Wpisy z okresu: 9.2012

Sklerokarteczka | 2012/09/28 |

„Rozkładówka w najnowszym numerze PAPERmint jest nasza! :-)” – napisała Chuda w e-mailu.

W pierwszym momencie przyszło mi na myśl stado różnych rzeczy – głównie nieprzyzwoitych. Ale to nie o tym, choć też fajne. A na pewno bardzo ważne.

W październikowym numerze pisma będzie obszerny artykuł o „Macierzyństwie bez lukru 2″, będą też fragmenty książki – tak, tak, siebie też tam widziałam.

Książka ukazuje się jako e-book nakładem Oficyny Wydawniczej RW2010 http://www.rw2010.pl a cała kwota z jej sprzedaży trafia na konto Mikołajka Kamińskiego w Fundacji „Zdążyć z Pomocą”

Póki co jest tam do kupienia część pierwsza książki. Wkrótce część druga!

Zachęcam i polecam bardzo gorąco

byliśmy na wakacjach :)

Gil oczywiście.

Nie przypuszczałam jednak, że zabiera się do tego już we wrześniu?

Jeśli Twoje Dziecko rozpoczyna swoją ścieżkę kariery w nowym żłobku, możesz obstawiać jak w Wielkiej Pardubickiej, że po tygodniu murowany gil do pasa i gorączka w pakiecie. Janek właśnie nam się zepsuł i przecieka nosem. A że dodatkowo trudno mu się przestawić na oddychanie otworem gębowym, mamy lamenty jasnogórskie przez większą część doby. No bo jest głodny, ale jak tu jeść jak trzeba też tym samym przewodem oddychać, no bo chce spać, ale jak tu spać,  skoro męczy katar okrutny, którego nijak nie da się zmniejszyć, no bo jak tu żyć, kiedy świat jest tak okropny. Jednym słowem żałość.

A do tego wszystkiego do pierwszej górnej jedynki właśnie ma zamiar lada godzina dołączyć druga górna oraz dwie dolne. W tej sytuacji każdy rozumie, że po prostu sytuacja Janka jest ciężka… Bardzo ciężka.

Niech ktoś się za mnie wyśpi, dobrze? I prześle mi potem trochę dodatkowej energii. Dodatkowe 3 pary rąk już wyhodowałam.

Na wakacjach było super. Oczywiście odpoczynek z dwójką małoletnich dzieci i bez Księcia Małżonka u boku to trochę eufemizm, ale jak wiadomo jeśli człowiek bardzo chce się zresetować, to da radę.

Lokator całe dnie spędzał na plaży albo w wodzie i generalnie najszczęśliwszy byłby gdyby wcale nie musiał jeść, spać, myć zębów i odpowiadać na pytania dorosłych. Zakopany po szyję w piasku czuł się znakomicie a energii miał tyle, że małe miasteczko może liczyć na wsparcie – jak tylko uda nam się okiełznać kwestie techniczne poboru energii z dzieci. Janek rozdawał uśmiechy na prawo i lewo oraz właściwie skupiał się głównie na konsumpcji. Lato ukończył z imponującą wagą 11 kilogramów. Hmm, starszy brat dla odmiany zatrzymał się na 20 kg. Siebie pozwolę sobie przemilczeć, gdyż to – jak powszechnie wiadomo – drażliwy i niewdzięczny temat. A ponadto jest przecież tyle ciekawszych. No.

Przez cztery dni byliśmy w Sarbinowie, potem musiałam towarzystwo na nowo spakować, wcisnąć do autokaru i pojechaliśmy do Wisełki na wyspie Wolin. Po drodze zwiedziliśmy skansen i Igor oszalał na widok mieczy, hełmów i kolczug. Zresztą na warsztatach mieliśmy imprezę tematyczną i przebraliśmy się wszyscy za ludność z epoki rycerzy, giermków i wojujących Wikingów. Zabawa przednia. W ruch poszły sznurki, prześcieradła, ręczniki i nawet worki foliowe. Czego się nie robi dla sztuki. Młody wystąpił w charakterze Ziemowita skrzyżowanego z piratem a wrażenia dopełniał uroczy wąs i bródka, na którą zużyłam cały tusz do rzęs, który mi się ostał w torebce. Janek początkowo nostalgicznie kontemplował ognisko i nasze przy nim porykiwania, od czasu do czasu tylko zaszczycając tego czy owego mętnym spojrzeniem, później jednak okazało się, że pracował nad zawartością pieluchy i po ukończeniu dzieła wyraźnie się ożywił. Gadał, latał – pełen serwis.

Ponadto na warsztatach nagrywaliśmy – dzięki Marcie L (kochana, wielka jesteś naprawdę, że Ci się chciało) – własne wersje ścieżek dźwiękowych do znanego wszystkim świetnie utworu Gotye „Somebody that I used to know”. Jak Martucha to obrobi powstanie nasza chóralna wersja z nałożonymi głosami.

No i jeszcze był konkurs. Świetny. Każdy musiał przedstawić 3 krótkie informacje o sobie i swoim życiu. Dwie z nich miały być prawdziwe, a 1 wymyślona. Wcześniej wysłaliśmy je e-mailem do kolegi Piotra, który wymyślił i koordynował zabawę a podczas warsztatów każdy dostał wydruki i pośród salw śmiechu musiał zaznaczyć to, co wydaje mu się zmyślone w opowieściach poszczególnych uczestników. Miałam 20 trafień na 38 historii i zajęłam drugie miejsce. Ale trzeba przyznać, że ludzie mieli inwencję :)

Poniżej to co napisałam ja:

1. W drugiej klasie szkoły podstawowej prawie zawiesili mnie w prawach ucznia. Na szczęście każdorazowo wystarczała interwencja rodziców i ciasta, które Ojciec dostarczał w ilościach niemal hurtowych Pani Dyrektor na osłodę moich niecnych wybryków. Sama nie wiem czy większym szczytem, na który się wspięłam była podmiana rybek z sali biologicznej z pytonem z formaliny (pyton nie żył już wcześniej, rybki niestety do niego w Niebieskim Królestwie Zwierząt dołączyły) czy też złamanie koledze ręki krzesłem… zaraz po tym jak ów kolega pięścią złamał mi nos. Z kolegą przyjaźnimy się do dziś. Do dziś nie potrafimy sobie oboje przypomnieć, o co nam wtedy poszło :)
2. Nigdy nie oglądałam Gwiezdnych Wojen. Tak, wiem… to niemożliwe. Ale jednak.
3. Podczas zdawania egzaminu na Prawo Jazdy mój egzaminator, dość sędziwy ale dziarski Pan, na chwilę się zdrzemnął. Pikanterii dodaje fant, że nie działo się to na przerwie w trakcie np. manewrów po placyku, ale w czasie jazdy po mieście, w dość ruchliwym dniu i porze. Na szczęście nie spowodowałam wypadku, egzamin zdałam i od tamtej pory nieźle (się) prowadzę, ale ta drzemka wprawiła mnie w lekkie osłupienie i konsternację, przyznaję…
Ciekawe, czy wszyscy czytelnicy wiedzą, która z historii jest zmyślona? ;)

Co jeszcze…

Oczywiście codziennie chodziłam spać w okolicach 2 w nocy a rano trzeba było z radosnym pokwikiwaniem powitać dziateczki, przygotować jedno do jednej opiekunki, drugie do drugiej, zebrać towarzystwo na śniadanie, wepchnąć każdemu co trzeba i o 9.15 stawić się na zajęcia z teorii muzyki. Ale co to dla mnie. Potem była próba do 12.30. Moje powieki stawały się cięższe już po 30 minutach… ale co to dla mnie. Po próbie zabierałam Jaśka i dołączaliśmy do Lokatora, który już od rana przekopywał plażę i nurkował w Bałtyku. Potem wieczorem jeszcze jedna próba i czas wolny. Nałaziliśmy się na spacerach, nabawiliśmy z innymi chóralnymi dziećmi, których jest już całkiem spora gromadka, najedliśmy lodów i gofrów, a gofry – jak wiadomo – nad morzem smakują najlepiej. I w ogóle sielana.

Na plaży wreszcie mogłam nieco odpocząć. O ile akurat oczywiście niejaki Jan nie zapragnął wytarzać smoczka w piękniutkim bielutkim piaseczku. Albo rączek. Albo rączek, smoczka i mamuni. Całe szczęście, że po pierwszym dniu przestało mi przeszkadzać właściwie cokolwiek, inaczej dostałabym murowanego pierdolca z przytupem. Aczkolwiek widziałam na plaży mamusie, które postanowiły zachować sterylność w każdej sytuacji i wyparzały smoczki, butelki, piasek a nawet tatusiów. Z zainteresowaniem czekałam aż jednej skończy się woda w termosie, ale skubana była lepsza niż przypuszczałam gdyż wyciągnęła drugi termos. Założę się, że miała jeszcze osiem innych. Według mnie na plaży można albo wyluzować albo obszczekiwać każde ziarenko piasku, które zanieczyści nasz puchaty kocyk przy każdym kroku każdego z tysiąca ludzi przechodzących akurat pod wiatr w promieniu pół kilometra. Przy czym warto zauważyć, że w opcji numer dwa wakacje mamy od razu do bani i po powrocie z urlopu zaczniemy mordować staruszki po bramach.

Ja po powrocie (imponujące dziewięć godzin w zatłoczonym i pełnym małoletnich pociągu) miałam ochotę wyłącznie na pożarcie miliarda kalorii w krótkim czasie, odmoczenie się w wannie i obranie azymutu na przytulne łóżeczko. Po wakacjach z dziećmi obligatoryjnie powinien przysługiwać dodatkowy urlop na bezludnej wyspie. Bezludnej i bez jakiegokolwiek zasięgu. Nie wyłączając zasięgu małych lepkich rączek.

Nie wiem jak to jest możliwe, ale w podróż zabrałam jeden plecak, a sądząc po wydmie prania, zza której ledwie było widać łazienkę po wypakowaniu bagażu, miałam co najmniej trzy ogromne walizy, dwa plecaki i jeszcze kilka toreb tekstyliów. Przezornie po powrocie miałam w zanadrzu jeszcze dwa dni na tak zwane ogarnięcie się zanim poszłam do pracy. Pranie i prasowanie oraz kompletowanie wyprawki do szkoły i żłobka wypełniły mi czas szczelnie po kokardę. I właściwie też chodziłam spać w okolicach 2 w nocy. Jak tak się zastanowię, to chyba jest to moja stała godzina zasypiania odkąd w naszym domu pojawił się Janek. Kiedyś go z tego rozliczę.

Tymczasem choć już zapomniałam, że byłam na urlopie (bo praca, dom, dzieci, ogólna karuzela codzienności), nadal znajduję piasek znad morza we wszystkich kieszeniach, torbach, butach i różnych innych ciekawych miejscach. Nie zdziwię się jak będę na niego trafiać tu i ówdzie nawet w okolicach Gwiazdki ;)


  • RSS