Wpisy z okresu: 5.2014

Kocham wieczory | 2014/05/28 |

Wieczorem, gdy wszystkie dzieci już smacznie śpią i są tak urocze,  że nawet je lubię, siedzę sobie na kanapie, czytam o Beksińskich, macham nóżką i jestem szczęśliwa. Absolutnie.

Mało mi teraz do szczęścia potrzeba. W sumie koc i poduszka wystarczą. Na pytanie o wymarzone wakacje odpowiedziałabym bez wahania: dwa tygodnie snu, wszystko jedno gdzie.

Taaak, no ale takie momenty z książką na kanapie jak wszystko co dobre kiedyś się kończą. Ogólnie jednak tak bardzo się cieszę, że w ogóle są, że to mi uzupełnia poziom endorfin. Plus kilka truskawek. Tuż po karmieniu. Młoda nie dostanie wysypki a ja pierdolca. Oto przywilej bycia rodzicem po raz trzeci i posiadania większej wiedzy oraz mniejszej nadwrażliwości.

Lena skończyła miesiąc. Masę narobiła z nawiązką, teraz ćwiczy rzeźbę. Wodzi błędnym wzrokiem po otoczeniu,  robi zabawne miny i ogólnie jest mało wymagająca w porównaniu z rodzeństwem. Ma być sucho, ciepło i z pełnym brzuchem. Póki co mam wolne od Barbie i kucyków Little Pony z brokatem. Mogę się w pełni skupić na kartach piłkarskich i klockami Lego.

Janek dostał się do przedszkola.

Rozważamy pielgrzymkę dziękczynną ale chwilowo nadal nie możemy uwierzyć w ten ogrom szczęścia, gdyż albowiem jest to przedszkole, do którego łagodnym spacerkiem mamy 15 minut. Tuż za igorową szkołą. Do żłobka samochodem teraz jedziemy godzinę, komunikacją dwie, zatem sami rozumiecie, że różnica olbrzymia.

Nie wiem co zrobię z tym nadmiarem wolnego czasu w tej sytuacji. Może joga. Albo w końcu doczytam ostatni tom filozofii Tatarkiewicza. Na studiach nie dałam rady. Po dwóch stronach usypiałam jak suseł.

Ech, słowo sen nabiera zupełnie nowego znaczenia we wczesnym macierzyństwie. Do północy mam jeszcze chwilę,  więc może się zdrzemnę. Chrrrr….

A tu na pocieszenie nasz mały domowy cyrk.

image

image

image

image

Przelatując się po kanałach telewizyjnych z okazji chwilowego uwiązania na kanapie – akurat był to jeden z tych momentów, kiedy to Młoda obiera azymut na paśnik, czyli mnie a właściwie mój aktualnie hollywoodzki biust – natrafiłam na jakże fascynujący program o wstydliwych uzależnieniach. Czy ktokolwiek mógł przypuszczać, że można się uzależnić od picia lakieru do paznokci? Albo z uporem maniaka pokątnie jeść proszek do prania? Matko kolorowa, ja nie przypuszczałam doprawdy.

Znaczy wiem, że ludzie są w stanie wypić wszystko. Od czasu moich praktyk studenckich w Areszcie Śledczym na Rakowieckiej i pamiętnej znajomości z Panem Czesiem, który lubował się w popijaniu politury do drewna i dlatego bardzo zabiegał o możliwość pracy przy stolarce, wiem bardzo dużo o tym, co człowiek jest w stanie wypić i z czego upędzić alkohol. Nalewka na korytarzowym aloesie i fusach z kawy to przy tym małe miki. No ale żeby od razu się raczyć lakierem, czy mikrogranulkami z rozkosznym zapachem wiosny i wybielaczem w pakiecie, to już serio nie ogarniam. Ale są tacy, co lubią pomarańcze i tacy, co wolą wąsy i brodę do wieczorowej sukni z cekinami. Ci drudzy mogą nawet wygrać trochę kaszanki i rozgłosu na Eurowizji. Swoją drogą bliżej mi chyba do tej metody niż do wywalania cycków i kręcenia tyłkiem przed kamerą. Przynajmniej ciekawiej, coś się dzieje.

No ale wracając do wstydliwych uzależnień – macie jakieś?

Bo ja całe hordy ale niestety żadne wstydliwe. No… na upartego jedno może być ciut dziwne, ale tylko ciut. Reszta to nuda, szarość, marazm i deska barlinecka na podłodze.

Kiedyś w latach zamierzchłych i nastoletnich byłam fanką ogłoszeń matrymonialno-towarzyskich w prasie. „Puszysta Jola pozna niezobowiązująco zamożnego z własnym M”. Ten niezobowiązująco zamożny bardzo mnie urzekł. Albo „Atrakcyjny pozna kameralnie”. A kogo to już bez różnicy. Z koleżankami z liceum robiłyśmy na podstawie takich ogłoszeń scenki rodzajowe na przerwach i zaśmiewałyśmy się do spuchnięcia ku zgrozie geograficy i reszty ciała pedagogicznego. Geografica była przekonana, że wąchamy klej, albo coś pokątnie wciągamy, bo to przecież niedopuszczalne, by młodzież tak się ciągle śmiała. A reszta ciała pedagogicznego była najbardziej przerażona geograficą. Trudno się dziwić, gdyż Pani Wiesia była naprawdę wyjątkowo paskudną osobowością. A i wyglądała dość nieszczególnie.

No ale miało być o wstydliwych uzależnieniach, z których mam tylko dziwne…

Otóż przy sobocie namiętnie do śniadania czytuję Wyborczą a w niej nekrologi. Zaczynam oczywiście od pobieżnego przewertowania Wysokich Obcasów, które zostawiam sobie na popołudniowy deser, potem lecę z Gazetą, no i po Stołecznej włażę w nekrologi. Czytam, nie wiem właściwie dlaczego, ale od zawsze chyba, odkąd w niej są. A najgorsze, że do tego wszystkiego komentuję. Książę Małżonek twierdzi, że to trochę zabawne a trochę przerażające, ale On się lubi bać. Szalenie. Ja kiedyś lubiłam się bać ale odkąd w filmach albo ckliwe dramaty, albo mdłe komedie romantyczne, albo przewidywalne kino sensacyjne, albo horrory klasy Ś, trochę przestałam.

Ostatnio jednak przestraszył mnie pewien Pan.

Pan raczył być profesorem ze szpitala na Karowej i zadzwonił do mnie w ubiegły piątek. Nie codziennie dzwonią do mnie lekarze, szefowie kliniki położnictwa to już w ogóle raczej z rzadka, jeśli nie wcale, a tu proszę. No więc (uwielbiam zaczynać zdanie od no więc) Pan profesor przedstawił się, wyłuszczył, że oto ma przed sobą wyniki badań rozmaitych i On mnie jak najszybciej zaprasza do szpitala. Trochę oniemiałam, przyznaję, gdyż tutaj w domu jedno dziecko w szkole, drugie obecne wraz ze szkarlatyną i humorkiem raczej wisielczo-marudnym, trzecie albo żre, albo trzaska kupę, albo ucina komara, albo drze paszczę, a Książę Małżonek za kilka godzin wyrusza do Gdańska. I w takich oto malowniczych okolicznościach przyrody Pan profesor mnie zaprasza do szpitala. Niezwłocznie do tego. Zapytałam oczywiście co takiego w tych wynikach wyszło, że mnie zaprasza i to jak najszybciej. Otóż gronkowiec złocisty i bakterie e. coli.

Atrakcji moc, prawda? Gdyby mi jakimś cudem brakowało atrakcji przy trójce dzieci, to lokal na Karowej zapewnia dodatkowe. Gratis.

Janka upchnęliśmy Babci, Lenkę zapakowaliśmy do auta i pojechaliśmy do szpitala. Opcje były różne, ale na szczęście kogoś tam z USG już nie było oraz dodatkowo mieli lekki kocioł, więc nie musiałam zostać na oddziale. Pan profesor obejrzał mój brzuch, ocenił, że z zewnątrz wszystko wygląda dobrze i może cholerstwo wytruł już ten antybiotyk, z którym zostałam wypisana, ale musimy sprawdzić jak to wygląda pod spodem. Umówiliśmy się na poniedziałek na 10.00 – mam się stawić, zrobią mi badania, w tym CRP i USG i zdecydują co dalej.

W poniedziałek zapakowałam Młodą do wózka i pognałam na SKM-kę.

Na Powiślu same schody. Jak ktoś niepełnosprawny chce tam wysiąść, niech się czternaście razy uprzednio zastanowi. Są wprawdzie jakieś podnośniki, ale tylko z jednej strony peronu, akurat zupełnie nie z tej, która akurat była mi potrzebna, a ponadto jeden ma awarię a do drugiego trzeba się 48 godzin wcześniej umówić na telefon. Polska. Ja na szczęście z wózkiem dziecięcym sobie radzę, aczkolwiek żebym stosowała się do zaleceń, że mam prowadzić oszczędny tryb życia i broń boże nic nie dźwigać, to bym nie powiedziała. Z Powiśla na autobus, z autobusu do szpitala i już czekam pod gabinetem Pana profesora. Piętro drugie. Byłam nawet przed 10.00. Umówiona byłam tak, że mam grzecznie czekać a profesor sam do mnie wyjdzie, ale po kwadransie upomniałam się w sekretariacie, że jestem. Tak, świetnie, ale jeszcze trwa obchód i proszę czekać dalej. Ławki, krzesła, czegokolwiek – brak. Jeszcze by się ktoś rozsiedział doprawdy i do jesieni nie można by go było wypędzić.

Młoda w wózku zaczęła się kręcić dopiero po godzinie. Ja mniej więcej w tym samym czasie stwierdziłam, że dość tego i wtarabaniłam się z nią w tym wózku na oddział. Pana profesora wywołałam z dyżurki, gdzie już przygotowywał się do zejścia na inny oddział, czyli w samą porę. Zdziwił się, że już 11.00 i w tym jego lekkim zdumieniu i w moim nielekkim już wkurwie, oraz przy akompaniamencie pojękującej z wózka Leny pomknęliśmy na parter. Tam usadzono nas przed gabinetem nr 7 i kazano czekać. Bo musi mnie przyjąć inna Pani doktor i wypisać skierowania na te badania, żeby było po bożemu, bo teraz ona ma tu dyżur. Pan profesor włada drugim piętrem, parterem już nie. Profesor wszedł pierwszy, pogadał z Panią doktor i potem weszłam już tylko chyba w celach formalnych. Po kilkunastu minutach z plikiem papierów w garści kwitłam już pod ambulatorium. Panie pobrały mi krew na wszystko co tylko możliwe i kazały czekać na wyniki.

W międzyczasie zdążyłam nakarmić dziecko, ogryźć paznokcie, przewinąć dziecko ze trzy razy, pogapić się w sufit, przeczytać durną gazetę z cyklu „prasa kobieca”, czyli kolorowo i do czytania tyle co na opakowaniu batonika, pogapić się w okno, udzielić kilku porad z zakresu topografii terenu, czyli gdzie jest toaleta/gabinet 5/bufet/gabinet 13 etc. Po godzinie, albo dwóch, już z wynikami, mogłam się udać na USG do Pana profesora. Poziom minus jeden.Tam też oczywiście swoje trzeba było odczekać.

Podczas badania USG dałabym głowę, że Pan profesor usiłował głowicą aparatu i siłą swojego nacisku wywiercić mi pokaźnych rozmiarów dziurę w brzuchu, ale na szczęście skończyły mu się pomysły. Brzuch w środku też wyglądał w porządku. Jak dla kogo oczywiście, bo osobiście wolałam go sprzed trójki dzieci, gdy nie wyglądał jak pies rasy shar pei zwisający ze mnie. No ale jak wiadomo nie każdy ma szczęście być koleżanką Kapustą, która po trójce dzieci wygląda nadal jakby była daleko przed pierwszym. A pierwsze to już ma jakoś mocno nastoletnio wyrośnięte nawet. Podłość ludzka nie zna granic i niestety ja wyglądam jak wojskowy namiot 16-osobowy z tropikiem.

Pan profesor wypuścił mnie z gabinetu ale musiałam jeszcze stawić się u jednej Pani doktor, więc znów na drugie piętro i czekać. Och, akurat w czekaniu to jestem świetna proszę Państwa. Mogłabym się doktoryzować. Odkrywam całkiem nowe aspekty czekania. Jest czekanie nerwowe (na przykład przed wejściem na egzamin z psychologii klinicznej, który okazuje się egzaminem z prawa karnego, do którego akurat jak raz przygotowani ni w ząb nie jesteśmy, bo uczyliśmy się do klinicznej, szfak), czekanie z nadzieją (jesteśmy na końcu kolejki i widzimy upragnioną kanapkę z jajkiem… i teraz ruletka), czekanie z lekką nutą dekadencji (nonszalanckie, z książką i że nic mnie nie obchodzi, czy przyjdziesz, bo i tak jest mi wszystko jedno oraz wszyscy umrzemy), czekanie nawykowe (jestem przekonana, że znakomita część starszych Pań w poczekalniach jest tam zawsze, codziennie, z wyjątkiem sobót i świąt), czekanie z czkawką (oraz bez szklanki wody i cienia szansy na się przestraszenie), czekanie na wolną toaletę (to chyba z tych bardziej nerwowych jakby), czekanie na odpowiedni moment (czasem trwa trzydzieści lat z okładem) i jeszcze cała masa innych. Doczekałam się i ja. Po pół godzinie byłam już wolna i prawdopodobnie jednak zdrowa. Uff.

Wybiła piętnasta. Mogłam spokojnie wrócić do domu. Autobus, schody, SKM-ka, autobus, kanapa. Akurat nadawali Teleexpress, to sobie obejrzałam.

A jak Wam minął poniedziałek?

U mnie nuda, marazm i deska barlinecka na podłodze. Nadal.

Ala ma kota | 2014/05/08 |

Lena ma dwa tygodnie. Janek ma szkarlatynę. Igor ma kurzajki do wymrożenia. Książę Małżonek ma za miesiąc operację. Ja… jestem oceanem spokoju i ogólnie mam wszystko w tym schowku na szczotki, w którym chciałam się schować przed porodem. Zen i kwiat lotosu na tafli jeziora.

Chwile błogiego spokoju są jak balsam dla mojej duszy. Niestety trwają krótko. Zaraz okazuje się, że co Młoda do karmienia, to Janek właśnie w tym momencie nie zdążył na nocnik, Igor ma jakąś nie cierpiącą zwłoki w wyjaśnieniu wątpliwość natury merytorycznej a mnie przypomina się, że wstawiłam zmywarkę bez czyszczącej kostki. O!

Młoda nie wygląda jeszcze jakoś super rewelacyjnie. Ale nauczona doświadczeniem wiem, że początkowy wizerunek lubi ewoluować w bardziej przyzwoite formy. I tego trzymamy się z Księciem Małżonkiem kurczowo. Zresztą On sam, gdy ją zobaczył po raz pierwszy orzekł: „no Ty, to się będziesz musiała malować moja droga”. Takie całkiem świeże dzieci rzadko kiedy wyglądają jak całuśne bobasy z reklam. Bardziej jak nastolatek z atakiem trądziku po chipsach i musztardzie. Trochę pokrzywione, czerwone, pomarszczone i z krostami. No ale najważniejsze, że jest i ma się dobrze.

W poniedziałek wzięłam ostatni antybiotyk, który to zaaplikowano mi z uwagi na dość słaby stan pooperacyjny i zdjęto mi szwy po cesarskim cięciu… a we wtorek miałam chrzest bojowy, bo musiałam z Lenką pojechać z Rembridge na Młociny po Janka do żłobka. Wózek jeden, spacerówka, dzieci w stronę powrotną jednak dwoje – oczywiście nadzieja, że Jan raczy dreptać a nie jechać, olbrzymia. Stargana wysiadłam z SKM-ki na Dworcu Śródmieście – winda oczywiście obecna, ale nie działa. Uprzejmy Pan pomógł mi sforsować schody w liczbie bardzo mnogiej, za co bardzo mu podziękowałam. Ale cóż to za piękne okoliczności przyrody i rządek umundurowanych policjantów? A to gaz jak się okazało. Awaria w metrze była mi na rękę jak atak sraczki na końcu sopockiego molo w upalny letni dzień. Do komunikacji zastępczej oczywiście prowadzi pierdyliard schodów, ale co to dla nas. Na Placu Wilsona przesiadka z autobusu do metra, bo stamtąd już kursuje. Do żłobka dotarłam umęczona jak po maratonie. Szybkie karmienie za półeczką, przewinięcie na czas, Janek w tym czasie zmienia buty i już pędzimy do domu. Młody oczywiście po przejściu 60 metrów nadął się, zapłakał i kategorycznie odmówił kontynuowania pielgrzymki pieszo. Cóż było robić. Przesunęłam Lenę maksymalnie do końca wózka, jego posadziłam na brzegu, dopięłam pałąk wózka i zabroniwszy kłaść się na siostrze, ruszyłam dziarsko do metra. Na szczęście w międzyczasie dzielne służby porządkowe uruchomiły całą jego linię, więc przynajmniej ominęło nas trochę schodów. Przez całą podróż oczywiście drżałam, czy czasem Janek nie zlegnie całym swoim 16-kilogramowym ciężarem na Młodą, czy któreś nie wypadnie, albo czy oboje, i którędy, czy któreś nie zacznie wyć, chcieć jeść, pić, siku, albo dwójeczkę, albo wszystko na raz, czy nie dopadnie mnie jakieś stowarzyszenie, które napiętnuje mnie społecznie za przewożenie dwójki dzieci w jednej spacerówce bez zapiętych pasów, bez fotelika, bez spadochronu, bez lilak, oraz czy nie trafi mnie nagły szlag i nie zamkną mnie gdzieś w pokoju bez klamek… co swoją drogą nie byłoby takie znowu do końca złe. Wyrodna matka, czyli ja, dotarłam jednak do domu z pełną zawartością wózka i jeszcze po drodze zrobiłam zakupy na kolację.

Bardzo chcę żebyśmy już kupili jakiś niedrogi acz bezawaryjnie jeżdżący samochód i żebym mogła w takich sytuacjach po prostu do niego wsiąść, pojechać gdzie trzeba i wrócić bez tego typu przygód. Oj bardzo.

Byliśmy z Leną na kontroli żółtaczki i masy ciała. Bo słabo nam przybiera na wadze. Może to mieć związek z wadą serca, którą SzanPani raczy posiadać, a może z czymś innym. Jeszcze nie wiadomo. Do kardiologa udało nam się zapisać na 8 lipca, co uważam za szczęście niebywałe, bo terminy są oszałamiające i oscylują pomiędzy listopadem tego roku a sierpniem roku następnego.

Spędziliśmy na Karowej cztery upojne godziny. Przewijak jest jeden, dzieci masa – na szczęście mam swoje sposoby na przewijanie młodych na własnych kolanach. Miejsce do karmienia? Owszem, jest żółty fotel, bardzo wygodny. Na tyle, że na ogół siedzi w nim rozpostarty jakiś Pan, zaciekle rozprawiający o czymś przez swój super wypasiony telefon. Zresztą ten fotel stoi całkiem na widoku, pośrodku poczekalni pełnej ludzi. To ja jednak wolę nakarmić pod swetrem, gdzieś z boku. Ja jednak nie z tych epatujących biustem w kawiarni między ciastkiem a gazetą, przepraszam.

Żółtaczka na szczęście w odwrocie.  Masa ciała – źle, za mało.

- Karmi ją Pani? – Blondyna obrzuca mnie podejrzliwym spojrzeniem z cyklu: już ja znam takich jak wy, czytuję Fakt i Superekspress…

- Tak. [Nie, przywiązuję za nogę do słupa i z daleka nęcę kotletem... lubię takie zabawy].

- Może za rzadko? – Uniesiona brew daje mi do zrozumienia, że brunch w ciągu dnia i batonik na kolację nie wystarczą. O, nie… serio??? A kawa i papieros?

- Co trzy godziny, czasem częściej, jeśli akurat ma ochotę, ale na ogół co trzy. [Córka jest na diecie, gdyż mam plany by została supermodelką i zrobiła międzynarodową karierę, więc daję jej wyłącznie wodę i liść sałaty. Liść sałaty co drugi dzień oczywiście.]

- W nocy też? – Blondyna nie daje za wygraną

- Tak, przez całą dobę. I wybudzam gdy akurat śpi a zbliża się pora. [Budzik nastawiam na północ, potem trzecia, szósta etc]

- Hmmm. To proszę może częściej.

- Tylko, że częściej to na ogół zupełnie nie jest zainteresowana, bo akurat jest najedzona. [Może powinnam kupić rurę do tuczu gęsi? W sumie dla najstarszego też by się przydała...]

- No ale za mało przybiera! Może powinna Pani dokarmiać sztucznie?

- Nie wydaje mi się. Ale dziękuję.

[Kupię... Albo wpadnę w rozpacz. Albo dam jej jeszcze szansę. Moje dzieci w niczym nie przypominały tych z książkowych wyliczeń - może Lenka po prostu potrzebuje więcej czasu].

W książeczce zdrowia dziecka Blondyna z zapałem kreśli WAGA DO KONTROLI. Postanawiam nie dać się zwariować i wpędzić w jakieś ustalone rubryczki i centyle. Robię swoje. Chyba za karę wyniki bilirubiny dostajemy na końcu, wcześniej wychodzą nawet Ci rodzice, którzy przyszli tu grubo po nas. Życie, Panie. Nadal jestem zen.

W domu młodzież reaguje na siebie nader pozytywnie. Igor jest siostrą absolutnie zachwycony i domaga się uczestniczenia w kąpielach, przewijaniach, przy karmieniu głaszcze Lenkę po lekko tylko porośniętej wątłym włosiem głowie i rozkochanym wzrokiem patrzy na nią, gdy ta wydaje pomruki zadowolenia. Nie chcę wyprowadzać go z błędu, że te pomruki to zawsze oznaki zadowolenia. Niech żyje w błogiej nieświadomości. Janek na swój sposób również okazuje siostrze miłość, choć nie zawsze są to techniki bezpieczne, gdyż jeszcze nie do końca jest świadom swego ciężaru gatunkowego, czy siły uścisku. Ale całuski są, z tym, że aktualnie przy szkarlatynie musimy go mocno z wyrazami uczuć ograniczać i na ogół kończy się na żarliwym 2,5-letnim „kocham ciem, Lenka”. Janek kocha również Michalinę ze żłobka, o czym oznajmia nam często i z werwą. Oraz rodziców, Igorka, Babcię Kisię, Dziadka Zdzisia, Babę Jadzię i jeszcze kilka osób. Serce ma więc pojemne niczym żołądek przeciętnego studenta. I zawsze najbardziej nas śmieszy ta Baba Jadzia.

A tu macie Lenkę

D0430 (105)

Lena jest na świecie od 24 kwietnia. Zobaczyłam ją wprawdzie dopiero następnego dnia i to przez szybę inkubatora, ale od razu stwierdziłam, że to twarda sztuka. Nie oddychała, więc musiała być zaintubowana, raz było lepiej, raz znów gorzej, ale gdy najgorsze minęło, zaczęliśmy w końcu czuć coś więcej, niż tylko strach i nadzieję. Przeżyliśmy oczywiście wiele trudnych chwil grozy i kilka nieudanych prób odłączenia od maszyn, by zaczęła oddychać samodzielnie i w końcu udało się. Zaskoczyła. Potem było już z górki. No może poza noszeniem jej mleka co równiutko co trzy godziny przez całą dobę, ale czego się nie robi dla dzieci. Prawdaż? W poniedziałek wreszcie mogłam mieć ją ze sobą i przytulić. Niezapomniana chwila. Oczywiście ryczałam jak bóbr. W środę po południu byliśmy już w komplecie w domu. Stres pewnie będzie ze mnie schodził przez najbliższe 18 lat… ale było warto. Jak tylko ogarniemy domowy Armageddon, który aktualnie mamy na stanie, zaczniemy pewnie bardziej przytomnie patrzeć na świat, ale taki to chyba urok dzieci w liczbie mnogiej i różnej rozpiętości wiekowej Dziękuję wszystkim za kciuki, modlitwy, ciepłe słowa, myśli i całe wsparcie. Myślę sobie, że jak tyle osób koncentruje dobrą energię w jednej sprawie, to ona zwyczajnie musi się udać. Dostaliśmy od Was masę dobra. Dzięki!


  • RSS