Wpisy z okresu: 12.2012

Życzę Wam zdrowych, ciepłych, rodzinnych świąt.

Moje są póki co mało magiczne bo bardziej z termometrem i noszeniem na rękach gorączkującego potomka ale wierzę, że będzie lepiej.

Trzymajcie się i nie bierzcie udziału w bitwie pod Raphaholin!

Niedziella na finiszu | 2012/12/16 |

Jest dobrze. Nie mam na co narzekać. Chwilowo nikt nie gorączkuje, nie wrzeszczy wniebogłosy albo nie skarży się na bolący brzuszek, który trzeba masować o trzeciej w nocy. Niewiarygodny stan rzeczy przy dwóch małoletnich w okresie zimowym.

Niedzielny wieczór jest zawsze jednak nieco skażony.

Już czujemy jak bardzo rano trzeba będzie wstać i jak bardzo nie będzie nam się chciało tego robić.

W takich chwilach znów chciałabym być dzieckiem w wieku przedszkolnym. Moje spojrzenie na leżakowanie już nigdy nie byłoby takie jak dawniej. O nie. Obecnie bardziej postulowałabym wprowadzenie obowiązku leżakowania w każdym zakładzie pracy. Coś jak kawa zaraz po odpaleniu firmowego komputera.

W leżakowaniu na czas byłabym niekwestionowanym liderem.

Deska do prasowania spogląda na mnie z kąta pokoju z politowaniem. Zołza. Hałda dziecięcych ubrań narasta systematycznie za każdym razem gdy odwrócę wzrok by na przykład zmienić pieluchę, sprawdzić lekcje czy otrzeć czyjś siąkający nos.

A już najfajniej jest gdy wieczorem kładąc starsze z dziateczek spać i otulając kołderką słyszę: przypomniałem sobie, że jeszcze na jutro trzeba było… Aaaaaaależ przecież nic się nie stało i cała noc jeszcze przed nami. Jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora. Jestem zen. Oraz nauczyłam się mieć szufladę, w której trzymam rozmaite przedmioty, których potrzeby gromadzenia nigdy wcześniej nawet bym u siebie nie podejrzewała, a które ratują nas niejednokrotnie od palpitacji czy rozległego zawału. Brokat, wata, guziki, kawałki filcu, piórka, kamyki, ścinki czy wstążki. Krepina, farby czy kolorowe papiery to artykuły pierwszej potrzeby, więc nawet nie wspominam. Kłopocik robi się tylko gdy akurat na jutro potrzebna jest marchewka i drobne węgielki o średnicy max 1,5 cm. Ale nie macie pojęcia co można przytargać z wieczornego spaceru, tak więc zwyczajowo nie załamuję rąk. Tylko zgrzytam zębami.

Co innego poranki. Rano dostałabym oczopląsu. No ale poranki należą do młodszego królewicza.

Ostatnia prosta. Wszyscy w pełnym rynsztunku, opatuleni po zęby i spoceni jak blokowisko w lipcu. Za cztery minuty Igor ma być w świetlicy a za dziesięć ja z Jankiem w wózku na przystanku. Wtem… mina mego najmłodszego Dziecia mówi mi, że oto mamy na pokładzie bombę, która natentychmiast trzeba rozbroić. Inaczej wszyscy umrzemy. Po chwili potwierdza to narząd węchu a na koniec włącza się słuch i dość bezlitosny w zaistniałych okolicznościach komunikat starszego brata:

- Mamo! Jasiek chyba właśnie grzmotnął kupę!

I cały misterny plan w pizdu.

Oczywiście zakrzywiam czasoprzestrzeń i z prędkością światła dysząc w palcie zapiętym po szyję kolejny raz ratuję galaktykę przed nuklearnym skażeniem i absolutną zagładą. Po czym spóźniam się na autobus zaledwie minutkę. Szfak !@#%&^#@*&!!

Ale przecież Mistrz Świata nigdy się nie poddaje. Co to to nie. Trenuję poranny jogging wózkowy i w końcu z wywieszonym językiem docieram do stacji gdzie na przejściu dla pieszych o długość przednich zębów Janka wyprzedzam czerwone światło. Uff… Udało się. Oczywiście pod warunkiem, że pociąg przyjedzie na czas oraz się do niego zmieścimy. Ale to już zupełnie inna opowieść.

Jest dobrze. Nie mam na co narzekać. Sami widzicie.

Idę szykować dwa zestawy ubrań dla Młodych Ambitnych Mężczyzn na jutro. Zawsze to pięć minut dłużej pod ciepłą kołderką.

:)


  • RSS