, a czasem kompana do zabawy (czasem bo lubi też bawić się sam), bo ćwiczenia szkolne i tak z reguły odrabiam z Nim ja, więc to odpada.

Tym razem przy okazji koncertu pomyślałam sobie, dlaczego nie? Zapas mleka jest w lodówce, podgrzewacz w szafce a Tata też powinien mieć szansę zacieśnić więzi z Dziećmi. W końcu gdy stale zostaję z nimi sama nikt nie pyta mnie czy i jak sobie poradzę, czy czasem to dla mnie nie za dużo. Prawda? Dla mnie to musi być oczywiste i naturalne. Jak karmienie piersią, którego nadal mało się uczy w szpitalach na oddziałach położniczych, bo to przecież wiedza, którą kobieta po prostu ma. To wierutna bzdura bo ja po urodzeniu Igora miałam wiedzę wyłącznie taką, że nie mam najmniejszego pojęcia o prawidłowym karmieniu a i teraz przy Jaśku wiele rzeczy musiałam przyswoić na nowo.

Pojechałam więc. Z wyrzutami i etykietką tej złej. Zaśpiewałam, wróciłam. Nie było mnie pięć godzin. I wiecie co? Świat się nie zawalił. Gdy mnie nie było Mały oczywiście płakał, był głodny, marudził i bardzo długo nie dawał się uspokoić, ale gdy jest ze mną też rzadko kiedy leży sobie słodko gaworząc i podziwiając widoki. Gdybym z całego dnia pozbierała te kolki, próby uspokojenia ataków gorszego nastroju i noszenie na rękach, dobrych parę godzin by wyszło. A ja jeszcze przy tym muszę znaleźć czas na pranie, prasowanie, mycie okien, naszywanie kolejnych łat na kolejne spodnie, wymyślanie zabaw, przymuszanie do ćwiczenia szlaczków, naukę czytania, spacery, wizyty lekarskie i planowanie przestrzenne najbliższej przyszłości zakupowo-organizacyjnej. Nie ma więc co desperować – wszyscy przeżyli. A Książę Małżonek poza tym, że był niezwykle mężny i dzielny teraz, jak mniemam, z jeszcze większą estymą będzie podchodził do mojej szarej, nudnej codzienności. Prawdaż? :)

W powietrzu czuć już wiosnę, za chwilę wszędzie wybuchnie cała zieleń świata a tymczasem cieszę się z coraz dłuższych dni i coraz odważniejszego słońca.

Słońce zresztą wczoraj uświadomiło mi, że muszę natentychmiast umyć okna, albo trzeba będzie je wybić by cokolwiek zobaczyć. Wahałam się tylko przez chwilę… koniec końców, po odprawieniu do szkoły starszej latorośli i okiełznaniu młodszej, wzięłam osprzęt i przywróciłam szybom przezierność. Potem z rozpędu załatwiłam podłogi, klatkę schodową i obowiązkowe pranie. Dzwoniłam do żłobka – Johnny jest na 120 miejscu, szału nie ma, dobrze więc, że mamy w odwodzie tej prywatny. Po południu wrócił Lokator i trzeba było odrobić pracę domową – wycinanie i naklejanie z kolorowaniem. Potem trochę zabawy i już okazało się, że jest późno, muszę zrobić Igorowi kolację, kolejno wykąpać Dzieci, położyć Starsze do łóżka, przeczytać bajkę, potrzymać za rękę a w tak zwanym międzyczasie nakarmić Janka, uspokoić, ponosić bo kolka, czy cokolwiek innego. Postarać się by Starszy Brat nie budził zasypiającego Młodszego nawoływaniem mnie ze swojego pokoju czy naszykowałam Mu już ubranie na rano bo On by chciał koszulkę z czachą. Postarać się by Młodszy Brat, który jednak nie może zasnąć i koniecznie musi mnie o tym rozgłośnie poinformować, nie obudził Starszego, który właśnie po wielu trudach zasnął. I takie tam wieczorne przekomarzanki. Dziś od rana nowa polka kurcgalopka. Szczepienia obskoczyłam, zakupy zrobiłam, spacer zaliczyłam i nawet o podlaniu kwiatów nie zapomniałam.

Jak wygląda mój dzień? Gęsto. Dużo w nim przecinków. Muszę znaleźć czas dla dwóch Synów a do tego chcę jeszcze znaleźć czas dla siebie i męża, jak w końcu wróci z pracy. Staram się by każdy uczestnik tej wycieczki miał tyle samo czasu – siłą rzeczy obecnie pierwszeństwo ma jednak Janek bo najgłośniej wrzeszczy, nie mogę jednak zapominać o Igorze, który też mnie potrzebuje i nie chcę by musiał rozumieć, że Bratu poświęcam więcej uwagi. Robię wszystko by tego w ten sposób nie odbierał i sądzę, że najczęściej mi się udaje. Oczywiście spędzam też czas  mężem i bardzo lubię te momenty, gdy akurat wszystkie nasze Dzieci śpią a my możę sobie spokojnie porozmawiać, pośmiać się z czegoś razem, posłuchać muzyki albo obejrzeć fajny film. Nigdy się ze sobą nie nudzimy i to jest w tym wszystkim najlepsze. No i lubię też nasze spostrzeżenia i anegdoty sytuacyjno-rodzinne, to specyficzne poczucie humoru, które Plus Jeden ma dokładnie w tym samym ośrodku mózgu co ja. Możemy gadać podśmiewując się godzinami. Uwielbiam to.

W tym wszystkim jest też moja pasja. I wiecie co? Jestem bardzo dumna z siebie, że jeszcze mi się chce ją mieć. Nie zrezygnuję. O nie. Dziś o siedemnastej mam emisję głosu. Potem próba. Wrócę przed dziesiątą. I wcale nie będzie to jeszcze koniec dnia.

Chyba jednak mam coś z tego resoraka ;)


  • RSS