Wpisy z okresu: 6.2012

Aktualności z frontu | 2012/06/25 |

Wczoraj były pierwsze imieniny Janka.

Zniósł je z godnością i wygląda na to, że prawdziwie po męsku jest wyluzowany jak sanki w maju. Obcałowany i obściskany przez Dziadków, Rodziców i Brata spokojnie przeczekał, po czym łaskawie ziewnął i zasnął. Nowa gryzako-grzechotka została zaakceptowana. Potem jeszcze moja Siostra dowiozła książeczki – jesteśmy więc przygotowani na przyszłe długie wieczory czytelnicze.

A czy już wspominałam, że powiekszy mi się rodzina? Nie, nie ja – no co Wy! :) Siostrzyca we środę urodzi trzecią córeczkę. Podzieliłyśmy się elegancko – u mnie testosteron po sufit, u niej same babeczki.

Igor jest szczęśliwy jak dzika świnia w obierkach, gdyż po pierwsze primo – już za chwileczkę, już za momencik… WAKACJE, po drugie primo – wypadły mu dwie górne jedynki i teraz umie pokazać język bez otwierania szczęki. Wygląda trochę jak młodociany wampir w negatywie, ale taki dziwny, bo z siekaczami zamiast kłów. A po trzecie primo, ultimo – dostał od Wrożki Zębuszki (czyli mnie) puszkę EURO 2012 z kartami piłkarzy, o których marzył i może się teraz cały nimi wytapetować. Koko, spoko! Wiem nawet, że 105-ka jest aktualnie najbardziej pożądaną kartą w kolekcji. I że ulepszone to są srebrne. Wszystko wiem. Mogę umrzeć.

Od dziś znów jestem w pracy. Mam nadzieję, że teraz już nie będzie przerw wymuszonych choróbskiem a jedynie te zaplanowane urlopowo. Tego bardzo sobie samej serdecznie życzę.

A! No pochwalę się!
Jaś dostał się do żłobka państwowego :)
Alleluja i hosanna!

Wprawdzie nie tam, gdzie najbardziej chcieliśmy – będę popylać kurcgalopką aż na Młociny – ale i tak jest to fart nieprawdopodobny i szczęście wiekuiste.
Amen.

Może ktoś ma/miał tam przyjemność urzędować z potomkiem? Warszawa, ul. Wrzeciono 22, żłobek nr 15.
Chętnie poznam Wasze opinie.

Poszłabym sobie gdzieś na jakiś koncert w plenerze, albo w ogóle bym
sobie gdzieś poszła. I nie wróciła. Bym. Albo nad ranem w stanie
nieważkości. Albo w pociąg wsiadła i pojechała sobie. Ech. Zawsze jest coś za coś. Teraz dzieci, teraz mąż, teraz
Polska. Czy w moim życiu jest jeszcze miejsce na ryż Uncle Ben?
Potrzebuję ludzi, mojego dawnego życia. Czy ktoś gdzieś tam jeszcze za
mną tęskni też?

pod lasem jeż
w ogródku perz
wzdłuż i wszerz

Wróciliśmy | 2012/06/19 |

Wprawdzie nadal bez diagnozy ale wróciliśmy do domu i dochodzimy do siebie. Janek zdecydowanie szybciej niż ja. Po szeregu badań na wszystko co tylko możliwe, nadal nie wiadomo co to było.

Przyjęto nas do izolatki, bo nie było wiadomo, co Małemu dolega i czy to nie zakaźne. Rano dostał wysypki. Wysypka jak wysypka, antybiotyk plus inne leki i powinno zacząć działać. Nie zaczęło, gorączka utrzymywała się a wysypka zamieniła się w wielkie rozlane ciemnoczerwone plamy. Sepsę wykluczono ale przyszła do mnie Pani Ordynator, wypytała czy byłam ostatnio za granicą i gdzie… a potem powiedziała, że sprawdzą czy to nie mononukleoza albo cytomegalia, ale podejrzewają też białaczkę. Nie muszę chyba pisać jak bardzo ugięły się pode mną nogi i co oczywiście od razu zaczęła projektować moja wyobraźnia. Wszystkie najczarniejsze scenariusze na wyciągnięcie ręki. Dobę spędziłam ogryzając paznokcie do łokcia. Kiedy okazało się, że to nie białaczka, rozpłakałam się ze szczęścia. Serio. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Potem okazało się, że to również nie cytomegalia. Leki zaczęły działać, stopniowo temperatura wróciła do normy, po kilku dniach wysypka zbladła. Ale lekko nie było, o nie. Jaś przez ten czas był na luminalu bo biedak płakał i wił się bez przerwy a wenflon miał po wewnętrznej stronie stopy i co chwilę próbował sobie go drugą stopą dogłębnie zbadać. Ja zaś byłam na granicy wytrzymałości – w pokoiku znałam już każdy milimetr sześcienny przestrzeni i wszystkie linie papilarne na naszych opuszkach palców. Testy na mononukleozę wyszły niejednoznacznie, więc pobrano krew również ode mnie. Może to ja chorowałam i dlatego Jaś ma takie a nie inne wyniki? Dowiem się jutro, bo jutro odbieramy wypis ze szpitala.

W każdym razie wyszliśmy do domu. Możliwe, że to jakaś wyjątkowo zjadliwa trzydniówka plus mononukleoza, albo coś jeszcze co się nałożyło i dało taki a nie inny efekt. Możliwe też, że nigdy się już nie dowiemy co to było. Podobno dobrze znać swojego wroga, ale w tym przypadku wolałabym już nigdy więcej nie musiec go poznawać.

Teraz zdrowiejemy. A ja powoli zaczynam móc spać. Na nowo.

Parafrazując Woody’ego Allen’a – nic tak nie rośmiesza Boga jak opowiedzenie mu co sobie zaplanowaliśmy. Podobno. Nie mam pojęcia czy gdzieś na górze mają ubaw czy nie. Mnie do śmiechu chwilowo nieco dalej niż bliżej.

Wróciłam do pracy, Jaś poszedł do żłobka.
Wszystko super. Przez pięć dni.

Od wczoraj jesteśmy w szpitalu. Janek ma 40 stopni gorączki, której nie udaje się zbić na dłużej niż kilka godzin, powiększoną wątrobę i śledzionę a ja znów wpadam w stupor na krzesełku. Nic nie wiemy póki co. Przypuszczam, że większość badań wystartuje jutro, wszak weekend ma swoje prawa. Młody schudł prawie kilogram, kroplówka kapie sobie miarowo a ja właśnie witam trzecią noc bez snu.
Nerwów za dużo.

Już sama nazwa oddziału: "Patologia noworodka i niemowlęcia" przyprawia mnie skurcz żołądka…

Czy już wspominałam, że mam dość?
Trochę za dużo tych przygód.

Wiem, wiem. Tak się chciałam pożalić, bo mi źle i smętnie.
Mam pieprzone deja vu.

Dziś mecz Polska-Grecja.
Obstawiłam 2:0 dla nas.
A Wy? :)

Mówcie co chcecie ale mnie się to szaleństwo futbolowe bardzo podoba.

Dziś wieczorem ulice będą puste, wszyscy przed telewizorami, więc spokojnie wrócę z pracy do domu czytając w wyludnionej SKM-ce książkę zajmując bardzo wygodne, a zwyczajowo niedostępne, miejsce siedzące.

Koleżanka zrobiła po drodze do pracy a mnie urzekło :)


  • RSS