Autobus czerwony… | 2003/06/06 |

Moja wzajemna niechęć z tymi środkami komunikacji masowo-bydlęcej ma początki we wczesnym dzieciństwie i jest pielęgnowana codziennie z uporem maniaka.
Niestety do lamusa już odeszły chwile, kiedy to jako seksowna laska w skórzanym ubranku (doprowadzając panów w dusznych autach z żonami ględządzymi i dziamgoczącymi za uszami) jeździłam sobie do pracy moją kanadyjską 750 (reklamy robić nie będę) z mojego rocznika. Było cudnie i nigdy nie wiedziałam czym są korki w okresie wiosenno-letnio-jesiennym.
Ale wszystko co dobre się kończy (co za głupie przysłowie) i trzeba się było przesiąść do uroczych barakowozów o klimacie sauny w lecie a dalekiej Antarktyki w zimie z równie uroczymi panami kierowcami, którzy chyba – mam takie nieodparte wrażenie – zaledwie wczoraj przesiedli się doń z kombajna albo furmanki pełnej ziemniaków.
Swoją drogą to upierałabym się, że niektórzy z pasażerów bardziej przypominają buraki pastewne tylko takie zmutowane genetycznie i bardzo niegrzeczne. Ale nic to – ja się tylko czepiam i taka moja rola bo jestem kobita – ten typ tak ma.

Dzisiejszego pięknego poranka (nareszcie da się oddychać bo w nocy spadł deszcz) wsiadłam do autobusu linii 195 przy ulicy noszącej wdzięczną nazwę – Przytyk – z zamiarem dojechania do pracy w trybie niejednostajnie i znacznie przyspieszonym bo znowu zaspałam (tzn ściśle rzecz ujmując nie zaspałam tylko nie chciało mi się otwierać oczu a co dopiero wstać – tak tak powieki odmawiające współpracy to słynna zmora współczesnego społeczeństwa i napewno doprowadzi nas to do moralnego upadku).
W autobusie mimo wczesnej (względnie) pory unosił się już zaduch i charakterystyczny odorek. Ponoć nie wolno przewozić środkami komunikacji miejskiej środków żrących i cuchnących, tymczasem widziałam tam dwóch panów żrących coś tam bliżej niezidentyfikowanego z celofanu i mocno zionących tymże odorkiem.
Jak już wsiadłam to przecież nie będę robiła dymu tylko usiądę grzecznie – myślę sobie – zaczytam się w książce i zapomnę a może przy odrobinie szczęścia stracę również powonienie.
Pokrzepiona tąż nadzieją rozejrzałam się za dogodnym miejscem – z dala od tego wszystkiego – nie żebym nie lubiła ludzi, wręcz przeciwnie, ale zawsze trafiam na jakieś skrajne przypadki ze skali neurotyzm-psychotyzm niejakiego Eysencka. Miałam wybór niewielki więc problemu nie było. Usiadłam sobie grzecznie przy oknie, żywiąc wyżej wymienioną w poprzednim zdaniu panią N, że nikt żrący lub/i cuchnący nie dosiądzie się do mnie przez najbliższe 40 minut aż dojadę do pracy.
Sauna w autobusie trwa a ja zaczęłam czytać książkę (nie napiszę co bo i tak jeszcze tego nie ma w sprzedaży). Fajnie było przez 10 minut. Potem na miejsce wtargnął Pan zabierając mi wolność i resztę powietrza. Z wyglądu lat ok 30, ze zbereźnego uśmiechu – 15, całkiem całkiem ale wjazd go zdyskwalifikował.
Nie znoszę jak ktoś siada koło obcej osoby zaczytanej w książce po uszy i zaczyna ględzić cos w stylu „a usiądę sobie tutaj myślę bo zawsze to fajnie koło takiej dziewczyny co nie?” albo „co tak pani czyta?”… Standard. Zawsze mam ochotę odpowiedzieć, że skoro trzymam w rękach książkę to pewnie czytam bibuły z bojówkowego ruchu ojca Rydzyka albo zajmuję się chiromancją a ta makulatura to tak dla niepoznaki ale się hamuję. Jeszcze.
Ten przeszedł od razu do meritum:
- Co czytasz? – zagadnął błyskotliwie
- Książkę – warknęłam uprzejmie
- A jaką? – widocznie chciał nawiązać kontakt
- Grubą i bez obrazków – warknęłam już trochę mniej uprzejmie
- Ale ja się pytam jaki ma tytuł ta książka? – nie dawał za wygraną ciekawski buc, który myśli, że jak jest względnie przystojny i cuchnie na kilometr wodą toaletową Makler albo jakis inny Brutal to już każda laska na Niego poleci i to z prędkością widma świetlnego.
- „Jak znokautować natręta w autobusie miażdżąc mu tchawicę jednym ruchem łokcia” – odparowałam
Pomogło…
Cudownie mieć znów swoje własne powietrze w autobusie bez śladu woni marnej eau de macho.
Życie jest piękne nawet w autobusie zwłaszcza jak sobie ćwiczę asertywność, no bo przecież kobiety muszą byc asertywne. A już na pewno jak chcą sobie przeczytać książkę w spokoju.
Pozdrawiam w ten miły dzień…

Rodziców mam niezłych, choć czasem marzę o tym by móc występować w ich towarzystwie tylko i wyłącznie na zdjęciach, bo ponoć tam się z rodziną wychodzi najlepiej ale się ich nie wybiera a ja i tak nie trafiłam najgorzej ;) Z resztą tałatajstwa to różnie bywa ale nie o tym ta notka.

Wracam do domu, dość często nawet się to zdarza, po ciężkich i mozolnych dniach w pracy, w trudzie i znoju – no dobra nie jest tak źle ale dramaturgia byc musi z zamiarem należnego mi i ze wszech miar zasłużonego wypoczynku a tu w mojej chatce na kurzej łapce różne dziwy się dzieją…

Wróciłam również i dnia któregoś pięknego i od progu wołam wesoło:
- Cześć ferajna !
A tu wita mnie mój prywatny ojciec, Tatem zwany, tekstem:
- Mamut sfiksował – i dalej powrócił do pełnej ożywienia i pasjonującej dysputy z moim kotem Dudusiem (zwanym Dudusławem) o beznadziejnej polityce finansowej w naszym pieknym kraju…
Nie żebym się przejęła bo:
po pierwsze primo każda matka może sfiksować jak ma mnie za córkę a jej mężem jest człowiek imieniem Zdzich, który prowadzi entuzjastyczne rozmowy z czarnym wyraźnie znudzonym kotem;
po drugie primo moi rodziciele dość często raczą siebie różnymi komplementami natury czepliwo-złośliwo-neurotyczno-menopauzalno-androkosmicznej a i tak ja i każde z nich z osobna wiemy, że kochają się bardzo inaczej nie wytrzymaliby ze sobą ponad 30 lat pod jednym dachem;
a po trzecie primo ultimo – mamut faktycznie często fiksuje.
Postanowiłam sprawdzić obiekt dzisiejszego wariactwa matki zwanej Krychą i wybrałam się do kuchni skad dobiegał mnie dźwięczny glos i wtórujące mu pokrywki.
- Cześć mamut ! Słyszałam, że sfiksowałaś – witam się naszym słynnym powitaniem
- A tam zaraz sfiksowałam, ślimaczka sobie hoduję, ot co – odparła Ona i powróciła do zagłuszania radia
- Taaaak? Ślimaczka powiadasz… przecież nie lubisz kuchni francuskiej – lekko zbita z tropu wolałam nań powrócić
- Ale kiedy mówię Ci, że On nie do żarcia. Ja Go hoduję bo jest fajny – ma na imię Maciuś – idź się przywitaj, jest pod prysznicem – ćwierknęła Krysia pogodnie
- O matko kolorowa ! Przecie ślimaki są do tępienia nie do hodowania – zaoponowałam pomna zniszczeń tych niecnych drani, które upodobały sobie nasz ogród a zwłaszcza piękną kapustę, która dopiero rośnie (i piekna bedzie za czas jakiś bo na razie jest tylko w postaci mizernych kikutów kwitnących na zielono) i którą ja razem z pozostała częścią rzeczonego warzywniaka podlewam obficie w dni wolne od deszczu i imprez
- Ale On jest grzeczny i sama zobacz jaki piękny. Nie mogłam Go zabić, przecież bym serca nie miała, a On rozumny jest i słucha co do Niego mówię – zachwycała się dalej uroczym jednonogiem matka
- Mamo – zaczęłam najłagodniej jak potrafiłam – skąd wiesz, że Cię słucha? Przecież On nie umie mówić?
- Bo tak na mnie patrzy…
- Jak patrzy? – nie wytrzymałam – Ślimaki nie patrzą – one mają czułki i czują ale nie widzą i nie mają rozumu żeby zrozumieć co do nich mówisz a nawet gdyby się okazało, że to są naitneligentniejsze stworzenia na ziemi to i tak pewnie nie dałabys mu dojść do głosu!
- Jestes bez serca – jak możesz przecież od razu widać, że jest bardzo mądry – sama sprawdź – poradziła

Dobra – myślę – zmierzę się z tym wystepnym małym draniem, tym szpiegiem wszystkich mięczaków, który wdarł się pod cudowna opiekę mojego osobistego mamuta a jak już zdobędzie zaufanie całej rodziny to zwoła resztę swojej skorupiastej bandy i pod osłoną nocy ogołoci nasz piękny ogród z kapuchy i wyrzucę go z mojego domostwa.
Zajrzałam pod prysznic a tam… w brodziku tapla się w najlepsze wielkie BYDLĘ… Tak ogromnego ślimaka nigdy nie widziałam (choć faktycznie skorupke ma ładną i wygląda sympatycznie – ale muszę chronic moją rodzinę i nasze zasoby żywienne) i mam nadzieję, że większego nie zobaczę. Moja matka zapewniła mu wszystko – świeżą kopkę wilgotnej trawy, marcheweczkę (obraną i drobno posiekaną!), wode i kafelki. Jednym słowem raj dla wszystkich ślimaków. Jemu też najwyraźniej się podobało bo przesuwał się wolno po połaciach glazurniczych i wcale nie zmierzał ku wyjściu…

- Mamo musisz go wypuścić – zadecydowałam – nie wolno męczyć zwierząt nawet jeśli to szkodniki
- Ależ ja go wypuszczam – zaświergoliła Krysia – wychodzimy codziennie na spacery i chodzimy gdzie mu sie podoba. Dziś byliśmy w koniczynce a Maciuś wcale nie ucieka a przecież gdyby było mu źle to by zwiał…
- Chyba flegmatykowi z ostrym stadium katatonii i zaburzeniami błędnika i to w dodatku na hulajnodze – przecież to ślimak – one nie biegają – zripostowałam złośliwie – A co bedzie z kapielami pod prysznicem? – wypaliłam z grubej rury
- Jak to co, będzie się Go wystawiać z jego domkiem a potem wróci na swoje miejsce a kafelki i tak zawsze myję na wieczór – Krycha nie widziała problemu w niczym i najwyraźniej miała wszystko obmyślane (jak Ona mnie zna)
- A jak będzie się to to rozłaziło po domu i obsrywało wszystkie śliskie miejsca łącznie z lustrem i oknami? – nie dawałam za wygraną
- Nie będzie nigdzie wyłaził – tu pod prysznicem na mokro i dobrze – tu ma swój domek – stwierdziła ochoczo znawczyni skorupiaków która przez tyle lat ukrywała się pod postacią mojej matki
- Domek to On ma swój własny i na plecach – szczeknęłem
- Oj czepiasz się bo jesteś zazdrosna – zdiagnozowała mnie w mig moja własna rodzicielka (i pomyśleć że ja chodziłam do szkoły i pilnie się uczyłam psychologii na studiach gdy pod nosem mam prawdziwego psychola znaczy się psychologa oczywiście) – A ja naprawdę mam z Nim dobrze i nie nudzi mi się gdy wracam z pracy a Was jeszcze nie ma.
- To weź się za robótki ręczne albo za kurs młodego pirotechnika a nie robale przywlekasz do chałupy – odgryzłam się z wrodzoną sobie grzecznością i szacunkiem dla starszych
- Po pierwsze to żadnen robal tylko Maciuś a po drugie sam za mną przyszedł… a Ty myj ręce i siadaj do obiadu – i poszła ćwierkać dalej a ja zostałam z ta tragiczną wieścią.

I tym oto sposobem nasza rodzina powiększyła się o największego w dziejach historii ślimaka imieniem Maciej, który zadomowił sie u nas na dobre i z upodobaniem podgryza coraz to nowe ulubione paprotki mojego osobistego mamuta a Ona zamiast Go za to wywalić na zbity czułek jeszcze go hołubi i chwali że taki mądry i wie jak wybrać najlepsze roślinki…
Maciuś nie robi sobie nic z gróźb Zdzicha (zwanego ojcem lub tatem w przypływie ciepłych uczuć), który stwierdził, że jeśli wyżej wymieniony stwór jeszcze raz będzie ruszał Jego gazetę, to będzie na obiad potrawka ze ślimaka a wiem, że ojce gotują dobrze i słów na wiatr nie rzucają.
No cóż. Różne są zwierzęta domowe i różni są rodzice. Na razie Maciek egzystuje sobie i mi nie przeszkadza ale boję sie pomyśleć co będzie jesli moja rodzicielka któregoś pięknego dnia znajdzie w ogrodzie coś innego. Bo pół biedy jeśli to będzie jakiś przystojny i nieznajomy młody mężczyzna bez skłonności neurotycznych i innych mniej lub bardziej wyraźnych i uciążliwych chorób psychicznych oraz naleciałości serca-zranionego-przez-inna-kobiete, takim to się chętnie sama zaopiekuję i pozwole mu spać w moim domu w dodatku niekoniecznie pod prysznicem… Ale co wtedy, gdy Ona przylecze pod strzechę np żabę albo innego karalucha? Ropuch nie znoszę i nikt mi nie wmówi, że to to ładne albo, że z tego jak się pocałuje, będzie jakiś full wypas królewicz. Mam gdzieś takie bajki. Póki co razem ze Zdzichem po cichu mamy nadzieję, że Maciuś matuli wstarczy.
Nie ma jak w domu…

Początek | 2003/06/05 |

Zaczynam w czwartek a co… to bardzo ładny dzień na początek pisania własnego bloga ;)

Nie wiem co z tego wyjdzie ale znając mnie coś zakręconego równie mocno jak rzeczony termos ;)

No to 3 2 1 0 start


  • RSS