Wpisy z okresu: 11.2015

28 listopada | 2015/11/29 |

Jan przez cały dzień ogłaszał, że jest już duży. Moja okrągła puchata kuleczka właśnie skończyła 4 lata.

Dokładnie 4 lata temu dzwoniłam do Hal z pytaniem czy ma jakieś plany na wieczór. Bo jeśli nie ma, to proponuję przejażdżkę do szpitala, gdyż albowiem Jan właśnie się zaczyna swoją podróż. Książę Małżonek był akurat – Oscar w kategorii wyczucie czasu jest jego – w drodze do Bydgoszczy. Na szczęście Hal nie miała sprecyzowanych planów.

Odtąd wiedzieliśmy już, że Jan ma silny charakter i lubi postawić na swoim.

Wszystkie marzenia niech Ci się spełniają, Synku i bądź zdrowy. Zdrowy jak najzdrowsza rybka w morzu. Szczęśliwego widzę Cię co dzień.
Bardzo Cię kocham, Mama :-*

Fotki | 2015/11/10 |

Lena z zapaleniem oskrzeli i mandarynką.

lena

Młody człowiek i telefon, czyli Igo w środowisku naturalnym. Akurat jest jego 1,5 godziny na przebimbanie w sposób dowolny.

igor

Dwóch Batmanów na tle jednej szafy.

mms_20151110_142605

Oraz na deser sport.

Mamy mistrzostwa w tenisie stołowym w pokoju.
W związku z powyższym jedyny stół został pobrany z kuchni.
Zamiast obiadu podamy wino i będzie jak na wernisażu.
Na stojąco oraz trzeba podziwiać.

12241726_557191217779693_8339117062085940545_n

Łup | 2015/11/10 |

Od wakacji Lena urosła 4 centymetry. Głowa też urosła.
Młoda się rozwija, wolniej niż rówieśnicy, ale robi postępy.
Neurologicznie jest w porządku.

Cudowne wieści :)

Spadł z hukiem wielki głaz, który mnie przygniatał od roku.

Kino? Nie znam, | 2015/11/10 |

- Może poszlibyśmy kiedyś do kina?
- Nooooo. Kiedyś, kto wie.
- Akurat wchodzi nowy Bond.
- Masz marzenia… A co z dziećmi?
- Spoko, ich nie wpuszczą.

PKP dba o aktywność fizyczną pasażerów lepiej niż trener osobisty.

Poranek. Podjeżdża pociąg. Drzwi otwierają się. Nikt nie wysiada. Następnie kilkadziesiąt osób usiłuje sprawdzić wytrzymałość rozmaitych materiałów, wbijając w zwartą ludzką masę kończynę z butem, bądź torebką. Jeśli kończyna wejdzie i się czegoś ucapi, jest szansa, że wciągnie do środka resztę właściciela. Jeśli nie, czynność należy powtórzyć ze stosownym wrzaskiem. Są dwa obozy: ten wewnątrz pociągu, który nade wszystko chce oddychać i ten na zewnątrz, który nade wszystko pragnie stać się częścią obozu pierwszego. Integralną.

Jako osoba niskopienna przemykam w okolicach kolan i w srętoskłonie trwam dwie-trzy stacje. Potem jest luz i wszyscy tańczą salsę z radości, że przeżyli i o dziwo mają ubranie. Często nawet swoje.

Teraz przenieśmy się w nieco inną scenerię.

Godzina 18 z minutami. Dziki tłum pasażerów kłębi się pod tablicą odjazdów, usiłując odczytać, na który peron należy skierować swe udręczone ciało.

Uprzejmie brzmiący syntezator mowy – nazwijmy go roboczo Janiną – oznajmia, że w dniu dzisiejszym dla pociągów podmiejskich relacji wschodniej przewiduje się opóźnienia. Opóźnienia mogą ulec zmianie, za co uprzejmie przepraszają. Janina oraz Janina. Po chwili dodaje analogiczny komunikat dla pociągów podmiejskich relacji zachodniej. Bez opóźnień mogę sobie pojechać do Kielc, Lublina, czy Trójmiasta. Kuszące.

Opóźnienia ulegają zmianie. Niestety na gorsze. Wszyscy nerwowo przestępują z nogi na nogę. Każdemu chce się siku, ale nie wiadomo kiedy przyjedzie wybawienie, a do szaletu nie po drodze. Staram się nie myśleć o morzu i skupiam się bardziej na Suchej Beskidzkiej.

Janina radośnie oznajmia, że oto pociąg szybkiej kolei miejskiej mojej ulubionej dziś relacji wjedzie na tor 22 przy peronie 2. Dziki tłum pasażerów pędzi mijając sześć innych peronów i wpada na drugi. Radość, entuzjazm, podekscytowanie oraz meksykańska fala. Przez kolejne 5 minut wypatrujemy pociągu, gdyż albowiem miał był wjechać i wcięła go amba.

Następnie pełen pasji głos Janiny wygłasza sprostowanie. Nasz pociąg owszem wjechał oraz oczekuje. Pasażerowie proszeni są o przejście na tor 16 przy peronie 5. I szybko szybko bo za chwilę odjedzie. Wielka Pardubicka. Dziki tłum pasażerów galopuje z peronu drugiego na piąty. Pada kilka życiowych rekordów na sześćdziesiąt metrów i jeden Pan, który potknął się o plecak. Wbiegamy do pociągu. Pociąg odjeżdża. Opłacało się ćwiczyć na wuefie w szkole. I mieć refleks oraz wygodne buty.

Obawiam się jednakowoż, że nikt nie włączył Endomondo. Smuteczek.

Poniedziajęk | 2015/11/03 |

Wyobraź sobie poniedziałkowy poranek. Wstajesz o siódmej, przeciągasz się, sarkasz pod nosem, że za wcześnie, szykujesz się do pracy, zjadasz kanapkę albo wypijasz kawę, chyba, że burżujsko wtranżalasz komplet, wychodzisz.

Teraz mój poniedziałkowy poranek.

Budzik dzwoni o szóstej ale to dziś już Twoja trzecia pobudka, więc pod nosem masz raczej opadające powieki. Usiłujesz zwlec z łóżek troje dzieci, zmusić dwoje żeby się ubrało i dogonić trzecie, które właśnie świetnie się bawi, uciekając przed Tobą z ostatnią parą rajstop, jaka Ci została. Łapiesz Córkę i wbijasz w ubranie z pierdyliardem złośliwych zatrzasków. Twoje rajstopy malowniczo zwisają z klamki, nawet bez okularów widzisz, że nadają się bardziej do polerowania lustra. Zakładasz cokolwiek co jest czyste, nie ma dekoltu do pępka, nie wymaga rajstop. System makijażu wykonanego w 60 sekund masz opracowany do perfekcji. Gorzej z systemem ubierania dzieci i siebie na dwór w listopadzie. Zawsze ktoś w nieodpowiednim momencie zapragnie do toalety, choć pytałaś kilka razy przed chwilą, ktoś się rozbeczy, bo ktoś go popchnął, albo nie popchnął, a obiecał, ktoś nie znajdzie ulubionej czapki, misia, ludzika, piłeczki, czegokolwiek.

Gdy przypinasz jedno dziecko pasami w wózku i trzymasz za rękę drugie, jesteś już jak po maratonie na 20 km. Podobny poziom zmęczenia i upocenia. Ale jesteśmy już w drodze. Ahoj przygodo, rozwiązany bucie i zapomniany telefonie. Hip hip ja pierdolę!

Jan pierwszy dzień po chorobie poszedł do przedszkola. Majeczki nie było – chora. Rozpacz w kratkę. Oraz w takim razie On wcale nie czuje się zdrowy. Pokasłuje znacząco i niczym rasowa hrabina niemal omdlewa na szezlong. Powstrzymały go naleśniki pachnące ze stołówki oraz dojmujący brak szezlongu w szatni przy szafce z grzybkiem.

Następnie przebieżka do przychodni. W rejestracji Damesy mówią, że wprawdzie byłam zapisana na ósmą, owszem, ale jest opóźnienie i mam się uzbroić. Uzbrojona po zęby wysyłam im w myślach dwa nagie miecze i zastęp Wikingów, dla pewności.

Pół godziny z Leną w przychodnianej poczekalni i sama czuję się chora. Powitajmy zapalenie oskrzeli. Możemy otworzyć aptekę. Pudełka i buteleczki nie mieszczą się nam na kuchennym blacie a od inhalacji w domu robi się mgła i słaba widoczność. Nie widzę na przykład bałaganu. To ratuje mnie przed nagłą cholerą i paroma innymi rzeczami.

Igor kaszle.

Rozglądam się za szezlongiem i szafką z grzybkiem. Omdleję spektakularnie i ocknę się wiosną. Plan już jest.

Tymczasem doktorat w dziedzinie siły spokoju robi Książę Małżonek, który dzielnie spędza kolejne dni z czeredą kaszlaków, podczas gdy mnie relaksują w pracy zestawienia liczbowe z wieloma zerami i upojne rozmowy telefoniczne o zasadności usługi redakcji we współczesnym świecie. Ach.


  • RSS